Szła przez błonia z uśmiechem na ustach. Zielarstwo z profesorem Longbottomem zawsze wprawiało ją w dobry nastrój. Może samo sadzenie, przesadzanie i rozsadzanie roślin nie należało do zajęć szczególnie fascynujących, ale fakt, że można samodzielnie wyhodować składniki niektórych eliksirów, wydawał jej się całkiem ekscytujący. W dodatku profesor Longbottom był przemiłą osobą i właściwie nie znała ucznia, który by go nie lubił. Tego dnia rozwiązali z Hugonem i Jerrym wszystkie zadania powierzone im przez nauczyciela i na koniec lekcji dostali w nagrodę po garści nasion. Ona wybrała Asfodelusa, Jerry Samosterowalne Śliwki, a Hugo Wrzeszczące Żonkile twierdząc, że będzie nimi męczył Rose, jeśli powie matce o jego marnych ocenach z transmutacji. Przypuszczała, że jej kuzynka idealnie wiedziała, jak poradzić sobie z krzyczącymi kwiatkami, ale nie chciała psuć mu marzeń.

Włożyła małą torebeczkę z nasionkami Asfodelusa do kieszeni płaszcza i spojrzała w stronę zamku. Drobna blondynka w szacie Ravenclawu zbiegała właśnie po schodach. Na ostatnim stopniu poślizgnęła się i z zaskakującą gracją wpadła na Albusa. Lily uśmiechnęła się pod nosem. Dobrze wiedziała, że nie był to zwykły przypadek a misterny plan Jamesa i Meredith. Drobna blondynka nazywała się Katrin Lewe, chodziła do trzeciej klasy, lubiła czytać romanse i po prawie dwóch miesiącach poszukiwań Jenny i Mer została oficjalnie uznana za najlepszą kandydatkę na dziewczynę jej brata. Z rozbawieniem patrzyła, jak Albus – cały czerwony na twarzy, pomaga krukonce pozbierać rozrzucone przez „nieszczęśliwy" wypadek książki.

— Halo! Ziemia do Lily! — Zdekoncentrowana przeniosła wzrok na idącego obok niej Hugona. Skrzywił się, mrużąc oczy. — Czy ty nas w ogóle słuchasz?

— „To, że przez ostatnie tygodnie nie odnotowano żadnego porwania, nie oznacza, że jesteśmy bezpieczni" — wyrecytowała ostatnie, co zapamiętała z ich rozmowy.

— No to wyłączyłaś się jakieś pięć minut temu — syknął Hugo, krzywiąc się jeszcze bardziej. — Chodzi o to, że musimy się jakoś zabezpieczyć. Znaleźć sposób komunikacji, wysłania sygnału. Na wypadek, gdyby komuś z nas stała się krzywda.

— Jak może stać nam się krzywda, skoro cały czas jesteśmy w zamku, a zamku, jakbyś nie zauważył — pilnują prefekci, nauczyciele i aurorzy?

— We wrześniu też wmawiano nam, że Hogwart jest najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi, a Emilly Blunt jakoś uprowadzono — żachnął się Hugo.

Lily przewróciła oczami.

— Nawet jeśli. Emilly jest w Slytherinie, jej rodzina to czarodzieje czystej krwi od pokoleń, a na takich poluje ten szaleniec. Rodzice twojej mamy są mugolami, podobnie jak moi pradziadkowie i dziadkowie Jerry'ego. A może chcesz otoczyć opieką wszystkich Ślizgonów?

— Nie chcę. Po prostu twierdzę, że przezorny zawsze ubezpieczony. Lil, ten koleś to wariat, nie wiemy, co mu strzeli do głowy.

Idący obok Hugona Jerry pokiwał z powagą głową.

— Spędzacie za dużo czasu z Jamesem — mruknęła, pchając wielkie, dębowe drzwi wejściowe.

