Rozdział XII: Zakon Prawdy
„Nikt nie może cofnąć się w czasie i napisać nowego początku, ale każdy może zacząć od dzisiaj i dopisać nowe zakończenie."
Maria Robinson
Wspominałam już, że nie wierzę w przeznaczenie? Pewnie tak. Przyjaciele często mi mówią, iż ten temat to mój konik. Jednak mój sceptycyzm, co do istnienia „fatum", nie przeszkadza mi wierzyć w zbiegi okoliczności. Czasami kilka z pozoru nieistotnych elementów w połączeniu ze sobą, mogą dać nieoczekiwany efekt na tyle silny, by mógł on wpłynąć na bieg wydarzeń. Niekiedy jednak nasilenie takich „przypadkowych" wydarzeń sprawia, iż zaczynam się zastanawiać, czy bogowie znów nie zaczynają się bawić ludzkimi losami…
Yale szybkim krokiem przemierzała hale, od czasu do czasu odpowiadając na pozdrowienia znajomych krasnoludów. Nie przystawała jednak dłużej na przyjacielskie pogawędki. Kierowała się wprost ku sekcji, gdzie dokonywano ostatnich przeglądów kapsuł. Była to niezwykle odpowiedzialna praca, dlatego też powierzano ją wyłącznie najlepszym specjalistom od mechaniki. Dellron przystanęła, wzrokiem omiatając krzątających się wśród pojazdów pracowników, szukając wśród nich znajomej twarzy. W końcu jednak dała za wygraną. Zaczepiła jednego z przechodzących krasnoludów.
- Hej, widziałeś gdzieś może Goldiego? – spytała.
- Goldwina? –mężczyzna wskazał jej jedną ze składanych właśnie kapsuł. – Powinien być przy tym stanowisku. Zresztą na pewno go usłyszysz – burknął pod nosem wracając do pracy.
Yale wyszczerzyła do niego zęby w uśmiechu, w lot łapiąc aluzję. Dziarskim krokiem ruszyła we wskazanym kierunku. Po chwili do jej uszy trafiły pierwsze, chrapliwe nuty:
- Moja babka jest kucharką, robi kluski betoniarką. A mój dziadek jest górnikiem kopie węgiel pod śmietnikiem. Hej ho, um palala, lepsze piwo niż śmietana. Piłbym je, piłbym je,od rana do rana!* Hej!
Tego głosu nie dało się pomylić z żadnym innym. Dellron oparła się dłonią o otwartą kapsułę, z której dochodził radosny śpiew. Jej uwadze nie uszły zgrzyty i klątwy pozostałych pracowników, pod adresem „muzykalnego" kolegi.
- A ja się właśnie zastanawiałam, komu to radio się popsuło, że tak skrzeczy, a to tylko ty, Goldi- rzuciła jakby od niechcenia dziewczyna z bezczelnym uśmiechem.
- Już ci coś kiedyś mówiłem. Nie znasz się na prawdziwej muzyce – usłyszała odpowiedź z kapsuły.
Po chwili wygrzebał się z niej siwobrody krasnolud, umorusany cały jakimiś smarami. Jak reszta swych krewniaków, wzrostem nie przekraczał stu trzydziestu centymetrów i jak wszyscy, był na tym punkcie szczególnie drażliwy. Mężczyzna ubrany był w kombinacje typowego munduru służb Freezera oraz tradycyjnej zbroi. Na głowie wciśnięty miał hełm, spod którego bystrym wzrokiem patrzyła para szarych jak stal oczu. W poprzek kartoflowego nosa biegła szeroka blizna – pamiątka po wcześniejszej karierze zdjął grube rękawice ochronne.
- Trochę się nie widzieliśmy, co? – spytał, energicznie potrząsając prawicą Yale, nie przestając szczerzyć się do niej radośnie.
- Stęskniłeś się? –zażartowała Dellron, mrugając do mężczyzny.
Krasnolud zarechotał.
- Nudno tu było bez ciebie.
- Nie sądzę, żeby Kerdan na to narzekał. Właśnie cię szukał. Wywoływał cię przez megafon, ale chyba go nie słyszałeś, więc posłał mnie.
Goldwin zaklął siarczyście.
- Znowu będzie się czepiał, że ignoruje jego rozkazy.
- Wiesz, tylko ty go nigdy nie słyszysz – Yale nie mogła sobie darować tej uwagi.
- Odwal się. Lepiej chodźmy, zanim naczelnik dostanie apopleksji.
Dwójka skierowała swe kroki w stronę biura naczelnego inżyniera. Szli zatopieni każdy we własnych myślach. Pierwszy milczenie przerwał łypiący co chwilę na Yale krasnolud.
- Słyszałem, że mieliście nieoczekiwanego gościa w Crescent – zaczął powoli, nie odrywając wzroku od Amon-shi.
Yale przytaknęła mu skinięciem głowy.
- W tej chwili właśnie rozmawia z Białymi Braćmi.
Goldwin splunął, mamrocząc pod nosem parę epitetów we własnym języku, pod adresem Zakonu.
- Ciekaw jestem, co chcą osiągnąć – mruknął, gdy tylko opanował chwilowe wzburzenie.
Dziewczyna w milczeniu wzruszyła ramionami.
