Betowała Jasmin Kain.
Rozdział 12
Horacy Slughorn siedział wygodnie w fotelu w swoim gabinecie i rozmyślał. Na kolanach trzymał pudełko z kandyzowanymi ananasami. Sięgał po nie, kiedy miał dobry humor. Teraz powinien trzymać się od nich z daleka, będąc nachmurzonym i poirytowanym na skutek decyzji dyrektora.
Mimo to sięgnął po kolejnego i włożył go sobie do ust. Znał Albusa jak mało kto, szanował go i cenił. Ufał mu i jego decyzjom, które wydawały się najlepsze. Bo czy ktoś z takim autorytetem i zasługami mógłby się mylić? Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Aż do teraz.
Slughorn przełknął i podrapał się po brodzie. Nim Albus przekonał go do powrotu z emerytury, uważnie śledził wydarzenia w świecie czarodziejskim. Ze wstydem musiał przyznać, że podobnie jak większość, nie wierzył w powrót Voldemorta.
Slughorn, będąc przez lata w kontakcie z Dumbledore'em wiedział, że ten nie jest przekonany o śmierci Riddle'a. Nie poruszał z nim tego tematu. Kiedy Voldemort rzekomo zmartwychwstał, uznał, że Albus naprawdę zdziwaczał i że z jego psychiką nie jest dobrze.
Horacy wyczarował lampkę czerwonego wina i napił się. Cóż, wtedy tak o nim myślał. Że poczciwy Al osiągnął taki etap w życiu, że fantazja pomieszała mu się z rzeczywistością i uwierzył, że Ten, Który Skończył W Piekle powrócił.
Slughorn przyłożył kieliszek do ust. To, co początkowo wziął za szaleństwo dyrektora, okazało się prawdą. Lord Voldemort odrodził się i miał przewagę nad Dumbledore'em (o ile wierzyć słowom Severusa).
Jeden Riddle dążył do władzy nad światem, drugi miał zawitać do tej szkoły. Dumbledore zgodził się przyjąć dziewczynę, twierdząc, że dzięki temu pozna plan Voldemorta. Nie chciał działać sam – postanowił zaangażować grono pedagogiczne.
Bawił się przez chwilę wiekiem pudełka, otwierając je i zamykając. Nie podobał mu się pomysł Albusa. Według dyrektora Bethany Terrell była nieszkodliwa i łatwa do zmanipulowania. Wyrwana z miejsca, w którym dorastała i siłą wrzucona do nieznanego, obcego świata, bez prawa decydowania o sobie.
Zdana na krewnego, który wymagał od niej bezwzględnego posłuszeństwa i który bezlitośnie karał za jakikolwiek opór.
Kiedy pomyślał o Voldemorcie, przed oczami stanęła mu wizja dziewczyny leżącej na posadzce i wijącej się z bólu pod wpływem klątwy. Szybko przepędził wizję, ale to wystarczyło, żeby odechciało mu się jeść. Odłożył pudełko i kieliszek na biurko, i wstał. Otrzepał szatę, kiedy usłyszał pukanie.
— Proszę wejść — powiedział i utkwił wzrok w drzwiach. Kiedy się otworzyły, zobaczył Dumbledore'a.
— Witaj, Albusie — Przywitał go i uśmiechnął się w wymuszony sposób.
— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam — zaczął dyrektor, na co przyjaciel pokręcił głową. — To wspaniale. Pozwolisz, że zajmę ci chwilę.
— Chwilę? — Horacy uniósł w górę kąciki ust. — Wydaje mi się, że rozmowa trochę potrwa. Wiem, do czego chcesz nawiązać.
— Tak? — Dyrektor przyjrzał mu się z ciekawością. — Do czego według ciebie?
— Do twojego szalonego pomysłu — odburknął Slughorn. — Nie zamierzam być jego częścią.
— Więc co zrobisz? — Dumbledore zmarszczył brwi. — Zrezygnujesz z nauczania szóstorocznych?
