Pragnę zaznaczyć, że historia z „przeniesieniem" kasyna jest autentyczna i maczał w niej palce mój osobisty ojciec. Oczywiście nie był to Oxford, a jego polski odpowiednik. Miała miejsce prawie trzydzieści lat temu i ku potomności zachowały się biało czarne zdjęcia z aparatu przywiezionego przez dziadka z świętej pamięci NRD. Kocham ten numer i musiałam się, nim podzielić ^o^
Ari miała pierwsze wolne dwie godziny od czasu wynalezienia biurokracji, która niestety nie została stworzona w czasach hiszpańskiej inkwizycji. Zrobiłaby, wtedy furorę. Miała zamiar położyć się spać, a kiedy się obudzi przekręcić się na drugi bok i znowu zasnąć, ale robiła coś z goła innego. Miała, bowiem gościa, który wybawił ją od kolejnego wieczoru spędzonego samotnie przy papierach i na umartwianiu się jutrzejszymi zajęciami z szatynem z jej koszmarów. Oto, bowiem pojawił się przed nią kapitan trzeciego oddziału i ukradł jej dokumenty, nie żeby za nimi tęskniła, oświadczając, że mu się nudzi i że to ona ma temu zaradzić.
Kobieta nie wiedziała czemu, ale Ichimaru z tym swoim absurdalnym akcentem przypadł jej najbardziej do gustu spośród wszystkich shinigamich jakich do tej pory spotkała. Może dla tego, że przy nim nie miała ochoty tworzyć wzorców jego zachowań. Ariel nie lubiła przegrywać, a Gina nie potrafiła odczytać za żadna skarby świata. Nie umiała przewidzieć jego reakcji jak i zamiarów. Był dla niej zagadką, zatem jego towarzystwo było ciekawsze niż pozostałych. Nie mówiąc, że nie był tak sztywny, jak reszta.
Zatem grali teraz w… po prostu grali.
Ariel pewnie przesunęła białą wieżę po szachownicy.
- Szach - dumnie zaanonsowała.
- Tylko tak sobie myślisz - Gin wysunął koniuszek języka z ust i rzucił na planszę parę kart. - Trójka trefl. Koronuj mi króla.
Dziewczyna z marsową miną patrzyła jak przesuwa pionek od warcabów niebezpiecznie blisko jej królowej. Uderzyła pantoflem w stół przewracając wszystkie figurki. W końcu chciał aby koronować mu króla. Jaki jest na to lepszy sposób niż mały przewrót?
- Dziękuję - skinął jej głową uważnie przyglądając się zza przymkniętych powiek kartom w ręku.
- Nie ma za co. Oszukujesz!
- Jakim cudem? - zapytał unosząc brew. - Tu nie ma zasad.
- Racja - uśmiechnęła się. - Goniec na gońca pięć. Ful, oszuście.
- Naprawdę? - pokazał jej swe karty, szczerząc się, jak to zwykle miał w swym zwyczaju. - Gin.
- No to Gin, Gin - wyjęła spod stołu butelkę i nalała mu pełny kieliszek.
- Dziękuję. Nie ma to jak sake a la Gin.
- Rozstawmy jeszcze raz planszę. Tym razem ja gram pionkami i kartami.
- Nie, nie, nie. To nie fair. Ktokolwiek ma karty i pionki zawsze wygrywa.
Grali, bowiem w coś czego zasady z ich ogólnego braku, wyglądały mniej więcej tak. Król był warty dwie damy i waleta. Pionki latały jak chciały i trzeba było mieć powyżej promila we krwi, żeby zacząć. Idealna gra dla tych, którzy nie lubią wiedzieć czemu przegrywają.
- No właśnie… - rozsiadła się wygodnie w fotelu. - Nawet nie masz pojęcia jak tęskniłam za nierobieniem niczego.
- A jutro znów wracasz do kołomyi.
- Wolałabym o tym zapomnieć.
- Za to wypiję - wzniósł kieliszek ku gwiazdom za oknem, których blask pięknie współgrał z alkoholem i oliwką w naczyniu.
