Fajnie się pisało ostatni rozdział. Ten nieco mniej – poza jedną sceną, którą po prostu uwielbiam.

Rozdział dwunasty: Niczym lew

– Harry! Co ty tam robisz?

– Jeszcze chwila! – krzyknął Harry w stronę zamkniętych drzwi łazienki, po czym chlapnął sobie trochę wody na czoło, zmywając zebraną na jego bliźnie krew. Westchnął, widząc, że błyskawica ponownie napełnia się czerwienią. To martwiło go bardziej niż koszmarny ból głowy, z jakim się obudził. Ból głowy mógł ukryć; opętanie przez Toma Riddle'a z zeszłego roku dało mu w tym mnóstwo doświadczenia. Krwawiąca blizna to co innego.

Tym razem Draco zapukał bardziej stanowczo.

– Harry Potterze, masz dwie minuty na wyjście z łazienki!

– Już wychodzę! – uspokoił go Harry, przyglądając się bliźnie. Tak, to powinno mu dać kilka godzin, zanim się przeleje i znowu zacznie kapać. Krew przebijała się powoli, jakby musiała walczyć po drodze z grubymi barierami mięśni i skóry. Obawiał się, że kilka godzin, które obiecał spędzić w bibliotece z Luną, pomagając jej nadgonić lekcje, które przegapiła w zeszłym roku przez petryfikację, mogą się okazać przegięciem, ale przy odrobinie szczęścia znajdzie w trakcie ich chwilę, by wyskoczyć do łazienki i znowu przemyć czoło, zanim zacznie z niego kapać.

Draco otworzył drzwi, zanim Harry zdążył złapać za klamkę. Harry spojrzał na niego z irytacją.

– To nie były dwie minuty – zauważył.

– Kłamałem – odparł Draco i złapał rękę Harry'ego, wolną dłonią odsuwając mu z czoła grzywkę zanim Harry zdążył go powstrzymać. Odwrócił głowę, ale Draco i tak już zdążył zobaczyć bliznę i jej kolor.

– Tak myślałem – szepnął Draco, po czym podniósł głos. – Jakoś zapomniałeś o tym wspomnieć, jak mówiłeś mi o ostatnich tygodniach, Harry.

Harry spojrzał na niego ze złością, po czym ruszył w stronę biblioteki. Draco bez problemu za nim nadążył. Było to kompletnie niesprawiedliwe, ale Draco ostatnio zaczął gwałtownie rosnąć i jakoś nigdy nie potykał się o własne nogi, jak pozostali chłopcy.

– Czemu mi o tym nie powiedziałeś? – zaczął naciskać Harry'ego. – Czemu uznałeś, że to jest ta jedna sprawa, którą powinieneś przede mną ukryć? – Zamilknął, ale Harry wiedział, jakiego rodzaju myśli musiały mu chodzić po głowie. Skoro ukryłeś przede mną jedną sprawę, to skąd mam wiedzieć, czy nie ukryłeś ich więcej?

Było ich więcej, ale żadne z nich nie było sprawą Dracona. Nie musiał wiedzieć, że Harry spotyka się z Peterem, ani o czym wtedy rozmawiają; to była tajemnica Petera, którą Harry miał zamiar dotrzymać. Nie musiał wiedzieć, że Harry miał czasem ochotę przekląć Connora, kiedy ten rozwodził się o tym jak wspaniałym dobrem dla niego jest dar przymuszenia, ponieważ wtedy uznałby, że od samego początku miał rację w kwestii Connora. Nie musiał wiedzieć, jak strasznie niekomfortowo Harry się czuł przy Syriuszu. To była prywatna sprawa, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę konflikt, jaki Harry czuł względem swoich emocji dotyczących Syriusza i tych, które dotyczyły Snape'a.

I o krwawiącej bliźnie też nie musiał wiedzieć, bo wtedy Harry musiałby mu wyjaśnić swoje sny, a nie miał pojęcia, jak to zrobić. Niby co miał oznaczać sen o dwóch postaciach i inny, o mrocznych postaciach zacieśniających wokół niego krąg? Harry wiedział, że tylko po nich budził się z bólem głowy i krwawiącą blizną, ale nie mówiły mu one o niczym, czego by już nie wiedział. Tak, miał wrogów. To było oczywiste odkąd jego walki z Bellatrix – właściwie to odkąd się dowiedział, że Connor ma wrogów.

Tyle, że ze spojrzenia, jakie Draco mu rzucał, wyglądało, że on jak najbardziej uważał, że powinien był się o tym dowiedzieć.

– Później ci powiem – powiedział Harry, próbując przyśpieszyć na widok drzwi do biblioteki. Draco wydłużył swój krok i bez problemu za nim nadążył. Harry obrócił się na pięcie i spojrzał mu w oczy. Ostatnio znacznie łatwiej wpadał w gniew, co było dla niego o tyle dobre, że nie pozwalał już się swojej furii zbierać, ani nie starał się jej ignorować. – Czemu właściwie wszędzie za mną łazisz?

