Znowu opóźnionko :/ Sorki, za 2 dni kolejny materiał, żeby to nadrobić :) A potem już regularnie co 3 dni.

Pierwsza noc była najgorsza. Mimo komfortu, jaki oferował jej pokój, to nie było to samo, do czego przywykła. Po pierwsze, wszystko wydawało się czystsze. W środku było więcej miejsca na trzymanie różnych rzeczy. Ale Wdowa nie miała niczego, co by do niej należało, nawet, kiedy jeszcze pracowała dla Talona. Prócz sprzętu bojowego, który i tak znajdował się w magazynie. To sprawiało, że miejsce wydawało się dziwnie… puste. Księżyc akurat był w pełni… a ona nie mogła zasnąć. Westchnęła. Spojrzała się na zegar. Druga w nocy. Po dłuższej chwili zdecydowała, że nie ma sensu dłużej leżeć. Nie zasnęła przez ten czas, nie zaśnie w ogóle. Powoli wstała i ostrożnie otworzyła drzwi. Wychyliła się. Sprawdziła, czy ktokolwiek czeka na nią w korytarzu. Nikogo nie było. Wyszła i zaczęła iść przez korytarz. Planowała pokręcić się bez celu, pomyśleć o tym, co się działo, jakie decyzje podjęła… Ale pierwsze miejsce, na jakie trafiła po wyjściu z korytarza to kuchnia. Rozejrzała się. Lodówka, mikrofala, kuchenka indukcyjna… trochę tego było. Nie zastanawiając się, czy powinna, zapaliła światło, podeszła do lodówki i otworzyła ją. Zaśmiała się. W środku było mleko, batony, musztarda… jak w zwykłej lodówce. Nie tego się spodziewała. - 'W sumie to nawet nie wiem, czego oczekiwałam...' - wzięła butelkę mleka i położyła na stole. Zaczęła szukać szklanki. Trochę czasu minęło, zanim otworzyła właściwą szafkę. - 'O, tu jesteś...'

- Mi też nalej. - usłyszała głos dochodzący z korytarza. Odwróciła się. Zobaczyła McCree. Nie spuszczając z niego wzroku wzięła dwie szklanki. Nalała mleko. Jedną postawiła na stole i popchnęła w jego stronę. Jesse wziął szklankę i spory łyk napoju - Nie możesz spać? - odezwał się po dłuższej ciszy. Wdowa wzruszyła ramionami

- Zdarza się.

- No… to chwilę się z tym pomęczysz. - Wdowa spojrzała się na niego pytającym wzrokiem. Odłożyła opróżnioną szklankę na stół.

- Co tu robisz? Przyszedłeś porozmawiać o niczym, czy upewniasz się, żebym nie zrobiła nic głupiego?

- Atena mnie obudziła.

- Kto?

- Atena. Nasz… komputerowy asystent, można to tak nazwać. Wykryła, że wychodzisz z pokoju… i mnie poinformowała.

- Tylko Ciebie?

- Jasne, że nie. Reszta albo poszła spać jak zobaczyła, że za Tobą idę, albo cały czas obserwuje. - Wdowa rozejrzała się w poszukiwaniu kamery. Ale nic takiego nie znalazła. W końcu nowoczesny sprzęt był tak mały, że ciężko było cokolwiek zauważyć. - Podszedłem i zobaczyłem Ciebie przy szafkach… a potem mleko. I naszła mnie na nie ochota. - odłożył szklankę. Nastała cisza. Przez chwilę nikt się nie odzywał. - Przepraszam za rękę. Wdowa spojrzała się na niego z mniej przyjaznym wyrazem twarzy.

- Wyobraź sobie, że kiepsko się regenerowała… musiałam przejść operację, żeby szybciej odzyskać sprawność.

- Mmmm… przeprosiny przyjęte? - przez chwilę nic nie mówiła.

- Zastanowię się. - odpowiedziała szorstko. - Jak długo mnie obserwowałeś?

- Zobaczyłem, że szłaś wzdłuż korytarza… postanowiłem Cię trochę pośledzić. Wyszedłem i zobaczyłem, jak sięgasz po szklankę… i tyle.

- Nie znalazłam jej od razu. Przyznaj się, stałeś tam jakiś czas.

