NADIA

W oczach zbiera mi się coraz więcej łez, ale są to łzy bezsilności. Ręka z bronią zaczyna się trząść. Mrużę oczy, aby pohamować łzy i stabilizuję pistolet w prawej ręce. Nie. Nie zostanę tu ani chwili dłużej. Ani jej nie zabiję. Nie mogę do niej strzelić, chociaż kłamie. Moja matka nie żyje. Vincent Sołowjow ją zabił. Nie żyje. Nie może stać przede mną.

Jak mnie znalazła i skąd się wzięła? Gdzie była przez całe moje życie? Jakim cudem pojawiła się, kiedy potrzebowaliśmy pomocy? To nie może być jeden wielki zbieg okoliczności. Przypadki się zdarzają, ale nie takie.

Patrzę na jej twarz i widzę swoje starsze o trzydzieści lat oblicze. Nawet głupi kolor włosów się zgadza.

- Więc jeśli cię zabiję, to nic nie zmieni – syczę przez zaciśnięte zęby. - I tak nie żyjesz.

Oleg trąca ramieniem kobietę, w którą mierzę i mija ją, pospiesznie podchodząc do mnie. Przed oczami miga mi jego czarne ubranie.

- Nadia – próbuje sprowadzić mnie na ziemię. Kładzie dłoń na zamku mojej broni i chce opuścić ją w dół. Chwytam za jego nadgarstek lewą ręką i wykręcam ją, aż Gorelov się wyrywa. - Nadija...

- Wychodzimy – mówię do niego i do Barnesa. - Zabierzcie Steve'a.

- Jeśli teraz wyjdziecie... - zaczyna kobieta. Robię krok do przodu i wciskam lufę w środek jej czoła.

- Zamknij się – warczę niskim, gardłowym głosem. - Zabierzcie go do samochodu.

- Nadia, proszę... - kobieta zmienia ton na błagający. - Jest kilka rzeczy, o których musisz wiedzieć.

- Strzelę, jeśli powiesz jeszcze jedno słowo.

Spoglądam na wstrząśniętego Barnesa, który jeszcze ani razu się nie odezwał i Gorelova po mojej lewej.

- Oleg – ponaglam go głosem balansującym na granicy paniki i zimnej furii.

Gorelov bierze głęboki wdech i patrzy na Buchanana. Oboje ruszają się z miejsca i idą ku piwnicy.

Nienawistnie patrzę na kobietę, której przed kilkoma godzinami nawet nie znałam, a która podaje się za moją matkę. Pomimo uderzającego podobieństwa między nami, nie chcę przyznać się sama przed sobą, że to może być moja matka.

Moja matka nie żyje. Zginęła. Ta kobieta kłamie. Jaka matka zostawia dziecko i pozwala, aby despotyczny ojciec wyszkolił je na zabójcę?

Zaciskam zęby i wykrzywiam twarz w gniewnym grymasie. Wciskam lufę mocniej w jej skórę:

- Moja matka nie żyje – warczę, a nasze twarze dzieli najwyżej dziesięć centymetrów. Patrzę w jej zdeterminowane i smutne oczy, ledwo nad sobą panując. Furia emanuje z każdego centymetra mojego ciała. - Jeśli jeszcze raz się do mnie zbliżysz, przestrzelę ci łeb.

Opuszczam P30 i odchodzę szybkim, zdecydowanym krokiem. Dołączam do Barnesa i Gorelova w garażu. Nie wierzę tej kobiecie. Usilnie powtarzam to sobie w głowie, kiedy wsiadam za kierownicę. Trzęsącą dłonią wkładam kluczyk do stacyjki i słyszę znajomy ryk silnika Maserati.

Rudowłosa kobieta staje w progu garażu i patrzy na mnie błagalnym wzrokiem. Obrzucam ją morderczym spojrzeniem.

- Weźcie chociaż moje auto – słyszę jej zniekształcony przez grube szyby samochodu. Mówi Gorelova i rzuca mu kluczyki.

A ten łapie je i podchodzi do drzwi jej samochodu.

Piorunuję go pytającym i pełnym wyrzutu spojrzeniem, ale jedynie zerka na mnie z dezaprobatą. Dołącza do niego Harriet, która trzymała się od nas z daleka przez cały pobyt w domu nieznajomej. Zajmuje miejsce pasażera z przodu, kiedy Oleg wsiada za kierownicę srebrnego BMW. Pierwszy wyjeżdża z garażu.

Barnes siada z tyłu koło Steve'a. Kapitan Ameryka, wciąż nieprzytomny, leży w bagażniku samochodu, a jego głowa spoczywa na miejscu złożonego tylnego siedzenia. Gdzieś koło niego o wnętrze samochodu obija się tarcza, której nikt nie wyjmował.

Buchanan przypina worek z kroplówką do wieszaka przy uchwycie nad swoim oknem.