– Dyrektor może cię zaatakować – powiedział Draco, nie odwracając od niego wzroku.

Harry żachnął się.

– Przecież nie zrobi tego w miejscu, w którym ktoś może to zobaczyć. Przy Lunie będę bezpieczny.

– Tam tak, ale po drodze?

Harry znowu się odwrócił. Wiedział, że jest przyjacielem Dracona i wiedział, że Draco jest jego przyjacielem, ale tak intensywna opieka go naprawdę drażniła. Jak już powiedział Snape'owi, wiedzieć, że ktoś kogoś ceni to jedna sprawa, ale widzieć jak ktoś tę troskę okazuje to coś zupełnie innego.

Wszedł do biblioteki, myśląc o wszystkim, czym musiał się zająć tego dnia. Prywatna lekcja z McGonagall, dokończenie wywaru dla Hawthorn, wymyślenie daru dla Lucjusza, korepetycje z Luną, korepetycje z Neville'em, zajęcia quidditcha, jego własna praca domowa, spędzenie czasu z Draconem, żeby ten nie czuł się opuszczony czy ignorowany, czytanie Więzów Magii, wizyta u Connora i Syriusza…

Życie Harry'ego to był prawdziwy cyrk na kółkach. Nie potrafił sobie wyobrazić wzięcia czegoś jeszcze na barki i robienia czegoś ze swoją mocą, tak jak ludzie go ciągle o to prosili.

Z ulgą zobaczył, że Luna siedzi przy stoliku, przy którym się umówili i ma już książki wyciągnięte. Oczywiście, jego zapał oklapł nieco, kiedy podszedł bliżej i zobaczył, że to są podręczniki na zajęcia z wróżbiarstwa i numerologii, ponieważ nie brała udziału w żadnym z tych zajęć.

– Luna? – zapytał łagodnie, a ona podniosła na niego wzrok, jej oczy wyglądały na wybałuszone zza jej wielkich okularów. – Czy wszystko… w porządku? – Były takie dni, w które czuła się lepiej i potrafiła się skupić na chwili obecnej.

– Oczywiście, Harry – powiedziała z taką samą powagą jak wszystko inne. – Czemu miałoby nie być?

– Nie zapisałaś się na te zajęcia – powiedział Harry, siadając naprzeciw niej. Draco zajął krzesło obok, mamrocząc coś, co mogło, ale nie musiało zawierać w sobie słowo "Pomyluna". Harry rzucił mu groźne spojrzenie, które niosło ze sobą obietnicę klątwy jak tylko wrócą do pokoju wspólnego Slytherinu, po czym wrócił wzrokiem do Luny, uśmiechając się. – Czemu je tu przyniosłaś?

– Chcę, żebyś mnie ich nauczył – powiedziała Luna. – Ty chodzisz na te zajęcia, prawda Harry? Zapytałam kogoś i usłyszałam, że chodzisz.

Harry skrzywił się lekko. Miał nadzieję, że zapytana osoba nie skrzywdziła Luny. Będzie musiał popytać wśród Ślizgonów. Większość uczniów, zwłaszcza Krukonów, jakoś nie potrafiła sobie przyswoić idei, że Harry zawsze prędzej czy później dowiadywał się o tym, że skrzywdzili Lunę, bez względu na to, jak bardzo nie próbowali to ukryć, czy gdzie by się z tym nie schowali. Pozostali Ślizgoni uważali to za znakomitą zabawę, pilnowanie Luny i raportowanie Harry'emu i obserwowanie, jaką subtelną, choć zjadliwą klątwę nie nasłał na kogoś za znieważanie jego przyjaciółki.

Harry'emu nie udało się jeszcze przekonać Neville'a, by ten zaczął mu się zwierzać z podobnych sytuacji. Neville upierał się, że sobie z tym poradzi i że tak w ogóle, to Gryfoni wcale nie traktują go aż tak źle. Harry'emu ciężko w to było uwierzyć. Ale wyciąganie Neville'a z jego skorupy zajmowało mu naprawdę dużo czasu, zwłaszcza, że nie spędzał z nim większości dnia, jak pozostali Gryfoni.

– Tak, chodzę na te zajęcia – powiedział, wracając myślami do chwili teraźniejszej i podnosząc książkę od wróżbiarstwa. – Od czego chciałabyś zacząć? Wróżenie z fusów? Kryształowe kule?

– Sny – powiedziała Luna.

Harry posłał jej szybkie, uważne spojrzenie. Spojrzała na niego, otwarcie i poważnie jak zawsze i jeśli miała jakiś ukryty motyw, to Harry jeszcze nie widział, żeby ktoś się z nim tak dobrze krył.