- Nie mam bladego pojęcia. Zakon nigdy nie przepuści najmniejszej okazji, by powęszyć, co tak naprawdę dzieje się za jego plecami. Zarządzenia Freezera mocno ograniczają jego działalność, jeśli chodzi o jednostki wojskowe. Nic, więc dziwnego, że się tak srają, skoro tylko mają okazję „pogawędzić" z kimś spoza naszych ścisłych szeregów.
- Hehe, pewnie myślą,że nasze „macki" nie zdążyły go jeszcze dosięgnąć – mężczyzna zaśmiał się gorzko. – Swoją drogą ciekaw jestem, jak przebiega ta rozmowa.
Na te słowa kąciki ust Yale zadrgały, układając się w drapieżny półuśmiech.
- Jednego możesz być pewien – Bracia z pewnością będą niemile zaskoczeni…
Vegeta omiótł wzrokiem nieduży pokój, robiący za prywatny gabinet głównego inżyniera. W środku już czekało na niego dwóch mężczyzn, którzy na jego widok wstali z miejsc. Obaj ubrani byli w identyczne, białe szaty, przepasane srebrnymi szarfami. Obszerne kaptury mieli zaciągnięte na głowy tak, iż ich twarze skryte były w półmroku. Mężczyźni trzymali w rękach kostury wykonane z czarnego, wypolerowanego na połysk drewna. Jeden kostur na szczycie zamocowany miał perłowobiały opal, obramowany srebrnym okręgiem, na którego powierzchni wyryto mistyczne symbole. Vegeta domyślił się,iż mężczyzna dzierżący tę broń, jest wyższy rangą od swego kolegi. Saiyanin w krótkim czasie starał się sobie przypomnieć wszystko, co wiedział na temat Zakonu. Pamiętał, iż Freezera oszczędził ich, ale pod warunkiem, że będą działali na jego zasadach. Mieli paranoję na punkcie wszystkich, którzy nawet w najmniejszym stopniu mieli coś wspólnego z magią. Księcia nigdy zbytnio nie obchodziły ich metody działania – dla niego byli tylko kolejna grupą sługusów Freezera, którzy mieli tyle szczęścia, iż Tyran uznał ich za przydatnych. Vegeta jednak bardzo dobrze pamiętał pierwsze spotkanie Zakonu z Changellinem…
Saiyanin niecierpliwie rozglądał się na boki. Dopiero co powrócił z misji i, szczerze powiedziawszy, wolałby się zdrzemnąć, zamiast tkwić tutaj jak kołek. Niestety, rozkaz, jaki czekał na niego po powrocie był pilny – jak najszybciej to tylko możliwe miał się znaleźć na macierzystym statku potężny krążownik, kształtem przypominający spłaszczony dysk, miał średnicę dochodzącą do prawie trzech kilometrów. Był trzonem floty Changellina, i jednocześnie jej centrum dowodzenia. Vegeta w pierwszej chwili był niezmiernie ciekaw, co tym razem wymyślił Tyran, teraz jednak nudził się śmiertelnie. Z trudem powstrzymał ziewnięcie, kątem oka zerkając na zgromadzonych w sali wojowników. Od momentu rozpoczęcia oblężenia Torilu minął tydzień. Vegeta po tym, jak Freezer zabił ostatnią z Amon-shi, które jak do tej pory stawiały najsilniejszy opór i, jak się później okazało, były jedyną poważną przeszkodą w podbiciu planety, został wysłany na misję. Tym razem miał zażegnać bunt na niewielkiej, ale za to bogatej w złoża planetce. Saiyanin szybko uświadomił rebeliantom, czym kończą się podobne wystąpienia. Widok zmasakrowanych ciał ich przywódców najwidoczniej przemówił im do rozsądku, ponieważ szybko złożyli broń. Tak więc księcia całkiem nie ominęła główna impreza na Torilu. Teraz tkwił w reprezentacyjnej sali na statku, robiącej za coś w rodzaju sali tronowej, razem z najsilniejszymi wojownikami, jakich Changellin zdołał zgromadzić w tak krótkim czasie. Vegeta dobrze wiedział, co to oznacza.
- Wprowadź proszę naszych gości – Freezer niedbałym ruchem dłoni wskazał któregoś ze swych sługusów.
