Mój stan posiadania nie zmienił się specjalnie od przedwczoraj - zjadłam tylko trochę rzeczy, które miałam w lodówce.

Licentia (o, widzicie? więc jakąś jednak mam!) poetica na szczegóły techniczne dotyczące procesu przemieniania w wampira.


13. Nie pamiętam zamykania drzwi i przemieszczania się we wnętrzu mojego domu. Jakimś sposobem wylądowałam na moim łóżku, twarzą do dołu. Nie wiem, ile czasu tam leżałam. Wydawało mi się, że całe wieki. Chyba w pewnym momencie dzwonił telefon, ale ignorowałam go dopóty, dopóki dzwoniący nie zrezygnował. Nigdy w życiu nie czułam się tak źle. Wyciąganie kołka w Jackson, tamten zmierzch w bagażniku furgonetki, zastrzelenie Debbie, nawet śmierć mojej babci – nic nigdy nie bolało tak strasznie, jak ta zdrada.

Tego wieczoru czułam się samotna jak nigdy dotąd. Myślałam z goryczą o mojej dotychczasowej historii związków miłosnych. Poczułam nową falę bólu, kiedy zdałam sobie sprawę z ironii losu – pierwszy mężczyzna w moim życiu, który powiedział mi, że mnie kocha, zbliżył się do mnie realizując rozkazy swojej zwierzchniczki, a drugi (i jak dotąd ostatni, bez perspektyw na pojawienie się kogoś innego) nie był sobą i nie pamiętał niczego ze swojej miłości, a w zasadzie nigdy nie istniał. Trudno orzec, co gorsze.

Nie wiem, jak to się stało, ale nagle zorientowałam się, że gorączkowo szukam listu Erica, chociaż nie byłam pewna, czy miałam nadzieję znaleźć w nim pocieszenie, czy może raczej próbowałam go zniszczyć. W moim lunatycznym stanie wydawało mi się to bardzo ważne. Musiałam go mieć! Ale chociaż przerzucałam w kółko te same przedmioty tworząc niesamowity bałagan, nie mogłam go nigdzie znaleźć. To sprawiło tylko, że poczułam się jeszcze gorzej.

Nie jest całkiem wykluczone, że gdybym trzymała w tym momencie zwykły pistolet zamiast benelli, nie wpakowałabym sobie kulki w skroń. Uratowały mnie przed tym rozwiązaniem nieporęczne rozmiary mojej broni.

Chyba ta właśnie myśl była tą, która mnie w końcu otrzeźwiła i sprawiła, że zatrzymałam się na chwilę w moim wewnętrznym lamencie i po raz drugi wściekłość wzięła we mnie górę nad poczuciem krzywdy. Czego w zasadzie chciałam? Umrzeć, żeby Billowi zrobiło się przykro? Żeby powiedział: „Och, biedna Sookie, zabiła się, bo ją zraniłem"? Nie, nie byłam aż tak żałosna. Nie dam mu tej satysfakcji. Rozpaczałby wyposażony w triumfalną wiedzę, że znaczył dla mnie tyle, by wyrządzone przez niego świństwo miało moc, aby mnie pokonać i zniszczyć. Że kochałam go tak bardzo, mimo wszystkiego, co mi zrobił. Cóż za komplement dla jego ego! O nie. Niedoczekanie twoje, Billu Comptonie!

Kiedy się ocknęłam, Diantha łomotała w drzwi i nawoływała mnie po imieniu. Nie miałam pojęcia, ile czasu się do mnie dobijała. Odkrzyknęłam zapłakanym głosem, że zaraz schodzę i powoli podniosłam się na nogi. Gdzieś po drodze poczułam na twarzy zimną wodę, więc przypuszczam, że musiałam pójść do łazienki. Czując się i zapewne wyglądając jak zombi wyszłam z domu i bez słowa podałam prawnikowi moją podróżną torbę. Dzięki Bogu żadne z nich nie zapytało, co się stało. Wsiedliśmy wszyscy do czarnej limuzyny – zajęłam miejsce przy oknie i natychmiast odwróciłam głowę w stronę szyby. Nie płakałam już. Nie wydałam ani jednego dźwięku przez całą drogę. Jeśli ktoś próbował ze mną rozmawiać, nie zauważyłam tego. Byłam martwa, bardziej martwa niż wampir. W końcu zapadłam w niespokojną drzemkę.

