Oryginalny tytuł serii: The Progress of Sherlock Holmes

Autor: ivyblossom

Link do oryginalnego opowiadania w profilu.

Otrzymano zgodę na tłumaczenie.

Tłumaczenie z języka angielskiego: kottkvarn

Rozdział: The Case of Mary Morstan

12. Przypadek Mary Morstan

Nietrudno pomylić mnie ze studentem. Włosy w artystycznym nieładzie (odrobina żelu), przygarbiona sylwetka, torba na książki. Nieformalny ubiór: stare dżinsy i cienka koszulka (Johna), niby-niemodny kardigan w stylu retro (second hand). Trampki. Okulary: rogowe oprawki, zerowe szkła. (Dawno nie korzystałem z kamuflażu.) Wyglądam na nieśmiałego, niepewnego siebie. Stopę lekko zwracam do wewnątrz. Stoję przed głównym wejściem do biblioteki LSE, wbijam wzrok w ekran telefonu i przeglądam wiadomości (dokładnie tak, jak siedmiu innych studentów w pobliżu) z papierowym kubkiem kawy w lewej dłoni. Mary przechodzi obok obojętnie, nie rozpoznaje mnie. Idealnie.

Również ma (swego rodzaju) kamuflaż.

Perfumy (drogie, nowe: niezwykłe). Niebieskie, ciasno przylegające do jej stóp botki (kupione w sklepie na ulicy mieszkania w Clapton). Sukienka z głęboko wyciętym dekoltem. Szminka. Włosy nie są jak zwykle zebrane w koński ogon albo spięte po bokach, zostawiła je rozpuszczone. Wymodelowane, podkręcone. (Odcień między blondem a mysim brązem. Rozpoczęła życie jako blondynka i wciąż myśli o sobie w ten sposób. Blondynką była w liceum; zawsze krótko obcięta, jasnowłosa dziewczyna na żenujących, szkolnych fotografiach. Kiedy dorosła, spędziła trochę czasu w Indiach. W swoich blond włosach wyróżniałaby się z tłumu. Wydawałaby się bardziej atrakcyjna, niezwykła, urzekająca. Kolor włosów sprawiałby, że jej inność byłaby oczywista. Zagwarantowałby jej niespotykaną ilość zalotników. Kochałaby to i nienawidziła. Nie farbuje włosów, pozwala im naturalnie ściemnieć z wiekiem. Interesujący sposób na pogodzenie ze sobą naturalnych oznak kobiecości i własnego seksapilu. Akceptacja (być może radosne oczekiwanie?) faktu, że zmienia się pod wpływem czasu. (Że może się zmienić.) Ubrała się, jakby dzisiejszy dzień był naprawdę ważny. Wybrała niemal dokładnie takie ubrania, jakich nigdy by nie założyła.

Ma się z kimś spotkać. Klub Książki: oczywista wymówka. Dzisiaj zobaczy się z nim (kimkolwiek on jest) i być może nawet, o ile będę miał tyle szczęścia, w czasie lunchu. Sieć bezdomnych otrzymała polecenia, pięćdziesięciofuntowy banknot i zdjęcie Mary. Gdzie/kiedy/z kim? Odpowiedzi mile widziane. Mary uważa, że noce z Johnem zajmą mnie na tyle, że nie będę w stanie jej śledzić, a ona będzie bezpieczna nie tylko przed jego podejrzeniami, ale także przed moimi. Myli się.

Włamanie się do jej grafiku nie było trudne. (Ona i John mają najdziwniejszą możliwą cechę wspólną: korzystają z podobnego schematu układania haseł. Wybierają przedmioty o emocjonalnym znaczeniu, imiona zwierząt z dzieciństwa oraz, co dziwaczne, pseudonimy, z których korzystali podczas sprzeczek w Internecie w czasach uniwersyteckich. Oboje, zarówno John jak i Mary, cenią sobie posiadanie drugiej tożsamości, sekretne ja.) Wybiła godzina lunchu i tajemniczego Spotkania. (Nie dopisano żadnego imienia, widuje się więc tylko z jednym na raz.) Najbardziej interesujący dla mnie punkt jej dnia.