- Nie. Musiałem się ubrać. Nie przyszedłbym do Ciebie przecież w samej bieliźnie. - zaśmiał się. - Gdybyś była Leną, Jackiem… być może... - Wdowa spojrzała się na niego z lekkim zażenowaniem. - Nie wiem, jak ty, ale ja nie śpię w tym, w czym chodzę. - Pokiwała głową - 'Rozmowa się nie klei.' - spojrzała się na okno. Podeszła. Kuchnia była jednym z niewielu miejsc w ośrodku, z którego można było dostrzec ocean. - Trochę czasu minie, zanim się przyzwyczaisz… ale gwarantuję, że podjęłaś właściwą decyzję. - popatrzyła się na Jessiego.

- Ufasz mi, kowboju?

- Nie... Jeszcze. Nie.

- Więc skąd wiesz, jaką decyzję podjęłam.

- Przecież to widać. - Wdowa spojrzała się na niego pytającym wzrokiem.

- Na samym początku faktycznie byłem przeciwnikiem tego, co mówiła Lena… nie mogłem uwierzyć swoim uszom. Wdowa? W Overwatch? Niemożliwe… pewnie oszalała. - wzruszył ramionami. - Cóż… obserwowałem Cię. Nie tylko podczas bitwy. I teraz widzę, czemu tak się zachowywała… i czemu wierzy w to, że jest dla Ciebie nadzieja. Po twoim zachowywaniu widać… jakby to powiedzieć… cały czas czujesz wątpliwości. Cały czas odcinasz się od dłuższego kontaktu z kimkolwiek. Cały czas ostrożnie podchodzisz do podjętej decyzji. - nalał sobie do szklanki trochę mleka. - Ze mną było tak samo. Kiedyś należałem do gangu, który za odpowiednią opłatą dostarczał broń w obrębie całej Ameryki. Byłem wtedy awanturnikiem, którego nie obowiązywały żadne prawa… najlepszy rewolwerowiec, którego sprawiedliwość nawet nie chciała tknąć. I żyłem tak sobie… aż pewnego razu Overwatch zrobiło nalot. Przyłapali nas na gorącym uczynku. Wtedy czułem się jak bóg… byłem pewien, że sam ukatrupię całą drużynę. Ale rozsądek wziął górę… zacząłem uciekać. Jednak ktoś wszedł mi w drogę... Natrafiłem na agenta. Nikomu nieznany. Żaden Jack, żadna Smuga… ktoś, o kim nikt nie słyszał. I wtedy przekonałem się, że całej drużynie z pewnością nie dałbym rady. - pokiwał głową - Szybka ręka nie wystarczyła. Skończyłem z kilkoma kulami w nodze. Zakuli mnie i opatrzyli. Pamiętam, ze w którymś momencie straciłem przytomność. Kiedy się obudziłem, byłem w jakimś szpitalu… chwilę potem przyszedł jakiś-tam urzędas. I powiedział mi, że albo dołączę do drużyny bohaterów i wypełnię z nimi kilka misji, albo skończę w pace i się zresocjalizuję... Wiedziałem, jak to jest z tą "resocjalizacją" w więzieniach. Dołączyłem do Overwatch… i byłem przekonany, że wykiwam los… wypełnię kilka zadań i będę miał to z głowy - spojrzał się na Wdowę. - Na kilku misjach się nie skończyło. A resocjalizacja… - zaśmiał się. - Nie mogłem sobie wyobrazić lepszej.

- Zostałeś… czemu?

- Bo zauważyłem, że to co robię jest… jakby to powiedzieć… o wiele czystsze niż, robota na zachodzie. Potem, że moje wyczyny przynoszą uśmiech na twarzach wielu ludzi. Potem, że po akcji w Afryce zaczęły o mnie pisać brukowce. Potem, że nie otaczam się ludźmi, którzy mogą wbić mi nóż dla własnego interesu. Potem, że jestem hipokrytą. bo w końcu byłem takim samym człowiekiem… aż w końcu, że przestałem nim być. Ale wiesz, co najbardziej mnie tu przytrzymało? Jakkolwiek cukierkowo to nie zabrzmi… Przyjaźń. Po wstępnej niechęci między mną a innymi agentami zaczęliśmy rozmawiać… najpierw o głupotach. Żartowaliśmy, przez co coraz bardziej wpasowałem się w towarzystwo… a reszta coraz naturalniej zachowywała się w moim otoczeniu. Potem przyjaźń z Leną… - uśmiechnął się. - To było coś… ona od początku wierzyła, że coś ze mnie będzie. W końcu staliśmy się niepokonanym duetem.

- Krótko mówiąc, zaprzyjaźniłeś się.

