Dojechaliśmy do pechowej 13. Troszkę angstu, nieco patosu i mam nadzieję, że feelsy.
Więc dedykacja dla MissMHO
XXX
Czuła, że się z tego pozbierała, naprawdę.
Do tego stopnia, że zdobyła się na delikatny pocałunek w policzek, na dzień dobry. Zwykła, codzienna czynność, jak to między starymi przyjaciółmi. Ucieszyła się, że go widzi, on chyba też, chociaż był jakiś dziwny, zmieszany, niespokojny... Znała go na tyle, aby nie dociekać, nie pytać, a już absolutnie, nie próbować samej wyciągać wniosków i nie snuć domysłów.
Z jednej strony, w Europie bawiła się cudownie, z drugiej, chciała jak najszybciej wrócić do domu, właśnie po to, by się przekonać, że... że wszystko się skończyło. A przynajmniej, wróciło do punktu wyjścia, tam, gdzie byli parę lat temu, bez tego beznadziejnego uczucia przegranej i żalu. Po prostu, że odchorowała te rozstanie.
Na Starym Kontynencie, postanowiła skorzystać z najczęściej udzielanej jej przez Tonyego rady. Odpuścić, zaszaleć, zapomnieć się i posłać poczucie odpowiedzialności do diabła. No, ale oczywiście, po godzinach. Z początku, czuła się, jakby robiła to wbrew sobie, ale to uczucie szybko zniknęło.
Poznała kogoś, mężczyznę. Nie, żeby od razu miłość jej życia, czy miłość w jakimkolwiek znaczeniu, jednak zdołał ją zafascynować i Pepper wzięła to za dobrą kartę. Był od niej młodszy i to dużo, ale w pewnym sensie, pochlebiało jej to. Jak nigdy, czuła się przy nim świeżo, jak ta pełna złudzeń praktykantka po studiach, która lata temu przestąpiła progi Stark Tower, nie jak całkiem dorosła kobieta o oczach sześćdziesięciolatki.
Gdy rankiem wstała z łóżka i spojrzała w lustro, stwierdziła, że jej oczy odmłodniały.
Masimo zaprosił ją, aby spędziła lato w jego winnicy, w Toskanii, na co chętnie się zgodziła, myśląc, jak dawno nie miała prawdziwego urlopu i jak bardzo jej się należy.
Dwudziestoczteroletni Włoch był synem właściciela winnic połowy Italii, poznali się więc zupełnie przypadkiem, już pierwszego wieczoru, na degustacji czerwonego nektaru.
„Chwytaj dzień, Pepp", przypomniały jej się słowa Tonyego.
Właściwie, czemu nie, pomyślała wtedy, pewnie więcej go nie spotkam.
Ale parę godzin po tym, jak opuściła chyłkiem jego apartament, zadzwonił. Tłumacząc, że skoro nie zostawiła swojego numeru, musiał nieźle się nagimnastykować i chyba troszkę pozmyślać, aby go zdobyć. Nawet ją to rozbawiło, nie przywykła do takiego traktowania.
Krótki, ale jakże odświeżający romans. Po kilku dniach, Masimo musiał wracać do Włoch, ale obiecał odwiedzić ją, gdy tylko zawita w Stanach, co miał w planach. Uśmiechała się wyuczonym przez lata, niedowierzającym uśmiechem na tę deklarację, ale faktem było, że ciągle się odzywał, w taki czy inny sposób, a to miło łechtało ego Virginii.
Najlepsze w tym wszystkim było to, że gdy myślała o Tonym, a to w kontekście służbowym, a to prywatnym, nie czuła nic, poza zwyczajnym pobłażaniem i troską, do których przywykła, z którymi mogła żyć i najważniejsze, nie było w nich nic niewłaściwego czy męczącego.
