Powrót do przytomności przypominał wygrzebywanie się z beczki smoły i ciągnął się w nieskończoność. Świadomość przybliżała się i odpływała znowu. Stopniowo momenty świadomości wydłużały się. Odbierała coraz więcej doznań. Wiedziała, że leży na wznak na czymś twardym i zimnym. Było jej niewygodnie, nie miała jednak ochoty zmieniać położenia. Coś trzymało ją w tej właśnie pozycji. Bezruch, w jakiś dziwny sposób, zapewniał poczucie bezpieczeństwa. Jeśli tylko otworzy oczy, poruszy choć jedną kończyną, pryśnie ochraniająca ją bańka i wtedy cały brutalny świat zwali się na nią z całą swoją bezwzględnością. Leżała więc i nasłuchiwała. Początkowo dźwięki docierały do niej, nie niosąc ze sobą żadnej konkretnej treści. Dopiero z upływem czasu zdołała powiązać poszczególne odgłosy z ich fizycznymi źródłami. Rozróżniała kroki strażników i szmer rozmów kobiet, które znów powróciły do swojej celi. Ale mając zamknięte oczy, mogła udawać, że jej nie ma, że wszystko co działo się na zewnątrz, jej samej nie dotyczy. Tylko tego chciała. Spokoju. Była taka zmęczona. Pozwoliła swym myślom błądzić swobodnie. Nie skupiała się na żadnej z nich. One same decydowały, jak długo przebywały w jej umyśle. Wirującą, wielobarwną kaskadą przelewały się przez jej głowę. Ponownie poczuła nadciągającą ciemność. Poddała się jej z nieskrywaną radością. Ciemność oznaczała niebyt, brak przymusu samoświadomości. Odpoczynek doskonały. Jednocześnie jakieś niesforne wspomnienie na moment przykuło jej uwagę. Właściwie był to tylko cień wspomnienia. Uczucie ciepła, bliskości. Ślad dotyku, odległy strzęp czyjegoś głosu. Kołysana pozazmysłowymi doznaniami pozwoliła pociągnąć się w mrok.

Następne co zapamiętała, to przeraźliwie głośny zgrzyt metalu. Skrzywiła się mimowolnie. Zrozumiała, że świat jednak się o nią upomniał. Znowu znajdowała się na twardej podłodze, a życie toczyło się dalej. Bezpieczne schronienie w nieświadomości skończyło się i niestety musiała teraz stawić czoła teraźniejszości. Strażnicy zabierali kobiety do ich codziennych obowiązków. Wciąż mając zamknięte oczy, wsłuchiwała się w panujący na korytarzu ruch. Podobnie jak wczoraj, Jaffa pozostawili ją samej sobie.

Zaczekała, aż na korytarzu zapanuje całkowity spokój i dopiero wtedy odważyła się rozejrzeć. Leżała pod samą ścianą z twarzą zwróconą w stronę kraty. Grube, metalowe pręty tańczyły lekko w bladym świetle padającym z korytarza. Poruszyła głową, by się rozejrzeć i dopiero wtedy cały świat gwałtownie zawirował. Zacisnęła powieki, czując mdłości, podchodzące jej do gardła. Musiała wziąć kilka głębokich oddechów, zanim nieprzyjemne sensacje nieco ustąpiły. W miarę jak trzewia uspokajały się, w jej głowie stopniowo narastał tępy, pulsujący ból. Oba zjawiska miały zapewne ścisły związek z ciosem, który pozbawił ją przytomności. Odkryła nagle, że cała pokryta jest lepkim potem. Zaciskając zęby, ponowiła próbę. Tym razem bardzo powoli i ostrożnie przekręciła głowę z boku na bok. Zawroty nasiliły się, lecz była na nie przygotowana. Cela wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętała. Korytarz również.

Zebrała się w sobie i dźwignęła, opierając się na łokciach. Teraz wystarczyło tylko przesunąć się odrobinę i już mogła oprzeć plecy o ścianę. Cała operacja zajęła jej koszmarnie dużo czasu, a gdy skończyła, była kompletnie wyczerpana. Oddychała głęboko, czując kolejną falę potu zalewającą jej ciało. Ból rozsadzał czaszkę, z trudem powstrzymywała odruch wymiotny. Nie potrafiła określić, jak długo siedziała, zaciskając powieki, zanim była w stanie ponownie otworzyć oczy.

