Rozdział 12

Harry oparł się ciężko o poręcz werandy, która oplatała jedną ze stron ich domu. Uwielbiał tę werandę. W dużej mierze dzięki niej zdecydował się właśnie na ten dom. Z kolei Ginny została zauroczona wielką kuchnią i jadalnią. Bez wątpienia wyobrażała ją sobie wypełnioną rudowłosymi dziećmi o zielonych oczach.

Właśnie na tej werandzie Harry spędzał mnóstwo swojego czasu czy to po prostu myśląc czy planując swoje zajęcia. Myślał też o tym jak bardzo cieszy się, że kilka miesięcy temu zaraził się Smoczą Grypą. To dzięki niej był teraz z Ginny, co sprawiło, że jego życie stało się tak wspaniałe, że ledwo je rozpoznawał.

Drgnął, gdy nagle za plecami usłyszał odgłos otwieranych i zamykanych drzwi. Po chwili Ron oparł swoje długie ciało o poręcz, odwzorowując pozycję Harry'ego.

- Jutro wielki dzień.

- To prawda – odparł Harry, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu, który wpełzł na jego twarz.

- Wszystko stało się tak szybko – stwierdził Ron, potrząsając głową z niedowierzaniem. – Nie sądziłem, że to może potrwać tak krótko. Hermiona spędziła wiele miesięcy planując nasze wesele.

- Jasne, ale my nie zaprosiliśmy połowy Magicznego Świata – odparł Harry z uśmiechem.

- To prawda – przyznał Ron, uśmiechając się jeszcze szerzej. Obrócił się, spoglądając wprost na przyjaciela. – Denerwujesz się?

- Nie – odpowiedział Hary, zgodnie z prawdą. – Przynajmniej nie samą uroczystością – odwrócił wzrok, szarpiąc nerwowo za guziki swojego ciężkiego płaszcza. – Szczerze mówiąc, czekałem kiedy ty, albo któryś z twoich braci zaprotestujecie.

- Przeciwko małżeństwu? – spytał zmieszany Ron, unosząc brwi w górę.

Harry wzruszył ramionami, wpatrując się w drzewa, wyznaczające skraj ich posiadłości.

- Głównie przeciwko terminowi.

Ron skinął głową ze zrozumieniem.

- Wszystko wydaje się nieco pospieszne, ale skoro ty i Ginny jesteście szczęśliwi…

Harry spojrzał badawczo na Rona. Wyglądało na to, że mówi szczerze.

- Jesteśmy.

- Więc nie powinniśmy marudzić, prawda? – spytał Ron z lekkim uśmiechem. – Niektórzy z nas już się tego nauczyli.

Harry zaśmiał się, zastanawiając się, czy Ginny zagroziła rodzinie jakąś formą odwetu, jeśli będą wypowiadali się niepochlebnie o ich małżeństwie.

- Ale co tak naprawdę myślisz? – dopytywał się Harry, gdy już przestali się śmiać.

Ron spojrzał na przyjaciela, po czy wzruszył ramionami.

- Najwyraźniej musicie mieć swoje powody. Ale to, że jestem ciekawy, nie oznacza od razu, że to moja sprawa.

Harry otworzył usta, czując potrzebę, by powiedzieć Ronowi o dziecku. Ale natychmiast je zamknął. Ron zrobił duży krok naprzód, nie domagając się odpowiedzi i pozwalając im żyć własnym życiem. Skoro mówił, że mu to wystarczy, to wystarczy.

Jednocześnie wpadł na inny pomysł.

- Ron, tak się zastanawiałem – odchrząknął. – Wiem, że Ginny i ja powiedzieliśmy, że nie będziemy mieli świadków, ale… - przerwał i zmierzwił sobie włosy, starając się odnaleźć słowa, które przekazałyby to, co chciał powiedzieć swojemu najdawniejszemu przyjacielowi. – Będziesz jutro moim drużbą?

Wyraźnie zszokowany Ron zdołał tylko skinąć głową i wyjąkać:

- Tak, tak… będę, Harry.

Harry roześmiał się klepnął go w plecy.

- Wyglądasz na nieco zaskoczonego.

- Bo jestem – przyznał Ron. – Myślałem… No cóż, szczerze mówiąc nigdy nie sądziłem, że mnie poprosisz.