Czuła, że naładowała swoje baterie, gdy załatwiwszy sprawy i skróciwszy pobyt, wsiadała na pokład samolotu do domu. Jednocześnie miała przeczucie, że gdyby Masimo udało się zostać w Berlinie kilka dni dłużej, niekoniecznie jej by się tak spieszyło do starych, dobrych Stanów.
I była bardziej niż zadowolona, ze swojej reakcji na Tonyego, kiedy znowu się spotkali, co może być głupie i dziecinne, ale uspokajające.
Było dobrze. Wszystko układało się naprawdę świetnie i Pepper była bliska osiągnięcia stanu, który mogłaby nazwać szczęściem.
XXX
Może to i nie do końca było zgodne z jego planem, ale... nie było źle.
Chociaż nie mógł zrozumieć, czemu on ma wracać do domu, skoro jedynym celem tej wizyty, było przedstawienie ojcu i matce przyszłej pani Thorowej, prośba o błogosławieństwo i powrót, ale tyle mógł zrobić.
No, może jeszcze był odrobinkę ciekaw reakcji królewskiej pary, na przyszłą synową.
Doprawdy, nie potrzebował niańki, nie musiał być też pod ciągłym nadzorem, minęło już tyle czasu, odkąd próbował kogo zabić. Morderczych myśli nie liczył. Czemu więc, wciąż musiał podążać za swoim bratem jak cień? Przecież on i tak nie zwracał na niego żadnej uwagi, do tego stopnia, że Loki mógł wplątać się w co najmniej, niejednoznaczny romans z pewnym miliarderem, a jedyne, co dojrzał Thor, to wymyślone przez siebie teorie, jakoby Loki się zakochał.
Bzdura.
Ale niech będzie. Asgard, na parę dni.
Kiedy właściwie uznał swoje królestwo za tak bezdennie nudne?
Na zaręczyny pierworodnego, rodzice zareagowali... spokojnie i to właściwie wszystko, co można powiedzieć. Ucieszeni, ale spokojni. Za to matka... Matka patrzyła na niego, jakby wiedziała o rzeczach, których nie miała prawa się domyślać. To tylko doprawiło irytację bruneta.
Asgard, kraina, w której na dobrą sprawę, miał wszystko, poza tronem. Tytuł księcia, rozkochane spojrzenia kobiet, uroczo miłą i wyrozumiałą, z poczucia winy, rodzinę, przestronne komnaty i nieprzebrane bogactwa.
Czemu więc, tak mu zależało, by jak najszybciej wrócić do Midgardu? Tam był nikim, nikt nie pamiętał o jego statusie boga, a magią nie mógł się popisywać. Na Ziemi, był nikim więcej, niż tylko skrywanym kochankiem Starka.
Czemu więc, nie pragnął niczego więcej, ponad znalezieniem się znowu w Stark Tower? Krótkie godziny nieba, przerywane siedzeniem w domu Jane i zajmowaniem się czymkolwiek.
I to stawiał ponad bycie księciem i bogiem, tu, w Asgardzie? Czy jego już do końca popierdoliło?
Loki ze złością uderzył pięścią w parapet. Na szczęście, był sam. Pośpiesznie zrzucił z siebie dzienną szatę i nagi wsunął się do łóżka.
Nie miał pojęcia, czy jest już tak blisko świtu, czy też noc jest dziś wyjątkowo jasna, jednak mógł bez trudu dojrzeć wszystkie, misternie żłobione zdobienia na kolumnach.
Nie mógł zasnąć, ani nawet utrzymać oczu zamkniętych. W całym ciele czuł dziwne uczucie, nieco podobne do niecierpliwości, odrobinę smutne, ale najbardziej, rozpalające. Tęsknota, do ciała mężczyzny, który czekał na niego w Midragdzie.
Czekał na niego.
Jak to dziwnie brzmiało. Nie przypominał sobie, by ktoś kiedyś na niego czekał. Zawsze, to on musiał pilnować by nie zostawiać w tyle i ciągle nadążać za bratem, czy chodziło o bieganie, o walkę, czy o miłość ojca.