Stopniowo świat stabilizował się. Już nie wirował, raczej kołysał się łagodnie. Gdyby jeszcze ból głowy zmniejszył się odrobinę, mogłaby znów logicznie myśleć. Zalały ją wspomnienia z wczorajszego dnia. Groźby Kaleba. Zakrwawiony Teal`c leżący bezwładnie na ziemi. Uczucie bezsilności i nieuchronnie nadciągającej klęski. Desperacko uczepiła się myśli, że zmysły ją okłamały. Widziała ciało przyjaciela i była przekonana, że nie żyje. A jeśli to nie jest prawda? Jeśli to tylko jakaś obłąkana gra, mająca na celu złamanie jej ducha? I wtedy z zakamarków pamięci wyłonił się obraz, który sprawił, że jej serce znacznie przyspieszyło. Teal`c poruszył dłonią. Wprawdzie była wtedy ogłuszona i widziała jak przez mgłę, a po chwili straciła przytomność, ale to wydarzyło się naprawdę! Ciemne palce drgnęły, a potem zacisnęły się w pięść. Jaffa musiał więc być tylko nieprzytomny. To jednak uświadomiło jej, jak niebezpieczny może być Kaleb. Jak doskonale potrafi manipulować jej emocjami. Wybrał ją, bo uznał, że jest najsłabszym ogniwem drużyny. Zastraszanie, przemoc fizyczna, poniżenie. Kiedy odkrył, że żadna z metod nie jest skuteczna, odwołał się do jej lojalności i współczucia. Wykorzystał jej człowieczeństwo. Użył jako przynęty członka zespołu. I odniósł sukces. Carter odsłoniła się przed nim. Pokazała mu swój strach i gniew. Do czego jeszcze posunie się tak zdeterminowany człowiek, aby osiągnąć swój cel?

Tajemniczy niewolnik pojawił się jakby znikąd. Stąpał tak ostrożnie, że nie usłyszała, jak się zbliża. A może po prostu jej słuch był teraz przytępiony. Dopiero po jakimś czasie zdała sobie sprawę z jego obecności. Mężczyzna przyklęknął tuż przy kracie i wpatrywał się w Carter z wyraźnym współczuciem. W dłoniach trzymał naczynie, z którego unosiła się para. Wyciągnął ramiona w jej stronę i skinieniem głowy wskazał, by przejęła od niego gliniany garnek. Zrobiła to niechętnie, nieznajomy jednak uśmiechnął się zadowolony. Szorstka glina była przyjemnie gorąca, a zapach unoszący się znad potrawy bardzo zachęcający. Gardło jednak miała ściśnięte i odnosiła wrażenie, że w tej chwili zjedzenie czegokolwiek jest ponad jej siły. Niewolnik nie dawał za wygraną. Zdecydowanym gestem nakazał jej, by uniosła naczynie do ust. Usłuchała. Pociągnęła niewielki łyk i przełknęła bez większego problemu. Zupa była mocno doprawiona. Paliła w ustach i przełyku, ale miała zbawienny wpływ na zmęczony mdłościami żołądek. Czuła przyjemne ciepło rozlewające się po całym brzuchu. Tak. Dokładnie tego potrzebowała. Nie czekając na dalszą zachętę, wypiła wszystko. Mężczyzna, kucający obok niej, wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Dziękuję. - Szepnęła, oddając mu garnek. W odpowiedzi skinął tylko głową.

Rzucił jej ostatnie spojrzenie, po czym oddalił się korytarzem. Nie próbowała go zatrzymywać. Znów nie wypowiedział ani jednego słowa. Nie chciał lub nie mógł jej odpowiedzieć. Choć ból i zawroty głowy wciąż dokuczały, poczuła się jednak lepiej. Wiedziała, że potrzebuje sił, by kolejny raz stawić czoło Kalebowi. Odchyliła głowę do tyłu i oparła ją o ścianę. Nie starała się powstrzymywać opadania powiek.

Z drzemki wyrwał ją odgłos unoszących się krat. Drgnęła zaskoczona i otworzyła oczy. Na korytarzu czekał już jej kat. Nie ruszyła się z miejsca. Obserwowała tylko uważnie otaczających ją Jaffa. Kaleb stanął pośrodku celi, krzyżując ramiona na piersi.