Harry skinął głową, czując pełne emocji napięcie między nimi. Wiele dla niego znaczyło, że Ron poparł ślub, mimo ciekawości.

- Powinienem zapytać kilka tygodni temu – przyznał Harry, potrząsając delikatnie głową. – Wydawało mi się, że dam sobie radę sam. Ale wiele by dla mnie znaczyło, gdybyś stanął u mojego boku.

Roześmiał się, kiedy Ron odwrócił się i zaczął gwałtownie wycierać oczy.

- Nie śmiej się, warknął Ron, odwracając się w jego stronę. Ale gdy Harry zobaczył oczy przyjaciela zaczerwienione od łez, zaczął śmiać się jeszcze mocniej.

- To chyba hormony Hermiony – tłumaczył się Ron. – Ma ich takie ilości, że przeciekają na mnie.

- Jasne – odparł Harry, starając się nie śmiać. – Na pewno masz rację.

- Ej! – zawołał Ron, kiedy Harry znowu parsknął śmiechem. – Powiedziałem, żebyś się przymknął.

- Chodź – stwierdził Harry, klepiąc Rona po ramieniu. – Lepiej wejdźmy do środka. Ginny chce, żebyśmy wcześniej zaczęli sprzątanie i rzucanie zaklęć.


Ron spojrzał na znajdujące się nad jego głową gałęzie, zdumiony misternymi zaklęciami, które powstrzymywały mróz i śnieg oraz zatrzymywały ciepło.

Ginny i jego matka wybrały naprawdę piękne miejsce na całą uroczystość. Ron nigdy nie zdecydowałby się na środek ogrodu w Norze, mając w planach lutowe wesele. Musiał jednak przyznać, że całość wyszła bardzo romantycznie.

Nad głowami lewitowały tuziny świec, sprawiając, że śnieg mienił się jak diamenty. Malutkie śnieżne elfiki przycupnęły na zaśnieżonych gałęziach, nadając całości eterycznego blasku.

- Dobra robota – rzucił w stronę Billa, który właśnie skończył rzucać zaklęcia ogrzewające, które jednak nie rozpuszczały śniegu.

- Dzięki – odparł Bill, przecierając czoło. – Nawet nie wiesz ile naszukałem się tych zaklęć.

- Powinieneś spytać Hermiony – stwierdził ze złośliwym uśmiechem Ron. – Na pewno ma je w którejś swojej książce.

- Następnym razem będę o tym pamiętał – odpowiedział ze śmiechem Bill. Westchnął ciężko i rozejrzał się wokół, oceniając ogrom pracy, który trzeba było włożyć w przygotowanie prostej ceremonii. – Jeśli tylko Ginny jest szczęśliwa…

- Będzie – zapewnił Ron. – Właściwie dzisiejszy dzień to więcej niż ośmieliła się wymarzyć.

Starszy brat przyglądał mu się przez moment.

- Słyszałem, że jesteś świadkiem Harry'ego.

- Jestem – potwierdził Ron z niemałym odcieniem dumy. Prośba Harry'ego zaskoczyła go kompletnie, ale jednocześnie poczuł, że może kiedyś powrócą do dawnej przyjaźni.

- Nie spodziewałem się, że cię poprosi.

- Ja też – przyznał Ron. – Ale cieszę się, że mogę wystąpić w tej roli.

Bill skinął głową, zakładając ręce na piersi.

- Nie sądzisz, że to za szybko?

Ron zerknął na niego, po czym potrząsną głową.

- Nie. Już nie.

Bill skrzywił się i stanął tuż przed nim, by spojrzeć bratu w twarz.

- Jest w ciąży? – spytał wprost.

Ron zwalczył złość, która w nim wezbrała. Wziął głęboki oddech.

- Bill, naprawdę nie mam pojęcia, ale tak naprawdę nie ma to znaczenia, nie sądzisz? Są szczęśliwi. Ginny podskakuje i szaleje tak jak kiedyś, jako dziecko. A Harry… Bill, nie zdawałem sobie sprawy, że Hary w ogóle mógłby się tyle uśmiechać. Nie sądziłem, że on to potrafi. I to wszystko dzięki niej. Jest teraz lepszą osobą. Ona też. I naprawdę nie obchodzi mnie czy Ginny jest w ciąży czy nie. Jeśli tylko ich to uszczęśliwi mogą się bzykać w całej Norze, od góry do dołu.

