Rozdział 13 – Wspomnień czar?

We were worlds apart and you see

it was so much easier to be

cause now I know what we can't have and it's so unfair*

Unfair – Kate Voegele

You tell me that you're sorry

Didn't think I'd turn around, and say...

It's too late to apologize, it's too late

I said it's too late to apologize, it's too late **

Apologize – One Republic


Doktor Saroyan jeszcze raz przyjrzała się wynikom badań DNA, jakie przeprowadziła i po raz pierwszy w swojej karierze chciała, aby nie okazały się one prawdziwe. A przynajmniej w części. Krew, którą nasiąknięty był dywan w gabinecie Winchestera, niewątpliwie należała do Bootha. Małym pocieszeniem był fakt, iż było jej za mało, by spowodowała śmierć. Krew to krew, nie ważne w jakiej ilości zawsze wywołuje złe myśli i emocje, zwłaszcza jeśli chodzi o krew przyjaciela. Druga próbka, z czarnym włosem, potwierdziła tylko tezę Bootha i Bones jakoby Dalton był w to zamieszany. Był. I teraz nie było już żadnych wątpliwości, co potwierdziły zeznania kucharki, którą były żołnierz najpierw ogłuszył a potem zamknął w spiżarni, zanim udał się zamordować swojego biologicznego ojca. Śledztwo odkrywało coraz więcej odpowiedzi na różne pytania, nie odpowiadało tylko na jedno. Gdzie byli Tempe i Seeley?

.::.

Agent spojrzał na swoją partnerkę, starając się dostrzec wyraz jej twarzy. Niestety panujące ciemności ograniczały to w znaczącym stopniu. Jedyne co widział to kontur profilu jej twarzy, ze zgrabnym nosem i ponętną krzywizną ust. A może to już wyobraźnia podsuwała mu takie obrazy? Szybko potrząsnął głową chcąc oddalić od siebie takie myśli i na powrót skupić się na słowach Tempe, która wreszcie zebrała się w sobie i zaczęła opowiadać mu wydarzenia z minionego roku. Gdyby nie fakt, że bardzo go zraniła najpierw wyjeżdżając, a potem zatajając istnienie jego córki, mógłby nawet wyrazić podziw dla tego, że wreszcie zaczęła mówić o uczuciach. Ale teraz, nie potrafił wyrazić nic więcej poza otępieniem, które odczuwał słuchając jej historii.

— ...nie potrafiłam poradzić sobie z uczuciami, które czułam. Były tak mi obce i bałam się ich. W końcu nie wytrzymałam, kupiłam jakiś alkohol i zaczęłam pić. A potem ocknęłam się w szpitalu z potężnym bólem głowy. Nie wiedziałam jak się tam znalazłam, nie pamiętałam nic... a potem przyszedł lekarz i zaczął mówić, że mam olbrzymie szczęście, ale że jestem nieodpowiedzialna... w pierwszej chwili nakrzyczałam na niego, że jestem bardzo odpowiedzialną osobą, że mam doktoraty, i że na pewno nie wie z kim rozmawia... a wtedy on... — Tempe przerwała, starając się nie rozpłakać. Wzięła głęboki oddech i kontynuowała. — On powiedział, że mało brakowało bym straciła dziecko... Chyba nie muszę mówić ci o szoku jakiego doznałam. Ta wiadomość była... była tak niespodziewana... Uwierzyłam dopiero wtedy, kiedy pokazał mi zdjęcia z USG, a wtedy poczułam się tak... winiłam się za to co zrobiłam, przecież nigdy nie sięgnęłabym po alkohol... — Głos zaczął jej się trząść, a dłonie nerwowo dotykały skroni.

— Wiem, Temperance — powiedział cicho Seeley.

Nie dotknął jej w pocieszającym geście, po prostu dał świadectwo tego, że jej wierzy. Zresztą tylko na tyle było go teraz stać. Najwidoczniej to wystarczyło Bones, gdyż odetchnęła głęboko i wróciła do przerwanej opowieści. Seeley słuchał w milczeniu jak opowiadała mu o jej powolnym przyzwyczajaniu się do myśli, że będzie matką. O jej telefonach do niego, które za każdym razem kończyły się zanim Booth zdążył podnieść słuchawkę. Powiedziała mu jak się czuła, kiedy urodziła Cecile i dlaczego wybrała takie imię. Tempe chciała, by znał jak najwięcej szczegółów, tak jak gdyby przez miniony rok nie dzieliły ich tysiące kilometrów. Doskonale zdawała sobie sprawę, że to niemożliwe, w końcu była naukowcem i to cholernie dobrym, a jednak... Jakaś jej cząstka uparcie wierzyła, że da się to wszystko naprawić. Ta cząstka, którą zaszczepił w niej Booth.