– W porządku – powiedział, otwierając "Demaskowanie Przyszłości" na właściwej stronie. Jego własny podręcznik już automatycznie otwierał się w tym miejscu. W kółko czytał krótkie opisy interpretacji snów, mając nadzieję wbrew nadziei, że znajdzie tam coś, co pomoże mu z jego koszmarami. Ale książki Trelawney były równie bezużyteczne co ona. – Czego chcesz się dowiedzieć?

– O mrocznych snach – powiedziała Luna. – Koszmarach.

Harry był w stanie wyrecytować ten akapit z pamięci, ale dla dobra Luny i Dracona, udawał, że go czyta. Ich spojrzenia wbijały się w niego niczym szpikulce. Naprawdę chciałby, żeby przestali – przestali wyglądać tak spokojnie, przestali wyglądać, jakby za tym wszystkim było jakieś ukryte znaczenie, przestali na niego patrzeć.

– Ee… Odczytywanie mrocznych snów różni się od odczytywania świetlistych snów, zwanych potocznie proroczymi snami. O ile świetliste sny są z woli przyszłości, która sięga z góry, by dotknąć tych, których faworyzuje, koszmary, zwane również mrocznymi snami, przedstawiają inny rodzaj wyróżnienia. Powszechnie uznawane są za manifestację strachu śniącego, albo dotyk przyszłości tak strasznej, że chce zapobiec własnemu powstaniu. – Odchylił się na krześle. – Masz jakieś pytania, Luna?

– A jakie ty masz sny, Harry?

Harry zagapił się na nią. Nie odważył się zerknąć na Dracona. Luna tylko siedziała z piórem nad swoim pergaminem i przyglądała mu się ze spokojem.

– Och, zwykłe – zdołał wreszcie powiedzieć Harry. – Wiesz, takie jakie zawsze się ma jak się idzie spać. – Zmusił się do uśmiechu i miał nadzieję, że wygląda to nieco bardziej naturalnie, niż ma wrażenie. – Na przykład ostatnio śniło mi się, że ścigały mnie drzwi.

Luna kiwnęła głową.

– A inne rodzaje?

– Co masz na myśli?

– Koszmary – powiedziała Luna. – Śnią ci się czasem koszmary, Harry? Mnie śni się czasem, że gnębiwtryski mnie opętują, jak to zrobiły w zeszłym roku. – Luna nigdy nie przyjęła do wiadomości, że wytłumaczeniem opętania był Tom Riddle. – O czym są twoje koszmary?

– Ja nie mam koszmarów, Luna – powiedział Harry. Nie chciał jej skrzywdzić, nie chciał jej przestraszyć. Merlin jeden wiedział, że już dość ludzi męczył swoją obecnością; zaledwie poprzedniego dnia miał straszną kłótnię z Connorem. – Po prostu zwykłe sny.

– Co noc ma koszmary – powiedział Draco.

Harry aż podskoczył na krześle, obracając się w jego kierunku.

Draco! – zaskrzeczał.

– Ty palancie – powiedział Draco, łapiąc go za ramię i ponownie zaczesując jego grzywkę na bok. Jego palce delikatnie przejechały po bliźnie Harry'ego, po czym opuścił rękę i zmusił Harry'ego do zobaczenia lśniącej czerwieni na opuszkach. Harry się skrzywił. Zaczęła krwawić szybciej, niż oczekiwał. – Przecież ona próbuje pomóc. Nie widzisz tego? Mam już dość twojego uciekania od tego tematu. Co się stało z parciem do przodu i szczerością, Harry? Mówiłeś, że się postarasz.

Harry zamknął oczy. Ból głowy powracał, mimo eliksiru, który uwarzył sobie poprzedniej nocy i wypił tego ranka.

– Ja po prostu… nie wiem, czemu mam te koszmary, dobra? Po prostu je mam.

– Czy mogą mieć coś wspólnego z Voldemortem? – zapytała Luna.

Harry spojrzał na nią ze zdumieniem. Nigdy nie słyszał, żeby ktokolwiek poza jego rodziną i Dumbledore'em wymówił prawdziwe imię Mrocznego Pana bez zająknięcia. No cóż, tak, sny z Tomem Riddle'em miały coś wspólnego z Voldemortem, ale one były o Voldemorcie, były sygnałami, że Riddle próbuje wejść do umysłu Harry'ego. A pozostałe były… tylko snami.

– Jeśli ktoś ma śnić o Voldemorcie, to raczej to będzie Connor. Riddle sam powiedział, że jego blizna to swego rodzaju połączenie z nim.

– To mi wygląda na całkiem niezłe połączenie – powiedział Draco, po raz kolejny przejeżdżając palcem po jego bliźnie i utrzymując ten palec w górze. Było na nim już tyle krwi, że ściekała w stronę nadgarstka. – Do cholery, Harry, o czym śnisz?

Harry westchnął głęboko. Został zagoniony w kozi róg i nie miał wyjścia jak o tym porozmawiać, do tego obiecywał sobie, że przestanie się ze wszystkim kryć. Naprawdę nie miał wyjścia, chyba, że chciał, żeby jego magia znowu została spętana, a jego furia usidlona. Opowiedział im o snach, dodając z naciskiem, że są strasznie ogólne i tak na dobrą sprawę ciężko ustalić, czego konkretnie mogłyby dotyczyć.