- Mowy nie ma!
- Musisz pójść z nami - nalegała Matsumoto.
- Czemu, gdy choć raz chcę zachować się, jak porządny, sumienny, nudny człowiek świat próbuje mnie od tego odwieść wołami?
Ari naprawdę wolała pójść z nadpobudliwą kobietą niż siedzieć z Aizenem i cały czas trzymać na wodzy swe burze hormonalne. Do klimakterium zostało jej jeszcze sporo czasu, a z okresu nastoletniego wyszła już kilka lat temu. Jedyny okres buntu w jej historii przejawił się sporem z dziekanem na trzecim roku, kiedy to, bardziej jednak z chęci dopieczenia mu przed wizytacją i zapewnieniu jego następcy szybszej drogi na szczyt niż normalnie. Została, za to rzecz jasna odpowiednio wynagrodzona. „Pożyczyła" z bratem kilka ruletek i stołów z magazynów Scotland Yardu, mających je w swym posiadaniu z zamkniętego kasyna i zamontowali je w dziekanacie na Oxfordzie. Zatem, o co do diabła chodziło tym cholernym feromonom? Z resztą raz już uciekła z zajęć w piątej dywizji i to jej wystarczy na wszystkie czasy, za powtórkę z rozrywki stanowczo podziękuje.
- Bo jesteś nam potrzebna!
- I nawet kapitan Aizen się zgodził - Hinamori z radości i dumy ze swego bożyszcza niemal kicał w miejscu. - Wystarczyło, że wytłumaczyłam mu, o co chodzi i nie miał nic przeciwko.
- Zatem może któraś raczy i mnie wspaniałomyślnie oświecić?
- A, gdzie w tym niespodzianka? - Rangiku nie czekała na odpowiedź złapała ją za rękę i shunpnęła. Ari nie zdołała nawet powiedzieć, że z reguły nie cierpi niespodzianek.
Ariel wiedziała, że cokolwiek nastąpi w najbliższym czasie przyprawi ją, o co najmniej ból głowy. Bardziej prawdopodobny było jednak wystąpienie tendencji neurotycznych oraz silnej paranoi z stanem maniakalno depresyjnym. Zwiastunem tego były kobiety zebrane w pokoju w czwartym oddziale. Nawet Sui-Feng i Unohana były obecne. Kiedy tylko zamknęły się za nią drzwi wiedziała, że ucieczka jest bezsensowna. Na zapas poczęła już masować skronie.
Już wcześniej podejrzewała, że Nanao zrobi coś z pomysłem, który niefortunni rzuciła trzy tygodnie temu w gabinecie Ukitake. Znając zaś niektóre z obecnych tu kobiet, zwłaszcza Yachiru, bała się, że z ligi obrony kobiet zmieni się to w organizację nadprzyrodzonych feministek. Miała tylko nadzieję, że nie będą chciały namówić ją na latanie po Seireitei bez stanika. Ba, co smutniejsze, by bez czegoś latać najpierw trzeba to mieć. Co by oddała za normalną bieliznę!?
- Ri-chan! - Yachiru już siedziała jej na plecach. - Zobacz, to pierwsze spotkanie Stowarzyszenia Kobiet Shinigami, a ja jestem panią prezes. Nana jest moją zastępczynią, a Retsu-chan się nami opiekuje. Ty też będziesz moją zastępczynią!
Co? O nie, Nie, NIE! Za żadne skarby świata nie było możliwości, by dała się w to wpakować. Miała wystarczająco dużo roboty bez wypełniania zachcianek wkurzającego smerfa. Musiała się z tego wyłgać, choćby miała dostać zawału na zawołanie.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Bardzo ci dziękuję, pani prezes, ale jest mały problem.
- Huh?
- Ja nie jestem shinigami, zatem ktoś tak światły, jak ty rozumie, że nie mogę być członkinią tej zacnej grupy, ale z prawdziwą przyjemnością przyjmę patronat nad waszą organizacją jako głowa Shihoin.