Ten wyprężył się jak struna i pognał w kierunku drzwi. Otworzył je,wpuszczając do środka trójkę mężczyzn, ubranych w identyczne, białe żdy z przybyszy trzymał w dłoni drewniany kostur. Bronie różniły się jedynie głownią – na szczycie każdej z nich umocowany był owalny kamień, jeden perłowobiały, drugi liliowy i trzeci turkusowy. Twarze mężczyzn skryte były w półmroku,jaki dawały obszerne kaptury, nie sposób było, więc rozróżnić ich rysów twarzy.„Delegacja", prowadzona przez żołnierza, pokonała odległość dzielącą ją od zgromadzonej w Sali widowni. Saiyanin opanował się, by nie dało się poznać niesmaku, jaki odczuwał. To, co za chwilę się odbędzie, miało być kolejną polityczno-psychologiczną gierką, w jakich lubował się Freezer. Wbrew pozorom,Changellin utrzymywał się przy władzy nie tylko dzięki swej sile, ale również dzięki właśnie takim zagrywkom. Pozwolił przybyszom na zachowanie broni by uświadomić im, iż nawet uzbrojeni nie stanowią dla niego żadnego zagroż śnie rozkazał zwołać najpotężniejszych wojowników, by przybyli uświadomili sobie, iż Tyran po swej stronie ma najgroźniejszych osobników w całej galaktyce. To całe przedstawienie, działało także w drugą stronę.Upokorzenie pokonanego wroga na oczach tylu podwładnych, jedynie zwiększało szacunek Freezera w oczach jego żołnierzy, a także utwierdzało ich w przekonaniu, iż ich pan każdego potrafi rzucić na kolana. Vegeta czasami zastanawiał się, ile osób dostrzega drugie dno tych „rytuałów". Sam Saiyanin był dobrze zaznajomiony z tego typu zagrywkami – w końcu wychowywany był na przyszłego władcę. I choć Saiyanie przede wszystkim respektowali siłę, to jednak od króla wymagało się, by potrafił toczyć również i pojedynki na słowa. Tak więc młodego księcia, ku jego otwartej niechęci,uczono dworskiej etykiety, a także wpajano mu, jaka istotną rolę odgrywa polityka. Vegeta, choć większą uwagę poświęcał treningowi, teraz, z niechęcią,musiał przyznać, iż tamte długie godziny nie okazały się taką stratą czasu. Delegacja ukłoniła się Freezerowi czekając, aż ten pierwszy zabierze głos. Changellin wydawał się być jednak całkowicie zaabsorbowany obserwowaniem refleksów światła, na krawędziach kieliszka z winem. Vegeta zdusił w sobie podirytowane prychnięcie.
„Specjalnie udaje, że ich nie zauważył. Ignorując ich wie, że tylko ich upokarza…"
Freezer jeszcze przez chwilę trwał pogrążony we własnych myślach, zanim zainteresował się posłańcami.
- Och, najmocniej przepraszam. Tak się zamyśliłem, że nie zauważyłem przybycia naszych drogich gości… – odezwał się Changellin przesłodzonym głosem, w którym pobrzmiewała udawana skrucha.
Mężczyźni nie odpowiedzieli, wpatrując się w Tyrana w widząc, iż w ten sposób nie zdoła ich wytrącić z równowagi, postanowił od razu przejść do rzeczy. Normalnie „pobawiłby się" ze swoimi gośćmi jeszcze trochę, ale przez tę ostatnią sprawę z Amon-shi stał się bardziej ł, iż nie odzyska spokoju dopóki nie opuści tej planety. Zanim jednak to się stanie, trzeba było doprowadzić pewne sprawy do końca…
- Prosiliście o audiencję. Słucham – powiedział Tyran, udzielając przybyszom głosu.
Na sam przód wysunął się najstarszy z trójki, sztywno kłaniając się Changellinowi.
- Do naszych uszu doszły ostatnio niepokojące pogłoski – odezwał się mężczyzna spokojnym, opanowanym głosem. – Jako nowy uzurpator Torilu, wydałeś podobno rozkaz rozwiązania wszystkich jednostek wojskowych… panie.
Uwadze księcia nie uszło to, iż ostatnie słowo zostało wypowiedziane z lekkim wahaniem.
„Ktoś tu ma kłopoty z kręgosłupem" – pomyślał Vegeta. – „Freezer szybko znajdzie im lekarzy, którzy pomogą im się kłaniać…"
- Istotnie, wydałem takie rozporządzenie – rzucił niedbale Tyran,upijając łyk wina.
- Wasi żołnierze otoczyli siedzibę Zakonu Prawdy, rozkazując nam złożenie broni, i ogłaszając rozwiązanie zgromadzenia, choć nie jesteśmy jednostką militarną… – kontynuował poseł, lecz Changellin zaraz mu przerwał.
- Macie żołnierzy, czy jak wy ich tam nazywacie…
- Egzekutorów – wtrącił drugi Biały Brat, nim zdążył ugryźć się w język.
Saiyanin mógłby się założyć o to, iż Freezer doskonale pamiętał tę nazwę, co tylko potwierdził kpiący uśmieszek, jak pojawił się na twarzy Tyrana.
- Właśnie, dziękuję.
- Nieliczni z Braci są na tyle silni, by piastować tę zaszczytną funkcję, a ci z nas, którzy są Egzekutorami, istnieją jedynie po to, by chronić Zakon oraz niewinny lud. Większość Braci oddaje się medytacjom, oraz studiowaniu świętych ksiąg…
- Co czyni was organizacją religijną. A te również rozkazałem rozwiązać– Tyran ponownie wszedł mu w słowo.
Mężczyzna zamilkł, wpatrując się w swego rozmówcę z osł nie przewidział takiego obrotu sprawy…
- Ale.. ale dlaczego? – spytał w końcu.
- Dlaczego? Cóż to za głupie pytanie – Changellin prychnął podirytowany. – Ponieważ każdy kult, prędzej czy później, prowadzi do kłopotó w siłę nadprzyrodzoną, zgromadzenia ludzi o tych samych poglądach,prowadzone przez osobników, którzy za pomocą zesłanych im „znaków" nimi przewodzą, nie mogą prowadzić do czegoś dobrego. Wiara zawsze prowadzi do negatywnych konsekwencji, które odbijają się na całym społeczeństwie, wreszcie rodzi ona złudną nadzieję, iż ludzie mogą zmienić swój los. Takie mrzonki tylko odciągają od tego, co jest naprawdę ważne, czyli od pracy. A jeśli ludzie nie pracują, stają się zbędni, a my nie potrzebujemy zbędnych istnień… Z drugiej strony, nigdy nie można być pewnym, czy któryś z duchowych przywódców, nie zdecyduje się nagle rozpętać „świętej wojny". Za wolność, pokój, czy tym podobne brednie. Fanatyzm jest groźny w każdej postaci, i zawsze należy go dusić w zarodku – zakończył swój wywód Freezer. – Ludzie nie potrzebują ą świadomości, iż jeśli nie będą wykonywać rozkazów, mogą skomplikować niektóre moje plany. Nie muszę chyba mówić, że bardzo, ale to bardzo nie lubię tego typu sytuacji, a kiedy już do nich dojdzie, likwiduję problem u przyznasz mi rację, że to mądre rozwiązanie, prawda?