Kilka godzin później zajechaliśmy pod apartament mojej świętej pamięci (czy można tak powiedzieć o wampirze? Nigdy nie słyszałam tego typu określenia, ale czy unikanie go nie byłoby rasistowskie?) kuzynki. Wyposażona w klucz i kartkę z numerem telefonu i adresem królowej Luizjany przekroczyłam próg mieszkania. Jakaś odizolowana część mojego mózgu zauważyła, że było ono chronione rodzajem magicznej bariery, która zniknęła, kiedy ją minęłam. Wniosłam swoje torby do korytarza, zaryglowałam za sobą drzwi i odnalazłam drogę do zaciemnionej sypialni. Nie zarejestrowałam po drodze żadnych szczegółów otoczenia. Odsunęłam kapę na łóżku i odkryłam, że było ono zaścielone czarną satyną – normalnie wzdrygnęłabym się na taki dobór pościeli, ale w moim obecnym stanie wydał mi się on nieomal adekwatny. Nie miałam nawet siły na prysznic – wczołgałam się pod okrycia i zasnęłam.


Obudziłam się z poczuciem kompletnego oszołomienia. Leżałam w obcym łóżku, w obcym mieszkaniu, w obcym mieście, a na dodatek obok mnie leżały dwie kobiety, których, byłam tego absolutnie pewna (mimo że słabo przypominałam sobie wczorajszy wieczór), nie było tu, kiedy zasypiałam.

Pachniało świeżą kawą i grzankami. Cudownie.

Niestety, sekundę później przypomniałam sobie, co takiego doprowadziło mnie poprzedniego dnia do rozpaczy i natychmiast dopiero co rozpoczęty dzień wydał mi się o wiele bardziej ponury. Zacisnęłam powieki, a po chwili kopnęłam się w myślach w tyłek i zbeształam się za podobne zachowanie. Nie jestem tchórzem, ani dzieckiem. Westchnęłam głęboko, otworzyłam oczy i rozejrzałam się wokół siebie. Szukając jasnych stron sytuacji stwierdziłam, że kobiety były ubrane. A więc mogło być gorzej. Plus numer dwa – znałam jedną z nich.

Claudine.

Druga była dziewczyną mniej więcej w moim wieku. Miała krótkie, brązowe włosy i błękitne oczy. Była mocno opalona. Nie przypominam sobie, bym widziała ją kiedykolwiek wcześniej w życiu, ale przynajmniej wydawała się być człowiekiem.

- Claudine? – zagadnęłam z nadzieją, że wytłumaczy mi, o co tu chodzi.

- Dzień dobry, Sookie – powiedziała i uśmiechnęła się pięknym, ciepłym uśmiechem, który sprawił, że poczułam się odrobinę lepiej.

- Cześć – pozdrowiła mnie obca dziewczyna.

- Hej – odpowiedziałam niepewnie.

Nie miałam pomysłu, co oznaczała jej obecność i co mam z nią zrobić, ale to nie znaczyło, że powinnam być nieuprzejma, nawet jeśli czułam się akurat fatalnie.

- Przepraszam, jesteś…?

- Amelia. Amelia Broadway – pospieszyła z wyjaśnieniem. – Jestem właścicielką tego budynku. Hadley wynajmowała ode mnie mieszkanie. Usłyszałam wczoraj w nocy Catalidesa i wiedziałam, że przyjechałaś. Chciałam z tobą porozmawiać – wpuściła mnie wróżka.

Miałam swoje zdanie na temat tego, czy taktowne było oczekiwać na moje przebudzenie w moim – cóż, technicznie rzecz biorąc jej, ale wiecie, co mam na myśli – łóżku, oraz czy Claudine powinna była ją wpuszczać, zanim się obudzę (swoją drogą, jak się tu dostała?), ale na szczęście zachowałam je dla siebie. Zastanowiło mnie też, że Amelia najwyraźniej wiedziała o tym, że Claudine jest wróżką. Skłaniało mnie to do pytania, co łączyło ją z nadprzyrodzonym światem. W moim stanie psychicznego zmęczenia straciłam chyba nieco z subtelności w interakcjach, co, po uwzględnieniu faktu, że sama Amelia nie zachowała się dokładnie zgodnie z kanonem norm towarzyskich, sprawiło, że postanowiłam się nie certolić. Wolałam wiedzieć, kto dzieli ze mną sypialnię. Zapytałam więc prosto z mostu:

- Czym jesteś, Amelio?

Wydawała się nieco zaskoczona, ale po chwili uśmiechnęła się i powiedziała z pewną dozą dumy w głosie:

- Wiedźmą. To ja opieczętowałam mieszkanie zaklęciami.

Skinęłam ze zrozumieniem głową i usłyszałam, że teraz z kolei to ona próbuje zgadnąć, czym ja jestem. Była wyjątkowo silnym nadajnikiem. Praktycznie skandowała w mojej głowie.

- Telepatką – oszczędziłam jej czasu.

- O, łał – powiedziała Amelia, a jej oczy rozszerzyły się lekko.

Z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie odebrałam od niej żadnej negatywnej emocji w związku z tą rewelacją. Wyczytałam z niej głównie zaciekawienie, a nawet lekki podziw. Amelia wydawała się sympatyczna i w innych okolicznościach prawdopodobnie chciałabym jej zadać więcej pytań zarówno na temat jej talentu, jak i Hadley i jej mieszkania, ale teraz bardziej potrzebowałam porozmawiać z Claudine.