Skrzywił się, gdy zorientował się, co właśnie powiedział.

- Czy ty chcesz powiedzieć…

- Nie powiedziałem, że chcę to widzieć – uściślił Ron. – Ani nawet myśleć, na miłość Merlina – obrócił się, by spojrzeć w twarz jedynemu spośród jego braci, który dorównywał mu wzrostem. – Ale chodzi o to, że wiele lat temu zrobiłem błąd. Błąd, który kosztował mnie utratę najlepszego przyjaciela, jakiego kiedykolwiek miałem. Więcej tego nie zrobię.

Ron nie był pewien, czy dotarł do Billa. Nie wiedział nawet czy było warto. Ale był zadowolony. Poza tym najwyższy czas, by wrócił do Nory i przygotował swojego najlepszego kumpla do ślubu ze swoją młodszą siostrą.


Ginny czuła, jakby w tym prywatnym zakątku ogrodu była tylko ona i Harry. Błyszczące, pokryte śniegiem drzewa, chłodne, orzeźwiające powietrze, nawet otaczająca ich mała grupka rodziny i przyjaciół - zdawały się znikać, gdy spoglądała w jego zielone oczy.

Stał od niej niespełna pół metra, twarzą do niej na małym podium. Trzymali się ręce. Kingsley mówił coś w tle. Ginny miała nadzieję, że nie przegapi momentu, kiedy powinna wyrecytować swoją przysięgę.

Wszechogarniające uczucie, mówiące, że to najwłaściwsza rzecz w jej życiu, pochłonęło ją zupełnie. Widziała w oczach Harry'ego, że on czuje to samo. Ginny dokładnie przyglądała się jego twarzy, zapamiętując wszystkie linie i załamania, głęboką zieleń jego oczu, w której o czasu do czasu odbijało się złote światło, to jak jedna z jego brwi znajdowała się nieco powyżej drugiej, mały dołeczek, który powstawał tuż nad prawym kącikiem ust, gdy się uśmiechał.

- Pan i panna młoda przygotowali swoje własne przysięgi, które zaraz wygłoszą.

Głęboki głos Kingsley'a wdarł się do jej idealnego świata. Ginny poczuła falę gorąca na twarzy i uśmiechnęła się. Ludzie naokoło zachichotali. Harry też, ale po chwili spoważniał. Uniósł jedną dłoń i czule pogładził ją po policzku.

- Ginny, jesteś dla mnie wszystkim – wyszeptał delikatnym głosem. Poczuła, jak przebiega przez nią dreszcz. – Gdy oddałaś mi swe serce, ofiarowałaś mi cały świat. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek mógł uregulować ten dług, ale będę się starał aż po kres moich dni.

Harry pochylił się i jakby nie mogąc się już powstrzymać, musnął jej usta swoimi. Uśmiechnął się z zażenowaniem, gdy ktoś głośno odchrząknął. Ujął lewą dłoń Ginny i nałożył na jej palec platynową obrączkę.

- Ofiarowuję ci tę obrączkę jako świadectwo mojej miłości. Obiecuję być twój do końca naszego życia. Obiecuję kochać cię, wielbić, szanować i wspierać.

Dwie małe łzy wymknęły się i popłynęły po jej policzku. Pociągnęła nosem i wytarła z uśmiechem jeden policzek, podczas gdy Harry starł łzy z drugiego.

- Harry – zaczęła, po czym przerwała, by odchrząknąć. – Kochałam cię od dawna. Nigdy nie przestałam i nie zamierzam przestać teraz – uśmiechnęła się psotnie, a on się roześmiał. – Chcę być na zawsze z tobą, stworzyć wspólny dom i rodzinę.

Na wspomnienie rodziny Harry drgnął. Ginny wiedziała, że ta wizja wspólnej przyszłości stanowi spełnienie jego marzeń. Jego oczy się zamgliły, a Ginny uśmiechnęła się.

Ginny szarpała się przez chwilę z obrączką, w końcu Harry z uśmiechem pomógł jej wsunąć ją na jego palec.

- Ofiaruję ci tę obrączkę, jako świadectwo mojej nieskończonej miłości. Na znak mojej decyzji, by być twoją przez wszystkie dni naszego życia, by cię kochać i podtrzymywać. By cię szanować i wielbić.