Wciskam hamulec i przełączam gałkę zmiany trybów na R. Wciskam gaz i samochód zaczyna się cofać z dużą prędkością. Odwracam wzrok od kobiety i wyjeżdżam z podjazdu jej białego domu.

Nie zatrzymuję się, kiedy wychodzi za nami i patrzy na samochód tak, jakby chciała go zatrzymać siłą woli. Wiatr rozwiewa jej długie, rudawe włosy. Trzyma rękoma rozpięty, szary sweter, na który niedawno miała założony lekarski kitel. Jej ubranie powiewa na wietrze i nie umie nad nim zapanować.

A co, jeśli to jest moja matka?

Zmieniam tryb na D i wciskam gaz do oporu. Dłużej nie kieruję na nią spojrzenia. Nie chcę, aby w mojej głowie pojawiły się jakiekolwiek wątpliwości.

Dołączam do Gorelova na pierwszym skrzyżowaniu. Zatrzymuję samochód przed tylnymi światłami srebrnego sedana i zmieniam tryb na neutralny.

Opieram lewą rękę pod oknem kierowcy i kładę palec wskazujący na ustach. Biorę kilka głębokich wdechów. Patrzę w lusterko wsteczne i napotykam spojrzenie Barnesa. Szybko odwracam wzrok i sprawdzam godzinę. Wyświetlacz na desce rozdzielczej wskazuje za pięć dziesiątą.

Barnes nie ma na sobie żadnej kurtki. Włączam ogrzewanie okrągłym przyciskiem pod deską rozdzielczą i choć jest połowa kwietnia, termometr wskazuje siedem stopni powyżej zera. Po chwili jest to tylko sześć.

Światło zmienia się na zielone i ruszam. Barnes cały czas się na mnie patrzy. Przyspieszam i na dwupasmowej drodze zjeżdżam na prawy pas. Równam do samochodu z Olegiem i Harriet. Twarz agentki miga mi przed oczami, gdy mijam ich i wjeżdżam przed srebrnego sedana.

Samochód Gorelova nie jest w stanie dogonić rozpędzonego Maserati. Przyspieszam jeszcze bardziej. Inne samochody zjeżdżają mi z drogi. Nie wiem, jak szybko pędzę do drodze. Samochód lekko i płynnie sunie po autostradzie, kiedy skręcam w lewo i miejskie zabudowania pozostają za nami. Gdzieś w tyle widzę srebrny, jadący za nami sedan.

Od schronu dzieli nas jeszcze przynajmniej pięć kilometrów. Wyłączone radio i milczenie nie są najlepszym połączeniem. Jednak Barnes chyba czyta mi w myślach i odzywa się po kilkunastu minutach jazdy:

- Czemu chcesz mnie zostawić?

Jego głos jest zimny i pełen wyrzutu. Na kierownicy trzymam tylko lewą rękę, drugą nawykowo chcę położyć na gałce zmiany biegów. W porę przypominam sobie, że Maserati ma automatyczną skrzynię biegów.

Kątem oka zauważam, że dalej trzęsą mi się ręce. Mocniej zaciskam dłoń na kierownicy, aby przestała drgać.

- Zostawić? - pytam słabym głosem. Nie chcę go zostawić. Ale muszę.

- A jak to inaczej nazwać? - odpowiada, a jego głos spływa jadem. - Myślałem, że...

- Że co? - nie pozwalam, aby choć na moment zapadła cisza. Wpatruję się w drogę przed nami, ale uważnie go słucham.

Samochód pędzi około stu kilometrów na godzinę. Autostrada przechodzi w jednopasmową drogę między dwoma połaciami lasu. Wyjechaliśmy z miasta.

- Nie mogę pozwolić ci tak po prostu pojechać – mówi po chwili stanowczym tonem.

Sprawnie lawiruję rozpędzonym do setki samochodem po dosyć krętej jezdni. Barnes w pewnym momencie chwyta się uchwytu przy drzwiach i wlepia we mnie wystraszone spojrzenie. Potem spogląda na Steve'a. Staram się, aby Kapitan Ameryka nie obijał się po bagażniku.

- Dostałeś cholerny azyl i do tego cię zrehabilitowali – zaczynam ostrym, pozbawionym litości głosem. - Nie po to cię ratowałam, żebyś teraz ginął przy pierwszej lepszej okazji, bo chcesz nam pomóc! - krzyczę, a mój spotęgowany przez małą powierzchnię głos sprawia, że zaczyna mi piszczeć w uszach. - Zostaniesz w schronie. Przyjąłeś to do wiadomości?!

Czekam na jego odpowiedź i niemalże słyszę, jak się godzi. Jednak zamiast tego z jego ust pada jedno, absurdalnie nieadekwatne słowo:

- Nie.