Grafik pracowników biblioteki jest przypięty na tablicy za głównym biurkiem. Udało mi się rzucić na niego okiem. Według Johna, Mary miała w zeszłym tygodniu dwie nocne zmiany (niezwykłe): we wtorek (kiedy John przyjechał z Clapton prosto na miejsce zbrodni i zasnął o drugiej nad ranem z twarzą w sofie) oraz w czwartek (przyniósł film na DVD i spędziliśmy cały wieczór razem; jego prawa nogą splątana z moją, jego ręka na moim kolanie). Grafik potwierdza, że na czwartek owszem, Mary ma wpisaną nocną zmianę (MM zamiast pełnego imienia i nazwiska; ochrona danych osobowych przed takimi jak ja), jednak wtorek: inne inicjały. We wtorkową noc Mary nie było w bibliotece. W przyszły również jej tam nie będzie. Kłamstwo.

Uderzenia niebieskich botków Mary o chodnik. Podążam za nią, wciąż wpatrując się w ekran telefonu. Loki podskakują przy każdym jej kroku. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Nikt nie uważa, żebym zachowywał się dziwnie. (Nawet, kiedy przyspieszam, gdy Mary znika za rogiem i przechodzi na drugą stronę ulicy.) Rzut oka na zegarek (jakbym obawiał się, że mogę się gdzieś spóźnić). Wpycham telefon do kieszeni. Wibracje. Wyciągam go z powrotem. John.

Gdzie się dzisiaj spotykamy? Na Baker Street? U Angelo'a? A może jest jakieś miejsce zbrodni, które wymaga twojej uwagi?

Ukłucie ciepła. John. Jest zbyt wcześnie na tego typu plany. Zwykle zadaje mi te pytania, kiedy zbliża się czwarta i jego zmiana dobiega końca. Napisał w przerwie pomiędzy pacjentami. Zwykle robi sobie wtedy herbaty i sięga po biszkopty. Tym razem nie robi żadnej z tych rzeczy, tylko myśli o mnie.

Naszej uwagi. Jak na razie nie ma żadnej sprawy. Specjalne życzenia? SH

Mary wchodzi w boczną uliczkę. Robię unik przed mężczyzną ze sklepikiem na kółkach i staram się nie stracić jej z oczu. Przyspieszam, zanim zdąży mi się wyślizgnąć.

Chyba Baker Street. Chcę zobaczyć X-Factora. Przenieść telewizor na miejsce?

Obserwuję jak jej sukienka i niebieskie buty znikają w restauracji. Po drugiej stronie ulicy dostrzegam księgarnię z dużym oknem. Punkt obserwacyjny.

Telewizor może zostać tam, gdzie jest. SH

Siedzi raczej wzdłuż okna niż pod oknem. Szkoda, jednak nie jest najgorzej; usiadła przodem do mnie. Na niego czeka wolne krzesło. Mary zostawiła mu widok na główne wejście i nadchodzących kelnerów. Sama zajęła miejsce pasywne, miejsce odbiorcy. To do niej niemal zupełnie niepodobne. Pije wodę. Wyraz jej twarzy: przyjemność, oczekiwanie. Zastrzyk adrenaliny, wynikający z postawienia życia w ryzyko, stąpania na krawędzi urwiska. Mają z Johnem dużo wspólnego. Nie dopasowali się aż tak tragicznie.

Może przyniosę coś do jedzenia?

Pojawia się samochód, parkuje niemal ulicę dalej. Mężczyzna w garniturze. Z wyglądu mogłoby chodzić o niego. Żonaty. Lekko siwiejący. Przystojny, jednak nie wybitnie. Wiedzie życie pełne sukcesów (kosztowne buty, kosztowny garnitur i kosztowna spinka przy krawacie). Przechodzi przez ulicę i wchodzi do restauracji. Mary wstaje, witają się. Całuje go w policzek. Podaje mu rękę i nie zabiera dłoni. On zajmuje miejsce naprzeciwko niej. Trzepot serwetek, ustawianie stóp w wygodnej pozycji. Splecione dłonie na stoliku. Bawi się jej palcami. Mary wybucha śmiechem. Flirt. Randka.