— Kto wie, może tak zrobię. Powtórzę kolejny raz: nie będę jej uczył i nie będę wcielał się w rolę zatroskanego pedagoga.
Slughorn podszedł do biurka, chwycił pudełko z kandyzowanymi ananasami i wrzucił je do kominka. Patrzył, jak pochłania je ogień. Rzadko wpadał w gniew, ale kiedy się na to zanosiło, nie było zabawnie.
— Jesteś uparty jak osioł — powiedział Dumbledore ostro. — Dziewczyna nie jest odzwierciedleniem Voldemorta.
— Skąd to wiesz? — Slughorn odwrócił się i przeszył go wściekłym spojrzeniem. — Nie widziałeś jej, nie rozmawiałeś z nią. Polegasz jedynie na relacji Severusa. Robicie z niej ofiarę losu i może coś w tym jest, ale nie uwierzę, że jest chodzącym niewiniątkiem. Takie ciche i wiecznie poszkodowane przez życie są najgorsze.
— Severus jest bystry i zauważyłby, gdyby było coś z nią nie tak — Albus spojrzał na niego chłodno. — Mieszkała u niego przez dwa dni i jedyne, co zobaczył, to jej przerażenie i bezsilność wobec całej sytuacji. Nie przejawiła żadnego okrucieństwa; jej jedynym pragnieniem był powrót do sierocińca i odzyskanie utraconej stabilizacji.
— Dobrze się maskuje. Nie zapominaj, że psychopaci są niezwykle inteligentni. Riddle w jej wieku był mistrzem w skrywaniu prawdziwych uczuć i skutecznym udawaniu.
— Ty się boisz — Dumbledore westchnął. — Że to się znowu stanie.
Slughorn wyglądał, jakby ktoś uderzył go w twarz. Zacisnął dłoń w pięść i spytał ze złością:
— Co powiedziałeś?
— To, do czego nie przyznałbyś się nikomu — Dyrektor spojrzał mu prosto w oczy. — Uważasz, że Bethany jest taka jak Tom i będzie starała się ciebie podejść, i wydobyć przydatne informacje. Dlatego obawiasz się kontaktu z nią i chcesz się od tego wymigać.
— Myślisz, że się boję? — Oczy Slughorna zwęziły się niebezpiecznie. — Nie ma to jak tłumaczenie po swojemu, Albusie. Na moją decyzję nie wpływa żaden strach, tylko rozsądek. Gdybym się bał, nie powiedziałbym ci o horkruksach.
— Jestem ci za to wdzięczny, Horacy — Dumbledore przyglądał mu się uważnie.
— Mówisz to tak niefrasobliwie — Slughorn prychnął. — Jakby to było wielkie nic!
— Niepotrzebnie się denerwujesz…
— Właśnie że potrzebnie! — Oczy Horacego wystrzeliły z orbit. — To, co zrobiłem… wtedy. Nigdy nie powinno do tego dojść. Nie byłem młokosem, który grzał stołek od niedawna. Byłem doświadczonym nauczycielem, który dał się zwieść przebiegłemu szczeniakowi.
— Nie mogłeś przewidzieć, do czego wykorzysta tę wiedzę — Dumbledore położył mu dłoń na ramieniu. — Nie zadrę…
— Ale w pewien sposób przyłożyłem rękę do tego, kim się stał — przerwał mu szorstko Slughorn. — Kiedy wiedział, jak podzielić duszę, pewniej realizował swoje intrygi. W końcu uderzył pełną parą i rozpętało się piekło, o którym nie chcemy pamiętać.
— Ale musimy — odparł Dumbledore z naciskiem. — To piekło znowu się zaczęło i jeśli chcemy położyć mu kres, pozostaje ci jedno.
Horacy odsunął się od niego i pokręcił głową.
— Chcesz wpuścić jego bękarta na teren szkoły — syknął. — Wierzysz, że wartości, które wpoili jej mugole wygrają nad tymi, których on jej nauczył. Co się stanie, jeśli w przeciągu kilku dni smarkula rozwali zamek albo doprowadzi do śmierci któregoś z uczniów? Albo posłuży się jakimś fiku – miku i sprowadzi tu śmierciożerców z dziadziusiem na czele?