- Kurwa! - wybucham i szarpię kierownicą w lewo. Wyjeżdżam na przeciwny pas, a samochód niemalże przewraca się na dach. Wciskam gaz do oporu, a Maserati skacze do przodu. Wyrównuje do samochodu na pasie obok i mija go. Za zakrętem pojawia się samochód.

- Czy przyjąłeś to do wiadomości?! - krzyczę do Barnesa i przyspieszam jeszcze bardziej. Słyszę trąbienie, które dochodzi ze srebrnego BMW, który również wyjechał na przeciwny pas. - Słucham?!

GranTurismo coraz bardziej zbliża się do pędzącego na nas vana. Gorelov wraca na swój pas, chowając się za białą terenówką. Nadal mam kontrolę nad swoim samochodem, ale drastycznie zmniejsza się bezpieczna odległość.

- Pytam się! - wrzeszczę rozszalałym głosem.

- Tak! - Barnes daje się opanować panice. - Tak. Chryste, tak!

Skręcam kierownicę w prawo i Maserati wraca na właściwy pas sekundę przed tym, jak czarny van mija nas, niemalże ocierając się bokiem. Samochód odrywa się od ziemi i przez moment jedzie na dwóch kołach. Wciskam hamulec i GranTurismo zwalnia ze stu pięćdziesięciu do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, wracając na cztery koła.

Zapada martwa cisza. Buchanan oddycha ciężko i szybko. Zaciskam zęby i skręcam w prawo. Z jezdni zjeżdżam na leśną drogę, którą są wyżłobione w błocie koleiny. Po czterystu metrach droga rozwidla się. Jadę prosto.

Zimowy Żołnierz nadal nie może dojść do siebie, nawet kiedy przed nami wyrasta kwadratowy, metalowy budynek w połowie schowany w ziemi. Zatrzymuję samochód przy frontowej ścianie, wysokiej na pięć metrów i szerokiej na dwadzieścia.

- Witamy w schronie – mówię cierpko i wychodzę z samochodu.

Obok Maserati parkuje sedan z Gorelovem i Harriet w środku. Oleg wybiega z samochodu i zbliża się do mnie. Barnes otwiera swoje drzwi i też chce wyjść, ale nogi uginają się pod nim i musi oprzeć się na samochodzie. Przeklina pod nosem i próbuje się pozbierać.

- Chto takoye, blyad'? - unosi się Gorelov i piorunuje mnie spojrzeniem.

- Pan Barnes potrzebował przejażdżki, żeby pójść po rozum do głowy – odpowiadam beznamiętnie i studzę ton rozemocjonowanego Gorelova.

Buchanan patrzy na nas spode łba, usiłując wrócić do pionu. Ale zawodzą go nogi i upada dłońmi na rozmokniętą, brudną ziemię. Podsumowuje wszystko jednym niewybrednym słowem. Gorelov podchodzi do niego i łapie pod rękę.

- Wstawaj, żołnierzu – mówi i podnosi słaniającego się na nogach Barnesa.

Ze środka schronu wybiega czterech uzbrojonych strażników TARCZY. Za nimi szybkim krokiem idzie znajomy mi agent. Młody, przystojny mężczyzna z G36 w rękach zmierza ku nam.

Upchurch.

- Agentka Sołowjow i agent Gorelov - uprzedzam jego oczywiste pytanie. - Zaprowadźcie nas do Fury'ego.

Upchurch podchodzi do nas i z jego ust niemalże wydobywa się okrzyk, gdy z sedana wychodzi Harriet. Agenci rzucają się sobie w objęcia.

- Harriet – mówi Eugene, obejmując najwidoczniej bliską dla niego kobietę.

Kiedy kończą to pełne emocji przywitanie, Upchurch zwraca się do nas:

- Dziękuję, że przywieźliście tu moją siostrę.

W jego uradowanych oczach widać prawdziwą wdzięczność.

- Szef na was czeka – dodaje i wskazuje głową wejście do schronu. Gorelov zaczyna prowadzić do środka Barnesa, a Harriet wtula się w swojego - jak przed chwilą się dowiedziałam – brata.

- Przyślijcie sanitariuszy, w bagażniku leży nieprzytomny Kapitan Ameryka – oznajmiam agentowi. Ten posyła swoich kolegów pod nosze, a ja otwieram bagażnik. Po chwili Steve leży na noszach, a ja trzymam niemalże pusty worek z jego kroplówką.

Agenci otwierają ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi z pionowym uchwytem, a ostatni z nich przytrzymuje je dla mnie. Nie umiem mu odpowiedzieć uśmiechem, więc mijam go bez słowa.

Schron nie różni się wiele od zniszczonej, nowej Bazy. Korytarze są czarne, słabo oświetlone i prowadzą do niezliczonej ilości pomieszczeń. Jednak wszystkie kończą się w Centrali, czyli miejscu, gdzie gromadzą się wszyscy przebywający tu agenci. Schron może pomieścić do trzystu osób w niemalże stu pomieszczeniach sypialnianych położonych kilka metrów pod ziemią.