Biali Bracia nie odpowiedzieli, spoglądając po sobie. Najstarszy z nich opuścił nisko głowę – wyglądało na to,iż toczy ciężką walkę we własnym wnętrzu. W końcu podjął decyzję.
- A co, gdybyśmy ci, panie, zaoferowali pewien układ?
Freezer prychnął z pogardą.
- A co niby możecie mi dać na tyle cennego, bym w zamian was oszczędził?
- Coś, czego nie jesteś w stanie zdobyć ani siłą, ani pieniędzmi. Naszą mądrość i doświadczenie – odpowiedział mężczyzna.
- A w czym niby… – Freezer nie skończył swego pytania, gdyż tym razem to Biały Brat wszedł mu w słowo.
- Potrzebujesz nas, by odszukać i zgładzić ostatnią Amon-shi.
Po tych słowach w sali zapadła ciężka cisza. Osłupiały Changellin z niedowierzaniem wpatrywał się w swego rozmówcę.
„Skąd oni wiedzą…"
- … że jakaś ocalała? – Tyran prawie podskoczył, kiedy usłyszał jak mężczyzna dokańcza niewypowiedziane na głos pytanie.
- To proste. Jeden z naszych Braci, zdołał ocalić dziennik jednej kapłanki, nim wasi żołnierze zaczęli niszczyć ich siedzibę. Zgładziliście pięć Amon-shi, podczas gdy żyło ich sześć. Ocalała jedna, ta, która przed laty opuściła swe siostry – wyjaśnił mnich.
Tyran wzruszył ramionami.
- Cóż znaczy jedna dziewczyna? Prędzej czy później, wpadnie w nasze ręce…
- Nie byłbym tego taki pewny – głos mężczyzny był poważny, a jego spojrzenie chłodne niczym lód. – Widziałeś, jaką mają moc. Pięć kobiet stawiało skuteczniejszy opór, niż połączone armie całego Torilu. Nie należy lekceważyć pradawnej mocy, jaką posiadają kapłanki – mężczyzna położył nacisk na ostatnie zdanie. – Poza tym, panie, sam stwierdziłeś, że kulty jedynie rozsiewają ziarno chaosu… Jeśli naprawdę chcesz zapobiec przyszłym rebeliom, schwytanie ostatniej Amon-shi powinno leżeć w twoim interesie. Na mocy pradawnych traktatów, każda kapłanka ma prawo prosić o pomoc każdą magiczną istotę, a te muszą stawić się,na jej wezwanie. Wyobraź sobie armię, złożoną z najpotężniejszych istot, od wieków czekających na to, by zemścić się na swych prześladowcach. Takiej sile nic nie będzie się w stanie przeciwstawić. Rzeki ponownie spłynął krwią, lecz tym razem wojna nie ograniczy się tylko do tej planety…
- Sugerujesz, więc, że wasz Zakon jest w stanie wytropić i zlikwidować Amon-shi? – oczy Freezera zwęziły się w dwie szparki, kiedy badawczo przyglądał się mnichom.
Nie wyglądali na wojowników, nie czuł również bijącej od nich Ki. Jak więc grupa zakonników może unieszkodliwić istotę, która w pojedynkę potrafi rozgromić pół armii?
- Mylisz się, uważając Zakon Prawdy za organizację religijną. Nie będę zanudzał cię, panie, opowieściami, o naszych wartościach i ideałach – powinien wystarczyć ci fakt, iż od wieków badamy magiczne istoty. Jesteśmy wyszkoleni w ich likwidowaniu i tylko my posiadamy niezbędne… umiejętności, do złapania kogoś takiego, jak kapłanka Starych Bogów. Nasz Zakon powstał po Wielkiej Wojnie i nasi poprzednicy, jako pierwsi, zajęli się polowaniem na Amon-shi. Teraz, gdy opanowaliście ich teren, moglibyśmy udoskonalić nasze metody, za pomocą znalezionych ksiąg oraz innego ekwipunku…który nie uległ zniszczeniu.
Freezer w skupieniu wysłuchał tej przemowy. Może faktycznie ten cały Zakon do czegoś mu się przyda? Jeśli oni zajęliby się poszukiwaniami Amon-shi,nie musiałby formować do tego zadania specjalnego oddziału… Jaki jednak jest w tym ich interes? Changellin nigdy nie wierzył w „bezinteresowną" pomoc, a samo ocalenie ich nędznego zgromadzenia, wydało mu się zbyt błahym powodem. Czuł, że chodziło o coś więcej.
