Rozdział XIII

Jestem przy tobie, nie odejdę…"

Jak długo siedział przy jej łóżku, nie wiedział, ale nawet wołami nie zdołaliby go stamtąd ruszyć. Już raz zawiódł ją, zbyt długo ignorując oznaki jej choroby i pozwalając, by przechodziła przez wszystko sama. Tym razem, nie zamierzał popełnić tego błędu. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że nie będzie łatwo, że Tara będzie próbowała go od siebie odsunąć, zwłaszcza po tym, jak straciła pierś, jednak on wiedział, że nie może się poddać, że musi walczyć dla nich obojga, nawet z nią samą.

- Jestem przy tobie, skarbie. Nie odejdę…- wyszeptał, całując jej chłodną dłoń i delikatnie odgarniając z czoła zabłąkane pasemko grzywki.- Cokolwiek zrobisz, cokolwiek powiesz, już nigdy nie zostawię cię samej.- dodał, a potem zamknął oczy i znów zaczął się modlić. Jeśli ktokolwiek mógł zachować Tarę w zdrowiu, to tylko Bóg.

Obudziła się kilka godzin później, mając wrażenie, że nie jest w tym pokoju sama, ale nie widziała nikogo, a nie miała siły, by dokładniej się rozejrzeć. Jedyne, czego była absolutnie pewna to fakt, że była w szpitalu i choć jej umysł był jeszcze ociężały, wiedziała, jak się tu znalazła….

- Kula…- wyszeptała słabo.- Bobby…- dodała, zamykając znów oczy.

- Jestem tu, luv!- odezwał się natychmiast, gdy usłyszał jej szept i podniósł głowę, która dotąd spoczywała na brzegu jej łóżka, by mogła go zobaczyć.- Jestem!- powtórzył i z ulgą napotkał spojrzenie jej niebieskich oczu, spojrzenie, którego tak panicznie bał się utracić.

- Bobby…- po raz drugi wymówiła jego imię.- Co ty tutaj robisz?- zapytała słabo.- Po co mnie ratowałeś? Nie warto…- dorzuciła smutno.

- Nigdy więcej tak nie mów!- zażądał.- Każde życie zasługuje na to, by je ratować, zwłaszcza to, które należy do osoby, którą się kocha.- dodał już łagodniej.

- Nie wiesz, o czym mówisz.- odparła, odwracając od niego oczy, a potem bezwiednie dotknęła piersi i wtedy zrozumiała, że coś jest nie tak… Zamiast jej drobnego owalu, wyczuła opatrunek i spojrzała ze strachem na Crasha. Nie musiała pytać. Jego wzrok powiedział jej wszystko. Straciła pierś…

- Wyjdź!- powiedziała, czując, jak zdradliwe łzy płyną po jej policzkach.- Wyjdź stąd, Bobby! Zostaw mnie samą!- krzyczała, pełna żalu i bólu, który przeszywał nie tylko jej ciało, ale i duszę.

- Nie, Taro.- odparł spokojnie, nie spuszczając z niej oczu.- Nie odejdę ani teraz, ani nigdy. Zbyt długo zwlekałem z wyznaniem tego, co od dawna do ciebie czuję, ale dość tego!- ciągnął.- Kocham cię, luv. Kocham cię tak, jak nigdy wcześniej nie kochałem żadnej kobiety… - mówił, ale mu przerwała.

- Co ty gadasz, Crash? Jak możesz mówić, że mnie kochasz? Spójrz na mnie! Jestem chorym wrakiem! Nigdy nie byłam piękna, a teraz jestem tylko marną namiastką kobiety, więc przestań chrzanić i daj mi spokój! Wyjdź i nie wracaj!

- Nie.- powtórzył stanowczo.- Bo dla mnie nie ma znaczenia twój wygląd. Nigdy nie miał, choć zawsze uważałem, że jesteś śliczna. Byłem tylko zbyt tchórzliwy, by ci to powiedzieć. Z obiema piersiami, czy tylko z jedną, nadal jesteś kobietą, do której należy moje serce i choćbyś mnie wyrzucała drzwiami, to ja wrócę oknem i będę wracał tak długo, jak będzie trzeba!- mówił z mocą i uczuciem.- Zbyt długo pozwalałem, by strach i wstyd trzymały mnie z dala od ciebie i omal cię przez to nie utraciłem, Taro. Drugi raz nie zaryzykuję. Straciłaś pierś, to prawda, ale dzięki temu zyskałaś szansę na życie, a ja dopilnuję, byś ją wykorzystała!- argumentował.- Przejdziemy przez to razem, przez terapię, rehabilitację, a jeśli będziesz chciała, również przez operację rekonstrukcji piersi, ale nie odtrącaj mnie, kochanie, nie odrzucaj mojej miłości!- błagał. Teraz i on płakał i nie wstydził się tych łez. Był gotów na wszystko, by go wysłuchała i dała mu szansę.

- Teraz tak mówisz…- szepnęła z bólem.- A kiedy zobaczysz mnie bez włosów, wymiotującą po kolejnej chemii, bladą i chudą, uciekniesz, jak moja matka uciekła od ojca, gdy się dowiedziała. Odejdź Bobby. Nie wiesz, o czym mówisz…- powtórzyła.

- Mylisz się, luv. Wiem aż za dobrze, bo na moich rękach umierał mój przyjaciel z dzieciństwa, który miał mniej szczęścia, niż ty. Jego guz był nieoperacyjny, a śmierć bolesna. Ty masz szansę, Taro, możesz to pokonać i zrobię wszystko, co trzeba, byś to zrozumiała. Kocham cię i cię nie zostawię. Ani ja, ani nasi przyjaciele, którzy siedzą w poczekalni. Pogódź się z tym, że nie jesteś sama, i że żadne z nas się nie podda!- dodał stanowczo.

- Wyjdź, Crash.- poprosiła cicho.- Muszę pomyśleć…

- Dobrze, kochanie, ale wiedz, że wrócę, czy tego chcesz, czy nie.- odparł i z miłością pocałował ją w usta.

Zamknęła oczy, lecz nie oddała pocałunku. Nie była gotowa, ale on był cierpliwy.

Zamykając za sobą drzwi, szeptał:

- Zaczekam, ile będzie trzeba…

TBC