Z wnętrza zamku uderzyła ją fala gorącego powietrza, zapach pergaminu i czekolady. Kątem oka zdążyła jeszcze zauważyć, jak Katrin Lewe łapie pod rękę Albusa i kieruje się z nim w stronę cieplarni.

— A ty z Meredith — odgryzł się Weasley, widząc jej spojrzenie.

Westchnęła ciężko. Wiedziała już, że tym razem z nimi nie wygra. Zresztą, co jej szkodziło spróbować.

— No dobra. Może te monety, które wykorzystała kiedyś twoja mama?

— Też o tym myśleliśmy, jednak jak pewnie dobrze wiesz, spośród naszej trójki najlepszy w zaklęciach jest Jerry, a Jerry twierdzi, że z monetami nie damy sobie rady.

— Zbyt zaawansowane czary, jeszcze nie nasz poziom — przytaknął Hugonowi blondyn. — Ale rano poszperałem trochę w bibliotece. Mam kilka książek, które moglibyśmy przejrzeć. Myślę, że jest szansa na znalezienie w nich czegoś odpowiedniego.

Lily kiwnęła z aprobatą głową.

— Dziś muszę jeszcze zrobić pracę domową dla Deprim, ale jutro sobota. Możemy zacząć w Wielkiej Sali już po śniadaniu.


Lily wątpiła, by określenie „kilka książek" było odpowiednie dla tego, co przygotował dla nich Jerry. Nie dość, że pozycji było z kilkanaście, to jeszcze każda liczyła blisko tysiąc stron. Chociaż z początku czuła się całkiem podekscytowana poszukiwaniem skutecznego, tajemnego sposobu komunikacji, to brak jakichkolwiek rezultatów po dziesięciu godzinach pracy zaczął ją lekko dołować. Owszem, w księgach znaleźli masę przedmiotów, które teoretycznie mogłyby im się przydać. Teoretycznie, bo w praktyce nie było szans, aby zdobyli którykolwiek z nich. Wymagały albo ogromu magicznej mocy, albo pochodziły z niepotwierdzonych źródeł, głównie legend i bajek, albo kosztowały tyle, że wątpili, by stać na nie było samego Ministra Magii. Co więcej, skutecznie rozpraszał ją fakt, że od kilkunastu minut regularnie dostawała papierową kulką w głowę. Gdy znów poczuła leciutkie uderzenie, nie wytrzymała.

— Przestań, pacanie! — wrzasnęła, odwracając się energicznie.

Na widok siedzącego dwa stoły dalej, zadowolonego z siebie Iana Ashvila zalała ją fala złości. Chłopak prychnął ostentacyjnie i przerwał na pół kolejną kartkę. Miała wrażenie, że jego nos jest jeszcze bardziej zadarty niż zazwyczaj.

— Zaraz walnę w niego urok, daję słowo... — mruknęła do Hugona.

Młody Weasley rzucił Ślizgonowi spojrzenie, którym równie dobrze mógłby obdarzyć stos hipogryfiego łajna.

— Nie daj się sprowokować, nie warto... Ostatnio podpuścił tak Finnigana i biedak musiał sprzątać z Filchem toalety. Ten Ashvill jest jakiś upośledzony, mówię wam. Nawet Ślizgoni go nie trawią.

Lily westchnęła. Dobrze pamiętała jego docinki, gdy płynęli łódką na ceremonię przydziału, a także te, którymi raczył ją na prawie każdej wspólnej lekcji. Jednak zorientowanie się, że nie jest jedyną ofiarą czarnowłosego pierwszoroczniaka, nie zajęło jej dużo czasu. Właściwie nie znała nikogo, kto choć trochę lubiłby Iana Ashvilla.

— To nie daje mu prawa, by męczyć Lily — stwierdził spokojnie Jerry, unosząc oczy znad „Średniowiecznych, magicznych przedmiotów" — Jeszcze raz i pójdziemy z wizytą do profesora Slughorna — dodał, tym razem na tyle głośno, by Ian usłyszał.