Sui-Feng, z obawą przyglądająca się jej odkąd weszła, zamknęła oczy. Cokolwiek planowała ta nieznośna kobieta nie mogło być niczym dobrym. Zwłaszcza, jeśli zaoferowała się coś zrobić nie mając na gardle ostrza. Bycie dobrym samarytaninem było ostatnią rzeczą o jaką, by ją posądzała. Będzie musiała mieć ją na oku i uratować z opałów, w jakie bezwątpienia się wpakuje.
- Patronat? - Kuchiki zapytała się wyraźnie nie ufając jasnowłosej dziewczynie.
- Zgadza się, Rukia-dono. Shihoin jest rodziną o tradycji wywodzącej się z typowego matriarchatu. To, że będziemy wspierać organizację popierającą prawa kobiet jest oczywiste.
- I chcesz przypisać Shihoin całą chwałę? - Ari mentalnie uderzyła się w czoło. Niska brunetka na serio była do niej uprzedzona. Musiała coś zrobić, by jej zaimponować, a jednocześnie oddalić wiszącą nad nią groźbę następnego, czasochłonnego zajęcia.
- Ależ skąd. Nie mogłabym zrobić czegoś takiego. Mam nawet propozycję, jak ród Kuchiki mógłby pokazać, że nie przejmuje się bezwartościowymi podziałami i wspomóc nową idee, zapisując się na kartach historii kolejną szlachetną inicjatywą. - Rukia słuchając jej stawała się coraz bardziej zaciekawiona. - Czy nie byłoby wspaniale Rukia-dono, gdyby klan Kuchiki udzielił jednego z swych licznych pomieszczeń do waszego użytku? Wyobraź sobie. Oznaka wzniesienia się ponad przywiązanie do którejś dywizji i chęć pomocy wszystkim kobietom w potrzebie.
- Tak, ale… Nie jestem pewna czy Ni-sama się na to zgodzi.
Ari widząc jej spuszczony wzrok wywnioskowała, że pomiędzy przyszywanym rodzeństwem sprawy nie wyglądają zbyt różowo. Rukia pomimo wielkiego szacunku dla Byakuyi wątpiła w jego przywiązanie do niej. Położyła dłoń na ramieniu brunetki i zniżyła się do poziomu jej oczu.
- W świecie żywych jest takie powiedzenie, „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal". Byakuya-sama to wspaniały mężczyzna, ale jednak mężczyzna. Pewien szczególny rodzaj głupoty idzie w nich do pary z testosteronem. Jeśli postawimy go przed faktem dokonanym nie będzie miał wyboru. A kiedy się o tym dowie i przemyśli wszystko będzie ci wdzięczny.
Ari niemal czuła się podle widząc nadzieję w dużych, fiołkowych oczach. Płonną nadzieję. Rukia wykazywała się inicjatywą, uporem i zupełnym brakiem poczucia rzeczywistości. Byakuya, kiedy się o tym dowie dostanie migreny wielkiej niczym jego ego, ale cóż? Lepiej on niż ona. Kuchiki wydawała się ciężko myśleć o jej pomyśle, co dawało spore szanse, że na niego przystanie. Yachiru już go jednak przemyślała i aby to uzmysłowić innym mocno uderzyła młotkiem w stół. Zaraz, kiedy ona właściwie z niej zeszła i skąd wytrzasnęła młotek?
- Wniosek Ri-chan został przyjęty. Byakushi będzie zadowolony, że nam pomaga. Znajdziemy jakiś duuuży pokój dzięki korytarzom pod jego posiadłością. Teraz następna sprawa. Nowe opakowania dla pigułek z zastępczymi duszami. Te, które mamy są brzydkie!
Ariel przestała słuchać. Skupiła się na idei korytarzy pod włościami Kuchiki. Kiedy wróci będzie musiała poszukać takich na dworze Shihoin. Kto wie, co może się czasami przydać?
Plan dnia przywódczyni jednego z czterech wielkich domów wyglądał następująco.