Wedle twojego uznania. SH

Wychodzę z księgarni i idę w stronę samochodu mężczyzny. (Czerwony Bentley, niemożliwy do pomylenia nawet z daleka.) Zatrzymuję się przy aucie, wyciągam telefon. Udaję, że wysyłam gorączkową wiadomość. Przesuwam się kawałek, żeby uchwycić numery tablicy rejestracyjnej. Wzdycham teatralnie, potrząsam głową, przesuwam okulary na czubek nosa. Znów wciskam dłonie do kieszeni. Odgrywam teatrzyk dalej; wzburzony student wysyłający wiadomości na środku ulicy nie stanowi szczególnego zjawiska. Wracam pod księgarnię, opieram się o jej ceglaną ścianę. Wyciągam telefon. Robię zdjęcie Mary, która spogląda z uczuciem na łysiejącego mężczyznę. (Ma więcej testosteronu niż John. Lepszy w łóżku? Z pewnością bardziej ambitny.)

Wysyłam wiadomość do Lestrade'a i proszę go o sprawdzenie rejestracji. Wysyłam mu zdjęcie na e-mail. Lestrade prędzej weźmie tego typu żądanie na poważnie, jeżeli będzie miał pod ręką fotografię. Tak jakby zrobienie i wysłanie jej, sugerowało, że prośba jest poważniejsza, niż kiedy podaję mu same numery.

O co chodzi?

Ważne. Potrzebne nazwisko/adres. SH

Rzut oka na Mary; trzyma dłoń na jego policzku, uśmiecha się do niego. Ma obcy wyraz twarzy. Czysta pasywność. Dziwne. Lestrade nie odpowiedział natychmiast. To dobry znak, sprawdza numery.

Telefon znów wibruje. Lestrade? Okropnie szybko. Nie. Mycroft. Powstrzymuję się, żeby nie postąpić dziecinnie i od razu nie schować telefon do kieszeni. Wychodzę na główną ulicę i z rozdrażnieniem spoglądam w obiektyw kamery CCTV; z powrotem zerkam w boczną uliczkę.

Czy to naprawdę najlepsza opcja spożytkowania twojego czasu?

To niesamowite, że wszystkie wiadomości od Mycrofta wydają się ociekać jego szyderczym tonem.

Czy to najlepsza opcja na spożytkowanie twojego? SH

Trzy ulice dalej wślizguję się do sklepu i w opustoszałej przymierzalni zmieniam ubrania. Wracam do porządnych spodni i butów, a niemal przetartą od noszenia koszulkę Johna zostawiam pod wyprasowaną koszulą. (Jest w tym coś pociągającego; pachnie nim.) Porzucam (odrażające) trampki. Dżinsy i okulary wkładam do torby. Zarzucam ją na ramię. Kardigan zostawiam na wieszaku w przymierzalni. Wibracje telefonu. Lestrade.

James Carstairs, Plac Myddelton 4, Clerkenwell. Co zrobił?