- Wyjdźcie. Wszyscy. Natychmiast – wydał polecenie z pozoru obojętnym tonem, lecz wszyscy wojownicy w pośpiechu zaczęli opuszczać salę. Vegeta, idący za Zarbonem, zerknął przez ramię na Białych Braci i Freezera. Nie usłyszał jednak nic więcej z ich rozmowy, gdyż napierany przez pozostałych żołnierzy,został prawie siłą wypchnięty z Sali…
Vegeta potrząsnął głową, pozbywając się resztek wspomnień.
„Ciekawe, co by zrobili, gdyby dowiedzieli się, że ta, której tak uparcie szukają, cały czas była pod ich nosem" – pomyślał, a na jego twarzy pojawił się kpiący półuśmieszek.– „Taa, specjaliści od poszukiwań, akurat."
- Proszę, usiądź –odezwał się starszy z Braci, wskazując Vegecie krzesło.
- Darujcie sobie te uprzejmości. Czego chcecie? – Saiyanin od razu przeszedł do sedna.
Młodszy z mnichów wciągnął ze świstem powietrze przez zaciśnięte zęby. Ciężko mu było ukryć, iż zachowanie księcia uznał za obraźliwe, jednak jedno władcze spojrzenie przełożonego usadziło go na miejscu.
- „Troszkę" mi się śpieszy, więc radzę wam się streszczać – rzucił Vegeta zniecierpliwiony brakiem odpowiedzi.
- To będzie tylko czysta formalność… – zaczął powoli Biały Brat, ostrożnie dobierając słowa.
„Jasne…" – pomyślał książę, powstrzymując się od poirytowanego prychnięcia.
- Chcemy cię jedynie zapytać o okoliczności twego wypadku, oraz o twój pobyt w Crescent.
- Na temat wypadku wysłałem już raport do centrali, a drugi na temat mojego przymusowego pobytu został wysłany przez żołnierzy stacjonujących na tym zadupiu – odparł Vegeta obojętnym tonem. – Swoją droga nie widzę powodu, by informować was o szczegółach. O ile dobrze pamiętam, nie podlega to waszej jurysdykcji.
Twarz mnicha spoważniała,kiedy uświadomił sobie, iż stojący przed nim Saiyanin nie ma najmniejszego zamiaru z nimi współpracować. Po prawdzie wcale nie musiał z nimi rozmawiać –żołnierze Freezera byli „chronieni" specjalną ustawą, zabraniającą Zakonowi przesłuchiwanie oraz aresztowanie osób, należących do jego wojsk. Jedynie osobiste pozwolenie Changellina znosiło ten swoisty immunitet. Biali Bracia jednak często balansowali na dopuszczalnej granicy, wyciągając od mniej rozgarniętych żołnierzy potrzebne im informacje. To samo zamierzali uczynić w przypadku Vegety. Od początku pewni byli swego sukcesu – w końcu ich rozmówcą miał być Saiyanin, urodzony wojownik, w ich mniemaniu typowy „barbarzyńca", niemający za grosz inteligencji. Nie spodziewali się, iż książę okaże się godny przeciwnikiem.
- A czy powiedziałem,że zamierzam cię przesłuchiwać? – starszy mężczyzna uśmiechnął się lekko, delikatnie unosząc kąciki ust. – Chcieliśmy sobie uciąć jedynie przyjacielską pogawędkę.Upewnić się, czy strażnicy Crescent przyjęli godnie wojownika twojej rangi…
Saiyanin skrzyżował ramiona, wpatrując się bacznie w Białych Braci. Przypomniał sobie, co tak wtedy go uderzyło, kiedy pierwszy raz spotkał się z wysłannikami Zakonu. Mnichów otaczała swoista aura obłudnej wyższości – Biali Bracia dzięki swej charyzmie,„oplatali" siecią swych słów, przychylnych, złowieszczych bądź mądrych,zależnie od rodzaju „ofiary", stwarzając iluzję swej potęgi. Byli doskonałym przykładem na to, iż czasami słowa mogą mieć większą moc od miecza. Jednak w przypadku Vegety, osoby urodzonej do walki, ta strategia nie miała prawa zadziałać. Dla wojownika z krwi i kości wyznacznikiem szacunku była siła –jeżeli ktoś był od niego słabszy, nie zasługiwał na to, by istnieć. Księciu nie imponowała ich „legendarna" wiedza i umiejętności – jak mógł brać na poważnie kogoś,kto przez tyle lat miał pod nosem swoją „zwierzynę", i nawet tego nie zauważył?Domyślał się, iż Biali Bracia podczas rozmowy będą starali się wyciągnąć od niego informacje, kawałek po kawałku. Książę nie był jednak w nastroju na gierki jakiś fanatyków.
- Daruj sobie te„komplementy" i powiedz w końcu, o co ci chodzi – warknął Vegeta, wpatrując się spod zmrużonych powiek w Białych Braci. – Dość już zmarnowałem czasu na tej planecie.
Gdyby samo spojrzenie mogło zabić, Saiyanin pewnie padłby trupem. Jego rozmówca przyglądał mu się morderczym wzrokiem spod zmarszczonych brwi.
- Dobrze, skoro tak bardzo nalegasz… – odezwał się odrzucając wcześniejszy przesłodzony ton.
„Proszę proszę, więc jednak odważyli się zdjąć maskę" – przemknęło przez myśl księciu.
