Pocałowała go. Kivan spojrzał na nią zaskoczony. Zrobiła to jeszcze raz. Wtedy oddał pocałunek, potem następny i kolejne. Przyciągnął ją do siebie. Jego język w jej ustach, jej język w jego. Chciała tego, musiała tego chcieć. Nie broniła się, kiedy ściągał ubranie najpierw z niej, potem z siebie. Pieścił jej piersi, wsunął dłoń między jej nogi, a potem pod bieliznę. Ona oddawała pieszczoty. Dotykała Kivana, smakowała jego skórę, kilka razy go ugryzła. Chciał ją mieć, tutaj, teraz, musiał ja mieć. Powtarzała jego imię. Kivan, Kivan, Kivan... Pocałował ją w usta i powiedział jej imię. Steele...
Driady nie mają imion. Nie potrzebują ich, tak samo, jak drzewa. Każda wie, kim jest, nie muszą tego nazywać. Ta ze strażniczek kniei, która to rozpoczęła nie miała wyrzutów sumienia. Drzewo powiedziało jej o nich wszystko.
Elf, z maską opanowania na twarzy, zdruzgotany w środku. Rana której doznał, nigdy się nie zagoi. Może ją ukryć, za osłoną rezerwy, z czasem rezerwa zmieni się w cynizm, a na końcu cynizm w zobojętnienie. Zapomni, że miał kiedyś uczucia, zapomni jaki był początek tego wszystkiego. Albo pewnego dnia tłumiony gniew wybuchnie w nim, wzbierze jak fala i będzie szukał okazji jak ze sobą skończyć, w ślepym pędzie do autodestrukcji.
Elfka, też z raną w sercu, które z biegiem czasu będzie kamieniało coraz bardziej, aż w końcu całkiem stwardnieje. Zrobi wszystko, byle już nigdy nie poczuć się jak tego dnia, kiedy była tylko małą, bezbronną dziewczynką, próbującą płaczem przywrócić ojca do życia.
Opiekunka lasu uznała, że oddała obojgu przysługę. Uratowała ich. Poza puszczą nie czekało ich nic dobrego. Ludzie nigdy nie oznaczali niczego dobrego, dla dzieci natury. A nimi przecież były elfy. Tutaj, będą strzec puszczy, strzec driad. Ich życie będzie wyznaczał prosty rytm. Sen, posiłek, walka, odpoczynek. Żadnych dylematów, wątpliwości. Tak niewiele, tak prosto. W końcu będą szczęśliwi. Bez tego całego bagażu przeszłości, depczącego po piętach, uwierającego, nieustannie podążającego za nimi.
Drzewo powiedziało driadzie o czymś jeszcze. O uczuciu, które, nieproszone wykiełkowało gdzieś na dnie serca elfki. Ale zamiast pozwolić mu rozkwitnąć, przycinała je za każdym razem, gdy podnosiło głowę. Ze strachu, żeby tylko nie przysporzyło jej cierpienia. I o pragnieniu, jeszcze bardziej tłumionym, które było we krwi elfa, płynęło w jego żyłach. O prostej chęci, żeby ją mieć, być w niej, słyszeć jak krzyczy jego imię. Żeby ją pieprzyć. Ale to pragnienie zostało wyparte. Zakrzyczane przez wyrzuty sumienia, wspomnienia, poczucie obowiązku. Ale wciąż tam tkwiło, tliło się pod jego skórą. Wystarczyła pieśń, żeby je obudzić.
Steele ocknęła się w zupełnie innym świecie. Nie było przeszłości, przyszłość była jasno określona. Strzec puszczy, strzec driad, być z Kivanem. Nimfy otoczyły ich kręgiem, całowały w policzki, obejmowały. Byli częścią rodziny. Tak było od zawsze i tak miało być już zawsze.