Dyrektor przyglądał mu się ze stoickim spokojem.
— Właśnie dlatego to ty, a nie Severus, jesteś nauczycielem Obrony przed Czarną Magią — powiedział. — W innych okolicznościach byłbyś Mistrzem Eliksirów i opiekunem Slytherinu, ale — Tu westchnął i dodał: — Musi zostać tak, jak jest. Severus będzie miał na nią oko.
Slughorn nie odpowiedział. Odwrócił się i spojrzał w ogień płonący w kominku. Dumbledore podszedł do niego i wyjął z kieszeni jakiś przedmiot.
— Poznajesz to? — spytał i podsunął przyjacielowi pod nos. Horacy zmrużył oczy i przyjrzał się przedmiotowi. Był to złoty pierścień z czarnym okiem i wyrytym wzorem.
— Oczywiście — Slughorn zamknął na chwilę oczy. — To jego pierścień. Nosił go, kiedy bywał na moich spotkaniach.
— I jeden z jego horkruksów — wyjaśnił dyrektor i schował pierścień do kieszeni. Na tę rewelację Slughorn otworzył oczy i spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem. — Tak jak ci powiedziałem, jestem ci wdzięczny bardziej, niż potrafię to wyrazić.
— Jeden z horkruksów? — Horacy wbił wzrok w kieszeń Dumbledore'a. — Czy on…
— Działa? — Kąciki ust dyrektora powędrowały w górę. — Niestety nie. Zniszczyłem go, ale w pewnym sensie jest nadal przydatny. Ale coś za coś.
Uniósł drugą dłoń, całą poczerniałą. Z twarzy Horacego zniknęło niedowierzanie, zastąpione niepokojem.
— Skutki klątwy — wyszeptał. — Tylko cud sprawił, że nie zginąłeś od razu. Rozumiem, że pomógł ci Severus?
— Tak — Dumbledore skinął głową. — Zrobił, co w jego mocy, żeby mnie uratować. Jeszcze pożyję, ale nie za długo.
— Ile ci zostało? — spytał Slughorn cicho.
— Rok — Dyrektor zerknął na zniszczoną rękę. — Tyle mam czasu na zabicie Voldemorta. Jeśli mi nie pomożesz i nie połączymy sił, on wygra.
— Czyli Severus miał rację.
— Tak — Dumbledore spojrzał mu prosto w oczy. — Ma nad nami przewagę. Bethany Terrell jest naszą ostatnią deską ratunku. Zbliżając się do niej, mamy szansę poznać jego plan. Czy teraz cię przekonałem?
Slughorn milczał. Dumbledore wiedział, że z sobą walczy. Był spokojny – nawet jeśli teraz nie da mu odpowiedzi, jednego był pewny – miał Horacego po swojej stronie.
**
Bethany siedziała na łóżku i bez słowa wpatrywała się dużą księgę, którą miała na kolanach. Przejechała po niej smukłym palcem i westchnęła.
Wspomnienie, w którym zobaczyła zabójczą naturę matki wstrząsnęło nią i nie dawało spokoju przez wiele dni. Nie mogła się na niczym skupić i kiedy Bellatriks i Lucjusz to zauważyli, od razu poinformowali Voldemorta.
Gdy przed nim stanęła, wdarł się do jej umysłu i poznawszy przyczynę rozkojarzenia, przez chwilę się jej przyglądał. Była cała spięta, wiedziała, że za chwilę ją ukarze.
— Wiedziałaś, że zabijała — powiedział. — Miałaś tego świadomość i jakoś tak tego nie przeżywałaś. W wizji zobaczyłaś, że morduje mugola. Dopiero wtedy doznałaś wstrząsu. Ten twój odbiór… jest trochę irracjonalny, nie sądzisz?
Uśmiechnął się drwiąco. Bethany zacisnęła zęby. Podpuszczał ją, sugerując jakieś ograniczenie w myśleniu.