- Jak to się stało, że tu jesteś? – zapytałam odwracając się w jej stronę.

- Jestem twoją wróżką chrzestną. Jestem tu, żeby cię wspierać. Niestety, nie mogłam ochronić cię przed bólem, ale mogę pomóc ci pozbierać się po katastrofie, a czasem jej zapobiec. Żałuję, że nie byłam w stanie tego zrobić teraz.

- Wróżką chrzestną? Jakiej katastrofie? – zainteresowała się Amelia. Była trochę wścibska.

Otworzyłam usta i zamknęłam je z powrotem nie wydając żadnego dźwięku. Powtórzyłam ten proces kilka razy. Nie byłam w stanie odpowiedzieć Amelii. Claudine spojrzała na mnie pytająco z łagodnym wyrazem twarzy. Skinąłem głową przyzwalająco.

- Sookie dowiedziała się wczoraj, że Bill, wampir i jej pierwszy kochanek, osiedlił się w Bon Temps żeby ją uwieść i zdobyć jej zaufanie. Powiedział jej to tylko dlatego, że skłonił go do tego jego szeryf, jak dotąd jej jedyny kochanek poza nim. Też wampir.

Byłam ciekawa, skąd dokładnie Claudine zdobywa tak szczegółowe informacje. Miała jakiś rodzaj wróżkowej ukrytej kamery, którą podglądała moje życie?

- Co za gnojek! – wykrzyknęła szczerze oburzona Amelia, a ja natychmiast polubiłam ją trochę bardziej.

Wiedziałam, że jest naprawdę zdegustowana zachowaniem Billa i mi współczuje, a nie mówi tak tylko dlatego, że tak wypada. Zaczynałam dochodzić do wniosku, że Amelia Broadway ma w zwyczaju mówić dokładnie to, co myśli. Przyznaję, że było to dość odświeżające.

- Taaa – zgodziłam się z nią.

- Cóż, to do dupy – powiedziała. – Boże, jak mi przykro. Trzymasz się jakoś?

Zrobiłam kwaśną minę i wzruszyłam ramionami. Zamyśliła się głęboko.

- Pieprzyć go – powiedziała w końcu z przekonaniem. – To tylko facet. Chcesz zjeść śniadanie? Przynieść ci kawy?

Gdybym była biseksualna, bardzo możliwe, że w tym momencie zakochałabym się w Amelii.

Podczas kiedy pierwszy raz w życiu rozkoszowałam się kawą podaną do łóżka (Hadley za życia była smakoszem kawy, więc nawet po przemianie trzymała tylko najlepsze gatunki), a Claudine wyjaśniała mi zawiłości swojej roli jako chrzestnej wróżki, poczułam, że powoli zaczynam czuć się coraz bardziej jak Sookie Stackhause, a nie jak żywy trup. Potem Amelia odpowiedziała na moje pytania dotyczące zaklęć, które rzuciła na mieszkanie. Twarz cała jej się rozświetliła, kiedy mówiła o czarach. Widać było, że uwielbiała być wiedźmą.

Claudine nalegała, że musi zabrać mnie na zakupy i wybrać dla mnie jakąś sukienkę na audiencję u królowej. Tego punktu programu niestety nie dało się pominąć. Szczerze mówiąc, nie chciało mi się ruszać tyłka, ale Claudine miała rację – nie mogłam pójść w żadnym z ubrań Hadley, nie miałam odpowiedniej kreacji i powinnam wziąć się w garść. Zjadłam śniadanie i poczłapałam do łazienki żeby wziąć szybki prysznic.

Kiedy tylko otworzyłam drzwi do łazienki, uderzył mnie okropny odór dochodzący z kosza na brudy wypełnionego po brzegi ręcznikami. Bezmyślnie podniosłam kilka z nich i poczułam, jak włosy stają mi dęba na plecach.

- O nie – szepnęłam.

Pociągnęłam mocniej i zobaczyłam, że ręczniki są sklejone jakąś ciemną substancją w sztywną masę. Stosik ubrań rozerwał się i zobaczyłam fragment błękitnej tkaniny przesiąknięty większą ilością wyschniętego płynu. Rozpoznałam okropny zapach.

- Och, Hadley.

Substancja była krwią.

- Claudine! Amelia! – zawołałam.

Tak, jakby mogły coś na to poradzić. Wpadły jedna za drugą do łazienki. Bez słowa pokazałam im palcem moje odkrycie. Nagle miałam zupełnie nowe pytania dotyczące mechanizmu działania zaklęć konserwujących Amelii.

- Czy myślicie… - Amelia przełknęła ślinę. – Czy myślicie, że ona kogoś zabiła?