Ślizgon wciąż miał na twarzy tę samą, nadętą minę, ale przestał rwać kartki.

– Albo... — kontynuował Jerry, znów ściszając głos i powstrzymując chichot — potraktujemy go Łapą Lazadora.

— Czym? — spytali jednocześnie Lily i Hugo, unosząc brwi.

Jerry popukał rozbawiony w otwartą stronę księgi, chrząknął i odczytał:

Łapa Lazadora to czarno magiczny przedmiot, zdolny uśmiercić wrogów właściciela. Legenda głosi, że podczas swojej największej wyprawy, pierwszy znany odkrywca magicznych bestii – Lazador Dumbelburg, trafił na potwora niszczącego skały zaledwie dotknięciem palca. Obecność ludzi tak rozwścieczyła potwora, że wyszedł on ze swojej jaskini, atakując najbliższe wioski. Aby uratować swoich towarzyszy, a także niewinnych mugoli Lazador sięgnął po zaklęcia, których używają jedynie czarodzieje o czarnej duszy. Choć stał się na tyle potężny by pokonać bestię, ciemność pochłonęła go bez reszty. Miażdżąc czaszkę przeciwnika, jednocześnie pozbywał się własnej energii życiowej, a gdy potwór padł bez życia, z Lazadora pozostał jedynie szkielet dłoni. Od tego czasu, Łapa Lazadora przesiąknięta czarną magią jest w stanie wytropić każdego wroga swojego właściciela i zabić go, miażdżąc jego kości.

— Oooo... To by było niezłe — szepnął Hugo, rozmarzonym tonem.

Jerry przytaknął rozbawiony, przerzucając kartkę, ale Lily rzuciła się przez stół, wyrywając mu księgę z dłoni.

— Nie! Wróć! — krzyknęła, przyciągając „Średniowieczne Magiczne Przedmioty" bliżej siebie.

— Lily, ja wiem, że wizja użycia Łapy Lazadora na Ashvillu jest bardzo kusząca, ale wątpię abyśmy... — zaczął spokojnie Hugo, lecz rudowłosa przerwała mu prędko.

— Nie, chodzi mi o to! — wypaliła, wpatrując się w obrazek znajdujący się na stronie poprzedzającej notkę o Łapie. Przedstawiał on niewielki, kanciasty kamyk z wygrawerowaną czteropalczastą ręką na samym środku.

— Hę? A co to jest?

— „Amulet Tropiciela" — mruknął Jerry, który najwyraźniej zdążył już wcześniej zapoznać się z opisem. — Łączy dwójkę ludzi widzialną tylko dla nich nicią, aktywuje się go przywołaniem w myślach dowolnego wspomnienia z poszukiwaną osobą i dość prostym zaklęciem.

Hugo zrobił wielkie oczy, a Jerry westchnął, drapiąc się po głowie.

— Wiem, byłby dla nas idealny, ale tu jest napisane, że zaginął setki lat temu.

— Nieprawda! – krzyknęła Lily. Czuła, że serce wali jej jak oszalałe z podekscytowania. — On jest tutaj, w Hogwarcie! To nim rzuciłam w ten przeklęty bulgoczący puchar! Leży pod stertą rupieci w Magazynie Zużytych Magicznych Przedmiotów...


Na początek potrzebowała peleryny niewidki. Już z samego rana udała się do Albusa z prośbą o pożyczenie niezbędnego jej do nocnej eskapady przedmiotu. Oczywiście odmówił. Spodziewała się tego, lecz nie miała bladego pojęcia, gdzie ją trzyma. Jeszcze przed obiadem wcieliła w życie plan B. Z miną skarconego kotka usiadła koło Jamesa, opierając głowę o jego ramię. Wyprostował się jak drut, robiąc przerażone oczy.

— Liluś, najsłodsza, co się stało?! Jeśli ktoś cię skrzywdził, to przysięgam... — zaczął, ale przerwała mu, kręcąc powoli głową i układając usta w podkówkę.