— Wracając do Waszyngtonu jeszcze nie wiedziałam jak postąpię. Przez rok dużo mogło się zmienić i bałam się jak zareagujesz na mój powrót. Nie rozstaliśmy się w przyjacielski sposób, a mimo to ja cały czas wypatrywałam cię na lotnisku... byłam głupia, wiem...

— Byłem tam — wszedł jej w słowo agent, a na twarzy Brennan odmalowało się szczere zdziwienie, którego jednak Seeley nie mógł dostrzec. — Stałem z boku, nie chciałem żebyś mnie widziała.

— Dlaczego?

— Dlaczego? Temperance, proszę. W przeddzień twojego wyjazdu odrzuciłaś mnie, znowu. Potem nagle oznajmiłaś mi, że wylatujesz na jakieś wykopaliska. Jak miałem się czuć? Z dnia na dzień straciłem wszystko... ukochaną, partnerkę... dlatego nie pytaj się chociaż dlaczego nie podszedłem i nie pożegnałem się z tobą.

— Ja... Wtedy nie wiedziałam... przepraszam. — Cichy szept dotarł do uszu Bootha, który tylko prychnął.

— Tu nie chodzi o przepraszanie, chociaż na to też jest chyba trochę za późno... Tu chodzi o to, czego nie zrobiłaś... Nie zaryzykowałaś, nie pozwoliłaś mi obdarzyć cię miłością... Czy nie dałem ci wystarczająco dużo powodów, do uznania mnie za faceta odpowiedzialnego, który zrobiłby wszystko, żebyś była szczęśliwa?

— Wiem, Booth. Ja to wszystko wiem. Już wiem... — Po jej policzku pociekła łza, którą szybko wytarła. — Ale musisz też mnie zrozumieć. Nie jestem taka jak ty. Przez całe swoje życie kierowałam się rozumem, dlatego pójście za uczuciami nie jest dla mnie łatwe. Nie zaznałam w życiu za dużo szczęścia... dopiero w Jeffersonian, a potem kiedy zostałeś moim przyjacielem... nie chciałam niszczyć tego co było między nami, bo kiedy by nam nie wyszło nie miałabym twojej przyjaźni, a bez niej nie potrafiłabym żyć... to nie tak, że cię nie kochałam wtedy... ja się nie chciałam do tego przyznać, bo nie chciałam abyś przeze mnie cierpiał...

— Ale kto ci dał prawo decydowania za mnie? Czemu nie mogłem zdecydować za siebie? — Głos Bootha podwyższył się nieznacznie. Już miał dość tego wszystkiego. Ciągłe powtarzanie „to dla twojego dobra" działało mu na nerwy. Wszyscy decydowali za niego, nie dając mu możliwości podjęcia własnych decyzji.

— Nie miałam takiego prawa, Seeley — odparła Bones spokojnym głosem. — Nie miałam i nie mam. Dziś już wiem, że nie powinnam tego robić. Zrozumiałam to w momencie kiedy ujrzałam cię po raz pierwszy po moim powrocie i zrozumiałam, że popełniłam największy błąd w moim życiu. A potem zrobiłam kolejny nie mówiąc ci o Cecile... Chciałam byś z powrotem traktował mnie jak dawniej, chciałam jakoś przygotować cię na tą wiadomość. Niestety dowiedziałeś się w dość nieodpowiedni sposób. Za to też powinnam przeprosić.

Booth wstał i zaczął krążyć po małym pomieszczeniu. Myśli w jego głowie wirowały jak w kalejdoskopie, nie dając mu spokoju. Palące uczucie zdrady zaczęło mieszać się z innymi emocjami, które trawiły agenta od środka: miłość, przyjaźń, cierpienie, żal... Zwłaszcza to ostatnie nie dawało mu spać mu spać po nocach. Najpierw spowodowany wyjazdem Bones, a potem jej kłamstwem, a raczej zatajeniem prawdy sprostował w dość ironiczny sposób sam siebie. Schował twarz w dłoniach nie wiedząc co ma zrobić, a ona siedziała niedaleko, tak cicho i spokojnie... Przed chwilą powiedziała mu wszystko, no prawie wszystko – nie wyjawiła swoich uczuć względem niego. Co prawda Seeley mógł wyczytać między słowami, że zależy jej na nim, ale po tym co przeszli, co on przeszedł wolał to usłyszeć wprost od niej. Bez żadnych półsłówek i niedopowiedzeń... Ale to nie wszystko. Booth nie był gotowy na otwarte przebaczenie. Ta rozmowa co prawda przybliżyła ich do siebie, ale nie w takim stopniu, by przyjął Bones z otwartymi ramionami i zapomniał o tym co było. Owszem, mógł się zgodzić, że ona też przeżywała katusze. Sama musiała sobie poradzić z wiadomością, że spodziewa się dziecka. Jego dziecka. Ale do jasnej cholery nie byłoby tego wszystkiego gdyby mu wtedy zaufała i nie uciekła!