- Dzięki Overwatch znalazłem rodzinę, której nigdy nie miałem. Sporo mnie nauczyła… wreszcie, wszystkie ideały, jakie reprezentowała drużyna, zaczęły mieć dla mnie sens. Postanowiłem, że nie chcę i nie mogę jej opuścić. Okazało się, że upadek siejącego postrach McCree tak naprawdę był jego początkiem. I mam nadzieję, że z Tobą będzie tak samo. - cisza. Po chwili Wdowa wstała i ruszyła w stronę korytarza. - Ciekawie się z Tobą gada, kowboju… - i wyszła. Jesse westchnął - 'Obyś zrozumiała morał...'

Kilka dni później...

Helikopter Overwatch przelatywał nad rosyjską ziemią. Kilka godzin temu doszła do nich wiadomość, że kryzys omniczny tak naprawdę nie został w Rosji zakończony, a władza próbowała wyciszyć całą sprawę. Okazało się, że było to jedynie chwilowe zawieszenie broni, które służby próbowały przedłużyć, albo nawet zapobiec zerwaniu. Niestety, jak pokazywały liczne incydenty XXI wieku, Rosja nie jest dobra w załatwianiu międzynarodowych spraw po swojemu. Kolejna wojna wybuchła, równie bezsensowna, co poprzednia.

- Czemu zawsze Rosja? - ciszę przerwał Jack. - Reszta świata dogadała się z Omnikami… czemu oni nie mogli?

- No… Rosja to Rosja… tu cały czas się dzieją ciekawe rzeczy. Szczególnie od '23 - odpowiedziała Lena

- Miałem nadzieję, że już tu nie wrócę - popatrzył się przez okno.

- Jeśli przestaną pakować się w kłopoty, może już nie będziesz musiał.

- Czemu w ogóle stoimy po stronie robotów? - wtrąciła Wdowa.

- Bo przyrzekliśmy stawać w obronie niewinnych i pokrzywdzonych… czyli Omników. Po tym, jak odzyskali rozum, próbowali zawrzeć rozejm z ludźmi… kiedy ONZ dowiedziało się, że przestali być kontrolowani i odzyskali wolną wolę, podjęli desperacką próbę paktowania. I o dziwo, udało się… ale Rosja była oburzona. Nie rozumiała, czemu ma przyjąć pod swój dach tych, którzy zabili im kilkuset tysięcy obywateli. Niby podpisali rozejm… ale formalność to tylko papier. Skończyło się jak zawsze. - westchnął - Omnicy nie mają łatwo… Walka nie jest wyrównana… mimo geniuszu taktycznego i zbiorowej świadomości, jest ich zbyt mało, by stanąć przeciwko całej Rosji… która mimo wszystko ma ogromną przewagę liczebną. I tu wchodzimy my. Są podejrzenia, że niedługo odbędzie się szturm na jedno z miejsc, gdzie przegrupowują się Omnicy. Jeśli dostosujemy się do ich planu, szansę na wygraną zwiększą się masakrycznie. Ich komputerowe mózgi na pewno wpadną na jakiś pomysł, dzięki któremu wykorzystają nasze unikalne umiejętności.

- Nie będą zabijać, nie? - spytała Lena.

- No właśnie… próbowaliśmy przekonać Omników, by korzystali z tej samej broni, co my. Ale nie zgodzili się. Powiedzieli, że zdobycie takiej broni wymaga zbyt wielu środków, które mogą wykorzystać na coś innego. I dodatkowo taki arsenał jest mniej efektywny, niż… podstawowy.

- Pomagamy mordercom? - zdziwiła się Lena.

- Albo pomożemy im i ustawimy Kortykowa, albo Rosji i zdradzimy swoje własne ideały… albo nie będziemy się w to mieszać. Mimo, że to największy konflikt na świecie. Będę rozmawiał z przywódcą Omników. Spróbuję go namówić, byśmy przejęli inicjatywę… tym sposobem obezwładnimy jak najwięcej ludzi, a oni zabiją mniej. - Smuga patrzyła się na niego z szeroko otwartymi oczami. - Lena… nie zawsze jesteśmy w stanie działać, tak, jak nam się podoba. Nie wszystkie nasze decyzje są czyste…czasem trzeba uczynić małe zło, by poskutkowało większym dobrem. - pokiwała głową.

- Jestem na wzgórzu. - z głośników dobiegł głos Any. - niecała minuta i będę mogła strzelać.

- Tylko nie celuj w głowy z przyzwyczajenia… - Ana zaśmiała się.

- Za kogo mnie masz? Potrafię się dostosować.