— Nie... tylko Albus... Albus... — ucięła, ukrywając twarz w dłoniach.

— Co znowu z naszym wyrodnym bratem? — James wyglądał już na porządnie wkurzonego.

— Eh... ja go nic nie obchodzę, nie to, co ciebie... — podjęła powoli przygotowaną wcześniej formułkę. — Chciałam tylko na chwilę pożyczyć jego pelerynę niewidkę. Przecież dostał ją od taty. Powinna być nasza, wspólna... Ale może po prostu on mnie nie lubi... tobie pewnie by dał...

Zamrugała jak szalona, aż poczuła łzy napływające do oczu. Szklistym wzrokiem spojrzała na Jamesa. Nabrał głęboko powietrza, powtarzając w kółko: „Nic się nie martw" i „Twój starszy braciszek to załatwi", po czym ulotnił się niczym kamfora. Wrócił po kilkunastu minutach dumny jak paw, wręczając jej pelerynę.

— Pożyczyłem...

— Jesteś wielki! — pisnęła, chowając śliski materiał za pazuchę i całując Jamesa w policzek.

— ... bez pytania — dodał, uśmiechając się od ucha do ucha.

I tak oto znalazła się teraz na środku długiego, ciemnego korytarza, drepcząc małymi kroczkami, ściśnięta między Hugonem a Jerrym.

— Jestem najgorsza... — mruknęła pod nosem, bo wyrzuty sumienia gryzły ją od środka, odkąd zostawiła uradowanego Jamesa w pokoju wspólnym — powinnam gnić w Slytherinie...

— To było konieczne — skwitował Hugo, który najwyraźniej nic sobie nie robił z wykorzystywania na najbliższych technik manipulacji.

— Nawet nie wiemy, czy ten amulet jeszcze działa...

— Teraz naszły cię wątpliwości? Poważnie? — syknął młody Weasley, piorunując ją spojrzeniem.

Lily skuliła się w sobie. Nie dość, że potwornie wykorzystała własnych braci, to jeszcze zgubiła się dwa razy po drodze do Magazynu. Dochodziła pierwsza w nocy, a oni nie byli nawet blisko celu.

— Przecież mówiłaś, że profesor Vector... — zaczął Jerry niepewnym tonem.

— Powiedziała, że puchar mógł zostać aktywowany jedynie poprzez styczność z magią, a aktywowałam go, rzucając w niego Amuletem — dokończyła zgodnie z prawdą Lily.

Musiała wytłumaczyć im skąd wie, że Amulet Tropiciela jest w Magazynie Zużytych Magicznych Przedmiotów i czemu twierdzi, że nie jest zużyty, a tym samym zmuszona była opowiedzieć o feralnym szlabanie. Oczywiście zgrabnie pomijając w tym wszystkim Scorpiusa Malfoya.

— Nie ma co dywagować. Jeśli nie sprawdzimy, to nigdy nie dowiemy się, czy działa — uciął Hugo. — Którędy teraz?

Zatrzymali się w miejscu, w którym korytarz rozwidlał się, dając im do wyboru dwie, identycznie wyglądające, drogi. Rudowłosa rozejrzała się, w panice szukając jakiś znaków szczególnych. Na próżno. Musiała wyglądać na naprawdę zdezorientowaną, bo Hugo westchnął głośno.

— Lily, wiesz, że cię kocham. Serio. Czasami myślę, że nawet bardziej niż Rose. Ale jesteś TOTALNIE BEZNADZIEJNA!

Lily zrobiła urażoną minę.

— Od razu beznadziejna! Gdyby nie ja, do teraz siedziałbyś nosem w tych zafajdanych książkach, a i tak nic byś nie znalazł, bo jesteś ZA GŁUPI!

— Ej... — szepnął Jerry, ale nikt go nie słuchał.

Hugo zrobił się czerwony na twarzy, odsuwając się jak najdalej od kuzynki.

— Głupi?! Ja przynajmniej rozróżniam prawo od lewa!