Na polanie zjawiły się kolejne strażniczki lasu. Przyprowadziły kobietę i dwóch mężczyzn. Obcy. Spoza puszczy. Toczyli dookoła błędnymi spojrzeniami, chwiali się na nogach. Steele wyjęła sztylet. Chciała z nimi skończyć, jeśli driady jej tak rozkażą. Przecież żyła, żeby je chronić. Ale przywódczyni leśnych istot zatrzymała jej dłoń i uśmiechnęła się. Jej miedzianorude włosy połyskiwały, skórę miała jasną jak kora brzozy. Mrużyła migdałowe oczy w uśmiechu.
- Zobaczymy, może też zostaną z nami - powiedziała.
Nimfy, które do nich dołączyły wspominały, że byli jeszcze inni obcy, ale nie poszli za śpiewem. Nieważne. Nie będą stanowić zagrożenia.
Była już noc, driady zamknęły się w swoich drzewach, ułożyły do snu. Zostali zupełnie sami. Położyli się w trawie, otulili ubraniami i wpatrywali w niebo. Rano wyruszą, by patrolować las.
Steele nie pamiętała skąd zna łowcę. Nie zastanawiała się nad tym. Musieli tu być razem od zawsze. Przyglądała się elfowi. Podłożył ramię pod głowę, utkwił wzrok w rozgwieżdżonym niebie. Wiedziała tylko jedno. Leżąc tutaj, obok niego była najszczęśliwszą osobą na świecie. Jeśli w ogóle istniał jakiś inny świat poza puszczą.
Kivan rozkoszował się ciszą, bliskością przyrody. To do tego został stworzony, tu było mu najlepiej. Jego miejsce. Rozgwieżdżona noc, otaczające ich drzewa, zapach tętniącej życiem ziemi. I ta szczupła, kobieca sylwetka obok. Podskórnie czuł, że coś się ma wydarzyć, musi się wydarzyć. Coś buzowało w jego krwi. Coś czego pragnął, od tak dawna, od tak cholernie dawna...
- Kivan... - uniosła się na łokciu i zebrała na odwagę. Nie było przecież nic złego w tym co chciała zrobić. Musi to zrobić. Musi spróbować.
- Tak?
Pocałowała go, raz i kolejny. Oddał jej pocałunki. Ściągnął z niej ubranie, potem z siebie. Dotykał jej, całował ją, smakował jej skórę. Ona jego. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek wcześniej robiła coś takiego, ale wiedziała... instynktownie wiedziała co się powinno stać. Powietrze stało się gorące i lepkie. Nie liczyło się nic innego tylko mieć ją, być w niej. Tutaj, teraz, natychmiast.
Kivan leżał na elfce, dwa ciała splecione w jedno, w jednym rytmie. W ciszy i ciemności słychać było jak Steele powtarza jego imię. Przyśpieszone oddechy obojga, gorączkowe wilgotne pocałunki. Potem jak głos Steele łamie się w powodzi jęków i krzyków. W końcu zapanowała cisza.
Leżeli obok siebie, chłonąc własne ciepło. Oboje nie powiedzieli ani słowa. Łowca pocałował elfkę w czoło. Okryli się ubraniami.
Czuła jego ciepło i bliskość. Tak miało być już zawsze. Chciała coś powiedzieć, ale brakowało jej słów. Wprawdzie przeszłość dla niej nie istniała, ale czuła, że nigdy czegoś takiego nie przeżyła. Najpierw fali pożądania, którego nie dało się opanować. A potem ulgi kiedy to pożądanie zostaje rozładowane w błysku przyjemności. Uczucia totalnej, zupełnej bliskości, kiedy od drugiej osoby dzieli cię tylko własna skóra. Szczęście, uniesienie, ekstaza.