- Nie muszę ci chyba tłumaczyć, czym zajmuje się Zakon Prawdy. Pomimo rozkazów Freezera, by nie utrudniać nam współpracy, wielu żołnierzy nie do końca… się z tym zgadza. Nie rozumieją, iż odmawiając nam pomocy, narażają całą planetę na ogromne niebezpieczeństwo. Zabobonni mieszkańcy Torilu wciąż lękają się istot, zwanych ogólnie Starszym Ludem. Boją się ich atakować, ba, boją się nawet o nich rozmawiać. Nieumyślnie chronią ich sanktuaria i pomimo naszych starań, nie jesteśmy w stanie wykorzenić z nich tego lęku… Dlatego staramy się wykorzystać każdą, nadarzającą się okazję.
- Do czego zmierzasz?– spytał Vegeta, nieco znużony całym tym wykładem.
- Los sprawił, iż rozbiłeś się właśnie na pograniczu z jednym z największych skupisk istot magicznych. Dodatkowo w tym czasie, który spędziłeś w Crescent,miało miejsce jedno z najważniejszych świąt Starszego Ludu – sabat ciekaw, czy nie zauważyłeś, bądź nie poczułeś czegoś niezwykłego. Mogła to być niespodziewana energia, niecodzienne zjawiska atmosferyczne, bądź inne zdarzenie, wykraczające poza szeroko rozumianą skalę normalności – zakończył mężczyzna, a choć jego głos był spokojny, w jego oczach tliły się zachłanne ogniki ciekawości.
Vegeta w odpowiedzi wzruszył ramionami.
- Połowę swego przymusowego pobytu spędziłem w kapsule medycznej. Jeśli w tym czasie działo się coś podejrzanego, pytacie o to złą osobę – skłamał gładko Saiyanin.
„Jeśli chcecie coś odkryć,wysilcie się trochę" – pomyślał, obserwując z rozbawieniem, jak Biali Bracia zaczynają tracić cierpliwość.
Nie widział żadnego powodu, by pomagać Zakonowi, jak również by chronić Yale. Jednak Amon-shi obiecała mu pomóc zwiększyć jego moc tak, by był w stanie zmierzyć się z Freezerem… a to był dobry argument za tym, by nie wspominać o jej prawdziwej tożsamości.
- Nie udawaj głupiego, Saiyaninie – warknął głucho młodszy z Braci ten, który do tej pory milczał. – Igrasz z siłami, których nie jesteś w stanie pojąć…
- Radziłbym ci spuścić z tonu, chyba, że chcesz by cię zeskrobywano ze ściany – sparował Vegeta, niemalże miażdżąc „zuchwalca" morderczym spojrzeniem. – Rozmowa z wami jest jedynie aktem mojej dobrej woli, ale widzę, iż ta wymiana zdań jest bezcelowa. Nie będę tracić na was więcej czasu, i tak dość go już zmarnowałem.
Po tych słowach książę obrócił się na pięcie, kierując się w stronę drzwi. Młodszy z Braci poczerwieniał z gniewu, lecz jego przełożony usadził go na miejscu jednym, surowym spojrzeniem. Vegeta opuszczając gabinet, nie mógł powstrzymać wpełzającego muna twarz, pogardliwego uśmieszku.
„Jeszcze się policzymy, Saiyanine" – obiecał sobie w duchu młodszy z posłańców.
Yale ze znudzeniem przyglądała się pracującym krasnoludom, bawiąc się sztyletem. Oparta o skrzynię czekała przy windzie na Vegetę. Gabinet głównego inżyniera opuściła zaraz po tym, jak przyprowadziła Goldwina, który z miejsca zaczął się wraz z Kerdanem obrzucać wyzwiskami. Cóż, ich rasa znana była z zapalczywych charakterów, ale ta dwójka biła wszelkie rekordy. Dellron miała na ten temat własną teorię,opierającą się na tym, iż w tak niedużym ciałku nie mieści się zbyt dużo negatywnych emocji, ale nigdy nie wygłosiła jej publicznie. Istniały granice,których nawet ona obawiała się przekroczyć… Drgnęła na dźwięk otwierających się drzwi windy. Na widok wychodzącego ze środka Saiyanina, schowała sztylet,odsuwając się od skrzyń.
- Poszło o wiele szybciej, niż się spodziewałam – powiedziała, starając się wyczytać z twarzy księcia cokolwiek, co mogłoby jej powiedzieć o przebiegu jego rozmowy z Zakonem.
Nie przyznałaby się do tego, lecz przez cały ten czas odczuwała lekki niepokój. Nie wynikał on braku zaufania do Vegety – miała przeczucie, iż mężczyzna dotrzyma swojej części umowy, a instynkt rzadko ją zawodził. Nie ufała za to Zakonowi, zbyt dobrze ich znała. Wiedziała, iż potrafią wyciągnąć ze swego rozmówcy informacje tak, by tamten nawet się nie zorientował. W tym przypadku to nie lojalność księcia była największym problemem, lecz przebiegłość Białych Braci.
- Nie było, o czym gadać – Vegeta wzruszył ramionami.
Ciekaw był, czy Amon-shi zżerała niepewność o jej los. Na jego twarzy pojawił się typowy dla niego półuśmieszek na samą myśl o tym, iż jej życie jest w jego ręku.
- Nie spytasz, o czym rozmawialiśmy? – rzucił jak gdyby od niechcenia.
- Nie – odparła Yale,krzyżując ramiona. – To na pewno nie było nic ciekawego, skoro tak szybko wyszedłeś.