Upchurch prowadzi nas do Centrali. Ostatni raz szłam tymi podziemnymi korytarzami dobre trzy lata temu. Nick Fury oprowadzał mnie wtedy po całym schronie.

Kieruję spojrzenie na Gorelova prowadzącego Barnesa. Widzę, że Zimowy Żołnierz się trzęsie. W środku jest zapewne tylko o kilka stopni więcej niż na zewnątrz.

- Fajna kurtka – zagaduję do idącego koło mnie strażnika. Ten uśmiecha się i dziękuje. - Pożyczysz mi ją?

Mina nieco mu rzednie, ale ściąga dla mnie kurtkę. Na jej tyle widnieje biały, dobrze widoczny napis ''S.H.I.E.L.D.''. Podchodzę do Barnesa i zarzucam mu ją na ramiona. Odwraca się, nie bardzo mogąc się skoncentrować. Chyba za bardzo go przewiozłam.

Eugene Upchurch zatrzymuje się przy szerokich drzwiach do windy.

- Dokąd go zaprowadzić? - pyta mnie, wskazując na Barnesa. - To więzień?

- To świadek koronny. Dostał azyl. Zaprowadźcie go do ambulatorium i dajcie jakieś zioła na uspokojenie. Tego tu też – wskazuję głową na Steve'a. Podaję kroplówkę strażnikowi. Dwóch z nich zabiera nosze z Kapitanem Ameryką, a trzeci zajmuje się Barnesem.

Ten zrzuca z ramienia jego rękę.

- Nic mi nie jest – odburkuje, rzucając mi przeciągłe, mordercze spojrzenie. Przestaje oponować i odchodzi z sanitariuszami.

Wsiadamy w czwórkę do windy.

- Ilu agentów trafiło do schronu? - pytam, kiedy tylko zamykają się drzwi i winda zaczyna zjeżdżać w dół.

Upchurch waha się, ale w końcu odpowiada:

- Niewielu. Około stu osób.

- A ile było w Bazie? - uprzedza mnie Gorelov.

- Ponad dwieście – mówi posępnym tonem Harriet.

- Hill...? - marszczę brwi.

- Hill jest cała i zdrowa. Zajęli się nią sanitariusze – Eugene kiwa głową. Winda jest już na czternastym poziomie. Tutaj piętra liczone są odwrotnie niż normalnie. Im głębiej, tym wyższe piętro. Na samym dole jest zbrojownia i zajmuje całe dwudzieste piętro. Centrala – wielkie okrągłe pomieszczenie z niezliczoną ilością ekranów - znajduje się na dziewiętnastym.

Dojeżdżamy na wybrane piętro i po kolei wychodzimy z windy. Wejście do Centrali to szklane, dwuskrzydłowe drzwi, które otwiera barkiem Upchurch.

Przed oczami staje mi znajomy widok. W samym środku okrągłej Centrali stoi Nick Fury, ubrany w swój długi czarny płaszcz i rozmawia z jednym z agentów. Niemalże wszystkie stanowiska komputerowe są zajęte. Na dużym, niemalże dwustu-calowym ekranie wyświetla się widziana ze śmigłowca zniszczona Baza. Budynek wygląda okropnie. Zawalona ściana jest zasłonięta wielką, czarną chmurą dymu. Wokół niej krąży straż pożarna i stoi kilka karetek. Szukają pewnie uwięzionych pod gruzami agentów, ale nie sądzę, aby znaleźli kogokolwiek żywego.

Widzę też kilka rządowych, czarnych samochodów. Nowa Baza była położona bardzo blisko Pentagonu. Ktoś od nich musiał się skontaktować z Fury'm.

Schodzimy po metalowych, kratkowanych schodach na najniższy poziom Centrali. Upchurch salutuje przed Nickiem i składa mu szybki raport. Rozglądam się po pomieszczeniu i szukam jakiejkolwiek znajomej twarzy. Jednak wszyscy agenci są z TARCZY, nie ma tu nikogo z Podziemia.

- Nadia – zwraca się do mnie Nick i wyrywa z zamyślenia. Po jego minie od razu widać, że jest przybity. - Vincent...? - od razu zaczyna od najgorszego.

- Nie żyje – odpowiadam chłodno.

- Przykro mi – składa mi szczątkowe kondolencje, których nie potrzebuję. Ze śmiercią ojca pogodziłam się po wczorajszych halucynacjach. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że nie mogę ubolewać nad śmiercią człowieka, który poczynił tyle zła. Nie mogę żałować zdrajcy.

Kiwam głową i spoglądam na betonową posadzkę.

- Eugene, zaprowadź Harriet do jakiegoś wolnego pokoju – szef TARCZY polega agentowi, który nas tu przyprowadził. Upchurch posłusznie wykonuje jego polecenie, a Nick prowadzi nas poza obręb Centrali.