— Twoja matka kochała zabijać — ciągnął bezlitośnie. — Niech to do ciebie dotrze. Możesz to wypierać i nabawić się nieprzyjemnych skutków.
Spojrzała na niego. Wbijał w nią wściekłe spojrzenie. Kiedy się cofnęła, zrobił krok w jej stronę.
— Wiesz, że tego nie toleruję — syknął. — Nieuważania na lekcjach.
Napotkała przeszkodę w postaci ściany. Przylgnęła do niej całym ciałem, widząc, że do niej idzie.
— Nie chciałam — wychrypiała. — Przepraszam, dziadku.
— Żałosne skomlenie — wycedził i chwycił ją za ramię. — Choć raz przyjmij konsekwencje z godnością, bachorze.
Poprowadził ją w kierunku biurka. Bethany drżała, na co prychnął.
— W Hogwarcie czeka cię misja — warknął. — Misja, rozumiesz? Żeby się udało, nie możesz zachowywać się jak jakaś larwa!
Pchnął ją na biurko, wskutek czego uderzyła się brzuchem o jego brzeg. Krzyknęła i złapawszy się za bolące miejsce, położyła na podłodze.
— Wstawaj — rozkazał, ale tego nie uczyniła.
— Boli mnie — wychlipała. Zwinęła się w kłębek i czekała. Myślała, że ją kopnie albo potraktuje klątwą, ale tego nie zrobił. Stał nad nią i patrzył na nią zimno. Po chwili pochylił się i chwyciwszy za ramiona, pomógł wstać.
— To zwykłe uderzenie — syknął i odjął jej ręce od brzucha. — W Hogwarcie — Zbliżył twarz do jej twarzy. — Dzieciaki polegają na klątwach, ile wlezie. Skoro panikujesz na skutek czegoś takiego, to uważasz, że tam przetrwasz?
Prychnął i odsunął się od niej.
— To, co poczułaś, to nawet nie jest ból — powiedział zimno. — Ten prawdziwy jest nie do zniesienia. Paraliżuje twoje ciało — Kiedy wyciągnął różdżkę, Bethany rozszerzyła oczy z przerażenia. — Doznajesz uczucia, że pali je ogień i jedyne czego pragniesz, to umrzeć, żeby tego nie czuć.
— Dziadku — Po jej policzkach spłynęły łzy, kiedy w nią wycelował.
— Uczyłaś się o tej klątwie — Jego usta rozciągnęły się w paskudnym grymasie. — To ulubienica Belli.
— Nauczę się nie być słabą — wychrypiała. — Zrobię, co zechcesz, tylko nie używaj jej na mnie. Proszę!
— Chcę — syknął. — Abyś przygotowała się na misję. Potrafisz być silna, ale to za mało. Częściej rozczulasz się nad sobą, a to jest niedopuszczalne. Rozluźnij się. Crucio!
Bethany poczuła, że paraliżuje ją nieznana energia. Upadła na podłogę i wtedy się zaczęło. Każdy jej mięsień przeszył niewyobrażalny ból. Zaczęła krzyczeć i wić się po podłodze. Po pięciu sekundach Voldemort cofnął zaklęcie.
Dziewczyna dyszała. Była cała spocona, włosy przykleiły się do jej czoła. Czarnoksiężnik przejechał palcem po różdżce i pochyliwszy się nad wnuczką, powiedział:
— Polegam na tej klątwie, jak sama widziałaś. Dzięki niej potrafię utrzymać w ryzach moich śmierciożerców. Teraz również ciebie.
Bethany nie miała siły, żeby odpowiedzieć. Wszystko ją bolało, czuła się osłabiona. Zauważył to, ponieważ przykucnął i wyczarował jakąś fiolkę. Uniósł jej głowę i wlał do ust zawartość. Kiedy przełknęła, odczekał chwilę. Odgarnął jej włosy z czoła i odparł:
— Ból zaraz minie.
Tak też się stało. Po dwóch minutach Bethany mogła normalnie usiąść na podłodze i swobodnie poruszać rękami i nogami.