Rankiem zjedli posiłek, przyrządzony z zapasów, które mieli ze sobą. Łowca uśmiechnął się i objął dziewczynę ramieniem. Nie musieli wiele mówić. Elfka odpowiedziała uśmiechem, odgarnęła włosy z policzka Kivana i swoimi ustami poszukała jego ust. Zaczęło się niewinnie, samo zetknięcie warg. Ale już po chwili jego język był w jej ustach i poczuła tę samą znajomą falę ciepła, która ogarnęła ich wczorajszej nocy. Nagle, usłyszeli trzask, pękającej kory. Drzewo, rosnące naprzeciwko otworzyło się i wyszła z niego miedzianowłosa przywódczyni driad. Uśmiechała się.
Steele, w ramionach Kivana na moment się zmieszała. Miała wrażenie, że każdy może wyczytać z jej twarzy to, co wydarzyło się minionej nocy.
Strażniczka kniei podeszła do nich, tak lekko, że na leśnej ściółce nie było słychać jej kroków. Nachyliła się nad elfką i musnęła jej włosy.
- Cała promieniejesz. - powiedziała uśmiechając się.
- Ja...
Łowca przyłożył dłoń do serca i pozdrowił leśną istotę w elfim języku. Spojrzała na niego z uznaniem.
- Znalazłeś spokój? – zapytała nimfa.
- Tak pani... - położył rękę na ramieniu Steele. - Znalazłem... spokój.
Nagle ciszę przerwał trzask pękających drzew. Padały na ziemię wyrwane z korzeniami, łamiąc się jak kruche patyczki. Zerwał się wiatr, ogłuszające, przenikliwe wycie. Sypał im piasek do oczu, chłostał po twarzy, niemal przewracał.
- Pani!- krzyknął Kivan.
Driada chwyciła ich oboje za ręce i pociągnęła do jednego z drzew, które ocalało przed naporem wichury. Tuż przed nimi na ziemię zwalił się kolejny pień. Łowca zasłonił Steele. Ochlapała ich fontanna kory, ziemi i liści. Powietrze zgęstniało, wokół zapanowała ciemność. Strażniczka puszczy pociągnęła ich oboje za sobą, jak pływaków, szykujących się do skoku do wody. Nagle pień rozwarł się, niczym właśnie otwierane wejście. Zniknęli wewnątrz niego. Sekundę później wszyscy troje upadli na ziemię. Tuż przed wielkim drzewem, tym najważniejszym pomnikiem kniei. Miejscem, gdzie przyjęto ich do rodziny.
Na środku polany stała ona. Driada, w poszarpanej odzieży, o jasnych włosach i stalowych, niebieskich oczach, płonących z wściekłości. Roztaczała wokół siebie taką aurę władczości, że mimowolnie chciało się paść na kolana. Tkwiła w epicentrum, w oku cyklonu. Dookoła szalały podmuchy wiatru, łamały się gałęzie, padały drzewa. Strażniczki lasu skuliły się, jak gromada wystraszonych dzieci. Wpatrywały się przerażone w jasnowłosą nimfę. Żadna jej nie zaatakowała. Gdy obca wygrażała pięścią przewracały się drzewa. Gdy krzyczała wzmagał się wiatr. Nawet korona tego największego pomnika przyrody kołysała się niebezpiecznie. Miedzy gałęziami, w ich uścisku tkwili uwięzieni intruzi, których wcześniej przyprowadziły strażniczki kniei. Słychać było ich krzyki.
- Chciałyście zabrać moje dzieci!- głos obcej driady przeciął powietrze.
- Nie... pani... nie... królowo – wyjąkała jedna z leśnych istot. Przerażona, ubłocona, przypadła do ziemi w poddańczym geście.
- Chciałyście je zabrać! - gdy to wykrzyczała lunął deszcz.
- Steele!- elfka usłyszała jak ktoś woła jej imię. Dopiero teraz zauważyła dwie sylwetki w pobliżu napastniczki. Krzyczała jedna z nich, dziewczyna o płomiennorudych włosach i twarzy usianej piegami. Elfka była pewna, że widzi ją pierwszy raz na oczy.