Pobudka - 06:30
Śniadanie - 08:00
Lekcje z Ukitake - 09:00
Lekcje z Aizenem - 13:00
Powrót do Shihoin na obiad - 17:00
Użeranie się z papierologią stosowaną - 18:15
Wyruszenie na nieautoryzowane nocne zwiedzanie posiadłości - 01:00
Doczołganie się do łóżka - okolice 04:00
Co dla kogoś z nawet marginalnymi umiejętnościami matematycznymi dawało jednoznacznie niepełne trzy godziny snu. Coś takiego było zabronione przez konwencję genewską, ONZ, WWF i każdą inną organizację na ziemi. Ale nie tu. Już wiedziała dlaczego wszędzie organizowali egzekucje o szóstej, kto chciałby żyć o takiej godzinie? Wolałaby, by zamiast półtorej godziny ubierania się Megumi w ogóle nie przeszkadzała jej tak wcześnie tylko po to, aby odpowiednio wyglądała przy śniadaniu, śniadanie samo w sobie było wystarczającą przeszkodą. Czemu pierwszą pozycją w jej planie dnia nie mogła być kawa albo, chociaż drink?
Jeśli ktoś kiedyś powie jej, że tytuł szlachecki wiąże się z balami, pieniędzmi i nic nie robieniem, wsadzi mu jego własny język głęboko w dupę i przytka dla pewności wszystkimi papierami jakie przeżuci przez tydzień. Shinigami wyraźnie nie słyszeli o ochronie lasów równikowych, zużywając więcej papieru niż drukarze ulotek na Manhattanie. Moda na Eko-style wyraźnie jeszcze tu nie dotarła. Bycie przywódcą klanu było wspaniałe. Te wszystkie tysiące szczegółów, które zajmowały jej dnie i marnowały noce. Jeśli czas pozwoli mogła nawet podrapać się po nosie. Była wściekła na cały świat. Nawet Dżyngis Han miał lepszy humor niż ona ostatnio.
Dziewczyna podgarnęła sobie pod brodę kupkę raportów. Zamknie oczy tylko na pięć minut. Tylko na pięć minut i jeśli nie przyśni jej się Johnny Depp to wniesie skargę do twórcy wszechświata na zbyt jawną niesprawiedliwość.
Jak oni mogli jej to zrobić? Dlaczego akurat jej? Przecież nic, im nie zrobiła. Najpierw była dla nich miła. Potem, gdy uznała, że nigdy jej nie zaakceptują schodziła im z drogi. Dlaczego, więc tak jej dokuczali?
Nie znała powodu. Tak samo jak nie wiedziała, ile czasu tu siedziała. Było tu ciemno i zimno. Ale tym się nie martwiła, w końcu była to piwniczka w starej kamienicy, taka więc powinna być. Przeszkadzali jej, za to, współlokatorzy. Bardzo wielu lokatorów o kilku odnóżach, którzy po niej chodzili. Krzyczałaby, gdyby miało to jakiś sens, ale go nie miało. Musiała więc czekać aż ktoś ją znajdzie. Przynajmniej do kolacji. Nie mogła jednak powstrzymać wodospadu łez płynącego po jej policzkach. Ona chciała tylko do mamy i do taty. Nawet do Tomasa, choć był on tak mały, że nie umiał chodzić i nie byłoby z niego żadnego pożytku. Tylko, by jej przeszkadzał. Ale i tak chciała do niego.
Musiała siedzieć cicho i bez ruchu bo nie miała już na nic siły. Po tym jak ją zamknęli i poczuła pierwszego pająka wspinającego się po jej nodze dostała ataku paniki. Nie mogła się powstrzymać. Wiedziała, że nie było w tym obszarze żadnych jadowitych gatunków, ale nie mogła zmusić się do spokoju. Przestała, dopiero gdy zaczęła się dusić.
- Pączusiu! Gdzie jesteś?!
Ariel słysząc babcię Izę poderwała się na równe nogi i zaczęła walić w drzwi i krzyczeć ze wszystkich sił jakie jej pozostały. Kiedy zobaczyła światło i stojącą w nim kobietę rzuciła jej się w ramiona płacząc niczym bóbr. Była uratowana. Kobieta głaskała ją po głowie i uspokajała cichym głosem, ale wszystkim o czym mogła myśleć dziewczynka były ośmionogie potwory.