— Ej... — podjął ponownie Jerry.

— Wiele dziewczyn ma problem z orientacją w terenie! To o niczym nie świadczy! — żachnęła się Lily. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Jerry pchnął ich w kierunku ściany, zatykając dłońmi usta i jej i Hugonowi.

— Zamknijcie się wreszcie! — szepnął zirytowany. — Ktoś tu idzie...

Zamarli w ułamku sekundy. Faktycznie, w oddali słychać było zbliżające się kroki. Lily wciągnęła powietrze, modląc się tylko o to, aby stopy nie wystawały im spod peleryny. I o to, aby nagle nie dostała czkawki. Spojrzała na chłopaków. Wyglądali na równie wystraszonych co ona i w jakiś głupi sposób podniosło ją to na duchu.

Światło księżyca leniwie przecierało się przez strzeliste, zamkowe okna, rozjaśniając srebrzystym blaskiem część korytarza. Widziała powoli wyłaniającą się z mroku sylwetkę. Nawet z tej odległości czuła leciutki zapach bergamoty i piżma. Zakręciło jej się w głowie, a serce stanęło, by po chwili zacząć galopować jak szalone. Postać szła pewnym krokiem, księżycowe promienie odbijały się na jej bladej skórze, a Lily zdała sobie sprawę, że ma przed oczami Scorpiusa Malfoya. Wyglądał zupełnie inaczej niż zazwyczaj — włosy sterczały mu w nieładzie, zamiast szkolnych szat ubrany był w ciemną koszulkę i jasną bluzę z kapturem, z kieszeni spodni wystawała mu różdżka. Niczego nieświadomy przemierzał korytarz, a ona mogła tak stać i bezkarnie się na niego gapić. Nie wiedziała, czy to przez grę cieni, nikłe oświetlenie, czy późną porę mącącą jej już w głowie, ale wydawało jej się, że widzi dokładnie każdą część jego ciała – płynnie zarysowaną linię szczęki, delikatnie wystające obojczyki, palce, które lekko zacisnął na krawędzi rękawów, powoli unoszącą się i równie powoli opadającą klatkę piersiową, prosty, leciutko zadarty nos, miękkie usta, długie rzęsy, rzucające cienie na blade policzki. No i oczy. W świetle księżyca wyglądały naprawdę niesamowicie. Mogłaby tak stać i patrzyć się na niego w nieskończoność. Serce waliło jej jak oszalałe, ale nie bała się, że ją usłyszy. Bała się tego, że w głębi ducha chciała, aby ją usłyszał. Miała wrażenie, że od czasu szlabanu w gabinecie profesor Vector minęły wieki, a oni znów stali się dla siebie zupełnie obcy.

Skarciła się w myślach i przywarła mocniej do ściany. To nie był odpowiedni moment na takie rozmyślania. Hugo miał rację – była beznadziejna. Nie dość, że potwornie wykorzystała własnych braci, zgubiła się dwa razy po drodze do Magazynu, to jeszcze bezczelnie podglądała Scorpiusa. Miała ochotę zapaść się pod ziemię.

— Ciekawe co on tutaj robił o tej porze... — mruknął Hugo, gdy tylko kroki znów ucichły. — Jesteś cała czerwona — dodał, rzucając Lily skonfundowane spojrzenie.

Poklepała się po policzkach, ale postanowiła zignorować jego uwagę. Nie chciała się ani tłumaczyć, ani tym bardziej dalej kłócić.

— Przynajmniej została nam jedna droga do wyboru, bo za nim raczej nie pójdziemy...

Ruszyła pewnie przed siebie, rozglądając się na boki i starając się nie myśleć o Scorpiusie Malfoyu. Z radością odkryła, że tuż za zakrętem odbiegał w prawo pusty korytarz prowadzący do Magazynu Zużytych Magicznych Przedmiotów. Przyśpieszyła i pociągnęła za klamkę. Zatrzęsła się lekko, ale wejście pozostało zamknięte. Jerry wyjął z kieszeni różdżkę i stanął obok niej.