Serce mocno tłukło jej się w piersi, nie z powodu nerwów, lecz w oczekiwaniu na ich wspólne życie. Zerknęła na Kingsley'a i dostrzegła jego szeroki uśmiech. Mężczyzna odsunął się na bok i powiedział wskazując na parę:

- Z radością przedstawiam wam pana i panią Potter.

Słysząc ten tytuł, o którym marzyła przez tyle lat, Ginny roześmiała się i zarzuciła ręce na szyję swojego męża. Przycisnął ją mocno do siebie, jego usta znalazły jej wargi.

Czuła, że jest w domu.


Czuł jakby twarz miała mu zaraz pęknąć. Tak po prostu. Harry nie był pewien czy to w ogóle możliwe, by tak często się uśmiechać.

Jego zdaniem cały dzień był idealny. Poproszenie Rona, by był jego świadkiem, okazało się słuszną decyzją. Jego przyjaciel zdawał się cierpieć na ten sam spazm mięśni twarzy co Harry. Już od dawna nikt nie widział, by Ron uśmiechał się tak szeroko.

- Harry, to była piękna uroczystość.

- Dzięki Neville – odparł Harry, biorąc zaoferowane mu grzane piwo kremowe i patrząc jak mała grupa ludzi rozmawia ze sobą w powiększonym salonie Nory. Ginny nalegała, by wnętrze nie było specjalnie dekorowane, jednak Harry zwrócił uwagę, że ktoś zaczarował sufit, by wyglądał jak rozgwieżdżone niebo nad domem. – Ginny będzie ci chciała podziękować za twoją pomoc z tymi wszystkimi kwiatami.

Neville wzruszył ramionami i pociągnął łyk ze swojego kufla.

- Naprawdę nie ma sprawy. Oboje jesteście moimi przyjaciółmi od wielu lat. Kiedy widzę was razem… - urwał. Harry obrócił się w stronę przyjaciela. – Wiesz, to po prostu jest w jakiś sposób właściwe.

Harry poczuł jak pęcznieje z dumy.

- Wiem – stwierdził.

- No i był to najwyższy czas – uśmiechnął się Neville. – Gdybyś czegoś nie zrobił…

Harry poczuł, jak opada mu szczęka. Czy Neville sugerował to, co mu się wydawało?

- Nev?

Neville roześmiał się.

- Po prostu nie mogłem patrzeć jak jest z Deanem – stwierdził. Harry patrzył na niego zaskoczony. Neville zawsze miał dużo sympatii dla wszystkich swoich znajomych Gryfonów.

- Nie zrozum mnie źle – kontynuował Longbotom. – Dean to dobry facet. Ale Ginny… No cóż, ona jest wyjątkowa – zarumienił się i spuścił wzrok, zapewne czekając, aż Harry rzuci się na niego i spierze na kwaśne jabłko. Zamiast tego usłyszał śmiech Harry'ego.

- Nie musisz mi tego mówić, stary.

Obaj wybuchnęli śmiechem. W końcu Neville odchrząknął. Harry popatrzył na niego, czekając aż ten przemówi.

- No więc, tak jakby, eee, spotykam się z kimś. I wiesz, tak sobie myślałem, że potem, jak już wrócicie do domu, moglibyśmy gdzieś razem pójść, albo coś takiego. To znaczy, wiesz, jeśli mielibyście ochotę.

Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu, słysząc jąkającego się przyjaciela.

- Nie chodziłeś czasem z Luną?

Neville uśmiechnął się smutno.

- Jakiś czas, ale nic z tego nie wyszło.

- Przykro… - zaczął Harry.

- Nie – przerwał mu Neville i roześmiał się. – Szczerze mówiąc, ta dziewczyna cholernie mnie przerażała. Nigdy nie wiedziałem, kiedy rzuci coś, co może mnie zabić. Kiedyś byliśmy w pubie i zaczęła gadać ile to dziwacznych zwierząt widzi, jak biegają po lokalu. Myślałem, że właściciel mnie pobije, zanim zdołałem ją stamtąd wyciągnąć – obaj parsknęli śmiechem. – Poza tym jest dobrą przyjaciółką i nie chciałem tego zrujnować. My nigdy… no cóż, nigdy nie poszliśmy za daleko, jeśli rozumiesz co mam na myśli.