(Relatywnie) ekskluzywna dzielnica. Pasuje do marki jego samochodu i ceny butów. Łapię taksówkę. Nie mam czasu, żeby odpowiedzieć Lestrade'owi (prawdopodobnie i tak już zdążył zająć się czymś innym). Muszę dowiedzieć się czegoś więcej. Taksówka jedzie slalomem; muszę się skupić. Adres i nazwisko; przeszukuję bazy danych, do których hasła posiadam (och Mycroft, ty i twoja mała, biedna ochrona) i sprawdzam, czy James pracuje w handlu ekskluzywnych nieruchomości. Czy w jakikolwiek znaczący sposób jest powiązany z Londyńską Szkołą Ekonomii? Nie, nawet nie ukończył szkoły średniej. Brak jasnych powiązań, mniej oczywistych również. Jego lunch z Mary: (możliwe, ale) mało prawdopodobne spotkanie biznesowe. Nigdy nie pokazałby się w Clapton w pobliżu śmierdzącego tłuszczem od kurczaków z rożna mieszkanka Mary. Nawet by mu się to nie przyśniło. Czegóż (poza oczywistościami) mógłby chcieć zamożny agent nieruchomości od bibliotekarki z nocnych zmian? Mary ani nie ma oszczędności, by wejść w posiadanie, ani nie posiada posiadłości. Znajomość tych dwojga (Jamesa i Mary, Mary i Jamesa) nie przemawia za niczym innym, jak za kontaktami osobistymi. (Bawił się jej palcami.)

Po raz czwarty (a właściwie piąty) Mary nie udało się pozostać wierną mężowi. Byłoby szaleństwem spodziewać się po niej czegoś innego.

Numer czwarty na Placu Myddelton to imponująca siedziba w centrum miasta. Okna na pierwszym piętrze sugerują co najmniej dwójkę dzieci (córki, jeszcze w wieku dziecięcym, nie nastoletnim). Tapeta: żona. Wewnątrz dostrzegam ruch. Pomoc domowa? Nie, to kosztowna sukienka. Żona jest w domu, wkłada kwiaty do wazy. Porusza ręką w rytm muzyki. Zupełnie nieświadoma. Wibracje telefonu. Sprawdzam. Mycroft. (Dlaczego nie zostawi mnie w spokoju?)

Twoje plany są niezwykle niemądre.

Zdrada to forma braku lojalności, która boli głównie przez wiedzę. Nieświadomość: dni mijają jak zwykle. Przystrojony kwiatami dom. Włączona muzyka. Dzieci zdobywające wiedzę na wsi i wracające na święta do domu. Jeżeli wiedza mogłaby zostać usunięta (wykasowana z ich dysku twardego, zresetowana, dowody zniszczone; gdyby zadbać o brak świadków, którzy mogliby przemówić lub powstać z martwych), nie byłoby ofiar. Jednak życie nigdy nie działa w ten sposób.

Podejrzewam, że to się czasami udaje. Coś mogłoby się wydarzyć inaczej: są w końcu otwarte małżeństwa, poliamoria/wielomęstwo. Jednak to wszystko jedynie uelastycznia, zmienia definicje. Nawet w takich związkach jest miejsce na zdradę. Czy to taki przypadek? Żona z tulipanami; wielki, ekskluzywny dom i czerwony Bentley. Dwoje dzieci. Tapeta Osborne and Little. Meble od Christophera Guya. Mało prawdopodobne. Ona wewnątrz tego domu buduje coś bardzo konkretnego, a on (James) niszczy to z premedytacją. Kolejny łajdak, który ma słabość do ryzyka. (W końcu jest agentem nieruchomości.) Jego żona zabrałaby mu wszystko. Zrujnowałaby go.

Wibracje. Wiadomość. Znów Mycroft? Nie, John. To miłe, ale dlaczego właśnie teraz? Przecież jest wczesne popołudnie, ma pacjentów. Zwykle bywa o tej porze zajęty i chce, żebym zostawił go w spokoju. A więc myśli o mnie. Jeden pocałunek, jeden prawdziwy pocałunek i bezustannie o mnie myśli. (Tak, jak ja bezustannie myślę o nim.)

Dzisiaj rano przyszedł pacjent, który był przekonany, że ma trąd.

Historie na temat pacjentów Johna: zwyczajowy sposób na zabicie czasu pomiędzy sprawami, kubkami herbaty i kiepskimi programami w telewizji. Jest zniecierpliwiony, zaniepokojony. Chce czymś zapełnić pustkę (czymkolwiek). Pocałowałem go, a on odwzajemnił ten gest. Jednoznaczna sytuacja. Chce dzisiaj zostać na Baker Street, a to sugeruje coś osobistego. Czy planuje wziąć sprawy w swoje ręce? (Ukłucie niepokoju/oczekiwania. Trudno oddzielić od siebie te dwa uczucia.) Czy powie mi, w końcu, że musi wybrać albo mnie (niebezpieczeństwo, klęskę), albo Mary (klęskę, niebezpieczeństwo) i że wybrał ją?