Za to on zawsze musiał czekać na Thora, gdy ten nie potrafił przeczytać strony w książce równie szybko.
Po prostu, Loki miał cierpliwość, aby poczekać, a Thor, nie.
Ale tym razem jest inaczej. Wiedział, że Stark na niego czeka, chociaż pożegnał go bez emocji. Bóg czasem się zastanawiał, jaki miliarder ma cel, starając się na co dzień ukryć przed nim każde uczucie, kiedy w łóżku, jest dla Asgardczyka niczym otwarta księga.
Ale musiał przyznać, że tęskni. Tak, jak pewnie Stark za nim. I to było bardzo dziwne doświadczenie w życiu boga.
Zastanawiał się czy... czy Anthony odczuwa to tak samo. Tą niecierpliwość, pożądanie, smutek...
Czasem próbował nazwać ogół uczuć, jakie wzbudzał w nim miliarder, nie dochodząc jednak nigdy do sensownych wniosków. Jak niczego innego, bał się nazwać to miłością. Zresztą, to było chyba dużo za duże słowo. Myślał czasem nad tym rozwiązaniem. Nie wydawało mu się zbyt prawdopodobne. Była to po prostu niegasnąca namiętność, żądza...
Loki uniósł nad siebie dłoń z rozczapierzonymi palcami i chwile przyglądał się jej, szaro-niebieskiej w poświacie nocy, lub wczesnego świtu. A potem powoli położył dwa palce na swoich wargach i powoli przejechał po nich. Uśmiechnął się do siebie, zamykając oczy. Zwilżył każdy z palców, dotykając ich kolejno koniuszkiem języka. Nieśpiesznie, wsunął rękę pod przykrycie i wilgotnymi palcami przejechał po swoim ciele, zaczynając od mostka, a kończąc na podbrzuszu. Uśmiechnął się do swoich, wysłanych do innego świata, myśli. Chłodna dłoń zacisnęła się na członku i przesuwała w górę i dół, coraz szybciej.
To nie trwało długo i nie było niczym, co mógł chociaż porównać do seksu ze Starkiem. Dochodząc, Loki zacisnął wolną dłoń na poszewce poduszki, schował w nią twarz i przytłumionym głosem wyjęczał:
- Tony...
XXX
Ale to wciąż była pewna forma miłości.
Którakolwiek to była godzina, było stanowczo za wcześnie, by obudził ją czyjkolwiek telefon. Czy oni nie mają litości, zajechać ją na śmierć chcą...
- Tu Pepper.
- Potts, spałaś? Przecież jest środek dnia.
- Zmiana strefy czasowej, Tony – wymamrotała, przecierając oczy i siadając na łóżku, bo nie miała złudzeń, że Stark pozwoli jej na taki luksus, jak sen.
- Bądź proszę gotowa za godzinę, zabieram cię na obiecanego drinka – jego głos brzmiał stanowczo, ale radośnie.
- Co.. zaraz, dokąd znowu mnie zabierasz?
- Obiecałem ci drinka, prawda? - Tłumaczył cierpliwie.
- Tak, ale myślałam, że po prostu zajrzę do ciebie wieczorem i wypijemy po szklaneczce.
- Nic z tego Pepper, zbieraj się. - Nie czekając na odpowiedź, rozłączył się. Virginia pokręciła głową w stronę słuchawki i poszła wziąć prysznic.
XXX
Lubił tą krótką, granatową sukienkę, którą założyła, nawet jeśli tak ciężko się ją ściągało. Co zresztą, było już dla niego opcją nieaktualną.
- Powiesz mi w końcu, dokąd jedziemy? - Zapytała, gdy otwierał przed nią drzwi audi.
- Niespodzianka, wsiadaj. - Nie dała się oszukać. Tony uśmiechał się i sprawiał wrażenie beztroskiego, ale w jego oczach widziała smutek. Zastanawiała się, czy powinna pytać, co się stało, czy udawać, że mu wierzy.