Harry znowu roześmiał się i skinął głową.

- Mogę sobie to wyobrazić. Luna jest świetna na poprawę humoru i możesz być pewien, że zawsze będzie cię wspierała, ale ja też nigdy nic do niej nie czułem.

- Nie poszedłeś z nią czasem na imprezę Slughorna?

- Tak – przyznał Harry, uśmiechając się do swoich wspomnień. – Wywołała niezłe zamieszanie. A co najlepsze, wcale nie była na mnie zła, bo wiedziała, że nie śmieję się z niej, tylko z sytuacji, które prowokowała i z reakcji innych ludzi.

- Rozumiem cię. A ona jest teraz szczęśliwa. Jeździ z Xeno po całym świecie pisząc o najbardziej… niewiarygodnych rzeczach.

- Wiem, czytałem kilka tych artykułów. Jest w ciągłym kontakcie z Ginny. Kiedy usłyszała o ślubie wysłała nam bukiet suszonej pszenicy – opowiadał Harry, potrząsając głową. – Napisała, że ma to coś wspólnego z płodnością, albo czymś w tym stylu. Ginny nalegała, żebyśmy to zatrzymali, ale wrzuciliśmy to do jednego z nieużywanych pokojów. Ginny twierdzi, że czasami Luna ma rację i nie chce ryzykować. Ale Luna wydaje się zadowolona.

Neville skinął głową i na chwilę obaj zamilkli.

- Znam ją? – spytał Harry, patrząc na przyjaciela.

- Znasz – odparł Neville, drapiąc się niepewnie w głowę. – To Hanna Abbott.

Harry uniósł brwi w zaskoczeniu, ale skinął głową.

- Pamiętam ją ze szkoły. W sumie nie miałem z nią kontaktu, nie licząc AD, ale wydawała się miła.

- Rozmawialiśmy w szkole kilka razy. Kila miesięcy temu wpadliśmy na siebie w Dziurawym Kociołku i… - urwał, wzruszając ramionami i czerwieniąc się.

- Taak – odparł Harry z uśmiechem. – To „i" czasami się zdarza.

- Mi z reguły nie – zaoponował Neville, wzdychając. – Ale tym razem jest inaczej. Nawet nie wiem jak ci to opisać, ale…

- Wiem Nev – zapewnił go Harry, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela. Spojrzał na drugą stronę pokoju, gdzie Ginny śmiała się z jakiejś historii opowiadanej przez Lee Jordana. – Wierz mi, wiem.

Neville skinął głową.

- W każdym razie wyślij sowę, kiedy już się wszystko uspokoi. Hanna pytała co u was. Ona też miło wspomina AD.

- Pozdrów ją od nas obojga – poprosił Harry. Miał coś dodać, ale podeszli do nich Ron i George.

- Powiedział ci, dokąd ją zabiera? – spytał George, nachylając się do Neville'a i udając, że szepcze.

- Właśnie – dodał Ron, niby przypadkiem trącając ramieniem Harry'ego. – Ten palant nie chce nam powiedzieć.

- Nie żebyście nie pytali – odparł sucho Harry. Cała trójka się roześmiała. Hary czuł ich szczerość i aprobatę. Denerwował się, że Weasley'owie, zwłaszcza bracia Ginny, będą się sprzeciwiali ślubowi. Wiedział, że powinien zostawić to w przeszłości, ale nie mógł się powstrzymać. Zapewne już zawsze będzie oczekiwał, że będą chcieli wpływać na jego relacje z Ginny, choć sytuacja z Ronem nieco się poprawiała.

- Chyba po prostu nie chcesz nam opowiedzieć o całości miesiąca miodowego, żeby oszczędzić nam traumy, mój nowy braciszku – roześmiał się George.

Żart miał rozluźnić atmosferę, ale Harry poczuł, jak ściska go w gardle. Nie był pewien, dlaczego czuł się niezręcznie, gdy ktoś uznawał go za członka rodziny Weasley'ów. Może dlatego, że nie sądził, by kiedykolwiek stało się to możliwe.

Znów odszukał wzrokiem Ginny i poczuł ciepło, gdy posłała mu pełne miłości spojrzenie.