– Ja chyba wiem.

Harry obrócił się gwałtownie na krześle. Merlinie, ilu jeszcze ludzi wie? Najwyraźniej Hermionę Granger należało zaliczyć do tego grona, ponieważ stała za nim i patrzyła na niego ze zmartwieniem i powagą na twarzy.

– Doprawdy – powiedział Draco, niespodziewanie spięty, robiąc ruch, jakby był gotów sięgnąć po różdżkę. Naprawdę nie lubił Hermiony, ani Gryfonów. Ledwie tolerował Neville'a. Harry nie potrafił tego pojąć, zwłaszcza, że jedyne co Draco mu odpowiadał, ilekroć próbował go o to zapytać, było Bo to Gryfoni, Harry!

– Tak – powiedziała Hermiona. – Zastanawiałam się, czemu kicham zawsze wtedy, kiedy jesteś w pobliżu, Harry – dodała. – I chyba to rozgryzłam. I, cóż, jeśli mam rację, to masz w sobie sporo mrocznej magii. Myślę, że cienie, które widzisz w swoich snach, to twój własny strach przed twoją magią. Wiesz, że robisz coś nie tak, nawet jeśli to podświadome…

Zamknij się, Granger.

Harry jeszcze nigdy nie słyszał, żeby Draco brzmiał tak złowieszczo. Zerwał się z krzesła z różdżką w ręce i nie spuszczając jej z Hermiony. Był blady, oczy mu pociemniały, a na jego ustach pojawiło się kilka kresek piany. Zaniepokojony Harry wstał i stanął między nim a Hermioną.

Zastanowił się ze zmęczeniem, ile razy jeszcze tego miesiąca będzie musiał kogoś chronić przed nadgorliwymi Gryfonami. Oczywiście, tym razem mogło być zupełnie inaczej, ale nie mógł być tego pewien. Hermiona była jedną z potężniejszych czarownic w szkole. Walka z nią będzie znacznie cięższa, niż się Draconowi prawdopodobnie wydawało.

– Przestań, Draco – powiedział Harry przez ramię. – Te sny męczą mnie już od miesięcy. – No, jeden z nich go męczył od miesięcy, ale teraz naprawdę nie miał czasu się martwić o takie szczegóły. – Jeśli Hermionie się wydaje, że rozgryzła jeden z nich, a może nawet oba, to chcę usłyszeć, co ma do powiedzenia.

Draco położył mu rękę na ramieniu, na tyle mocno, że Harry się wzdrygnął.

– Ale to jest to, o czym już ci wcześniej powiedziałem – szepnął mu do ucha Draco. – Ta rzecz, o której nie chciałem ci mówić, bo cię skrzywdzi. Proszę, Harry. Odpuść. Nie chcesz tego słyszeć. – Ostatnie słowa brzmiały jak jedno zdanie, wyszeptane z tą samą intensywnością.

Harry zmarszczył brwi. Nie potrafił sobie wyobrazić w jaki sposób teoria Hermiony i tajemnica Dracona mogła być jedną i tą samą rzeczą, ale w takim przypadku reakcja Dracona nabierała sensu. Nic tak go nie doprowadzało do takiej pasji jak bezpieczeństwo Harry'ego. Zaledwie w tym tygodniu Harry musiał już trzy razy powstrzymywać go przed rzuceniem klątwy na Dumbledore'a.

– Kiedy ja naprawdę chcę to usłyszeć – powiedział, odwracając się z powrotem do Hermiony.

Ręce Dracona opadły na jego pas i ścisnęły tak mocno, że miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje.

– Nie nie nie – szepnął. – Harry, proszę, zaufaj mi. Zrób, co mówię. Odwróć się i natychmiast wyjdź z biblioteki. Przeproszę Lunę za ciebie. Wysłucham Granger i jeśli to jest to samo, to zdam ci raport. Szczerze. Ale nie słuchaj jej.

Harry spróbował się wyrwać z jego uścisku, ale nie dał rady. Westchnął i spojrzał bezradnie na Hermionę.

– Myślę, że Harry jest w stanie sam zdecydować, czy chce to usłyszeć, czy nie, Malfoy – powiedziała Hermiona, zadzierając nosa. – I bez względu na to, co ci się wydaje, myślę, że zasługuje na to, by to usłyszeć. Harry, myślę, że masz zdolność, żeby…

Silencio.

Harry się zamarł. Zaklęcie nie padło ze strony Dracona, mimo, że ten puścił Harry'ego jedną ręką i rozpaczliwie szukał różdżki. Padło ze strony Luny, która podeszła do Hermiony i patrzyła przez chwilę jak ta coś mówi bezgłośnie. Następnie odwróciła się i spojrzała na Harry'ego.