Wchodzimy do małego, ciasnego pomieszczenia z jednym metalowym stołem i dwoma krzesłami po każdej jego stronie.

- Siadajcie – prosi nas Fury.

Gorelov zajmuje miejsce po mojej lewej. Nick siada naprzeciwko nas i splata dłonie na zimnym, obdrapanym blacie. Z góry zwiesza się jedynie stara żarówka, która daje nieco przyćmionego światła.

- Nigdy jeszcze nie byliśmy w tak trudnej sytuacji – zaczyna. Nie patrzy na nas i wiem, że ma dla nas niekoniecznie dobre wiadomości. - Jednak nowa Baza była pewnie od początku celem HYDRY. Dlatego też wysłałem agentkę Romanoff, aby dowiedziała się, jakie są ich dalsze plany. Niestety nie mam od niej żadnych wieści od czasu ataku na naszą Bazę. Prawdopodobnie nie żyje.

Fury milknie i nabiera powietrza do płuc. Patrzę na Gorelova, który uważnie śledzi ruchy Fury'ego. Oleg musi być wyprowadzony z równowagi, ale doskonale to ukrywa. Z zewnątrz może być oazą spokoju, w środku płonie w nim furia.

- Przykro mi to mówić, ale duża część naszych agentów poległa. Ci, którzy przebywają tutaj to odsetek tych, którzy przeżyli atak na Triskelion i ten wczorajszy. Jednak zanim urwał się kontakt z Natashą, przekazała nam, że Mark Nixon będzie w Shell Rock przez kolejne dwa dni. Byłem zmuszony powiadomić rząd Stanów Zjednoczonych o możliwości otwartej wojny z HYDRĄ. Z polecenia Sekretarza obrony na lotnisku czeka na was transportowy Boeing, który zabierze was do Iowa. Sugeruję, abyście się dobrze uzbroili, piętro niżej znajduje się zbrojownia, możecie z niej zabrać, co potrzebujecie. Pentagon poparł decyzję o likwidacji Nixona. Jeśli wykonacie misję, może zapobiegniemy najgorszemu.

Marszczę brwi, nie rozumiejąc, o czym mówi Nick. Gorelov chyba też nie do końca wie, o co mu chodzi.

- Najgorszemu? - pytam.

- HYDRA opracowała najdoskonalszy i najgroźniejszy plan przejęcia rządu Stanów, jaki kiedykolwiek udało się opracować organizacji terrorystycznej – Fury odpowiada powoli i zagadkowo. Poprawia opaskę na oku i kontynuuje. - Mark Nixon pochodzi z Ukrainy. Po śmierci Pierce'a został mianowany szefem HYDRY, ale przedtem był ich strategiem. Przez niemalże dziesięć lat opracowywał plan zniszczenia naszego rządu i wprowadzenia HYDRY do Białego Domu. Najpierw mieli zniszczyć wszystkich, którzy stanowią zagrożenie, ale im w tym przeszkodziliśmy, tracąc Triskelion i wielu agentów. Druga część planu jest o wiele gorsza.

Fury znów przerywa. Widzę, z jakim trudem przychodzi mu przekazanie tego wszystkiego nam obu.

- Jak już wspomniałem, Nixon jest Ukraińcem. Dobrze pamięta katastrofę w Czarnobylu, ale jako jeden z niewielu wie, dlaczego wybudowano tam elektrownię. Rosjanie podczas Zimnej Wojny, pod przykrywką wybudowania systemu wczesnego ostrzegania, postawili tam wielką żelazną ścianę, antenę. Elektrownia miała ją zasilać. Ale antena nie miała służyć jako radar. DUGA była skrajnie niebezpiecznym urządzeniem do wysyłania elektrycznych fal theta, które potrafią wpływać na ludzkie logicznie myślenie i wprowadzić w stan hipnozy.

- Russkiy dyatel - mówię pod nosem. - Rosyjski dzięcioł.

- Ta operacja zakończyła się fiaskiem – odzywa się Oleg, spoglądając na mnie pytająco.

- Tak – Fury kiwa głową. - Elektrownia wybuchła, więc DUGA straciła główne źródło zasilania. Ale znaleźli inne – projekt Wizja opierał się na wykorzystaniu wielkiej energii reaktorów łukowych. HYDRA miała wystarczająco czasu, aby przejął projekty budowy takich reaktorów.

- Chcą uruchomić antenę – kończę. - Chcą uśpić cały Biały Dom i Pentagon. Ale co dalej?