Trwał zachód słońca, różowo-pomarańczowe promienie odbijały się od tafli niesamowicie spokojnej wody w zatoce. Tony zamknął drzwi auta i chwyciwszy ją pod ramię, poprowadził w stronę pomostów.
- Mój Boże, Tony. Serio, łódź? - Wywróciła oczami.
- Mam ochotę na małą wycieczkę, a ty będziesz mi towarzyszyć. To jest polecenie służbowe, panno Potts.
- Wiesz Tony, czasem wydaje mi się, że powinniśmy przedefiniować nasze stosunki zawodowe – odparła, ostrożnie stawiając jedną stopę na pokładzie. Łódź lekko się przechyliła i kobieta straciła równowagę. Przed wpadnięciem do wody powstrzymała ją silna dłoń Starka, chwytająca ją za ramię.
- Uważaj!
- Gdybyś mnie uprzedził, ze zakładałabym szpilek... - Mruknęła, wyswobadzając rękę.
- Jesteś jakaś markotna Potts... Możemy odpływać. - Tony wydał polecenie załodze, a sam razem z Pepper, zniknął pod pokładem. - Siadaj.
- Tylko zmęczona.
- To ci dobrze zrobi, osiemnastoletnia. - Napełnił dwie niskie szklanki bursztynowym płynem i usiadł obok niej na białej kanapie.
- Dzięki. Ale ciebie naprawdę chyba coś gryzie. Wiem, że to już nie moja sprawa, ale gdybyś chciał pogadać... - Delikatnie złapał ją za nadgarstek i spojrzał w oczy.
- Wydaje ci się, Pepp. Cieszę się, że cię widzę.
To był pewien rodzaj miłości. Wypracowanej w bólach latami, zbudowanej na konieczności znoszenia się nawzajem, dzień po dniu. Ten rodzaj, którego się nie zauważa. Idealny przykład starego dobrego małżeństwa, które nie zauważyło, ani, kiedy zostali sobie poślubieni, ani mijania kolejnych rocznic.
XXX
Osiemnastoletnia była doskonała i tak przyjemnie rozchodziła cię ciepłem, żyłami, po ciele. Lekko szumiała w głowie i powodowała mocne rumieńce na bladej twarzy kobiety.
Och, gdyby to gorąco mogło wypływać tylko na jej twarzy i nigdzie indziej...
Ciągle jeszcze siedzieli obok siebie, rozmawiając na kompletnie nieważne tematy, ani słowem nie zająknąwszy się o pracy. Tony zdawał się odprężać, jego oczy stały się rozbiegane, a smutek gdzieś zniknął i cieszyła ją myśl, że to jej towarzystwo, tak na niego wpłynęło.
Nagle, dźwięk przychodzącej wiadomości, dochodzący z torebki Potts, momentalnie zburzył spokój chwili. Niechętnie spojrzała na wyświetlacz, a po chwili zastanowienia, stwierdziła, iż nie jest to takie ważne i nadawca może poczekać. Schowała do bocznej kieszonki aparat, na którym wyświetlała się nazwa nadawcy. Masimo.
- Ktoś jeszcze, poza mną, nie daje ci spokoju? - Odwróciła się w stronę Tonyego. Zwinnym ruchem ściągnął z szyi krawat.
- Znajomy z Europy – odparła wymijająco, dolewając sobie i jemu, whisky. Czuła na sobie jego badawcze spojrzenie.
- Twój facet? - Zapytał wprost, nie kryjąc ciekawości.
- Tylko znajomy... - Właściwie nie wiedziała, czemu tak mówi. Może dlatego, żeby to co... było, jest, między nią a Masimem, nie stało się jakieś oficjalne.