Nie wiedziała, kiedy babcia przeniosła ją do domu i położyła do łóżka. Ari przytuliła pluszowego lisa, którego dostała na urodziny bardzo dawno temu. To będą już jakieś dwa lata. Dziewczynka nie nadała mu nawet imienia. Wiedziała, że było to głupie. Wszak była to tylko rzecz, tak jak krzesło, czy łyżka, a im nie nadaje się imion ale gdy przyciskała go do piersi ze wszystkich sił z niewyjaśnionych powodów robiło jej się lżej na duszy.
- Byłaś tam bardzo dzielna, wiesz?
- Przestań babciu. Mam arachnofobię, a tam było pełno pająków. Cały czas jeszcze trzęsę się, jak galareta -łkała nie wychylając się spod kołdry.
- Każdy się czegoś boi. To, że potrafisz się do tego przyznać jest pierwszym krokiem do pokonania strachu.
- Psychiatra powiedział, że to choroba. Jak mam się do tego nie przyznać?
Izabela odkryła prawnuczkę i obtarła jej twarz ścierką. Postawiła przed nią glinianą, dużą figurkę leżącego lwa, która stała na najwyższej półce w kredensie.
- Co mam z tym zrobić? - zapytało zdezorientowane dziecko. Kobieta tylko zagadkowo się uśmiechnęła i usiadła na łóżku koło zaintrygowanej wnuczki.
- Serce lwa zawsze skrywa tajemnicę.
Ari przetarła zaszklone oczy.
- Zakrzep? Nie wiedziałam, że to u nich częsta choroba.
Staruszka słysząc to wzniosłą oczy ku niebu.
- Tyle razy mówiłam Beatce, by nie pracowała przy tobie. Przynoszenie pracy do domu nie sprzyja rozwojowi dziecka.
- Ale ja nie widziałam tego w domu tylko w kostnicy jak czekałam z tatą na mamę, aż skończy pracę. Na katafalku leżał tam mężczyzna z rozciętą klatką piersiową w środku autopsji. Ale ja cały czas nie rozumiem, co to ma z tym wspólnego!
- Odkręć mu główkę.
Dziewczynka zrobiła co jej kazano i od razu się rozchmurzyła.
- Ciasteczka!
- Czekoladowe, tylko nie mów o nich nikomu. Zwłaszcza cioci Krysi. Nie powinnam ich jeść z tą moją cukrzycą, ale wiesz jak to jest być uzależnioną od słodyczy, co?
Buzia cała w okruszkach uśmiechnęła się całkowicie zapominając o ostatnich traumatycznych przeżyciach.
Ari obudziła się w kiepskim humorze. To na bank nie był Johnny. Prostując się złapała się z jękiem za szyję. Kark tak jej zesztywniał, że myślała, że przez sen połknęła pręt podporowy do konstrukcji żelbetonowych.
Wyjrzała za okno. Było jeszcze ciemno. Musiało być mniej więcej wpół do trzeciej. Niemal na oślep przeszła na korytarz. Dzisiaj miała przejrzeć i obstukać sale w zachodnim skrzydle. Czemu nie chodzili tu w jakichś bamboszach tylko na boso? Było jej zimno w nogi, a palce odmawiały wierzgania już po piętnastu minutach marszu.
Wertując zawartość kolejnych pokoi kobieta pomału traciła wiarę w sens tej eskapady. Przynajmniej do czasu, gdy nie otworzyła dużych drzwi schowanych za gobelinem. Znalazła je praktycznie przez swe zapędy kartograficzne. Powierzchnia na nabazgranej na kawałku pergaminu mapce nie zgadzała się z realiami. I tak pomiędzy dwoma mniejszymi, niż powinny być wedle jej wyliczeń, pokojami znalazła gabinet bliźniaczo podobny do jej sali tortur.