- Naprawdę mnie zadziwiasz, moja droga. - Zaczął.
- Poważnie? - Mruknęła, nie patrząc mu w oczy.
- Ależ tak. - Uśmiech wykrzywił jego wargi. - Całkowicie zaskoczyłaś moich strażników. Do tej pory nie spotkali kobiety, która byłaby do tego zdolna. Możesz mi jednak wierzyć, że już więcej nie popełnią tak głupiego błędu. Ja również…

Na jego znak dwaj Jaffa chwycili ją pod ramiona i pociągnęli w górę. Gdyby nie ich silne dłonie, pewnie by upadła. Gwałtowna zmiana pozycji ciała wywołała kolejną falę zawrotów głowy. Stanęła niepewnie na drżących nogach, oddychając głęboko. Wojownicy wycofali się na bezpieczną odległość. Po chwili w celi rozległ się odgłos odbezpieczanych zatów. Rzeczywiście mieli się na baczności.

- W takim razie zaczynamy od początku. - Kontynuował Kaleb. - Kim jesteś?
- Major Samantha Carter, Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych. - Jej głos był słaby i ochrypły, ale z ulgą stwierdziła, że nie drży.
- Dlaczego przybyliście na planetę?
- To był rutynowy zwiad. Nigdy wcześniej nie kontaktowaliśmy się z mieszkańcami.
- Może to mieszkańcy kontaktowali się z wami?
- Nie. Oni nie wiedzieli nawet, kim jesteśmy.
- Byliście przygotowani na przybycie naszych ludzi. Skąd o tym wiedzieliście?
- Nie wiedzieliśmy. Działaliśmy instynktownie.
- Nikt was nie ostrzegł?
- Nikt.
- Co wiesz o pozostałych planetach pozostających pod panowaniem Olokuna?
- Nic.
- Je także odwiedzaliście?
- Nie.
- Należycie do ruchu oporu?
- Nic o tym nie wiem.
- No proszę, proszę. Szpieg doskonały. - Kaleb zaczął przechadzać się po celi. W pewnym momencie zatrzymał się i spojrzał na nią badawczo. - Tęsknisz za swoim przyjacielem?

Pytanie ewidentnie miało na celu rozproszenie jej uwagi. Zawahała się tylko przez moment, dobrze wiedząc, że tym razem nie może okazać żadnych uczuć.

- Teal`c jest członkiem mojego zespołu, ale przede wszystkim wojownikiem. Jest gotów poświęcić swoje życie. Ja również jestem gotowa. Mnie także możesz zabić.
- I uczynię to. Kiedy już odpowiesz na moje pytania.
- Zrób to już teraz. Zaoszczędzisz sobie trochę czasu.
- Nie. Ty zginiesz na samym końcu. Myślę jednak, że spotkanie z pozostałymi członkami drużyny może odświeżyć twoją pamięć. Który pójdzie na pierwszy ogień? Młody dyplomata, czy dowódca, który tak usilnie starał się odciągnąć od ciebie wszelkie podejrzenia? Czyją śmierć chciałabyś obejrzeć najpierw?
- Daruj sobie. Nie zastraszysz mnie w ten sposób.

Jego wzrok stał się nagle zimny jak stal. Zniknął uśmiech i niefrasobliwy ton. Podszedł do niej. chwycił za wojskową bluzę i pociągnął ku sobie tak, że musiała stanąć na palcach. Odruchowo wstrzymała oddech.

- Może i nie spotkałem dotąd kobiety równie wytrzymałej, ale nawet ty nie jesteś niezwyciężona. Zdradziły cię twoje reakcje. Zmiażdżę cię. Zgniotę jak robaka.

Puścił ją i odsunął się nieco do tyłu. Carter straciła równowagę i wylądowała na kolanach. Nie ufała osłabionym mięśniom na tyle, by próbować ponownie powstać.