- Tak przy okazji… jak sytuacja?

- Na razie spokojnie… nikogo na horyzoncie. A jak tam wasze cacko? Dowieziecie je całe? - Jack spojrzał się na olbrzymią maszynę, która zajmowała połowę miejsca przeznaczonego na pasażerów w helikopterze.

- Dowieziemy.

- Myślisz, że zadziała? - wtrąciła Lena.

- Zostało przetestowane już nie raz, zadziała. Zakłóca radary jak szalone. Mam nadzieję, że Angela też nie będzie miała problemów z transportem. W końcu ma jeszcze cięższy sprzęt.

To, że omnicy byli niezrównani w wielu dziedzinach, wszyscy wiedzieli. Jednak niewielu spodziewało się tak porządnie wykonanej bazy operacyjnej. Wyglądała, jak planowana od dłuższego czasu i budowana przez co najmniej rok… a Omnicy zrobili ją w kilkanaście dni. Oczywiście rząd zlekceważył po raz kolejny ich działania. Nie spodziewał się, że uda im się w tak szybkim tempie zbudować małą fortecę. Trzeba pamiętać, że przeciętny Omnik był uniwersalny, mógł posłużyć do budowy, do obrony, jako medyk… ze względu na zbiorową świadomość miał wiedzę o wszystkim.

- No, no… niemała ta baza. - skomentowała Lena.

- Fakt, sporo tego…

- Jack, jesteś pewien, że to dobry pomysł? - z głośników doszedł głos Angeli.

- Omnicy nie dali nam powodów, by im nie ufać.

- Poza kryzysem omnicznym? - usłyszeli Torbjörna.

- Wtedy nie byli sobą, pamiętaj o tym. Z natury mają są uczciwi.

- Gdzie jest Ana? - przerwała Wdowa. Jack spojrzał się na nią. Zobaczył, jak szuka wzrokiem znajomej osoby.

- Na wzgórzu.

- Którym dokładnie?

- Nie widzę powodu, by Ci to mówić. - Wdowa spojrzała się na niego.

- Wystarczy Ci wiedzieć, że pokryje nas niezależnie, gdzie się udamy…

- Tak… - nacisnęła przycisk na konsoli. Wyświetlił się model obszaru 3D wokół bazy. Przez chwilę się na niego patrzyła.

- Czyli tu… albo tu. Ewentualnie tu. - Lena zaśmiała się. Jack spojrzał się na nią gniewnym wzrokiem… a ta nagle uznała krótkofalówkę za dziwnie interesujący przedmiot. - Ale w tym miejscu będzie za bardzo odsłonięta… zostają te 2. Są w miarę daleko od siebie i wydają się równe sobie… ciekawe, które wybrała. - Jack wyłączył mapę. Wstał i podszedł do Wdowy.

- Przestań się popisywać… jeśli myślisz, że ustawię Cię na miejscu snajpera… to nic z tych rzeczy. - bez słowa odwróciła się i podeszła do okna.

- A ty znowu swoje… - pokiwała głową.

- Mamy pozwolenie na lądowanie - usłyszeli głos Ateny. - Ale nie oczekujcie przyjemnego. - Helikopter powoli zaczął się zniżać. Brama prowadząca do budynku otworzyła się. Wyszedł jeden z Omników. Podszedł do lądowiska i czekał, aż maszyna osiądzie. Po chwili wylądowała. Silniki wyłączyły się, a drzwi otworzyły. Trójkę od razu zaskoczył zapach spawu, paliw i innych niespodziewanych odorów. Powoli wyszli na zewnątrz, Jack pierwszy. Rozejrzał się. Teren dookoła wydawał się podupadać. Omnicy wyssali z niego wszystko najszybciej, jak mogli… ale czy to dziwne? Spojrzał się przed siebie. Robot to zauważył i pokłonił się.

- Wyprostuj się proszę.

- Jesteśmy zaszczyceni, że możemy was gościć. I wkrótce walczyć u waszego boku.

- I my również. - Jack się lekko ukłonił. - Mógłbym rozmawiać z głównodowodzącym?

- Nie ma tu takiej istoty.

- Więc kto tu wydaje polecenia.

- Każdy… i nikt. Omnicy trzymający się w grupę łączą się w sztuczną sieć neuronową. Każdy z nas wie, widzi, słyszy i czuje wszystko, co otacza każdego Omnika. I jako jedność podejmujemy decyzje. Wspólnymi siłami.

- Rozumiem, że po ustaleniu planu trafi on automatycznie do wszystkich?