Meble pozakrywane w nich były białymi prześcieradłami. Tylko raczej nieudane obrazy na ścianach straszyły widzów swym surowym pięknem. Jej uwagę przykuł zwłaszcza jeden. Wielki, wiszący tuż nad biurkiem obraz lwa pożerającego jagnię. Malarz psioczył najwidoczniej na brak kolorów z wyjątkiem sepii. Wtedy coś ją tknęło.
Wątpiąc w resztki swej logiki podeszła do obrazu. Wcześniej nie myślała o swych snach jako o proroczych. Wszystkie te przepowiednie i wróżby, kpina. Był to dla niej jedynie bezsensowny bełkot podrzędnych naciągaczy, ale odkąd trafiła do tego świata przestała wierzyć w przypadki. Sen o jej przeklętej babce i przeklętym lwie i to akurat teraz, godzinę później, czystym przypadkiem rzecz jasna, ma przed sobą wielkiego kota w całej swej brzydocie. Naprawdę nie wiedziała jakim cudem przyśniło jej się właśnie to, ale nie miała nawet zamiaru się nad tym zastanawiać. Jakiekolwiek sztuczki jedi znali shinigami nie miało dla niej znaczenia. Teraz liczyła się jedynie karykatura lwa wisząca tuż przed jej nosem. Najważniejsze pytanie brzmiało, czy powinna coś z tym zrobić, a jeśli tak to co? Westchnęła siadając na biurku i wpatrując się w ślepia zwierzęcia, które wyglądało jakby było na kacu.
Izabela wepchnęła ją w to gówno najwyraźniej specjalnie, doskonale wiedząc, co ją kiedyś spotka. Jak inaczej odczytać te wszystkie wskazówki? Serce lwa skrywające odpowiedzi wisiało tuż przed jej nosem. Problemem było to, że nie znała odpowiednich pytań. Krzyki typu „Dlaczego, kurwa, ja!?", raczej nie były na miejscu. Teraz naprawdę przydałby się jej shot wódki.
Zdecydowała, że skoro siedzi w tym bagnie po czubek głowy to równie dobrze, może dać w nie nura. Wstała i z na wpółprzymkniętymi oczami dotknęła miejsca, w którym teoretycznie powinno znajdować się serce lwa. Czekała, czekała i czekała i nic. Walnęła, myśląc, że ustrojstwo zacięło się po wieku nieużywania.
- Co do ciężkiej cholery ma to być!? - wysyczała obmacując cały obraz. Ktoś sobie jaja z niej robił, czy co? Syknęła kiedy coś kujnęło ją w palec. Czy z braku snu miała omamy, czy to diabelstwo właśnie ją ugryzło? Pieprzyć sztuczki jedi, jej babka była jebanym mistrzem sithów we własnej osobie.
Lew na obrazie podniósł się i odsłonił małą srebrną kulkę pod jego łapą, która choć wedle wszystkich praw powinna być dwuwymiarowa wypadła da podłogę i poturlała się. Ari rzuciła się za nią. Zrobiła to jednak zbyt późno i dziwny przedmiot wtoczył się pod biurko.
- Shit, shit, shit! - klęła, tarzając się po podłodze. Jej ręka była jednak za gruba i nie mieściła się w szparę. - Eureka!
Na ścianie przy drzwiach wisiał wielki rapier, który po kilku próbach, złamanym paznokciu i całej epopei przekleństw udało jej się ściągnąć. Kiedy w końcu wyciągnęła spod biurka kulkę była brudna jakby przeszłą na klęczkach przez Czarną pustynię w Egipcie, zahaczając po drodze o kościół w środę popielcową.