Alohomora — szepnął.

Coś zatrzeszczało, po czym drzwi uchyliły się z donośnym skrzypnięciem.

— Łał. Nie żartowałaś. Serio jest tu straszny bałagan... A już myślałem, że gorzej niż w naszym dormitorium być nie może — stwierdził Hugo, rozglądając się po sali.

Od jej ostatniej wizyty nic się tu nie zmieniło. Najwyraźniej nadal nie znalazł się chętny do porządkowania, albo nauczyciele czekali ze szlabanem na kogoś nadzwyczaj często łamiącego regulamin.

— Musimy się pospieszyć, Filch może tu wparować w każdej chwili — mruknęła Lily, zgrabnie lawirując pomiędzy porozrzucanymi wszędzie przedmiotami.

Skupiła się na północnej części pomieszczenia, którą wcześniej próbowała posprzątać. Jeśli nikt nie grzebał w ukrytych tu rzeczach, amulet wciąż musiał być gdzieś nieopodal. Przeczesała podłogę w rogach, a także jej fragment dookoła wielkiego dzbana. Zauważyła go dopiero po kilkunastu minutach. Leżał wciśnięty w kąt pod rozpadającą się szafką. Sięgnęła w dół i złapała magiczny przedmiot w dłoń. Był mały i lekki, ale biło od niego ciepło.

— Mam go! — krzyknęła w stronę chłopców.

Jerry zwinnie zeskoczył z parapetu, a Hugo wylazł spod ławki.

— No to teraz musimy sprawdzić, czy działa — szepnął blondyn, przyglądając się uważniej przedmiotowi. — Wyobraź sobie mnie albo Hugona i powiedz „Quaerere".

Lily wzięła głęboki wdech. Przywołała w myślach obraz swojego kuzyna czytającego komiksy na lekcji transmutacji i machnęła różdżką.

Quaerere — powiedziała stanowczo. Czekali w napięciu przez moment, jednak nic się nie stało.

— Może stoimy za blisko siebie? — mruknęła, patrząc na chłopców z nadzieją.

— Możliwe... w takim razie wyobraź sobie Albusa albo Jamesa.

— To bez sensu — prychnął Hugo. — Przecież wiemy, że śpią teraz w swoich dormitoriach. Po co szukać kogoś, kogo miejsce pobytu dobrze znasz, to też nie zadziała.

— Dobra, więc ten Ślizgon, który minął nas na korytarzu. Malfoy...

Przed oczami Lily mimowolnie stanął obraz zawstydzonego Scorpiusa leżącego tu, na tej podłodze, zasłaniającego twarz ramieniem, Scorpiusa mokrego od śniegu, Scorpiusa spacerującego po zamku w świetle księżyca, Scorpiusa... Pokręciła prędko głową, bo miała wrażenie, że mózg jej zaraz eksploduje.

— Nie ma mowy — westchnęła, chowając twarz w dłoniach.

— Znów jesteś czerwona... To ohydne...

— To nie tak! — krzyknęła, szukając w panice jakiegoś racjonalnego usprawiedliwienia, bo Hugo patrzył na nią z mieszanką politowania i obrzydzenia. — Odnajdywanie Malfoya jest zbyt ryzykowne, przecież zobaczy drugi koniec połączenia!

— Lily ma rację, po prostu wyjdę za drzwi i schowam się gdzieś — zaoferował się Jerry i po chwili zniknął na korytarzu.

Rudowłosa machnęła różdżką, wypowiadając zaklęcie, jednak efekt był taki sam jak ostatnio.

— Ty spróbuj... — mruknęła do kuzyna. Hugo powtórzył formułkę, lecz kamyk nawet nie drgnął.

— Nic? — zapytał z żalem w głosie Jerry, wystawiając głowę przez drzwi.

— Nic — odpowiedziała równie rozczarowana Lily, chowając amulet do kieszeni.