Od autorki: Tego ani następnego rozdziału nie było w pierwotnej wersji tekstu. Siean – dziękuję, że namówiłaś mnie do uzupełnienia luki w wydarzeniach.

I niezmiennie dziękuję wszystkim komentatorom! :D


Rozdział 12. Ukojenie

– Nie płacz, señorita, nie zdąży go nawet zaboleć – pociesza Victorię Ramone, ignorując wyrzut w spojrzeniu sierżanta.

Mendoza na wszelki wypadek mocniej przytrzymuje dziewczynę. Victoria nie próbuje się jednak szarpać. Zdaje się mieć świadomość, że gwałtownym ruchem sprowokuje salwę. A może jest tak oszołomiona, że nie docierają do niej słowa alcalde?

– Wybacz tamten nieszczęsny postrzał i pechowy upadek. – Zawiedziony brakiem reakcji señority Ramone zwraca się do Zorro. Rzecz jasna, określeń „nieszczęsny" i „pechowy" używa w znaczeniu „nie zakończony śmiercią". – Bardzo dotkliwie odczułeś ich skutki?

Nie bardziej niż ty skutki kolejnego niepowodzenia – ma ochotę odpowiedzieć banita.

Tak, to byłoby całkiem adekwatne.


Poranek następnego dnia rzeczywiście był przykry. Diego wprawdzie bezpiecznie wrócił do hacjendy i spokojnie przespał noc, ale obudził się z bólem barku i lekką gorączką. Stłuczenia także dały o sobie znać. By dojść do siebie, potrzebował choć jednej doby odpoczynku.

Porzucenie codziennych obowiązków i zniknięcie z domu wymagały usprawiedliwienia się przed don Alejandro. Co więcej, wymówka musiała być wiarygodna i na tyle… intrygująca, by starszy de la Vega nie zwrócił uwagi na kiepski wygląd syna. Doprowadziwszy się więc do porządku i mając nadzieję, że rozmowa nie skończy się kłótnią, Diego wszedł do jadalni, przywitał się z ojcem i przedstawił mu swoje plany.

Nowy gatunek motyla – powtórzył powoli don Alejandro, jakby nie dowierzając temu, co właśnie usłyszał. W bezgranicznym zdumieniu przełknął ostatni kęs śniadania. – Nie, nie chcę wiedzieć – powstrzymał syna przed wygłoszeniem referatu o niewątpliwie kluczowym znaczeniu tego okazu w przyrodzie. – I tym zamierzasz zajmować się przez cały dzisiejszy dzień?

– Ojcze, to może być…

Przełomowe odkrycie? – zapytał z ironią starszy caballero i od razu się zreflektował. Jakkolwiek Diego miał przedziwne pasje, jego wiedza zasługiwała na szacunek. – W porządku, rozumiem – zapewnił bez przekonania i wstał od stołu. – Staram się zrozumieć – sprecyzował półgłosem, kierując się do wyjścia z jadalni. Może powinien okazać zainteresowanie, czuł jednak, że wdając się w dyskusję prędzej czy później wybuchnie śmiechem lub irytacją. – Eksperymenty! – rzucił za progiem i machnął ręką.

Młody de la Vega rzeczywiście spędził dzień na przeprowadzaniu doświadczeń. Tyle że nie były to męczące badania w terenie, a przerywane częstym odpoczynkiem mieszanie rozmaitych substancji w jaskini. Nie chcąc przy tym tracić kontroli nad sytuacją w pueblo, wysłał Felipe na rekonesans. Wolał wiedzieć zawczasu o ewentualnych planach alcalde.

Jak się okazało, Luis Ramone również leczył rany. Z tą różnicą, że on nie zachowywał cierpienia dla siebie. Od świtu mieszkańcy Los Angeles mogli obserwować wzorcowy trening żołnierzy. Lansjerzy na przemian biegali dookoła placu, wykonywali serie pompek, przysiadów i skłonów, ćwiczyli musztrę, walkę wręcz i strzelanie do celu. Do nadludzkiego wysiłku alcalde zmuszał podwładnych wyzwiskami i krzykiem.

Zwłaszcza kilku żołnierzy ciężko znosiło gimnastykę. Pomijając sierżanta Mendozę, który męczył się szybciej choćby ze względu na tuszę, za kolegami ledwie nadążał kapral Gomez. Lansjer, który dzień wcześniej wpakował Zorro w kłopoty, a następnie go z nich wyciągnął, był w nie najlepszej formie. Prawdopodobnie tej nocy z nerwów nawet nie zmrużył oka. Z dotrzymywaniem oddziałowi kroku miało trudności także dwóch szeregowców, którym najwyraźniej dokuczał ból głowy.

Gdy alcalde przekonał się wreszcie, że skrajnie wyczerpani żołnierze nie są w stanie wykonać już żadnego ćwiczenia, kazał im zaciągnąć kilkugodzinne warty w różnych punktach pueblo. Widać nie żartował, grożąc, że zapłacą mu za ucieczkę Zorro.

Postępowanie Luisa Ramone, który przez dwa kolejne dni konsekwentnie podnosił sprawność garnizonu, i święta cierpliwość don Alejandro, który tolerował obserwację motyli, pozwoliły Diego przyspieszyć powrót do zdrowia.


– Życie jest cierpieniem, Zorro – filozoficznie oznajmia Ramone. Ale nie martw się. Twoja męka właśnie dobiega końca – zapewnia. – Ja będę się musiał jeszcze trochę pomęczyć.

Poniekąd alcalde ma rację.

Cdn.