- Z kim się kontaktowaliście? - Nie ustępował Kaleb.
- Z nikim.
- Kto jest zamieszany w spisek przeciwko Olokunowi?
- Nie wiem.
- Kto jest waszym informatorem?
- Nie wiem.
- Naprawdę chcesz poświęcić swych towarzyszy?
- Jesteśmy żołnierzami. Musimy być przygotowani na poświęcenia.
- Dobrze. Skoro tak zdecydowałaś…

Kaleb odszedł. Jaffa podążyli jego śladem. Krata opadła i znów korytarz wypełnił się odgłosem oddalających się kroków. Carter wciąż klęczała pośrodku celi. Po jej policzkach spływały łzy, których już nie potrafiła powstrzymać. Stało się to, czego najbardziej się obawiała. Teal`c przeżył, bo był zbyt cenny dla Olokuna. Pozostali są tylko nic nie wartymi niewolnikami, których w każdej chwili można poświęcić. Będzie musiała wybierać. Życie przyjaciół w zamian za życie i bezpieczeństwo wielu nie znanych jej bliżej ludzi. Czy w ogóle miała jakikolwiek wybór? Kogo zobaczy jutro rozciągniętego na podłodze, torturowanego bądź umierającego? Daniela czy pułkownika? Cholera! Niebawem oni zginą, i wszystko przestanie się liczyć. O`Neill umrze i nawet nie będzie miała okazji, by powiedzieć mu, że jej także na nim zależy. Bardziej niż powinno.

Wróciła pod ścianę. Przestała zwracać uwagę na to, co dzieje się na korytarzu. Powrót niewolnic, ich szepty i coraz śmielsze spojrzenia przyjmowała z całkowitą obojętnością. Skupiła się na sobie. Na tym, że musi znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, aby się nie załamać. Siedziała z otwartymi oczami nawet wtedy, gdy współwięźniarki dawno pogrążyły się we śnie. Bała się zasnąć. Bała się nadchodzącego dnia i pragnęła za wszelką cenę odwlec jego nadejście. Ale on skradał się nieubłaganie, godzina po godzinie. Kilkakrotnie zapadała w męczącą drzemkę, po czym budziła się zlana potem. Nadejście strażników oznaczało, że nastał ranek. Obserwowała oddalające się korytarzem kobiety, czując narastającą panikę. Da radę! Musi! Ten jeden ostatni raz.

Pojedyncze, szybkie kroki rozległy się na korytarzu w chwilę po tym, jak ucichło ostatnie echo towarzyszące przemarszowi niewolnic. Wprawdzie spodziewała się pojawienia milczącego nieznajomego, do tej pory jednak zjawiał się znacznie później. Tuż przed swoją celą ujrzała Jaffa i poczuła, że robi się jej słabo. A więc to już! Wojownik rozglądał się czujnie, czekając, aż pręty powędrują w górę. Potem spojrzał prosto na nią.

- Chodź ze mną! - Rzucił krótko.

Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczyma, jakby nie do końca zrozumiała wypowiedziane przez niego słowa. Znała jego twarz, ale zmęczenie i uciążliwy ból głowy skutecznie ograniczały zdolność logicznego myślenia. Oszołomiona zaczęła wstawać z podłogi, chwiejąc się lekko. Jaffa ponaglił ją niecierpliwym spojrzeniem.

- Mamy mało czasu. Jeśli chcesz przeżyć, musisz pójść ze mną. To twoja jedyna szansa.

Kiwnęła głową i oderwała się od ściany. Podążyła za wojownikiem. Przypomniała sobie, gdzie widziała go wcześniej. To on za pierwszym razem towarzyszył mężczyźnie, który przynosił posiłki. Ruszyli szybkim krokiem plątaniną korytarzy. Nawet nie starała się zapamiętać drogi. Skupiła się wyłącznie na oddychaniu. Wkrótce poczuła kłujący ból w boku, jednak nie zwolniła tempa. Dotarli do jakiegoś magazynu, nie napotykając nikogo na swej drodze. Tutaj mężczyzna wręczył jej brązowy tobołek z poleceniem, by jak najszybciej się przebrała. W zawiniątku znajdowała się szata. Taka sama, jaką widziała u kapłanów, z obszernym kapturem pozwalającym na całkowite ukrycie twarzy. Szybkim ruchem narzuciła na siebie ten dziwny habit. Był trochę za duży, za to świetnie ukrywał wojskowe buty. Szerokie rękawy zasłaniały brudne dłonie. Jaffa z aprobatą pokiwał głową, po czym wręczył jej zata.