– To jak ten naszyjnik, który ci dałam w zeszłym roku – powiedziała. – Ten, który miał cię chronić przed gnębiwtryskami. Czasami potrzebujesz naszyjnika, a czasami zaklęcia.

Harry zamrugał raz i drugi. Miał wrażenie, że w tym, co powiedziała Luna, było coś bardzo mądrego i głębokiego, ale nie miał pojęcia co.

– Dziękuję, Luna – powiedział powoli.

Luna kiwnęła głową.

– Nigdy nie wolno pozwolić się opętać gnębiwtryskom – powiedziała. – Ani heliopatom. – Odwróciła się, zebrała swoje książki i wyszła z biblioteki. Harry podejrzewał, że to oznaczało koniec lekcji.

Hermiona wciąż coś na nich bezgłośnie wrzeszczała. Harry spojrzał na nią i westchnął. Wiedział, że powinien był zdjąć zaklęcie i ją wysłuchać. Hermiona była znakomitym analitykiem. Jeśli znalazła coś w książkach, co mogło się odnieść do jego snów, to Harry'emu dokopanie się do tego samego i wyciągnięcie podobnych wniosków zajmą długie miesiące. Dobrze sobie radził z przetwarzaniem informacji, które już posiadał, ale gorzej mu szło ich zdobywanie.

Gdybyś był Gryfonem, to zdjąłbyś z niej to zaklęcie i byś jej wysłuchał, szepnął mu w głowie głos. Harry podejrzewał, że był to głos Connora. To była jedna ze spraw, o które się ostatnio ciągle kłócili. Connor powiedział, że Syriusz mu powiedział, że dom Slytherina jest siedliskiem niegodnych zaufania węży i miał na poparcie tej teorii historie o rodzicach współlokatorów Harry'ego. Connor zawsze miał mnóstwo historii zaczynających się od "a Syriusz powiedział". Był naprawdę zawiedziony tym, że Harry nie starał się naprawić ich relacji, żeby na powrót stać się przykładnym synem chrzestnym i mówił to Harry'emu przy każdej okazji.

Gdybyś był Gryfonem, gdybyś był odważny, gdybyś był niczym lew, to byś jej wysłuchał.

Ale Harry nie był, więc ostatecznie tylko westchnął i wyszedł z biblioteki. Draco niemal podskakiwał z każdym krokiem u jego boku, jakby uważał, że był odpowiedzialny za decyzję Harry'ego by wyjść bez zdjęcia zaklęcia z Hermiony.

Harry znowu potarł swoją bliznę, więc Draco złapał go za nadgarstek i odciągnął jego rękę od czoła, pokazując mu jak wiele jest na niej krwi.

– Idziesz do pani Pomfrey – ogłosił.

– Będzie chciała mnie położyć do łóżka i da mi coś na sen – powiedział Harry. – A to nie działa, Draco. Jeśli pójdę spać, to będę śnił i wtedy moja blizna znowu zacznie krwawić. Odpuść sobie. Muszę po prostu pamiętać, żeby ją przemywać co kilka godzin.

Draco zagapił się na niego.

– I ja nigdy nie zauważyłem?

Harry już miał zwrócić mu uwagę, że przecież tak, zauważył, kiedy zorientował się, że Draconowi pewnie chodziło o to, jak często Harry musi przemywać swoją bliznę. Westchnął z rezygnacją.

– No najwyraźniej nie – przyznał.

– Robisz się za dobry w ukrywaniu się, Harry – powiedział Draco ze smutkiem w głosie, który Harry pewnie by zrozumiał, gdyby tylko się skupił, ale nie miał na to za dużo czasu, bo skoro jego lekcja z Luną skończyła się wcześniej, to musiał też wcześniej pojawić się na treningu quidditcha.

Już miał ruszyć biegiem, kiedy ręka Draco znowu dotknęła jego ramienia. Harry spojrzał w górę i zobaczył parę oczu tak zatroskanych, że podskoczył i przytulił Dracona po prostu po to, żeby go pocieszyć.

Draco objął go, pogłaskał po plecach, wymamrotał "Uważaj na siebie" i odszedł w innym kierunku. Harry biegł tak szybko jak tylko mógł. Flint, który w zeszłym roku zawalił swoje owutemy i został na dodatkowy rok w szkole, naprawdę, naprawdę nie lubił, kiedy ktoś nie przychodził na treningi, ale szczególnie surowo podchodził do Harry'ego, bo którego uważał za klucz do ich zwycięstwa.


Ledwie Harry wyszedł z Wielkiej Sali i skierował do gabinetu McGonagall, a poczuł jak ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Odwrócił się i natychmiast odskoczył, kiedy zobaczył za sobą dyrektora. Jego magia podniosła się przed nim, tworząc ochronne ściany. Prawdopodobnie Dumbledore znalazł jakiś sposób na obejście zaklęcia odbijającego, które Harry na niego rzucił.