- Rumienisz się Pepp, - Zaśmiał się, podchodząc do kobiety. Teraz była przekonana, że się czerwieni. Gdyby tylko to gorąco mogło się znajdować jedynie na jej twarzy, i nigdzie więcej...
- Gorąco mi, to przez tą twoją osiemnastolatkę, Tony.
- O tak, osiemnastolatki sprawią, że każdemu zrobi się gorąco. Chodźmy na pokład, ochłoniesz.
To był pewien rodzaj miłości, który, bez względu na bezprawność, budził pewien rodzaj zazdrości. Takiej, której nie można pokazać. Zazdrości o to, że ktoś może nam chamsko pod pierniczyć najlepszego przyjaciela.
XXX
Było już ciemno. Woda przypominała płynną smołę, niebo rozświetlała łuna świateł wielkiego miasta. Wyglądało to troszkę, jakby niebo płonęło. I ten szum Manhattanu nocą, który po latach traktuje się jak ciszę absolutną.
Wyszli na dziób, śmiejąc się w głos, podpierając siebie nawzajem. Tony trzymał w ręku ich dzisiejszą, osiemnastoletnią partnerkę. Pepper złapała się relingu i wystawiła twarz w stronę lekkiej bryzy. Stark staną za nią i objął ramieniem jej plecy.
W tamtej chwili, czyli się jak władcy świata.
Rankiem, następnego dnia, abdykowali.
Bo to była miłość, w pewnym sensie. Najpewniejsza z rzeczy, na której oboje mogli się oprzeć.
XXX
- Loki, synu, co się dzieje? - Frigga skorzystała z chwili, gdy została w komnacie sama z synem. Usiadła w fotelu naprzeciwko, a jej czujne, wpijające się w niego spojrzenie, kazało odłożyć czytaną książkę.
- Najpierw Thor, teraz ty, matko. Czemu uważacie, że coś się dzieje? - Starał się ją zbyć łagodnie, przybierając najbardziej niewinny wyraz twarzy, na jaki było do stać. Królowa przygryzła usta i zaczęła mówić.
- Pamiętasz, gdy podczas zabawy, stłukliście waze w sali tronowej? Wiem, że wziąłeś na siebie winę za Thora. I że kryłeś jego ucieczki do tej dziewki w mieście, gdy byliście starsi, też wiem. I wiedziałam, że nie będziesz chciał powrotu brata, gdy tylko ci powiedziałam, że ojciec zostawił taką możliwość. Nie ważne, jak dobrym kłamcą jesteś, Loki, mnie nie oszukasz. - Przez chwilę głupio mu było spojrzeć jej w oczy. - Tęsknisz za kimś, prawda? Za kimś z Ziemi.
- Thor coś ci mówił? - Zapytał, grając na czas.
- Nikt mi niczego nie musiał mówić, to widać. - Loki wyglądał na wystraszonego, Frigga uśmiechnęła się łagodnie. - Nie martw się, wszyscy są zbyt zaaferowani zaręczynami Thora, by się tobie przyglądać.
- Z wyjątkiem ciebie.
- Jestem twoją matką. – Lekko wzruszyła ramionami. - Zawszę się wam przyglądam. Powiesz mi coś więcej?
- Może i bym powiedział, matko. - A ty wiedziałabyś, że i tak cię okłamuję, zbyt wiele prawdy nie mógłbym powiedzieć – Ale najpierw sam muszę się w tym rozeznać.
- Nie obraź się, synu, ale uczucia nigdy nie były twoją mocną stroną. Wiedz tylko, że bez względu na wszystko, jestem przy tobie.
- Dlaczego mówisz tak, jakby było w tym coś złego? - Zapytał mrużąc lekko oczy, bojąc się, jak wiele matka mogła odgadnąć. Królowa w odpowiedzi pokręciła tylko głową.