— Wstań — rozkazał Voldemort, co zrobiła. Stała przed nim, bojąc się go bardziej niż do tej pory.
— Koniec z rozczulaniem się nad sobą — syknął. — Okres ochronny minął. Czeka cię zadanie, którego nie możesz spartaczyć. Czy wyraziłem się jasno?
— Tak, dziadku — wychrypiała, na co warknął:
— Stoisz przed swoim panem, smarkulo.
Dziewczyna zadrżała na całym ciele i uklęknęła. Spuściła głowę i wyszeptała:
— Tak, mój panie.
— W ciągu najbliższych dni wszystko ci objaśnię. To, co cię czeka, zostanie między nami, rozumiesz?
— Tak.
— Snape będzie cię miał na oku. Masz się przykładać, nie chcę słyszeć, że się lenisz. Jeśli olejesz obowiązki, kara cię nie ominie. Odległość nie ma tu żadnego znaczenia.
Chwycił ją za brodę i uniósł jej głowę: ich spojrzenia spotkały się.
— Gdybym dłużej przytrzymał cię pod Cruciatusem — powiedział. — Wpadłabyś w obłęd. Jeśli mnie zawiedziesz, zrobię to, a wtedy wyeliminowanie syfu przyjdzie mi łatwiej.
Odepchnął ją, wskutek czego upadła na plecy.
— Wstawaj — warknął, więc uczyniła to. Utrzymanie równowagi przyszło jej z trudem, nogi miała jak z waty. Pstryknął palcami i wtedy przed oczami rozbłysnął jej jakiś obraz. Kiedy się wyostrzył, zobaczyła w nim złotą obrączkę. Z jednej strony miała motyw małego węża.
— To jest cel twojej misji — powiedział. — Obrączka mojej matki.
Po chwili obraz znikł. Podszedł do niej i chwycił za ramię.
— Nie byłoby tyle zamieszania, gdyby nie moja córka — syknął. — Ukradła jedyną pamiątkę po swojej babce. Jak widzisz, oprócz zadowalania mnie lubiła robić mi na złość. Tobie tego nie radzę.
Mocno nią szarpnął, wskutek czego upadła. Krzyknęła i wtedy usłyszała jego głos:
— Za dużo stękasz. Nie martw się, popracujemy nad tym.
Bethany zadrżała, kiedy to sobie przypomniała. Voldemort przestał się z nią cackać i żeby to jej uświadomić, użył na niej jednego z Niewybaczalnych. Na wspomnienie klątwy zrobiła się cała mokra. O ile wcześniej pozwalała sobie na mały bunt, to teraz się go wyzbyła. Zniosłaby najgorsze lanie, byleby nigdy nie poczuć ponownego działania Cruciatusa.
Otworzyła książkę, którą miała na kolanach. Od kilku dni zgłębiała jej treść. Historia Hogwartu była jej prezentem urodzinowym od dziadka. Brakowało w niej kilku stron – wyrwał rozdziały, które opisywały poglądy Godryka Gryffindora na temat przyjmowana mugolaków i mieszańców do Hogwartu.
Podkreślił fragmenty, które odnosiły się bezpośrednio do Salazara Slytherina. Uczyła się ich po raz kolejny, żeby nie zaliczyć jakiejś wpadki.
Wtedy drzwi otworzyły się i weszła podekscytowana Bellatriks. Bethany spojrzała na nią zaskoczona, kiedy powiedziała:
— Niech panienka odłoży tę książkę.
— Co się stało? — spytała, kiedy śmierciożerczyni zamknęła drzwi.
— Musisz się przebrać w swój mundurek — wyjaśniła. — Czarny Pan pragnie cię w nim zobaczyć.
Bethany zacisnęła zęby. Wiedziała, co ją czeka. Za kilkanaście dni wyruszała do Hogwartu, w związku z czym Voldemort kazał jej zakładać szkolną szatę. Gdy się w nią ubrała, szła do gabinetu, a on przyglądał się jej w milczeniu. Miała trafić do Slytherinu, zgodnie z przeznaczeniem. Nie podobał się jej zielono – srebrny krawat, który był elementem stroju.