- Zgadza się. System automatycznie przekazuje wszystkie dane. Nie musimy się skupiać nad ich przesyłem. - Lena przełknęła ślinę.

- Dobrze… czyli mogę ustalać cokolwiek z kimkolwiek z was?

- Oczywiście… ale nie tutaj. Proszę za mną. - Omnik odwrócił się i ruszył do środka, a reszta za nim. Po chwili weszli do pomieszczenia, w którym powietrze od razu ich orzeźwiło. Nie było one co prawda tak świeże, jak na Gibraltarze… ale z tym, co było na zewnątrz budynku nie było porównania. - Rozgośćcie się. Wyizolowaliśmy ten pokój specjalne na wasze przybycie. Uznaliśmy, że świeższe powietrze pomoże wam zachować trzeźwość umysłu, a wystrój pomieszczenia pozwoli na rozluźnienie się. - 'Fakt, od razu, jakoś lepiej...' - pomyślał Jack.

- Może zacznijcie od przedstawienia się. - zaproponował Omnik. - Niestety, ale nie mamy tu dostępu do żadnej zewnętrznej bazy danych, więc niewiele o was wiemy.

- Może ty zaczniesz? - zaproponowała Lena.

- Jestem zwykłym Omnikiem… nie wyróżniam się zbytnio spośród innych.

- Wszyscy jesteście tacy sami?

- Nie, każdy z nas jest inny… ale na czas stanu wyjątkowego to się zmienia. Dostosowujemy się.

- No właśnie. - uśmiechnęła się. - Omnik wzruszył ramionami.

- Przed kryzysem ludzie nazywali mnie imieniem "Akim". Tak się przyjęło. Po… jak wy to nazywacie? Po… kryzysie omnicznym... nie usłyszałem tego imienia nigdy więcej. Wszyscy stali się nieufni. Nie chcą już z nami sympatyzować.

- Cóż… nie dziwię się im. - przerwał Jack. - Nie nadinterpretuj tego. Po prostu… stwierdzam fakt.

- Tak, to prawda… wy, ludzie, mimo wielu podobieństw, które nas łączą, często dajecie porwać się emocjom bardziej niż my, co przysłania logikę i racjonalne myślenie.

- Myślę, że boją się, że sytuacja może się powtórzyć… że znów ktoś przejmie nad wami kontrolę, a jeśli zbyt głęboko wnikniecie w społeczeństwo, może okazać się, że był to błąd.

- To też prawda. Ale wydaje nam się to wielce nieprawdopodobne. A z obliczeń wynika, że na 97% ta sytuacja się nie powtórzy… a do tej pory każde z tysięcy naszych wyliczeń z wynikiem powyżej 89% nie zawiodło. Oczywiście mówimy o przejęciu wszystkich, nie małej grupki. - Jack przytaknął.

- No, ale zeszliśmy z tematu - wtrąciła Lena. - Czym się zajmowałeś przed kryzysem omnicznym?

- Tym samym, co po jego skończeniu. Próbowałem namawiać ludzi, by nie traktowali nas jak przestarzałej sztucznej inteligencji bez uczuć… że jesteśmy czymś więcej. Że zasługujemy na większy szacunek niż androidy, które tylko przyjmują polecenia od ludzi i je wykonują. Bez namysłu. Że mamy osobowość.

- Rozumiem, że po wojnie nie było to łatwe zadanie.

- Można by rzec, że bezowocne. - nastała cisza. - Wasza kolej. Jack chrząknął.

- Jestem szerzej znany jako Żołnierz 76… ale najbliżsi mówią do mnie po imieniu.

- Nie zaliczamy się do tego grona. Zostaniemy przy Żołnierzu.

- Jestem przyzwyczajony i łatwiej mi będzie wyłapać, kiedy do mnie mówicie… Więc jednak prosiłbym, żebyście mówili mi Jack.

- Niech więc tak będzie.

- Jestem głównodowodzącym Overwatch. Wydaję polecenia, ustalam strategię i inne tego typu rzeczy. Dobrze radzę sobie w walce wręcz, z karabinami też, na bliski i średni dystans. Orientuję się w polu walki i jestem w stanie trzeźwo ocenić sytuację. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie dorównam wam, jeśli chodzi o podejmowani decyzje… ale mogę się dobrze sprawdzić jako zwyczajny żołnierz na froncie… albo ktoś, kto dostałby się na plecy wroga. Ale tutaj jednak lepiej sprawdziłaby się Smuga. - zrobił ruch głową wskazujący na Lenę.