Ale nie, Harry szybko zauważył, że Dumbledore bardzo stara się unikać kontaktu wzrokowego. Co oznaczało, że zaklęcie wciąż trzyma. Prawdopodobnie, zganił się w myślach Harry. Po tym, w jaki sposób Dumbledore go odciął od Snape'a – McGonagall opowiedziała mu o wszystkim pierwszej nocy, kiedy się zabrała za nauczanie go – Harry był w stanie posądzić dyrektora o wszystko, łącznie z tym, że dalej by udawał, że zaklęcie ma na niego działanie nawet, jeśli już je przełamał.

– Chodź ze mną do mojego gabinetu, mój chłopcze – Dumbledore miał czelność powiedzieć. – Mamy wiele do omówienia.

– Proszę o wybaczenie, dyrektorze, ale zaraz mam spotkanie z profesor McGonagall – odparł Harry tak spokojnie jak mógł. Będzie uprzejmy. Mógł być uprzejmy. Nie zacznie wrzeszczeć na sam widok dyrektora i nie spali go żywcem, tak jak bardzo miał ochotę. Poza tym, próba podpalenia go pewnie skończyłaby się raczej zamrożeniem. Choćby nie wiem, jakie zaklęcia Harry próbował ćwiczyć, zimno jego furii wciąż znajdowało sposoby wyjścia na wierzch. Bardzo zmartwił tym swojego brata, kiedy mu to wyznał.

– Nie, nie masz, Harry – powiedział stanowczo Dumbledore.

Harry zamarł.

– Że co proszę?

– Powiedziałem, że nie masz – powiedział Dumbledore. – Zwolniłem Minerwę z obowiązku uczenia cię. Nie jest twoją głową domu, a jako profesorka transmutacji ma więcej uczniów, którymi musi się zająć. Zgodziła się ze mną. Zdaje się, że jej dokładne słowa brzmiały, że Ślizgoni zawsze znajdą swoje sposoby nauki tego, czego potrzebują. – Dumbledore uśmiechnął się do niego.

Harry odpowiedział na to uśmiechem, co wyraźnie zmieszało dyrektora. Usłyszał słowa McGonagall jako to, czym były naprawdę – wyrazem wiary w niego i salutem. Do tego nie dostała bezpośredniego zakazu spotykania się z nim, tak jak Snape. Możliwe, że będą w stanie się spotykać nieoficjalnie. McGonagall po prostu uznała, że nie warto się kopać z koniem.

Czasem zachowuje się niemal jak Ślizgon, pomyślał i spojrzał na dyrektora. Dumbledore wciąż unikał jego wzroku. Prawdopodobnie oznaczało to, że myślał o zaklęciach, jakie chciał użyć na Harrym. Prawdopodobnie.

– Z całym szacunkiem, dyrektorze, ale nie chcę się zamiast tego uczyć z panem. Z powodów, o których obaj wiemy. Mam nadzieję, że pan to rozumie.

Dumbledore tylko machnął ręką.

– To można zorganizować później, Harry. Zarówno Remus jak i Syriusz będą znakomitymi kandydatami na nauczyciela.

Harry ledwie wstrzymał się od prychnięcia. Remus to jeszcze, ale Syriusz… Tylko, jeśli chcę kurs z marudzenia na temat Ślizgonów, albo marnego ukrywania nerwowych tików. Znielubił Syriusza jeszcze bardziej po tym jak usłyszał jaką rolę odegrał w ataku Dumbledore'a na Snape'a. Harry był pewien, że Syriusz skłamał na temat fałszywego wspomnienia. Wcale by mnie to nie zdziwiło. Zwłaszcza, że Syriusz wiedział, że dyrektor go poprze, przez tą jego słabość do wybaczania Gryfonom dosłownie wszystkiego. Dumbledore jest po jego stronie, choćby nie wiem jak niedorzeczna ta strona by była.

– Nie, tu chodzi o coś innego – powiedział Dumbledore poważnie i wyciągnął z kieszeni list. Harry momentalnie rozpoznał pieczęć ministerstwa na laku. Kiwnął głową.

– Pan przodem, dyrektorze – powiedział.


Kiedy już siedzieli w gabinecie Dumbledore'a, a Harry odmówił herbaty, cukierków i kolejnej herbaty, dyrektor podał mu list z ministerstwa. Harry otworzył go pośpiesznie.

Drogi panie Potter,

Zdajemy sobie sprawę, że to może okazać się dla pana szokujące i przyznajemy, że sami jesteśmy w cokolwiek niecodziennej sytuacji. Zwykle pisalibyśmy do rodziców dziecka w pańskim wieku. Jednakże po skontaktowaniu się z pańskimi rodzicami, ci odpowiedzieli, że mają tylko jednego syna, Connora Pottera, Chłopca, Który Przeżył. Po zobaczeniu pańskiego dowodu urodzenia i świadectwa uczęszczania do Hogwartu, przyznali, że w ich rodzinie był jakiś Harry Potter, ale wyprowadził się już dawno temu i możliwe, że umarł. Wygląda na to, że mają wrażenie, że jest pan jakimś odległym krewnym pańskiego ojca.