— Booth. — Usłyszał jej głos i poczuł ciepło dłoni na swoim ramieniu. — Wszystko dobrze? Chcesz...

— Stop — przerwał jej odwracając się w jej stronę i kładąc dłonie na jej ramionach. — Odbyliśmy rozmowę, na której ci zleżało. Nie oczekuj teraz ode mnie, że wszystko będzie tak jak dawniej bo tak się nie stanie. Nie wymarzę z pamięci minionego roku... to się już stało i muszę, musimy się z tym pogodzić. Wybacz jeśli oczekiwałaś, że przyjmę twoje przeprosiny z radością... Ja tak nie potrafię...

— Seeley... ja naprawdę nie...

— To już za późno na przeprosiny. Za późno... — powiedział spokojnie agent i skierował się w stronę masywnych drzwi, jakby chciał opuścić to pomieszczenie jak najprędzej. — Teraz liczy się tylko to, jak się stąd wydostaniemy.

Bones szybko zamrugała, starając się zapobiec popłynięciu łez, które zaczęły formować się w kącikach jej oczu i słabo się uśmiechnęła odwracając się do swojego partnera.

— Znajdą nas, bo jak nie nasi przyjaciele to kto? — Rozłożyła ręce w geście bezradności i na powrót zajęła swoje miejsce pod chłodną ścianą.

.::.

Mina Hodginsa wyrażała takie skupienie, że wręcz dało się usłyszeć trybiki pracujące w mózgu naukowca. Właśnie zakończył badanie cząsteczek, które znalazł w domu Winchestera i zaczął je porównywać z tymi, które zebrał wcześniej. Większość z nich wykazywała zgodność, co umożliwiało postawienie tezy, iż porywacz ma jedną kryjówkę i może właśnie tam przetrzymuje Bootha i Brennan. Nie zastanawiając się dłużej wydrukował potrzebne dokumenty i pobiegł w stronę gabinetu Cam, mijając po drodze Sweetsa zabawiającego Cecile. Młody terapeuta zaalarmowany sprintem entomologa szybko dał znać Angeli i oboje ruszyli za Jackiem. Kiedy dotarli na miejsce, ten właśnie podawał wydruki doktor Saroyan.

— Co się dzieje? — zapytała Ange. — Masz coś? — To pytanie skierowała już bezpośrednio do swojego męża.

— Możliwe — odparł, a wszyscy spojrzeli na niego wyczekująca. — Już mówię... Porównałem cząsteczki, z obydwu miejsc zbrodni i znalazłem pewną zgodność. W obu miejscach były mikroskopijne ślady przestarzałego kakao...

— Kakao? — powtórzyła pozostała trójka. — To spożywcze? — dodał Słodki, a Hodgins przytaknął.

— Tak, dokładnie to. Było tylko w znacznym stopniu przeterminowane i raczej nie nadawało się już do spożycia. Kolejną istotną rzeczą jest fakt, że w śladach jakie pozostawił Dalton były nieznaczne ilości stali chromoniklowej, aluminium oraz najzwyklejszego tworzywa sztucznego w kolorze białym. Niestety nie mam pojęcia jak to wszystko powiązać ze sobą — zakończył entomolog i spojrzał na przyjaciół.

— Chwila. Podsumujmy co wiemy — zarządziła Angela, w której obudził się instynkt przywódczy. — Mamy stare kakao, plastik, aluminium i stal chromocośtam...

— Chromoniklową — wpadł jej w słowo Jack.

— Właśnie. Cztery elementy, które muszą w jakiś magiczny sposób łączyć się ze sobą. Kakao jest kakałem, to jasne. Ale pozostałe... czy występują gdzieś razem? Noooo, ludzie... jakieś pomysły? Jack? Cam? Lance? — Artystka spoglądała na każdego z osobna, jakby starając się wymusić ich wiedzę. To musiało mieć jakieś logiczne rozwiązanie. Musiało...

— Ta stal... ta chromoniklowana, ona występuje w lodówkach — powiedział Słodki po chwili milczenia, jaka zapanowała. — Ostatnio kupiłem nową i... Czemu mi się tak przyglądasz, Jack?

— Sweets, jesteś wielki — odparł Hodgins i szybko wybiegł z gabinetu swojej przełożonej z iście uradowanym wyrazem twarzy. Innym nie pozostało nic innego jak prędko pobiec za nim.

*Byliśmy oddzielnymi światami i widzisz

że tak było dużo łatwiej żyć

ponieważ teraz wiem że nie możemy tego mieć i to jest takie niesprawiedliwe


**Mówisz mi, że ci przykro

Nie myślałem, że mógłbym to zmienić

Powiedzieć

Że za późno już na przeprosiny, za późno

Powiedziałem, że za późno na przeprosiny, za późno