- Zabij je!- zawołała do Steele przywódczyni driad. Tkwiła skulona w kucki, jakby niezdolna się ruszyć. Wpatrywała się tylko w groźną, nieubłaganą postać przed sobą. Tą, którą nimfy nazywały „królową."- Zabijcie je ! – jej głos łamał się w błaganiu.
- Steele! Kivan! - krzyknęła znowu rudowłosa. Wyciągnęła ręce w ich stronę.
Elfka posłała kilka noży do rzucania w kierunku dziewczyny o płomiennych włosach. Wbiły się w drzewo, tuż obok. Z łuku Kivana wystrzeliły groty, ale dwie kobiece sylwetki schroniły się za siejącą spustoszenie nimfę. Żadna broń niej nie mogła zranić królowej. Strzały, czy noże odpychane podmuchami wiatru nie sięgały napastniczki. Nagle, na sygnał którejś z driad gałęzie drzewa wypuściły uwięzionych. Teraz byli po ich stronie. Po jedynej słusznej stronie. Steele widziała jak wysoka, jasnowłosa wojowniczka, okuta w zbroję jakimś cudem przedziera się do siejącej spustoszenie wrogiej istoty. Wyskoczyła w górę, zamachnęła się mieczem, ale wtedy wprost na nią upadł pień drzewa. Zniknęła pod jego ciężarem. Siejąca spustoszenie nimfa jednym ruchem ręki wywołała podmuchy wiatru. Powaliły na ziemię następnego wojownika, zakutego w stal krasnoluda, i jego kompana, rudowłosego mężczyznę, w średnim wieku.
- Już jedno mi zabraliście! - krzyczała w furii driada o stalowych oczach. - Gdzie jest moje dziecko?
- Pani... - głosy strażniczek kniei niknęły w wichurze. - Ono... ono nie żyje...
Królowa wpadła w szał. Rozpętało się piekło, jakby siły natury chciały ich zetrzeć z powierzchni ziemi. Steele nic nie widziała. Strugi deszczu, piach i kora chłostały ja po twarzy. Przywarli do ziemi, razem z Kivanem. Starał się ją zasłonić. Słyszeli tylko jak dookoła padają drzewa, z trzaskiem łamią się gałęzie.
- Zabraliście moje dziecko! Gdzie ono jest? - głos władczyni lasu był ochrypły z wściekłości.
- Czemu ją tu sprowadziłyście? - rozległ się głos przywódczyni driad. - Zabije nas wszystkich!
- Zdejmij z nich urok!- dobiegło Steele wołanie. To krzyczała druga z kobiet, które schroniły się za królową. Elfka o ciemnej skórze i włosach koloru mleka. Steele nic nie rozumiała. O kogo chodziło nieznajomej? Jaki urok?
- Nie zatrzymacie jej!- krzyczała przywódczyni leśnych istot. We jej włosy wplątały się strzępy kory i liście, jej białe kolana i dłonie pokrywało błoto. Kuliła się za omszałym głazem.
- Steele!- to znowu krzyczała rudowłosa dziewczyna. - To ja Imoen!
Imoen? Nie znała tego imienia. Zabiłaby je, zabiłaby je wszystkie. Tą, którą nimfy nazywały „królową" i jej dwie towarzyszki byle tylko chronić driady. Ale w panującej wichurze i chaosie nie mogła się ruszyć. Mogliby spróbować uciec, gdyby nie, to, że wszystkie strażniczki puszczy wydawały się sparaliżowane. A przecież mieli je chronić, tylko to się liczyło.
- Zdejmij z nich urok!
W panującej ciemności i strugach deszczu ledwo dało się coś zauważyć. Elfka usłyszała, że przywódczyni driad zaczęła śpiewać. Ogarnęła ją wściekłość. Tkwili tu, na łasce tej obłąkanej istoty.