I miał? SH

Do dzisiejszego wieczoru dostanę ostateczne dowody przemawiające za tym, że prawdopodobieństwo niebezpieczeństwa/klęski związku z nią jest co najmniej tak wysokie, jak ze mną.

Właściwie to wydawał się zawiedziony faktem, że nie.

Wygląda na to, że John nie jest ofiarą. O niczym nie ma pojęcia. Mary chroni go i będzie go chronić tak długo, dopóki widok jego (ekspresywnej, prostej w zrozumieniu) twarzy będzie przynosił jej więcej przyjemności niż wstydu i poczucia winy. Nieświadomość gwarantuje mu spokój (zakładając, oczywiście, że Mary nie sprawi sobie po drodze choroby wenerycznej. To jednak mało prawdopodobne, ma duże doświadczenie w tych sprawach), brak cierpienia. Jeżeli wszystko mu wyjawię, pojawi się ból i to ja będę jego doręczycielem.

Czasami ból jest dobry.

Wcale mu się nie dziwię. Trąd to ciekawa przypadłość. SH

Nie ma dla mnie miejsca w tej ekskluzywnej dzielnicy z nieświadomą panią Carstairs. Mycroft myśli, że zamierzam się z nią spotkać, ostrzec ją, pokazać jej dowody, jednak nigdy nie miałem takiego zamiaru. Chciałem się tylko dowiedzieć, kim jest James Carstairs. Przeciwieństwem Johna. Wszystkim, czym John nie jest. Przekalkulowanym niebezpieczeństwem, podczas gdy John stanowi gwarancję stabilności. (Ta cecha to pierwsza i jedyna jego zaleta w oczach Mary.)

Dziewczyna z sieci bezdomnych zatrzymuje mnie tuż przed 221b. Jestem spóźniony. John jest już na miejscu, (tajskie) jedzenie stygnie na stole. Napisałem mu, żeby zjadł beze mnie, jednak uparł się, żeby zaczekać. (Czy to randka?) Dziewczyna (z tego co wiem, ma na imię Jane) wpycha mi w dłoń karteczkę. Zdjęcie Mary. Jej zmiana skończyła się dwie i pół godziny temu. Odkąd wyszła z pracy, ktoś musiał ją śledzić. Notatka ołówkiem: Myddelton 4. Czerwony Bentley. Właśnie tam się teraz znajduje, tam mogę ją znaleźć. To miejsce, w które mógłbym zabrać Johna i zdemaskować Mary. Zakończyć to.

Mógłbym także ujawnić inną zdradę (Johna ze mną). Dwoje może grać w tę grę. Dwoje gra w tę grę. John balansuje na krawędzi, po której obu stronach czyha niebezpieczeństwo. On jeszcze nie przygotowuje się do decydującego skoku, a Mary już spadła w dół.

Wchodzę po schodach pełen niepewności, jednak na widok (pełnej otwartości, znajomej) twarzy Johna uspokajam się. Leżąc w moim łóżku, oglądamy głupie programy telewizyjne. (Jedzenie w ogóle nie jest zimne.) Kiedy wybucha śmiechem, całe moje ciało wibruje echem jego głosu. Wspiera się na poduszkach; trzyma głowę na moim ramieniu, palce na moim karku. Nie wspomina o pocałunku, więc ja również nie poruszam tego tematu. Nie doprowadza do konfrontacji, nie stawia żądań. Wyciera palcem orzechowy sos z mojej twarzy, oblizuje palce. Wpatruję się w jego dłonie. Zasypia z głową na mojej piersi. Nie zamykam oczu przed wschodem słońca.