- Przepraszam – wymamrotał w stronę trzech mężczyzn i ruszył w kierunku Ginny na drugą stronę pokoju.

- Stęskniłam się za tobą – wyznała, gdy przytulili się do siebie.

- Przecież nie wychodziłem z pokoju – odpowiedział Harry z uśmiechem.

- Wiem – odparła i przytuliła się do jego piersi. – Mimo wszystko…

- Tak – zgodził się. Odetchnął głęboko jej uspokajającym, kwiatowym zapachem.

- Wyglądałeś, jakbyś się czuł nieswojo między nimi – zauważyła GInny, odchylając się i patrząc mężowi w oczy.

- Właściwie nie – wzruszył ramionami Harry. – Po prostu droczyli się ze mną na temat miesiąca miodowego.

- Powiedziałeś im, gdzie jedziemy? – spytała Ginny, rozprostowując zagniecenia na jego wyjściowej szacie. Widząc ten prosty objaw troski, Harry poczuł jak w sercu wzbiera mu czułość. Ginny miała taki nawyk, gdy dyskutowali o czymś niezręcznym dla jednego z nich lub obojga.

- Nie - zapewnił ją, patrząc na nią. – Chcesz, żeby wszyscy wiedzieli?

Przygryzła dolną wargę, po czym uniosła brązowe oczy, by spojrzeć w jego zielone.

- Zastanawiałam się czy nie powiedzieć wszystkim o dziecku – wyznała nerwowo. Harry nie wiedział, czy jej zdenerwowanie wynika z tego, że nie znała jego opinii na ten temat czy też bała się reakcji swojej rodziny na wieść o dziecku.

- Jeśli tylko chcesz – skinął głową, delikatnie wodząc palcem po jej policzku. Z jakiegoś względu powiedzenie Weasley'om o dziecku nie przerażało go tak jak cała sprawa ze ślubem. Może wynikało to z tego, że trzymał Ginny w ramionach, a ona sprawiała, że wierzył, że wszystko jest możliwe.

- Naprawdę tak myślisz? – spytała z nadzieją.

- Naprawdę – skinął głową. – I tak niedługo się o wszystkim dowiedzą. A poza tym… - urwał, gdy Ginny położyła mu palec na ustach.

- Wszystko będzie dobrze. Wiem to – powiedziała z ciepłym uśmiechem, który roztapiał jego serce. – Wiem, że ciągle się tym martwisz. Że coś nie wyjdzie, coś stanie na przeszkodzie – westchnęła, a on musiał przyznać, że zna go bardzo dobrze. – Ale wiem, że wszystko się uda.

- Nigdy nie chodziłaś na wróżbiarstwo – zażartował, ale ona tylko wywróciła oczami.

- Trochę wiary.

- Mam – zapewnił, nachylając się, by ją pocałować. – Wierzę w nas.

- W takim razie wszystko będzie dobrze.

Harry zbliżył swoje czoło do jej, ich nosy lekko się stykały.

- W takim razie powiedzmy im.

Ginny uśmiechnęła się szeroko i niemal zaczęła podskakiwać. Roześmiał się, słysząc jej entuzjazm, gdy prosiła wszystkich w pomieszczeniu o uwagę.

- Uwaga wszyscy! Harry i ja chcemy coś ogłosić.

Harry wziął ją za rękę, starając się nie rozglądać po rudzielcach w pokoju w poszukiwaniu dezaprobaty. Musiałby być ślepy i głuchy, żeby nie zwrócić uwagi na pełne wątpliwości szepty i spojrzenia. Zwłaszcza Bill i Charlie wpatrywali się cały dzień w państwa młodych. Bez wątpienia gapili się na brzuch Ginny, jakby oczekiwali, ze dziecko wyskoczy stamtąd lada moment.

- Chcecie już iść, kochani? – spytała Molly, odrywając się na moment od wyglądającej na zmęczoną Hermiony.

Ginny spojrzała na męża i potrząsnęła głową.

- Niedługo, ale jeszcze nie. Chcieliśmy wam wszystkim powiedzieć, że… adoptujemy małą dziewczynkę z Tajwanu – zachichotała, a Harry uśmiechnął się szeroko, zarażony jej entuzjazmem. – Będziemy rodzicami!

Zapadła głucha cisza.