- Teraz posłuchaj uważnie. - Rzekł ściszonym głosem. - Wyprowadzę cię z pałacu. Trwają właśnie przygotowania na przybycie Olokuna. Wmieszasz się w tłum. Nikt nie powinien cię zatrzymywać. Dzisiaj kręci się tu mnóstwo kapłanów. Musisz jedynie uważać przy zbliżaniu się do wrót. Żaden kapłan nie powinien podróżować na inne planety bez obstawy. Straż przy wrotach pełni dwóch wartowników. Trzeba ich unieszkodliwić. Wrócisz na planetę, z której was przyprowadzono. Tam uzyskasz więcej informacji. I pamiętaj: jeśli ci się nie powiedzie, zginiesz.

Kobieta już otwierała usta, by zadać jakieś pytanie, ale Jaffa uciszył ją jednym krótkim gestem. Ponownie wyszli na korytarz. Poprowadził ją jeszcze jakiś czas. Potem zatrzymał się.

- Skręcisz dwa razy w lewo i dojdziesz do wyjścia. Nie mogę ci dalej towarzyszyć. Powodzenia.

Odszedł szybkim krokiem, pozostawiając Carter samą. Ruszyła we wskazanym kierunku, czując, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Dotarła do wylotu korytarza. Znajdowała się w sali wejściowej. Poprzez otwarte szeroko wrota wpadały promienie słoneczne. Panował tu spory ruch. Jaffa, strażnicy i niewolnicy przemierzali pomieszczenie, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. Wzięła głęboki oddech i wyprostowawszy plecy, ruszyła w stronę światła. Gorące, duszne powietrze otoczyło ją natychmiast po przekroczeniu progu. Teraz już doskonale pamiętała, w którym kierunku ma się udać. Pamiętając o przestrodze swego przewodnika, nie skręciła od razu w kierunku wrót, lecz kluczyła pomiędzy zabudowaniami. Pracujący tu niewolnicy zerkali na nią ze zdziwieniem, lecz usuwali się z drogi, pochylając głowy w geście pokory. Znalazła wreszcie miejsce, w którym pod osłoną trzcinowych dachów mogła w miarę bezpiecznie oddalić się od osady. Sypki piasek utrudniał marsz, parła jednak naprzód. Musiała podejść pod pierwszą z wydm. Będąc już prawie na szczycie, obejrzała się za siebie. Ciemna szata musiała być doskonale widoczna na tle białych piasków. Czuła się odsłonięta i bezbronna. Odwróciła się, by kontynuować wspinaczkę, czując nieprzyjemne mrowienie między łopatkami. Pot zalewał oczy, płuca paliły z wysiłku, ale dotarła cało na szczyt. Odrzuciła kaptur i puściła się biegiem w dół. Szata powiewała za nią jak wielkie, brązowe skrzydła. Potknęła się i sturlała do samej podstawy wydmy. Pozwoliła sobie tylko na chwilę odpoczynku. Łapczywie łapiąc powietrze, zmusiła ciało do dalszego marszu. Pamiętając o strażnikach, okrążyła wrota i pozostając wciąż pod osłoną wydmy, podczołgała się możliwie blisko gwiezdnych wrót. Jaffa stali tyłem do niej, najwyraźniej nie spodziewając się, że ktoś może nadejść z tej strony. Z odbezpieczonym zatem podpełzła jeszcze kawałek i wycelowała. Pierwszy strzał dosięgnął wojownika stojącego z lewej i powalił go na ziemię. Drugi Jaffa, zdezorientowany, rozglądał się w poszukiwaniu napastnika. Dostrzegłszy kobietę, wycelował w jej kierunku lancę. Carter rzuciła się w bok, o włos unikając strumienia ognia, przekoziołkowała i leżąc płasko na ziemi ponownie nacisnęła spust. Mężczyzna osunął się na piasek. Rzuciła się w kierunku DHD, wbiła adres planety i czekała na pojawienie się horyzontu zdarzeń. Dopiero teraz dopadły ją emocje. Boże! Uciekła! Jakimś cudem jej się udało! Poczuła gwałtowne zawroty głowy. Musiała mocno przytrzymać się krawędzi sterownika, by nie upaść. Wspomagane adrenaliną mięśnie były już u kresu swych możliwości. Ostatni raz spojrzała za siebie, po czym zataczając się, powędrowała ku błękitnej, połyskującej tafli.