Rozsiadła się na podłodze i obejrzała kulkę ze wszystkich stron. Naciskała na nią, nakazywała otworzyć się we wszystkich znanych sobie językach. W ostateczności miała nawet zamiar ją polizać, by mogła sprawdzić materiał genetyczny. O dziwo to ostatnie zadziałało. Ari położyła otwierającą się kulę na podłodze i dla pewności schowała się za krzesło. Wolała by nie wybuchło jej w twarz. Przedmiot rozchylił się ukazując czerwony kryształek w swym wnętrzu, który zaczął świecić. Snop światła wystrzelił w górę, a w nim ukazała się jej babka w całej swej okazałości. Była młodsza, miała ciemniejszą karnację niż w świecie ludzi i nosiła mundur kapitana. Dziewczyna miała wrażenie, że znalazła się w jednej z pierwszych scen Gwiezdnych Wojen. Jej babka nie była Imperatorem tylko księżniczką Leią. To czyniło z niej kogo? Obi-wana?
Obraz ustabilizował się, a postać zaczęła mówić.
- Kimkolwiek jesteś, musisz być najbardziej udanym z mych projektów. Nie chciałam, aby któreś z was trafiło do Gotei, ale najwyraźniej nie dałam rady ochronić wyników mych badań, zatem najpewniej nie żyję - Ariel ledwo pohamowała rosnącą w niej irytację. Jej babka, nie wróć, ta zołzowata pawianica, traktowała ją jak przedmiot. Przygryzła wargę i słuchała dalej. - Jak przewidziałam musiałam ukryć się w świecie żywych. Szczątki badań przekazałam swemu uczniowi Uraharze Kisuke. Jeśli słuchasz tego, jemu także musiało się jednak coś przytrafić. Musisz być niezwykle ostrożny. W Gotei jest zdrajca, który dybie na me prace badawcze, a co za tym idzie na ciebie. Jest to osoba, której zależy na zatarciu granicy międzygatunkowej. Pierwsze kroki poczyni zapewne ku chimerach z Pustymi. Wiele bowiem spośród nas ignoruje ludzki gatunek, zapominając, że to w ludzkiej duszy każdy z nas miał swój początek. To, co zobaczysz następne zapamiętaj dobrze. Są to współrzędne mego laboratorium, w którym znajdziesz więcej informacji. Zniszcz je.
Przekaz urwał się. Ari siedziała oniemiała wpatrując się w punkciki błyszczące przed nią. Nie wiedziała czym były, ale przerysowała je na papierze, na którym wcześniej szkicowała mapę budynku. Znikły po kilku sekundach, a kulka zasyczała i rozpadła się w drobny srebrny proszek. Dziewczyna zamiotła go rapierem pod biurko, co było nie małą sztuką. Nie było mowy by dotknęła to coś.
Hitsugaya Toshiro przerzucał leżące przed nim góry papierów, starając się ignorować siedzącą naprzeciw kobietę. Nie chodziło o to, że nie lubił nowej głowy Shihoin, wręcz przeciwnie. Musiał przyznać, że bardzo im pomogła podczas ostatniego śledztwa, co zaważyło na zajęciu przez dziesiąty oddział pierwszego miejsca w ostatnim rankingu kompetencji dywizji. Ale zdążył zauważyć, że kobieta lubiła manipulować innymi, tak jak próbowała to robić z nim w tej chwili. Nie rozumiał jednak dlaczego się z tym nie kryła.
- Nie powinnaś być teraz z Ukitake, a potem z Aizenem, Shihoin- hime? - spytał zerkając na wciąż uśmiechniętą dziewczynę.
- Powinnam, ale kapitan Ukitake mnie puścił.
- Puścił cię? Dlaczego?
- Uznał, że to bezpieczniejsze, zarówno dla mnie, jak i otoczenia.
Młody kapitan słysząc to potargał włosy. Wiedział, że pożałuje następnego pytania.
- Czemu?
- Ponieważ powiedziałam mu, że planuję nieautoryzowaną eskapadę i że mogę to zrobić dziś za dnia w towarzystwie kogoś rozsądnego lub wymknąć się w nocy. Kiedy powiedziałam, że idziesz ze mną zgodził się. Napisał mi nawet zwolnienie z zajęć z Aizenem - pomachała mu świstkiem przed nosem.
- A nie przyszło ci do głowy, by najpierw zapytać mnie o zgodę?! - irytacja była wyraźna w jego głosie niczym pasy na zebrze.