- Wow – wymamrotał Ron, patrząc na państwa młodych. – Po prostu… wow…

- Że… że co? – wyjąkała Molly, patrząc na młodą parę i unosząc rękę do ust.

Neville poruszył się jako pierwszy. Przeszedł cały pokój, by ofiarować swoje gratulacje. Uściskał Ginny i mocno potrząsnął dłonią Harry'ego.

- To wspaniale! – zawołał.

To przełamało szok. Hermiona zerwała się na równe nogi, by uściskać Ginny z wybitnie dziewczęcym piskiem. Ron dołączył do żony i z entuzjazmem poklepał Harry'ego po plecach. Większość pokoju dołączyła do nich i młoda para szybko została zasypana pytaniami dotyczącymi adopcji.

- Jesteś pewna, że właśnie tego chcesz Ginny? – spytała Molly, ściskając córkę. Łzy płynęły po twarzy seniorki rodu. – Dziecko to ogromna odpowiedzialność.

- Jesteśmy pewni mamo – odparła Ginny, ponownie biorąc Hary'ego za rękę.

Tonks i Teddy wyściskali Harry'ego, choć Teddy wyglądał na nieco zaniepokojonego.

- Co jest, mały? – spytał Harry, podnosząc chłopczyka.

- No, chyba nic…

Harry spojrzał pytająco na Tonks, która wzruszyła ramionami.

- No co jest, młody – naciskał Harry. – Przecież widzę, że coś cię martwi.

Teddy zawahał się, niepewny czy nie powinien znów zaprzeczyć, ale w końcu wzruszył małymi ramionkami.

- Jesteś teraz mężem Ginny – powiedział cichutko. – I będziesz miał swoje własne dziecko.

- To prawda – przyznał Harry, starając się dojrzeć jakieś wskazówki w twarzy chłopca.

Teddy oparł czoło o pierś Harry'ego, wtulając się w niego jeszcze mocniej.

- Nie będziesz miał już dla mnie czasu.

Harry poczuł ból w sercu i przycisnął chłopczyka mocno do siebie.

- Mały, nigdy nie będę zbyt zajęty dla ciebie. Nie ważne co by się stało.

Tonks podeszła do nich i poklepała chłopca po plecach.

- Teddy, wiesz, że wujek Harry by o tobie nie zapomniał.

Znowu wzruszenie małych ramion.

- I pomyśl, teraz masz jeszcze Ginny.

- Taaa… - wymamrotał Teddy, nie do końca przekonany.

Harry zachmurzył się, starając się znaleźć właściwe słowa. Widział, jak Ginny tuli się do swojego ojca, a w jej oczach błyszczą łzy szczęścia.

- Teddy – zaczął cicho. – Kiedyś myślałem, że jeśli dam komuś moją miłość, powiem komuś, że go kocham, to nie będę miał więcej miłości, bo całą oddam.

Teddy odchylił się i spojrzał na Harry'ego, jego włosy powoli zmieniały się z tradycyjnego niebieskiego na szary i wreszcie czarny.

- Ale nie miałem racji – kontynuował Harry. – Kiedy dajesz komuś miłość, zawsze jest więcej do rozdania, do podzielenia się z kimś innym. Kocham Ginny, ale to nie znaczy, że nie kocham już ciebie. A to że będę miał dziecko, nie znaczy, że zapomnę o tobie.

Teddy skinął głową i głośno pociągnął nosem. Przetarł oczy wierzchem dłoni.

- Ma to sens?

- Chyba tak…

- Kochasz babcię, prawda? – spytała Tonks, wciąż gładząc syna po plecach. Uśmiechnęła się, gdy Teddy skinął głową. – Czy kochanie jej oznacza, że kochasz mniej wujka Harry'ego?

- Nie.

- No widzisz, tak to właśnie działa – stwierdził Harry.

Teddy dalej wydawał się nieprzekonany.

- Słuchaj, jak wrócimy to może wybierzemy się razem z Ginny na mecz Quidditcha, co?

- Kupicie mi czekoladowe żaby? Jak ostatnio?

Harry roześmiał się, widząc zachmurzoną Tonks.

- Ile tylko będziesz chciał, mały. Ile będziesz chciał.

Przycisnął do siebie chłopca i mrugnął w stronę Ginny.