- Osłaniaj mnie. - odwróciła się do łowcy
Ogromnym wysiłkiem rzuciła się do przodu. Walczyła z przeciwnym wiatrem. Driady. Musi je chronić. Śpiew stawał się coraz głośniejszy. Nagle Steele poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa, że przestaje jej słuchać całe ciało. Upadła twarzą na ziemię. Świat rozmył się i zawirował.
Kiedy podniosła twarz, całą umazaną błotem i oblepioną trawą była już w zupełnie innej rzeczywistości. Uroki nie wymazują z pamięci tego co się stało. Pamiętała. Driady zgromadzone w kręgu pod drzewem. Ich śpiew. Kivana i to co zaszło zeszłej nocy. Ale to był akurat najmniejszy problem...
- Imoen!- krzyknęła, podnosząc się na kolana.
W miejscu gdzie stała siejąca spustoszenie władczyni lasu, rozbłysła kula ognia. To czarodziejka, rzuciła zaklęcie stojąc za jej plecami. Powietrze eksplodowała żarem. W następnej chwili z dłoni magiczki trysnął strumień lodowatego zimna, mrożąc nawet rośliny stojące na jego drodze. A potem z jej palców wystrzeliły magiczne iskry, uderzając w powalone ciało. Uniosły się z niego smugi dymu.
Wichura ucichła. Drzewa przestały upadać. Deszcz ustał. Driada, królowa driad leżała nieruchomo na polanie pod wielkim drzewem, otoczona powalonymi pniami. Inne strażniczki kniei zbierały się dookoła niej. Steele wstała kulejąc. Zobaczyła wyraz radości na twarzy Imoen. Siostra biegła w jej stronę. Elfka odwróciła się i spojrzała na Kivana.
Nie patrzył na nią. Pamiętał. Musiał pamiętać.
Shar- Teel miała złamane żebra, Kagien rozbitą głowę. Tranzigowi nic się nie stało. Tchórze zazwyczaj wychodzą cało.
Leśne istoty zgromadziły się dookoła nieruchomego ciała. Patrzyli na siebie ostrożnie – strażniczki puszczy i ci, których spętały urokiem, czy też chciały spętać.
- Co... co jej się stało? - zapytała czarodziejka patrząc na leżącą postać. - Skąd te dzieci...
- Królowa... - zaczęła mówić przywódczyni driad, o białej skórze i miedzianorudych włosach. - ..zakochała się. Zaszła w ciążę, ale... dziecko urodziło się martwe... On ją opuścił... Postradała zmysły... Zabierała dzieci z wioski... nie mogłyśmy jej powstrzymać, to ciągle nasza królowa...
Viconia nachyliła się nad leżącą nimfą. Jasne włosy władczyni driad były rozrzucone na leśnej ściółce, jej skórę pokrywały rany i czerwone bąble oparzeń. Zbadała puls nieprzytomnej istoty.
- Żyje. Co chcecie z nią zrobić? Należy do was. Jeśli odzyska przytomność... - zaczęła mówić drowka.
- Drzewa... zawsze nas leczyły... ale odkąd królowa nas opuściła... nie zawsze potrafią... to jej mają obowiązek słuchać. Ciągle jest władczynią lasu. - tłumaczyła miedzianowłosa nimfa. Jej delikatny, melodyjny głos zacinał się i rwał. Splatała nerwowo swoje białe palce.
Strażniczki kniei zbiły się w grupę niczym wystraszone ptaki. Ich przywódczyni rozglądała się niepewnie dookoła. Odgarnęła włosy, lepiące się pasmami do jej twarzy i westchnęła. Wszystkie nimfy wpatrywały się w nią. Uklękła przed drzewem, pomnikiem przyrody, największym w całej puszczy. Złożyła dłonie.
- Proszę, pomóż. Proszę uzdrów królową...- powiedziała cicho.