Jej odpowiedź lekko zdezorientowała księcia.
,„W co ty się bawisz?" – zadał sobie pytanie w myślach, starając się jednocześnie odgadnąć,co dzieje się w głowie Yale.
Ciężko było mu w to uwierzyć, iż dziewczyna mogłaby obdarzyć go bezgranicznym zaufaniem – znała go przecież od niedawna, a nawet, jeśli znaliby się od kilku lat, i tak nie skłaniałby się ku tej hipotezie. Chyba, że Dellron w ten sposób pogrywała z nim sobie… Zerknął na nią uważnie, lecz szmaragdowe tęczówki pilnie strzegły sekretów ich właścicielki.
- Tak w ogóle, co tytu jeszcze robisz? Myślałem, że od razu wróciłaś do Crescent– zmienił temat Saiyanin.
- I miałabym pojechać bez pożegnania? – dziewczyna mrugnęła do księcia. – W życiu, Veggie.
Mężczyzna już otwierał usta, by wykrzyknąć, co grozi za zdrabnianie jego imienia, gdy ich uwagę odwrócił dźwięk otwieranych drzwi windy. Yale i Vegeta odwrócili się w jej stronę. W drzwiach mignęły białe, długie szaty. Biali Bracia przystanęli na chwilę, mierząc nie przychylnym wzrokiem dwójkę wojowników, zaraz jednak ruszyli w kierunku wyjścia. Na ich widok, przez twarz Yale przebiegł grymas obrzydzenia.
- Nie pałasz zbytnią miłością do nich, co? – rzucił Saiyanin, zerkając na spiętą dziewczynę.
- Dziwisz się? –odpowiedziała mu pytaniem na pytanie szmaragdowooka. – Jedną z najgłupszych decyzji, jakie podjął Freezer, było pozostawienie tej żałosnej bandy przy życiu. Toril byłby lepszym miejscem, gdyby ci fanatycy zniknęli z jeg powierzchni. Dobra, lepiej chodźmy, bo odjadą bez ciebie. Chyba, że zamierzasz spędzić z nami jeszcze trochę czasu – odparła Amon-shi z szerokim uśmiechem na ustach.
- Raczej nie skorzystam z twojej propozycji – prychnął w odpowiedzi Vegeta.
- W takim razie w drogę! – zawołała z entuzjazmem Yale, prowadząc Saiyanina wśród labiryntu taśm produkcyjnych i skrzyń.
Przez całe przesłuchanie, w głowie huczały mu wcześniejsze polecenie: „nie odzywaj się,jeśli ci nie każę". Z trudem dostosował się do niego, choć bywały momenty, w których musiał uciekać się do sztuczek z ćwiczeniami oddechu, by zachować spokój. Jego cierpliwość miała jednak swe granice. Odczekał, aż znaleźli się w pustym korytarzu, gdzie miał pewność, iż nikt nie podsłucha ich rozmowy. Na wszelki wypadek otoczył siebie i swego zwierzchnika niewidzialną, dźwiękoszczelną barierą. Starszy mężczyzna odwrócił się w jego stronę, unosząc nieco do góry jedną brew, gdy poczuł użycie Mocy.
- Nie powinieneś jej nadużywać… – zaczął, lecz młodzieniec w tym momencie wybuchnął.
- Nie, panie! Nie powinniśmy go tak puścić! Czuję, że on dokładnie wie, co się tam stało!
Starszy Brat zatrzymał się gwałtownie, zaciskając dłoń na kosturze. Tego dnia przerwano mu o jeden raz za dużo.
- Głupcze! – syknął przez zęby. – Twój pośpiech mógł nas zgubić! Wziąłem cię ze sobą tylko po to, by czegoś cię nauczyć, ale jak widzę, powinieneś spędzić jeszcze trochę czasu nad księgami.
- Czułeś to, mistrzu!– młodzieniec nie zwrócił uwagi na jego słowa. – Wszyscy to poczuliśmy! Coś niezwykłego wydarzyło się podczas Ostary, widziałeś odczyty. Były zupełnie inne niż te z tych wszystkich lat!
- Zamilcz! – głos Białego Brata zagrzmiał potężnie, a jego postać na chwilę otoczyła ciemna aura. – Niczego nie rozumiesz! Pośpiech, mógłby jedynie wypłoszyć potencjalną ofiarą. Gdy tu przybyliśmy, nie wiązałem zbyt dużych nadziei z tym przesłuchaniem. Sądziłem jednak, iż zdołam wyciągnąć coś więcej, od tego Saiyanina – przez twarz mężczyzny przebiegł nieznaczny grymas, na samą myśl o Vegecie. – Gdyby to zależało wyłącznie od nas, wydusilibyśmy z niego zeznania, lecz mamy związane ręce. Nie należy ryzykować pogorszenia naszego położenia, biorąc pod uwagę, że ostatnimi czasy kredyt zaufania, jakim obdarzył nas Freezer, stopniał w zastraszającym tempie. To, że do tej pory nie zlokalizowaliśmy Amon-shi, ba, że nawet nie trafiliśmy na żaden poważniejszy trop, również nie stawia nas w zbyt korzystnym świetle.
- Dlatego tym bardziej powinniśmy naciskać na Saiyanina! – młody mnich nie dawał za wygraną. – Nie wierzę, że niczego nie widział!