- A więc…

Harry obrócił się i patrzył jak Ron zmierza w jego stronę z rękami w kieszeniach ciężkiego, zimowego płaszcza. Stanął obok Harry'ego, który usuwał zaklęcia nałożone na czas ceremonii na ogródek.

- Czy to dziecko z sierocińca, o którym nam opowiadałeś?

Harry przytaknął.

Ron skinął głową i wyjął różdżkę, by przyłączyć się do pracy.

- Myślę, że to dobry pomysł.

Harry zająknął się na zaklęciu i opuścił różdżkę. Spojrzał na Rona. Oddechy obu mężczyzn zmieniały się w parę w mroźnym wieczornym powietrzu.

- Naprawdę?

- Tak – zapewnił Ron z uśmiechem. Myślę, że będziesz dobrym tatą. Jesteś lepszy z Teddym, niż ja kiedykolwiek będę – Ron zachmurzył się na moment. Harry zastanawiał się, czy jego przyjaciel żałuje, że został chrzestnym Teddy'ego. – Ale ostatnio bardziej się staram.

Harry skinął głową.

- Boję się – wyznał. Czuł, jakby znowu miał piętnaście lat i mógł swobodnie rozmawiać z Ronem o problemach, nie zastanawiając się ile przyjdzie mu za to zapłacić. Ron roześmiał się delikatnie.

- Wiem, ja też.

Hary skinął głową, wiedząc, że zapewne stresują się podobnymi sprawami. Hermiona miała termin za kilka tygodni. Z drugiej strony Ron przygotowywał się do swojej roli od kilku miesięcy, Harry miał na to zaledwie tygodnie.

- Myślałem, że będziesz zły – stwierdził Harry, usuwając kolejne zaklęcie i patrząc, jak śnieg wraca do pierwotnego stanu. Ron przerwał pracę i obrócił się w jego stronę.

- Harry, powiedziałem to wcześniej Billowi i chyba czas najwyższy żebym powtórzył to tobie. Dawno temu popełniłem błąd. Przedłożyłem moją potrzebę chronienia Ginny ponad twoją. Podyktowałem tobie i Ginny jak macie żyć. Nie zrobię tego więcej – zapewnił ze szczerością wypisaną na twarzy.

- Doceniam to, Ron – odpowiedział cicho Harry. – Naprawdę wiele to dla mnie znaczy.

- Nie ma sprawy, stary – odpowiedział Ron z uśmiechem i wrócili do usuwania zaklęć z ogrodu. Pracowali w ciszy, aż obejście wróciło do stanu sprzed wesela.

- Hej, Harry? – odezwał się Ron, gdy wracali w stronę niemal całkowicie ciemnego domu.

- Co?

- Zastanawialiśmy się z Hermioną… To znaczy nie musisz się zgodzić jeśli nie chcesz…

- Ron, po prostu mnie zapytaj – odparł Harry ze śmiechem.

- Tak – Ron zawahał się, mierzwiąc sobie nerwowo włosy. – Bo wiesz, rozmawialiśmy o chrzestnych dla dziecka…

Harry czuł dokąd ta rozmowa zmierza, ale czekał, aż Ron powie to na głos, niepewny co na ten temat sądzi.

- Czy ty i Ginny… no wiesz…

- Ron.

- Czy zechcielibyście być chrzestnymi dziecka?

Harry zamyślił się na chwilę, zwalniając kroku.

- Odpowiesz mi na pytanie?

- Jasne – odpowiedział Ron, patrząc niepewnie na przyjaciela.

Harry zatrzymał się tuż przed prostokątem światła z okien Nory i obrócił się w stronę Rona.

- Czy robicie to, żeby wynagrodzić mi za wcześniej?
- Chciałbym cofnąć te lata – odparł cicho Ron. – Ale nie mogę – spojrzał Harry'emu w oczy. – Kiedy rozmawialiśmy o tym z Hermioną tak naprawdę tylko jeden wybór wydawał się słuszny.

Harry zamyślił się. Zadrżał, kiedy chłód nocy wśliznął się pod jego płaszcz.

- Muszę porozmawiać o tym z Ginny.

- W porządku. Naprawdę. Nie ma sprawy – Ron wydawał się bardziej zadowolony niż to możliwe w tej sytuacji. Klepnął przyjaciela w ramię i obaj weszli do domu.