- Słucham. - Chrząknęła.

- No więc… mówią na mnie Smuga, ale to już wiesz. Znana ze swojej mobilności w trakcie walki. I niezwykłej skuteczności w jakiejkolwiek walce na krótki dystans. Dzięki mojemu akceleratorowi - wskazała na niego - jestem w stanie teleportować się na dystans do kilkunastu metrów, jeśli na drodze nie stoi mi jakiś obiekt. Działa to na zasadzie zmieniania prędkości płynięcia czasu względem mnie. Każda taka akcja zużywa kilkanaście procent mocy akceleratora… ale szybko się odładowuje. Kilkadziesiąt sekund i już 100%. Oprócz tego potrafię też cofać czas względem siebie… mogę wrócić do miejsca, w którym niedawno byłam.

- Doprawdy, ciekawe… - skomentował Omnik. - Walka na krótki dystans, możliwość teleportacji… brzmi jak dobry pomysł na zajście wroga od tyłu. Ale to niestety odpada… musiałabyś przebyć wielki dystans, żeby zaskoczyć… a na to czasu nie będzie. Pomyślimy nad Tobą. - Omnik popatrzył się na Wdowę, która w ogóle nie była zainteresowana rozmową Siedziała z boku i sprawdzała każdą strzałkę usypiającą po kolei. Namówiła Jacka, by ten dał jej możliwość używania jej starego sprzętu… zgodził się, ale najpierw zablokowali jej snajperkę. Teraz nie mogła walczyć nią na długi dystans. Pociski sprawdzała, by upewnić się, że będzie w stanie strzelać bez zarzutów…. w końcu jej broń nie jest przystosowana do ładunków usypiających. - A ty? - Złotooka spojrzała się na Omnika. Potem na Jacka i Lenę. I znowu na niego. Nie spuszczając wzroku z robota odłożyła broń.

- Co chcesz wiedzieć?

- Jeśli chcesz, możesz opowiedzieć swoją historię… ale nie musisz. Przydałby się opis swoich możliwości bojowych. Twój pseudonim też byłby użyteczny.

- Nie mam imienia. Nazywają mnie Wdową. Jestem dobra w obserwacji terenu i niepokonana na pozycji snajpera.

- Jak bardzo niepokonana?

- W bezwietrzną pogodę cele z niecałych dwóch kilometrów jestem w stanie zdejmować po jednym na sekundę, lub szybciej… jeśli nie zmieniają gwałtownie prędkości. Z dokładnością strzału do kilku centymetrów. - Omnik nieco uniósł głowę. - Przy wietrznej… nie jest wiele gorzej.

- To… nieludzkie. Po twojej niebieskiej skórze wnoszę, że nastąpiły w Tobie jakieś zmiany anatomiczne, które na to pozwoliły. Większa kontrola nad oddechem, brak drżenia palców…

- Dobrze wnosisz. Potrafię też efektywnie walczyć wręcz, w snajperkę mam wbudowany karabinek, który najlepiej sprawdza się na krótki dystans, ale na średni też daje radę.

- Mało wyróżniające. Będziesz na pozycji snajpera. Z tego co słyszę i widzę, wyjdzie Ci to znacznie lepiej.

- Wykluczone - wtrącił Jack. Omnik popatrzył się w jego stronę.

- Dlaczego?

- Wybacz… ale wolałbym tego nie mówić. To sprawa Overwatch. - cisza.

- Wielka szkoda… tracimy spory potencjał.

- Mamy już snajpera. Równie dobrego. - 'Śmiem wątpić' - pomyślała Wdowa, ale nie powiedziała tego na głos

- Na wzgórzu namierzyliśmy człowieka z insygniami Overwatch… postanowiliśmy go nie sprowadzać do bazy, tylko poczekać na kogoś z was i spytać się, kto to. Ta osoba jest zakapturzoną kobietą z siwymi włosami. I oczywiście ma snajperkę. Zgadujemy, że to o nią chodzi.

- Dokładnie… o nią.

- Jeśli rzeczywiście ma umiejętności równe do waszej przyjaciółki, powinna się sprawdzić równie dobrze. Myślę, że wpadliśmy na ciekawy pomysł, jeśli chodzi o wasze zadania… oczywiście nie zmusimy was do tego, ale wydaje nam się, że jest to najbardziej korzystny plan.

- Kontynuuj.

Troszeczkę politycznej strony tego opowiadanie nie zaszkodzi ;)