Spojrzałyśmy po sobie z Claudine. Uderzył mnie potok myśli Amelii wypełniony wspomnieniami o Hadley.

Co się stało? Kiedy? Czy krew pochodziła z nocy jej śmierci?

- Jeśli tak, co się stało z ciałem? – zapytałam i była to zaskakująco trzeźwa myśl.

- Mogę zrobić rekonstrukcję ektoplazmatyczą – zaoferowała Amelia, tak jakby coś mi to miało mówić.

Zaczęłyśmy przeszukiwać mieszkanie, podczas gdy Amelia tłumaczyła, na czym polega rekonstrukcja ektoplazmatyczna i ilu wiedźm potrzebowałaby do jej przeprowadzenia. Wydawało mi się to niezłym pomysłem. Zastanawiałam się nawet, czy nie mogłabym poprosić królowej, by zapłaciła wiedźmom, skoro mogło to także rzucić nieco światła na ostanie godziny egzystencji Hadley. Zakupy zeszły nagle na drugi plan.

W zasadzie, to wszystko (nawet zdrada Billa!) zeszło na drugi, a nawet trzeci plan, kiedy nagle z którejś z kolei kuchennej szafki wyleciał trup.

- Chryste – powiedziałam.

Amelia zrobiła się zielona. Trzymałam się lepiej od niej: o dziwo, nie był to pierwszy trup, którego znalazłam w kuchennej szafce.

- Znam… znałam go – powiedziała czarownica przełykając nerwowo ślinę. – Przepraszam!

I rzuciła się w stronę zlewu. Wymiotowała.

Claudine przekrzywiła głowę i popukała się palcem w usta marszcząc brwi.

- Kto to jest? – zapytałam Amelii, która dochodziła do siebie.

- Jake… Jake Purifoy – powiedziała zduszonym głosem. – Wilkołak. Pracował dla E(E)E. Pomagał przy organizacji ślubu królowej.

- Coś z nim jest nie tak – powiedziała moja chrzestna wróżka.

Nie pieprz, Claudine! Facet jest martwy.

- Och, tak sądzisz? – zapytałam sarkastycznie.

Claudine pokiwała energicznie głową. Była zupełnie poważna.

- Krew… jest nie tylko jego. Nie pachnie śmiercią. Jest w nim coś… Myślę, że on nie jest całkiem martwy.

Hę?

Nie wiedziałam, jak można być „nie całkiem" martwym. Nie sądziłam też, by ktokolwiek żywy wytrzeszczał w ten sposób oczy, albo mógł leżeć powyginany pod takimi kątami. Jedynym wyjaśnieniem byłoby…

Nie.

Nie, nie, nie.

Hadley by tego nie zrobiła, prawda?

- Myślisz, że on jest wampirem – powiedziała podejrzanie opanowanym głosem Amelia.

Instynktownie spojrzałam w stronę okna, przez które wpadało szerokim strumieniem światło słoneczne.

Claudine skinęła radośnie głową.

- Przemiana została powstrzymana twoim zaklęciem – wytłumaczyła. – Jeśli dobrze liczę, powinien obudzić się dziś o zmroku.

O Boże.

Próbowałam nie myśleć o tym, co by się stało, gdybyśmy nie znalazły go przed zmierzchem.

- Czy nie powinien być schowany? – zaniepokoiłam się. – Jest chyba jakaś przyczyna, dla której wampiry zakopuje się podczas przemiany, prawda? Słońce mu nie szkodzi?

Amelia spojrzała na mnie z dezaprobatą.

- To chyba nie jest nasze największe zmartwienie – powiedziała.

- Ale nie, serio, nie powinnyśmy go przykryć, czy coś?

- Słońce zacznie go spalać dopiero, kiedy przemiana dobiegnie końca – poinformowała nas Claudine. – Ale oczywiście masz rację, to nie jest dla niego zbyt… korzystne. Myślę, że najlepiej będzie schować go z powrotem tam, gdzie był i natychmiast poinformować o odkryciu ludzi królowej. Powinni mieć kogoś, kto potrafi dać sobie radę z nowonarodzonym wampirem. A wy obie w żadnym wypadku nie powinnyście być nigdzie w pobliżu dziś wieczorem.

Rada wydawała się rozsądna. Miałam tylko nadzieje, że Jake nikogo nie osuszy, zanim sytuacja zostanie opanowana. Swoją drogą, wilkołak, który został wampirem? Nawet nie wiedziałam, że coś takiego jest w ogóle możliwe.

Zadzwoniłam do rezydencji królowej. A potem, jak gdyby nigdy nic, Claudine zabrała mnie na obiecane zakupy.


Witajcie w Nowym Orleanie! Nigdy tam nie byłam (w Bon Temps też nie ;) ), ale myślę, że jakoś sobie poradzimy.