Do tej pory paradowała przed nim trzy razy. Bez słowa odłożyła książkę i pozwoliła Bellatriks się przebrać.
Kiedy stawiła się przed gabinetem, wzięła głęboki wdech. Nie lubiła tego stroju, ale robiła, co jej kazał. Nie chciała go rozgniewać. Panicznie bała się, że potraktuje ją Cruciatusem.
Drzwi uchyliły do wewnątrz, więc weszła do środka. Voldemort siedział przy biurku i kiedy ją zobaczył, uśmiechnął się zimno.
— Ślizgonka jak się patrzy — powiedział i wskazał jej krzesło naprzeciw siebie. Usiadła i czekała.
Pstryknął palcami i dokumenty, które miał przed sobą, zniknęły. Przeszył dziewczynę spojrzeniem czerwonych oczu i odparł:
— To twoje ostatnie dni tutaj. Cieszysz się, że wyjeżdżasz?
Bethany nie wiedziała, co odpowiedzieć. W końcu wykrztusiła:
— Jestem ciekawa tej szkoły. Czytając Historię Hogwartu…
— Nie o to pytałem — przerwał jej ostro. — Czujesz ulgę, że opuszczasz Czarny Dwór, ponieważ daje ci to możliwość przebywać z dala ode mnie. Nic bardziej mylnego.
Wstał, przez co cała się spięła. O co mu teraz chodziło?
— Powiedziałem ci, że odległość nie jest przeszkodą — zaczął, podchodząc do niej. — Jeśli chodzi o nadzorowanie cię, nie tylko Severus będzie na ciebie uważał.
Chwycił jej nadgarstek i uniósł w górę. Postukał palcem w pierścionek, który jej dał.
— Jak wiesz, pewne rzeczy warto zachować dla siebie — Uśmiechnął się do niej diabolicznie. — Co jest rozumiane następująco: przekazujesz je mnie. Wszelkie wątpliwości, potrzeba wygadania się. Oczywiście tylko coś poważnego, daruj sobie rozterki sercowe czy własne frustracje.
— Będziemy się kontaktować za pomocą pierścienia? — spytała, na co skinął głową.
— Będziesz musiała upuścić na niego trochę swojej krwi, żeby go uaktywnić. Kiedy tak się stanie, pomyśl, czym chcesz się ze mną podzielić.
— Swoją odpowiedź — zaczęła i wzięła głęboki wdech, przypominając sobie okoliczności śmierci Emily. — Prześlesz do mojego umysłu, tak?
— Zgadza się — Popatrzył na nią zadowolony. — Jak wtedy, kiedy zginęła twoja mugolka.
Bethany zacisnęła zęby i uciekła spojrzeniem w bok. Nie spodobało się mu to, ponieważ szarpnął ją za nadgarstek, zmuszając do wstania. Krzyknęła, kiedy stanęła naprzeciw niego. Patrzyli sobie teraz prosto w oczy.
— Łatwo jest wniknąć w twój umysł — syknął. — Czyta się w nim, jak w otwartej księdze. Nie jestem jedynym, który to potrafi.
— Dumbledore — wyszeptała, a jego oczy rozbłysły nienawiścią na dźwięk tego nazwiska.
— Spróbuje się czegoś dowiedzieć — syknął i zaczął podwijać rękaw jej koszuli. — Ale jako stary wyjadacz wie, że przyjedziesz odpowiednio przygotowana.
— Co robisz? — spytała, kiedy obnażył jej rękę do łokcia. Przejechał palcem po jej bladej skórze i pokręcił głową. Kiedy odsłonił całe ramię, jego uwagę coś przykuło.
— Co to jest? — spytał, wskazując na czerwoną bliznę w kształcie długiej linii. Bethany przygryzła wargę. Wiedziała, że dostrzegł nacięcie na jej ramieniu.