To jest wyraźny sygnał mrocznego zaklęcia w działaniu i przez wzgląd na nie, jesteśmy zmuszeni do tej raczej niecodziennej formy komunikacji, oraz prośby.

Zauważyliśmy, że jest pan w posiadaniu ogromnej mocy, zarówno Światła jak i Mroku, której nie posiadał pan jeszcze w zeszłym roku. Zdajemy sobie sprawę, że to nie jest pańska wina, że taki się już pan urodził i chcemy zapewnić pana, że nie uważamy, żeby był pan jakkolwiek czegokolwiek winny. Jednakże każde potężnie magiczne dziecko potrzebuje opiekuna, by nasze magiczne społeczeństwo było spokojne, że tak potężna magia jest trenowana i nikt jej nie puszcza dziko po okolicy. Ponieważ pańscy rodzice są ofiarami mrocznej magii, która sprawia, że nie akceptują pańskiego istnienia, uważamy, że w chwili obecnej nie są dla pana odpowiednimi opiekunami.

Zwykle przydzielilibyśmy opiekuna wybranego przez Wizengamot, ale pański przypadek jest na tyle specjalny, że zajął się nim Departament Przestrzegania Praw Czarodziejów. Wierzymy, że potrzebuje pan prawnego opiekuna, który a) mieszka na terenie Hogwartu, żeby był w stanie stale badać pańskie postępy treningu pańskiej magii, b) był kimś, komu pan ufa, żeby uczynić ten trening łatwiejszym i c) może się dowiedzieć o pewnych aspektach pańskiej sprawy, jako że potężni czarodzieje jak pan nie pojawiają się nagle z dnia na dzień, jak w pańskim przypadku. Obawiamy się, że w pańskiej magii może być coś nienaturalnego, być może powiązanego z mroczną klątwą rzuconą na pańskich rodziców. W chwili obecnej wybraliśmy Albusa Dumbledore'a do tej roli, ponieważ spełnia wszystkie wyżej wymienione warunki. Proszę podpisać dołączony do tego list; potwierdzi to wybór opiekuna narzuconego przez nasz departament i da nam przyzwolenie na udzielenie mu informacji dotyczących pańskiej sprawy. Jest tam również możliwość wybrania własnego opiekuna, pod warunkiem, że spełni on, lub ona, narzucone w tym liście kryteria.

Amelia Bones

Kierowniczka Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów.

Harry odwrócił na chwilę list, zastanawiając się, czemu skontaktowali się z nim, a nie bezpośrednio z Dumbledore'em. Czyżby jego przypadek wydał im się tak dziwny? A może dlatego, że jego rodzice wciąż byli ofiarami nieznanej klątwy? A może…

I wtedy nagle do niego dotarło, o co chodzi i z trudem powstrzymał wybuch śmiechu. Ministerstwo usłyszało o jego magii. Chcą to załatwić po cichu ponieważ Harry jest bratem Connora. Wszystko zostało zaaranżowane, by popchnąć sprawę do przodu tak szybko i cicho jak to możliwe, bo nie chcą ani ściągać na siebie uwagi prasy, ani drażnić Harry'ego.

Harry zerknął na uśmiechniętą twarz Dumbledore'a.

– Ministerstwo skontaktowało się z moimi rodzicami – powiedział. – Nie pamiętają o mnie, więc chcą wyznaczyć mi prawnego opiekuna, który mieszka w Hogwarcie, żeby mógł przypilnować mojego treningu. Chcą wyznaczyć pana.

Dumbledore uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– To byłoby wspaniałe, Harry. Już od dawna wypatrywałem okazji przybliżenia naszych relacji.

Harry kiwnął głową, po czym wrócił wzrokiem do załączonego przez Amelię Bones listu. Miał na sobie prostą kreskę, którą należało podpisać (magicznie wiążąco, oczywiście), jeśli akceptował Dumbledore'a jako swojego opiekuna i kilka innych linii, które musiałby sam wypełnić, razem z podpisem w innym miejscu, jeśli chciał innego opiekuna. List ostrzegał go surowo, że wybrany przez niego opiekun musiał spełniać wszystkie standardy Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów załączonych w oryginalnym dokumencie.

Niezbędne słowa zostały napisane i oślepiająco jasne światło zaczęło krążyć wokół pokoju. Harry zaśmiał się cicho. Przy najbliższej okazji będzie musiał przyjrzeć się pismom z ministerstwa bliżej, żeby zobaczyć, jakiej używają do tego magii. List zniknął z jego rąk, prawdopodobnie komunikując się z oryginalnym, żeby sprawdzić, czy wybrany opiekun spełnia wszystkie ustalone w nim standardy i po ustaleniu tego, co chciał i po tym jak sam Hogwart potwierdził zamieszkanie rezydenta, list poleciał sam do departamentu. Harry zastanawiał się, czy aurorzy sami wpadli na ten pomysł, czy też może było to dzieło jakiegoś przepracowanego badacza, któremu płacono najniższą krajową.