- O, w to i ja nie wierzę – przytaknął mistrz, ponownie ruszając. – Jednak nie wiemy, czego dokładnie był świadkiem. Czy uczestniczył w obrzędach Ostary, czy jedynie napotkał jakieś magiczne stworzenie na swej drodze? Możemy wyłącznie snuć domysły. Jeśli faktycznie mógł mieć kontakt z Amon-shi, należałoby spróbować poprosić o możliwość oficjalnego przesłuchania go w ramach świadka. Z drugiej strony, mógł po prostu znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Wtedy nękanie go, prawdopodobnie ściągnie na nas poważne konsekwencje.
Młody mężczyzna zmarszczył w zamyśleniu brwi.
- Jeśli znalazł się tam zupełnie przez przypadek, to dlaczego odmówił współpracy?
Jego przełożony wzruszył jedynie ramionami.
- Z przekory, z faktu, iż za nami nie przepada, z wrodzonej złośliwości, bądź z powodu, iż naprawdę ma coś do ukrycia.
- Co w takim wypadku zrobimy?
- Póki, co, pozwolimy na dalszy rozwój wypadków. Czasem lepiej poczekać, aż sprawy same się rozwiną, zanim wkroczy się „do akcji". Jedno jest pewne – w końcu mamy punkt zaczepienia. Od dziś wdrażamy w życie nasz plan…
Yale poprowadziła Vegetę do stacji, z której miał odjechać transport do stolicy. Robotnicy gorączkowo dokonywali ostatnich poprawek – podróż podziemnymi tunelami bywała niebezpieczna, o czym świadczyły zamocowane na dachach wagonów wieżyczki strzelnicze. Zawsze istniało ryzyko napotkania jakieś głębinowej kreatury, bądź naturalnej przeszkody, w postaci zawalonego tunelu. O ile samo oczyszczanie rumowiska nie stanowiło problemu, to sam moment zawalenia był opłakany w skutkach. Żaden pancerz nie mógł wytrzymać naporu kilkutonowej masy skał.
Dellron zniknęła na chwilę, omówić z oficerem odpowiadającym za bezpieczną podróż Saiyanina, ostatnie szczegóły.
- Ten facet zajmie się tobą zanim dotrzecie do miasta – poinformowała księcia, kiedy wróciła. – Na miejscu skierują cię do odpowiedniej jednostki, lecącej wprost do głównej floty Freezera.
Vegeta nie odpowiedział, kiwając jedynie głową na znak, iż zrozumiał.
Yale zaczęła bujać się na piętach, nie spuszczając uważnego spojrzenia z Saiyanina.
- Cholera, nie lubię długich pożegnań – mruknęła pod nosem.
Nim książę zdołał jakoś zareagować, Amon-shi zbliżyła się do niego, niespodziewanie go obejmując.
- Co ty… – zaczął niepewnie, czując, że się rumieni, lecz Dellron zaraz mu przerwała.
- Zostawiam ci specjalny komunikator – wyszeptała mu do ucha tak, by nikt inny nie usłyszał jej słów.
Vegeta poczuł, jak wsuwa mu do dłoni niewielki przedmiot.
- Żebyś wiedział,kiedy będzie kolejna impreza – dodała, odsuwając się od księcia. – W końcu coś ci obiecałam, prawda? – rzuciła już głośnej, puszczając do niego oko.
Mężczyzna zacisnął palce na komunikatorze.
- I mam nadzieję, że dotrzymasz swojej obietnicy – odpowiedział Vegeta starając się, by jego głos zabrzmiał obojętnie.
- Jasne, przecież dałam słowo – odparła szmaragdowooka, uśmiechając się promiennie.
Ich rozmowę przerwało przeciągłe wycie syreny. Yale, mająca czulszy słuch, skrzywiła się, gdy zaczęło jej dzwonić w uszach.
- Lepiej już idź, to był sygnał do odjazdu – powiedziała, spoglądając na powoli wprawianą w ruch maszynę. – Chyba, że się rozmyśliłeś i zostajesz.
Vegeta parsknął, a na jego twarzy pojawił się typowy dla niego półuśmieszek.
- Na jakiś czas mam dosyć tej planety.
Dellron zachichotała na tę uwagę.
- Tak myślałam. Uważaj na siebie, Veggie! – krzyknęła za wsiadającym do pociągu Saiyaninem.
W oknie od razu pojawiła się głowa księcia.
- Ile razy mam ci powtarzać – nie nazywaj mnie tak! – wrzasnął Vegeta, lecz jego głos został zagłuszony przez pracę silników.
Pociąg powoli ruszył w głąb tunelu. Amon-shi patrzyła, jak maszyna znika w ciemnościach. Dopiero, kiedy ostatni wagon wjechał w podziemny korytarz, dziewczyna odwróciła się napięcie, kierując swe kroki ku wyjściu z kopalni…
Pomimo mojej całej gadaniny o braku wiary w przeznaczenie, teraz, kiedy cofam się myślami do tamtego dnia, odnoszę wrażenie, iż ktoś na górze zakpił wtedy ze mnie. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż spotkanie tej jednej osoby wywróciło nasze życie do góry nogami? Gdyby nie to, że Vegeta rozbił się wtedy akurat na mojej planecie, cała ta historia prawdopodobnie nigdy by się nie wydarzyła, a ja pewnie wciąż żyłabym w błogiej nieświadomości…