— To ślad od noża — wycedził i zbliżył twarz do jej twarzy. — Wyjaśnij mi to.
Bethany poczuła, że zrobiła się cała mokra. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Voldemort zmrużył oczy i wdarł się do jej umysłu. Syknęła i zacisnęła zęby.
Była w toalecie sierocińca razem z Mari. Miały po dwanaście lat. Trzymały się za ręce, kiedy przyjaciółka powiedziała:
— Wiesz, myślę, że powinnyśmy to zrobić.
Bethany spojrzała na nią zdziwiona, więc wyjaśniła:
— Przypieczętować naszą przyjaźń na wieki.
— Jak chcesz to zrobić? — spytała, na co Mari uśmiechnęła się tajemniczo:
— W ten sam sposób, co Jim i Patricia.
Bethany puściła jej ręce i popatrzyła na nią z niedowierzaniem:
— Krwią? Chyba ci odbiło. Poza tym Morrison i Kennealy nie podpisali aktu przyjaźni, tylko akt małżeństwa.
— Punkt dla ciebie za znajomość tej historii — Mari mrugnęła do niej i pogrzebała w kieszeni spodni. — Wiesz, myślę że to będzie fascynujące. On i Pat naprawdę czuli do siebie miętę i nie chodzi tu o wątek seksualny, bardziej o pokrewieństwo dusz. Ale i tak ostro się pieprzyli, nie ma co tu owijać w bawełnę.
— Lambertowa jednak powinna to zrobić — Bethany skrzyżowała ramiona. Mari popatrzyła na koleżankę jakby była niespełna rozumu i spytała:
— Co powinna? Wyszorować mi usta mydłem? Sama używa gorszego słownictwa, zwłaszcza kiedy zabawia się z polonistą.
— Ona i Tucker? — Bethany wytrzeszczyła oczy, na co Mari zaśmiała się:
— A co myślałaś? Że jako stara panna sobie nie używa? Jest ostra i to jak! Łóżko w pokoju gościnnym co środa chodzi jak szalone.
— Podkradasz się pod drzwi i nasłuchujesz? — Bethany nie wierzyła w to, co słyszy. — A co będzie, jeśli złapie cię Fletcher…
— Ten stary dziadyga nigdy mnie nie dogoni — prychnęła Mari i pomachała jej przed oczami małym nożykiem. — Poza tym co to za przyjemność słuchać, kiedy oddziela cię przeszkoda? Lepiej iść tam pół godziny wcześniej i schować się pod łóżkiem.
— Jesteś zboczona!
— Wiem o tym — przyznała nieskromnie. — I głodna nowych wrażeń. Zrobię to pierwsza. — Przejechała ostrzem po swoim łokciu. Natychmiast pojawiła się krew, kilka kropel spadło na jasne płytki.
— Chyba zrobimy inaczej — Mari patrzyła zafascynowana na swoje zranienie. — Po co bawić się w jakieś papierzyska itede. Oczywiście zawrzemy przymierze krwi, ale w inny sposób.
Nim Bethany zapytała, co ma na myśli, podsunęła jej swój łokieć pod nos.
— Napij się mojej krwi — Oczy przyjaciółki błyszczały z podniecenia. — No już!
Wspomnienie zamazało się i jedyne, co Bethany teraz widziała, to czerwone oczy Voldemorta. Nie widziała w nich złości; przyglądał się jej uważnie, jakby coś analizował.
— Ta mugolka wprowadziła cię w chorą inicjację — syknął. — Wzorując się na jakichś nawiedzeńcach. To, co mnie zainteresowało, to twoje przyzwolenie na to, kiedy minął pierwszy szok na skutek jej pomysłu.
— Miałam dwanaście lat — wychrypiała. – I…
— I już wtedy ciągnęło cię do krwi — Spojrzał na bliznę na jej ramieniu i pstryknął palcami. Kiedy zniknęła, kontynuował: — Kiedy mugolka nacięła ci skórę, poczułaś spokój i zrelaksowałaś się. Nie odrzuciło cię na widok krwi; kiedy się jej napiłaś, byłaś zadowolona. Nie smakowała ci, ale nie potępiłaś siebie za ten czyn.