- Chcesz jak najszybciej wrócić do Midgardu, mimo, iż Thor wyciągał cię tam siłą... Jeszcze tylko parę dni i będziecie wracać. Ale, jeśli to dla ciebie ważne, mogę porozmawiać w ojcem, by pozwolił ci lecieć tam wcześniej. - Delikatnie dotknęła dłonią jego policzka, jakby był ciągle małym chłopcem. W jakimś stopniu, obaj synowie, właśnie tacy dla niej byli.
- Dziękuję, matko.
XXX
- I to jest kurwa pytanie... - Wymamrotał Tony, patrząc w otwory na oczy maski Marka, trzymanej w jednej dłoni. Siedział w swoim warsztacie, a na blacie, na którym się podpierał, rosła plama alkoholu z przewróconej butelki. Westchnął, pociągnął duży łyk ze szklanki wypełnionej przejrzystą cieczą i, o mały włos, nie wywinął fikołka to tyłu, próbując oprzeć się o nieistniejące oparcie. Miał wrażenie, że Mark patrzy na niego z wyrzutem. - Ty też mnie potępiasz, co? - Warknął. - I ty, Jarvis, prawda!? - AI posiadało IQ na tyle wysokie, by to przemilczeć. Wyglądające, na tyle, na ile to dla robota możliwe, na przestraszone, automatyczne ramię przysunęło się bliżej, ostrożnie próbując zabrać swojemu panu ocalałą jeszcze butelkę.
- Ani mi się waż, zdrajco. - Tony pogroził mu palcem i skruszony robot usunął się w cień. Stark podparł się wygodniej na blacie i spojrzał w przepastne oczy Marka.
Chciałby, żeby chociaż przez chwilę, jego życie przestało wirować, zupełnie tak, jak cały świat w tej chwili.
XXX
Dawno, bardzo dawno nie spędzali ze sobą tyle czasu, nawet nie udając, że pracują. Następnego dnia po małym wypadzie na wodę, siedzieli u niego w salonie, jedli pizze i oglądali film. Tony czuł się w jej towarzystwie zupełnie swobodnie, całkowicie sobą.
To spowodowało, że uderzyło w niego, jak bardzo sobą nie był przy Lokim. Nie chodziło o to, że kogoś udawał. Bóg go po prostu zmieniał i to nie do poznania. Nie wiedział tylko, czy to dobrze, czy to źle i czy to go w ogóle cieszy.
Czuł, że ten związek zaczyna go dużo kosztować. Za dużo, a Tony nie lubił, gdy życie stawiało przed nim trudności, zawsze szybko je usuwał. Ale kochał Lokiego, a to okazało się trudnością samą w sobie, w dodatku, nie do przesunięcia, ani ominięcia.
Bał się, że jego beztroska, idąca na łatwiznę natura, weźmie górę.
I właśnie wtedy, jakoś tak, jego myśli popłynęły w stronę Pepper.
- Masz ochotę wyskoczyć dziś na tańce? - Zapytał niby od niechcenia, stając nad jej biurkiem.
- Tańce? Tony, zapraszasz mnie na tańce? - Wydawała się być w najwyższym stopniu zszokowana.
- Tak, co w tym dziwnego? - Zmarszczył brwi.
- Nie spędzaliśmy razem tyle czasu nawet, gdy byliśmy parą. Na tańce nie zabrałeś mnie nigdy, raptem raz czy dwa tańczyliśmy na jakiś bankietach... Nawet nie wiem, czy umiesz tańczyć.
- Pepper, jestem genialny, nie zapominaj o tym. I wszechstronny. Mam ochotę się rozerwać, to jak?
- Dobra, ale ja wybieram lokal. Daruj, ale nie ufam twoim wyborom w tej materii.
XXX
Nie znała tego klubu, ale na pośpiesznie przejrzanych serwisach, dostawał dobre opinie. Ulokowany był na najwyższym piętrze i tarasie, jednego z wieżowców. Miłe miejsce, niezatłoczone, dyskretnie oświetlone i co najważniejsze, żadnych znajomych, żadnych dziennikarzy. Naprawdę, nie miała ochoty użerać się z brukowcami. Znowu.