- Najpierw chcieli zlikwidować szczególnie niebezpiecznych dla nich agentów. Zawarli układ z szefem Podziemia. Twój ojciec dołączył do nich, ale postawił warunek. Oboje mieliście być objęci immunitetem. Poza tym był poza podejrzeniami, więc wysłał czterech waszych agentów, aby znaleźli Nixona. Potem miał wysłać was obu, abyście go zlikwidowali. Wtedy plan HYDRY znów by nie wypalił – Fury zerka na mnie. - W międzyczasie miałaś zająć się Barnesem dla niepoznaki. Doszedł do wniosku, że świadek koronny będzie przydatny i był ci wdzięczny, że nie wykonałaś zadania.

- I dlatego skatował go do nieprzytomności? Dlatego zastrzelił Adama? - burzę się. - I pozwolił, aby zniszczyli Bazę w Krasnoznamieńsku pełną ludzi? Pozwolił na atak na Bazę na Lingway Avenue?

- Twój ojciec dołączył do nich pod przykrywką zdrajcy, ale tak naprawdę chciał uratować tylu agentów, ilu mógł – Fury chce mnie uspokoić. Ale jego słowa są zbyt sprzeczne z tym, co się naprawdę wydarzyło. - Zginął w słusznej sprawie. Pomógł nam wiele się dowiedzieć o planach HYDRY.

Nie umiem wydusić z siebie ani słowa więcej. Spoglądam na Gorelova, który jest równie wstrząśnięty, co ja. Nigdy nie spodziewałabym się takiego obrotu spraw.

- Chciał was chronić – dodaje Nick i wstaje. - Samolot będzie gotowy za cztery godziny. Przygotujcie się do tego czasu.

Nick opuszcza małe pomieszczenia, a ja nie umiem poruszyć żadną z kończyn.

- Chyba powinnam iść do Barnesa – wykrztuszam z siebie w końcu. - Powiedzieć mu, że niedługo wylatujemy.

- Tak – Gorelov kiwa głową. - Idź.

Wstaję z zaciśniętymi ustami i wychodzę, powoli odzyskując kontrolę nad swoim ciałem. Mój ojciec nie był zdrajcą. Chciał nas ratować i zginął. Przez to ból w moim sercu wcale nie słabnie. Staje się nie do wytrzymania.

JAMES

schron TARCZY, okolice Waszyngtonu

13 kwietnia, 11:03

Z ambulatorium dwaj mężczyźni zaprowadzili mnie do dziwnego, dużego pokoju z dwoma łóżkami postawionymi przy ścianach i bronią zawieszoną na ścianach. Sanitariusze kazali mi odpocząć i obiecali, że jeśli stan Steve'a się zmieni, pierwszy będę o tym wiedział. Zostawili mi kilka tabletek uspokajających, szklankę wody i nie zamknęli drzwi na klucz. Do tego w pomieszczeniu jest kilka sztuk broni. Ci ludzie muszą mieć do mnie dużo zaufania – zostawili byłego zabójcę HYDRY w niezamkniętym pomieszczeniu i z dostępem do karabinów.

Nie wiem, czy tak ma wyglądać mój azyl. Ale w samochodzie powiedziałem Nadii, że przyjąłem do wiadomości, że nie mogę jechać z nią. Nie jestem pewien, czy jeszcze kiedyś ją zobaczę. Może pod tamtą windą widziałem ją po raz ostatni. Boję się, że zginie, bo wydaje mi się, że ją kocham.

Przez siedemdziesiąt lat nie miałem nikogo, a teraz znalazłem swojego przyjaciela i osobę, za którą byłbym gotów wrócić do HYDRY.

Tak, kocham ją. Gorelov miał rację. To jest miłość i nie umiem zaprzeczać. Nie będę zaprzeczać.

Opieram głowę o ścianę i zamykam oczy. Z zamyślenia nagle wyrywa mnie dźwięk otwieranych drzwi. Skaczę na równe nogi.

Do środka wchodzi dziewczyna z rosyjskim imieniem i zamyka za sobą drzwi. Opiera się o nie plecami i unika mojego spojrzenia.

- To nie jest tak, że chcę cię zostawić – mówi.

- Nadia... - podchodzę do niej, ale przerywa mi:

- Najpierw mnie wysłuchaj – prosi.

Siada na drugim łóżku i zaczyna opowiadać mi wszystko, co powiedział jej Nick Fury. Mówi o planie HYDRY, o jej ojcu, o urządzeniu znajdującym się w Czarnobylu. Na koniec dodaje, że za cztery godziny wylatują do Iowa.

- Znowu przyszłam się pożegnać – uśmiecha się ponuro. - Teraz chyba po raz ostatni. Przykro mi, że tak się stało. Mam nadzieję, że... Że to szybko się skończy i Steve szybko wróci do zdrowia.

Nadia wstaje i kieruje się do drzwi. Zrywam się z łóżka i łapię ja za ramię. Zatrzymuje się.

- Nie wyjdziesz, zanim nie powiesz mi jasno i wyraźnie, że nic do mnie nie czujesz – kręcę głową.