Zrobił pauzę; wyprostował się i odparł:
— Zrobiłaś to, ponieważ ciągnęło cię do tego mugolskiego wyjca. Umiesz się poświęcić, co uznaję za plus. Teraz zrobisz to dla mnie.
Chwycił ją za łokieć i przejechał palcem po jej ramieniu. W miejscu, gdzie wcześniej miała bliznę, pojawiła się krew. Wyczarował fiolkę i pobrał trochę bordowej cieczy. Kiedy skończył, zrobił to również sobie.
Bethany zobaczyła, jak dwie fiolki unoszą się w powietrzu i zespalają się. Po chwili została tylko jedna – krew, choć bordowa, miała złote zabarwienie.
— Dzięki temu Dumbledore nie spenetruje ci mózgu — powiedział i podał jej fiolkę. — Wypij to.
Bethany wzięła ją od niego i zrobiła to, co kazał. Przy pierwszym łyku skrzywiła się – smakowało okropnie. Gdy opróżniła fiolkę, poczuła, że kręci się w jej głowie.
— Dziadku — zaczęła i złapała się oparcia krzesła. — Co się…
Nie dokończyła, ponieważ następne, co zobaczyła, to ciemność. Voldemort złapał ją, nim upadła. Kiedy ją trzymał, uśmiechnął się zimno. Wszystko szło po jego myśli.
Wziął dziewczynę na ręce i zmaterializował się w jej pokoju. Położył ją na łóżku. Chciał odejść, kiedy zobaczył, że wciąż ma podwinięty rękaw. Rozwinął go i wtedy spojrzał na twarz Bethany. Była kluczem do jego sukcesu i nie mogła go zawieść. Jej długie rzęsy kładły się cieniem na jej skórze. Drobna i blada, wyglądała jakby nigdy nie opuszczała jej choroba. Przypomniała mu jego, kiedy był dzieckiem. Nikt o niego nie dbał i nie interesował się nim.
Wyciągnął rękę i położył na jej policzku. Po chwili jednak opamiętał się i ją cofnął. Dobrze, że tylko on to widział. Nigdy nie był wylewny i był to jeden z bardzo rzadkich momentów, kiedy obudził się w nim odruch troski.
Ta smarkula co prawda była jego krwi, ale nie mógł traktować jej tak, jak chciał. Nie była godna jakiegokolwiek uznania czy dłuższej uwagi. Ilekroć na nią patrzył, widział swoją zdradziecką córkę.
Cofnął się i nim wyszedł, spojrzał na nią po raz ostatni. Wciąż miał nadzieję, że moralność mugoli umrze w niej i otworzy się na niego, jako swojego pana. Zauważył, że starała się dla niego, co uznał za dobry znak. A to, że był taki surowy, no cóż, trzeba kuć żelazo, póki gorące. Strach, który się w niej wykształcił, był mu potrzebny do zapanowania nad nią. Dzięki temu kierował nią tak, jak chciał i co istotne – wdrażał swój plan.
Pewna jego część właśnie wchłonęła się w jej żyły. Eliksir, który jej zaaplikował był połączeniem jej krwi i jego własnej jako skuteczna bariera oklumencyjna przed Dumbledore'em.
Wspomniany dyrektor Hogwartu właśnie siedział w swoim gabinecie i pił herbatę. Kiedy eliksir Voldemorta opanował układ krwionośny Bethany, Dumbledore poczuł ból w zniszczonej dłoni. Upuścił filiżankę, którą trzymał w zdrowej i złapał się za tę poczerniałą. Zaskoczyło go, że cokolwiek w niej poczuł, przecież była martwa. Ból rozsadził go od łokcia do palców.
Dumbledore zacisnął zęby, żeby nie krzyknąć. Gdy wszystko minęło, wiedział jedno. Voldemort oficjalnie rozpoczął krucjatę przeciwko niemu i Hogwartowi.