Gałęzie wyciągnęły się niczym ręce, podniosły bezwładne, pokaleczone ciało. Gdy je opuściły, królowa była już martwa. Leśne istoty nie rozpaczały, nie płakały. Pochyliły się nad ciałem, każda go dotknęła. Przywódczyni driad pocałowała królową w czoło.
- Nie mogła... zostać uleczona... - powiedziała. - Tak było... lepiej.
- Dzieci są w puszczy...- zaczęła Imoen. - Zostawiła je tam. Trzeba je zaprowadzić do wioski...
- Wiemy, gdzie są. Odprowadzicie je do ludzkiego gniazda. Nas... na pewno tam nie wysłuchają.
- Zgadzacie się? Tak po prostu, kurwa mać?- wybuchnęła Steele. - Czy znowu rzucicie na nas pierdolony urok?
- Popełniłyśmy błąd... Chciałyśmy chronić las. Ale cały czas to ona rządziła, królowa... Puszcza w końcu przestałaby nas słuchać. Dlatego chciałyśmy, waszej pomocy... Teraz królowa nie żyje... Las będzie nam posłuszny... musi być. - dokończyła miedzianowłosa driada, ale w jej głosie nie było pewności.
- Pomocy? - Steele dopadła do nimfy, złapała ją za delikatne ramiona. Potrząsnęła, z taką siłą, że z pewnością zostawiła na białej skórze driady siniaki. Leśna istota unikała je wzroku.
Elfkę ogarnęła wściekłość. Ranni Shar- Teel i Kagein. Imoen i Viconia, które mogły zginąć z jej ręki. Przecież chciała zabić Imoen, własną siostrę! I Kivan unikający jej wzroku, patrzący gdzieś w bok... To wszystko, bo opiekunki lasu potraktowały ich jak pieprzone pionki na szachownicy, którymi można rozegrać partię. - Wzbierała w niej wściekłość. - Wiesz, co zrobiłyście, ty kurwo?!
- Chciałyśmy dobrze, dla lasu, dla puszczy. - nimfa w końcu spojrzała elfce w oczy. Miała przejrzyste, szare spojrzenie. Steele puściła ją. I tak tego nie zrozumie.
Jedna ze strażniczek kniei zaprowadziła ich do miejsca, gdzie zostały dzieci. Schowane, za kolczastymi krzewami. Działanie uroku ustało, krzyczały, płakały, chciały wracać do domu. Odprowadzili je do wioski. Opowiedzieli wieśniakom, co się stało. Pochmurne twarze mężczyzn przyjęły ich opowieść z niedowierzaniem. Kobiety płakały i ściskały uratowane pociechy. Któryś z chłopów rzucił nawet półgębkiem, że może to oni odpowiadają za porwania. Atmosfera gęstniała. Zostawili wioskę w aurze nieufności, bez podziękowania, bez dobrego słowa, za to, co zrobili. Byli pewni, że przy najbliższej okazji ciała kolejnych wieśniaków przeszyją strzały o liściastych lotkach.
Kierowali się na północ. Imoen najpierw zachłysnęła się szczęściem, gdy udało się uratować siostrę. Ale teraz przytłoczył ją smutek, gdy okazało się, że driady, o których czytała w Candlekeep potrafią być tak okrutne. To ona musiała to przerwać, to ona zabiła królową. Nie opryszka, półorka, nieumarłego, ale piękną istotę, należącą do puszczy, będącą częścią natury. Shar- Teel i Kagein byli wściekli, że dali się spętać urokiem. Nikt nie lubi wiedzieć, że można wejść do jego głowy i sterować nim jak pionkiem. Kivan milczał. Nie powiedział do niej ani słowa.
Zanim opuścili driady, przywódczyni leśnych istot podeszła do Steele. Spojrzała jej w oczy. Na twarzy miała wyraz smutku.
- Chciałyśmy, żebyście znaleźli spokój. - powiedziała.