Napotykam się na jej pełne bólu spojrzenie. Agentka, która strzeliła do mnie pod sklepem tamtego wieczoru zmieniła się bezpowrotnie. Ale kocham ją i całe moje ciało walczy, aby ją tu zatrzymać.

- Po prostu to powiedz. Wtedy nie będę cię zatrzymywał – proszę ją.

Nadia unosi ramię, za które ją trzymam i odwraca się, aby wyjść. Puszczam ją, ale zatrzymuje się przy drzwiach. Jestem pewien, że wyjdzie bez odpowiedzi. Niemalże widzę, jak znika za tymi drzwiami.

Odwraca się do mnie i ściąga swoją skórzaną, brązową kurtkę. Szuka czegoś na podszewce, a kiedy znajduje, wsuwa palec w szew i rozrywa go. Coś zaczyna brzęczeć pod spodem, gdy wyjmuje je ze środka kurtki.

Wyciąga łańcuszek, a na nim nieśmiertelnik. Oboje przez moment patrzymy na kawałek metalu i wygrawerowane na nim napisy.

- Każdy agent Podziemia ma taki – mówi cicho. - Zawsze nosimy je przy sobie. A kiedy ktoś z nas ginie, jego nieśmiertelnik wraca do Siewierska i jest palony razem z nim. Mój ojciec je wymyślił.

Nadia ujmuje moją rękę. Na dłoni kładzie mi wisiorek i zamyka ją.

- To jest jedyna rzecz, jaka mi po nim została – dodaje jeszcze ciszej. - Daję ci go jako gwarancję mojego powrotu.

Nadia unosi na mnie spojrzenie i wspina się na palce, aby mnie pocałować. Obejmuje moją szyję ramieniem, a ja delikatnie chwytam ją w pasie. Kiedy odsuwa się ode mnie, obejmuję ją mocno. Opiera głowę na moim barku.

Jeśli będę musiał kiedykolwiek znów walczyć o moje wspomnienia, o to będę zabiegał najbardziej.

- Zobaczymy się szybciej, niż myślisz – szepcze mi do ucha. - Obiecuję.

Kiwam głową i wdycham zapach jej włosów. Cieszę się ostatnimi chwilami, zanim wyjdzie przez te drzwi. Ale obiecała mi, że wróci. Dała mi swój nieśmiertelnik.

- Ale ty też mi coś obiecaj – prosi mnie. - Obiecaj mi, że tu zostaniesz i będziesz się trzymał od tego wszystkiego z dala, dobrze?

- Obiecuję – mówię. Opera brodę na jej głowie i czuję, jak przywiera do mnie. Nadia też nie chce mnie puścić. Ciepło jej ciała jest tak kojące, że na chwilę zamykam oczy. Puszczam ją, choć nie jestem na to gotowy.

Nadia zakłada kurtkę i szybko otwiera drzwi. Obserwuję, jak klamka unosi się, kiedy je za sobą zamyka.

Ściskam w dłoni wisiorek, który mi dała.

NADIA

Po zjedzeniu posiłku oznajmiamy z Gorelovem Fury'emu, że o piętnastej stawimy się na lotnisku. Zgadza się, abyśmy pojechali do arsenału. Brzmi groteskowo, kiedy życzy nam powodzenia.

Plan HYDRY budzi we mnie strach. Teraz, bez ojca, nie wiem, czy Podziemie da sobie radę. Nad tym będę rozmyślać w samolocie.

Kierując się do windy, słyszę, jak dwóch agentów rozmawia o polepszającym się stanie Kapitana Ameryki. Kiedy Steve się obudzi, Nick pewnie wszystko mu wyjaśni. A my w tym czasie będziemy już w drodze do Iowa.

Gorelov pierwszy wchodzi do windy. Drzwi się zamykają i urządzenie zaczyna wznosić nas coraz bliżej powierzchni.

- Bierzemy samochód i broń. Powinniśmy też zabrać jakieś ubrania.

Oleg zgadza się ze mną. Na szesnastym piętrze winda zatrzymuje się i do środka wchodzi Eugene Upchurch.

Salutuje nam, więc odpowiadamy mu tym samym, może w mniejszym stopniu tak dokładnie.

- Na poziom zero? - pyta.

- Tak – odpowiadam.

- Wyjeżdżacie? - dziwi się, a na jego twarzy odmalowuje się coś w rodzaju zawiedzenia.

- Obowiązki wzywają – posępnie kwituje Gorelov. Posyła agentowi namiastkę uśmiechu.

Upchurch kiwa głową. Zauważyłam, że ubrany w czarny uniform agent cały czas chodzi z M-czwórką w rękach, ale jest nad wyraz uprzejmy. Nawet kiedy waliła się Baza, jego słowa były miłe, a on sam sprawiał wrażenie opanowanego.

- Pozwólcie, że was odprowadzę.

Zgadzamy się jednogłośnie i w milczeniu czekamy, aż winda wjedzie na poziom zerowy. Upchurch przepuszcza nas w drzwiach, kiedy winda staje.