– Wspaniale, Harry! – powiedział Dumbledore, opierając się na swoim fotelu. – Czy mogę zobaczyć oryginalny list?

Harry mu go podał i czekał spokojnie aż ten go nie przeczyta. Pod koniec Dumbledore spojrzał na niego, mrugając.

– Bardzo mi miło, że zmieniłeś zdanie w kwestii ufania mi, Harry – powiedział.

– Nie zmieniłem – powiedział Harry i z radością patrzył jak uśmiech na twarzy Dumbledore'a rzednie. Ja też potrafię czasem być lwem. Mogę stawić czoła temu, co zrobiłem. – Pod koniec wspominają o możliwości wybrania własnego opiekuna. Tak właśnie zrobiłem. I, jak pan widział, spełnia wszystkie wymienione w liście kryteria. – Wzruszył ramionami.

– Kogo? – szepnął Dumbledore.

– Profesora Snape'a, oczywiście – powiedział uprzejmie Harry.

Dumbledore wstał. Harry czuł magię, która rosła wokół niego. Spojrzał Dumbledore'owi spokojnie w oczy.

– Jest pan tego pewien, dyrektorze? – zapytał. – Jeśli zaczniemy walczyć, to zniszczymy Hogwart. Wie pan o tym.

– Nie zapytałeś Severusa, Harry – powiedział dyrektor. – Jesteś pewien, że będzie chciał wziąć na siebie ten ciężar?

– Och, jestem całkiem pewien, że będzie chciał – powiedział Harry, obnażając zęby w czymś, co nie było uśmiechem.

Dumbledore patrzył się tylko na niego przez dłuższą chwilę, po czym wreszcie usiadł i pokręcił głową.

– Muszę przyznać, że nie rozumiem, Harry – powiedział cicho. – Czemu musisz to robić? Jest tak wiele rzeczy, które tylko ja mogę ci pokazać, tak wiele spraw, których jeszcze nie rozumiesz i dobrze wiesz, że byłbym najlepszym mentorem dla ciebie w wielu kwestiach.

– Póki co niczego pan mi nie wyjaśnił – powiedział Harry. – Zrobił pan ze mnie niewolnika. Merlin jeden wie czemu, ale ufam Snape'owi, do tego on przynajmniej udowodnił jak daleko jest gotów się posunąć, by się upewnić, że będę bezpieczny.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by cię od niego znowu odseparować – powiedział Dumbledore. – Chyba zdajesz sobie z tego sprawę?

– Tak – powiedział Harry.

– Jak długo jeszcze będziemy się tak bawić? – Dumbledore patrzył na niego ze smutkiem, jakby Harry swoją decyzją złamał mu serce. – Jak dużo czasu jeszcze minie, zanim nie zostaniemy sojusznikami i wspólnie nie spróbujemy zabić Voldemorta, Harry?

– Tak długo, jak będzie trzeba – powiedział Harry, po czym odwrócił się i wyszedł. Dumbledore nie starał się go zatrzymać.

Harry ruszył do lochów. Podszedł do drzwi gabinetu Snape'a i zapukał, wiedząc, że profesor będzie tego dnia pracował do późna nad wywarem tojadowym dla Remusa.

Widok jego wściekłej miny po otwarciu drzwi sprawił, że cały gniew Harry'ego na Dumbledore'a momentalnie stopniał.

– Ty mały idioto! – syknął Snape. – Co ty tu robisz? Jeśli dyrektor…

– Zrobiłem z pana mojego prawnego opiekuna podpisując papier ministerstwa – przerwał mu Harry. – Mogę wejść?

Snape przyglądał mu się tylko przez dłuższą chwilę. W jego oczach pojawiło się mgnienie ciepła tuż przed tym jak pochylił głowę i odsunął się z przejścia.

– Mały idiota – powiedział znowu, tym razem łagodniej. – Pewnie wszystkie swoje rzeczy zostawiłeś w gabinecie Minerwy?

– Tak – przyznał Harry.

– No nic, jutro poprosimy ją o oddanie ich. Póki co, chodź tutaj i przydaj się do czegoś.

Harry podszedł, żeby uwarzyć jeden z pomniejszych eliksirów, z jakich składał się wywar tojadowy. Po spędzeniu wielu godzin na próbach uwarzenia wywaru dla Hawthorn, bez problemu był w stanie odtworzyć dowolny z kroków, jakich wymagał ten eliksir.

– I, Harry…?

Harry spojrzał w górę. Snape przyglądał mu się z głową lekko przechyloną na bok.

– Dobra robota – powiedział cicho Snape.

Tym razem to wydarzenie zniszczyło gorzkie wspomnienie z pierwszego roku i zastąpiło je czymś dobrym. Harry uśmiechnął się do niego szeroko i wrócił do warzenia.