- Po co skoro jesteś jedynym kandydatem?
- Chcesz powiedzieć, że jestem jedyną rozsądną osobą w Społeczeństwie dusz? - nie mógł za nią nadążyć. Rozmowa z Ariel była większym wyzwaniem niż test podczas egzaminu na kapitana.
- Oczywiście, że nie. Jesteś jedyną rozsądną osobą, która się nadaje.
- Proszę? - teraz już nic nie rozumiał.
- Mój wybór ograniczał się do osób, które znam. W większości są to, o zgrozo, kapitanowie. Kurotsuchi i Kenpachi odpadają w przedbiegach. Sui-Feng wszystko robi mi na umyślnie. Ichimaru nie jest raczej uważany za kogoś nazbyt odpowiedzialnego. Aizen, powiedzmy, że został wykluczony z powodów osobistych. Ukitake źle się czuje, a Shunsui to zboczeniec. Unohany nie znam na tyle dobrze by ją o coś prosić. Byakuya niby się nadaje, ale nie wytrzymałabym z tym jego niepowstrzymanym słowotokiem. Zostałeś więc ty.
Toshiro na marne próbował zamknąć szczękę.
- Wybrałaś więc mnie drogą eliminacji?
- Dokładnie. To nie moja wina, że nikt inny nie spełniał kryteriów.
- Wiesz, że to nienajlepszy sposób zachęcania mnie?
- Wcale nie miałam takiego zamiaru. Na zachętę mam coś innego.
- Niby co? - mimowolnie zaintrygował się, choć wiedział, że powinien być urażony.
- Jeśli ze mną pójdziesz to powiem ci, gdzie Matsumoto trzyma sake - wyszeptała, pochylając się nad biurkiem w jego stronę.
- Skąd to wiesz? - zmrużył oczy z niedowierzaniem.
- Ja nie wiem, ale Ichimaru- taichou i owszem.
- I ci powie?
Jedynie rozbawiona uniosła brew.
Odgadnięcie znaczenia kropek zajęło jej niemal tydzień. O dziwo pomogła jej w tym Yachiru, która nocą zakradła się do jej sypialni i zmusiła do szaleńczej pogoni po ogrodzie. Leżąc na trawie i łapiąc oddech w chwili, w której zastanawiała się gdzie jest ta pieprzona ochrona, zobaczyła skrzące się nad nią gwiazdy. Potem wystarczyło, że sprawdziła mapy nieba i już wiedziała jakim współrzędnym odpowiadały kropki, które były gwiazdami widocznymi w tej konfiguracji jedynie z ściśle określonego miejsca.
Teraz, patrząc się na wysoką półkę skalną w środku lasu zaczynała mieć wątpliwości.
Toshiro z niezachwianym spokojem szedł tuż za nią, nieustannie próbując znaleźć powód, dla którego zafundowała mu tę małą wycieczkę. Niespodziewanie okręciła się i uderzyła go lekko w szyję.
- Komar - wyjaśniła.
W tej samej chwili odczuł ogarniającą go dziwną senność.
Ariel złapała niskiego kapitana, zanim ten upadła na ziemię. Musiała przyznać, że jak na takiego niziołka to ważył całkiem sporo. Oparła go o pobliskie drzewo i schowała do kieszeni małą strzykawkę, którą wydębiła od Akona. Co prawda musiała mu obiecać, że pomoże mu zorientować się w zawiłej sztuce ziemskiej popkultury, jeśli skombinuje jej środek odurzający wraz z antidotum. Położyła na czole chłopca również małą maszynkę, która zakamuflowała jego obecność, zarówno przed shinigami, jak i przed dzikimi zwierzętami. Rogaty mężczyzna nawet nie chciał pytać po co jej prototyp maskujący. Stwierdził, że ten, kto mniej wie dłużej żyje i krócej zeznaje.
Kobieta zakasała rękawy spoglądając na kępę krzaków rosnąco ponad dwadzieścia metrów nad ziemią, gdzie powinno być wejście do laboratorium. To stało się już oficjalne. Ariel Black postradała rozum.