- Wódka z Martini, tak? - Zapytał Tony, podchodząc do baru.
- Tak. I niech nie żałują oliwek. - To był naprawdę udany wieczór. Oczywiście, nie wątpiła, że Tony potrafi tańczyć coś więcej, niż wolne kołysanie się na sztywnych bankietach. A nawet, jeśli popołudniu jeszcze nie umiał, to się nauczył. Punkt honoru, powiedział, że świetnie tańczy i musiał jej to udowodnić. Nawet ją to śmieszyło, ego, które z trudem mieściło się w Stark Tower.
Pomyślała, że nie odpisała Masimo na smsa...
- O czym myślisz? - Zapytał, obracając ją w tańcu i łapiąc w pasie.
- Przypomniało mi się coś zabawnego... nie ważne – odparła wymijająco.
- Chodź, napijmy się jeszcze.
XXX
Oczywiście, że za nim tęsknił, oczywiście, że o nim myślał, ale te myśli... były problematyczne, sprawiały ból. Dlatego też, uciekał od nich, zgodnie z zasadą, by nie przysparzać sobie niepotrzebnych zmartwień, te konieczne i tak cię znajdą. Był to jeden z powodów, dla których tak chętnie spędzał czas z Pepper. Tak łatwo było przy niej nie skupiać się na tych upierdliwych myślach.
Ale oczywiście, tęsknił, zupełnie tak samo, jak książę w Asgardzie, tylko, że on, nie miał w co uciec od tęsknoty. A Potts zawsze stałą murem przy Starku.
XXX
Wyszli na dwór, porozmawiać, odetchnąć świeżym powietrzem.
- Naprawdę nieźle tańczysz – powiedziała, opierając się o barierkę.
- Mówiłem, Potts, powinnaś mi bardziej ufać. - Patrzył na nią z boku, na uroczo zaróżowione policzki, lekko roztrzepane włosy i krople potu, błyszczące na jej obojczykach. Wyprostowała się i stanęła na wprost niego.
O nie..., pomyślała, patrząc wprost w jego ciemne oczy.
Nagle poczuła, jak cała ta Europa i wszystko, co tam się wydarzyło, traci znaczenie. Co za cholernie niezręczna sytuacja.
Tony stał blisko, za blisko. Jego gorący oddech omiatał jej szyję, a ona nie mogła spuścić oczu. Wbrew jej woli, ramiona zaczęły drżeć.
A miało być tak pięknie...
- Cholera jasna... - Zaklęła, odwracając głowę. Spanikowany Tony, nie wiedząc, co robić, chwycił jej drżące ramiona i próbował spojrzeć w twarz.
- Dobrze się czujesz? - Pociągnęła nosem, jakby wstrzymywała płacz i spojrzała na niego.
- Nie Tony, nie czuję się dobrze. - Przeniosła spojrzenie na panoramę miasta. - Może to ten alkohol... Kocham cię, Tony. Nie mogę przestać, przepraszam. - Ukryła twarz w dłoniach. Miliarder, geniusz, playboy i filantrop, jak każdy mężczyzna, był zupełnie bezradny wobec łez kobiety. Rozumiał ją, czuł się winny, a do tego... czuł taką niesamowitą czułość, wobec tej łkającej w jego ramionach kobiety. - Nie dotykaj mnie – dodała szeptem. Nie posłuchał, przyciągnął ją bliżej.
Jej usta smakowały jak wódka z Martini, z dużą ilością poczucia winy.
Ten rodzaj miłości, w której mógł być jej zupełnie i całkowicie pewien.
XXX
I dlatego też, siedział teraz schowany w swoim warsztacie, schlany, odgrywając scenki z „Hamleta". Bardzo by sobie życzył, aby cały ten świat szlag trafił. Z nim w pierwszej kolejności.