W przedsionku schronu są poustawiane nosze i stojaki do kroplówek. Cały budynek jest przystosowany do przebywania w nim wielu rannych. TARCZA zatrudnia tu stały personel medyczny.

Eugene otwiera nam drzwi i przytrzymuje je, gdy wychodzimy na zewnątrz. Uprzejmie się do niego uśmiecham. Przystajemy z Olegiem, aby się z nim pożegnać.

- Jeszcze raz dziękuję za to, że zajęliście się moją siostrą – mówi Upchurch.

- To był nasz obowiązek – Gorelov podaje mu rękę. Eugene ściska ją. Potem potrząsa moją.

Kątem oka zauważam jakiś ruch. Odwracam się przez ramię. Moim oczom ukazuje się stojący kilkanaście metrów od nas mężczyzna. W uniesionej ręce trzyma broń.

Czas zwalnia. Odruchowo rzucam się w stronę Gorelova i powalam go, słysząc wystrzał. Przed oczami przelatuje mi pocisk. Na jego drodze jeszcze ułamek sekundy temu była głowa Olega.

Kula trafia w gardło Eugene. Głowa agenta odskakuje do tyłu, z rąk wypada mu karabin. Ściska dłońmi rozprutą krtań, z której tryska ciemna, gęsta krew. Pada na ziemię, a Oleg dopada do niego i zaczyna ściskać ranę.

Wyszarpuję zza pasa broń, słysząc przeciągły krzyk i odgłos nadbiegających strażników. Zanim dobrze chwytam P30 w obie ręce, strzelam w kierunku uciekającego do zaparkowanego Land-Rovera mężczyzny. Kula trafia go w bok, kolejne dwie w tył uda i łydkę. Ale mimo to dobiega do ukrytego w zaroślach samochodu.

Moje stopy odrywają się od ziemi. Zrywam się do swojego samochodu. Nie mogę pozwolić mu uciec. Bulgot krwi Upchurch'a i jego przerażający, gardłowy jęk pobudza wszystkie moje mięśnie do pracy.

Rzucam pistolet na siedzenie pasażera, wsiadając za kierownicę. Wsuwam kluczyk w stacyjkę i od razu wciskam gaz. Samochód strzelca okazuje się czerwonym Land-Roverem na obcych tablicach rejestracyjnych. Ruszam za nim.

Mężczyzna zostawia mnie w tyle, pędząc środkiem leśnej drogi. Wielkie koła jego samochodu rozbryzgują na boki błoto i ziemię. Kiedy niemalże go doganiam, nagle skręca w lewo z leśnych kolein wyjeżdża na jezdnię. Inne samochody gwałtownie zjeżdżają na boki i hamują, kiedy wymuszam im pierwszeństwo i ruszam za strzelcem.

Przyspieszam niemalże do stu czterdziestu kilometrów na godzinę. Wyjeżdżam na przeciwny pas i otwieram szybę pasażera. W prawą rękę chwytam broń, lewą trzymam kierownicę.

Z naprzeciwka wyjeżdża biała terenówka. Jej kierowca, widząc mnie, skręca w prawo i z impetem wypada z jezdni. Mijając go w zawrotnym tempie widzę jedynie, jak biała maska roztrzaskuje się o drzewa.

Klnę głośno. Land-Rover nie wyrabia na zakręcie i wpada w poślizg. Miażdży dwa inne samochody, przez co zwalnia. Omijam je. Zderzak Maserati niemalże styka się z jego tyłem.

Przewiduję, gdzie strzelec będzie chciał mnie zgubić. Od wjazdu na autostradę wiodącą przez Waszyngton dzielą nas trzy kilometry. Do tego czasu go zastrzelę.

Kierowca lawiruje pomiędzy autami po lewej i prawej, jadąc slalomem. Ja cały czas trzymam się swojego pasa. Chwytam pistolet w prawą dłoń.

Kiedy usiłuję wyprzedzić zielonego sedana, omal nie przypłacam tego zderzeniem czołowym z białym SUV-em. Wracam z piskiem opon na swój pas. Na moment tracę go z oczu, gdy wjeżdża przed zielonego sedana. Kierowca w podeszłym wieku panicznie zerka w tylne lusterko. Głośno trąbiąc, podjeżdżam bardzo blisko bagażnika zielonego samochodu. Mężczyzna wciska gaz w przerażeniu i słyszę, jak jego przód wgniata się w samochód strzelca HYDRY. To moja szansa.

Skręcam w lewo i wjeżdżam na przeciwny pas. Strzelec walczy z własną kierownicą, kiedy kierowca z tyłu dalej pcha go w inną stronę. Dodaję gazu.

Maserati równa do Land-Rovera. Otwieram okno pasażera. Odbezpieczam P-trzydziestkę w tym samym momencie, co mężczyzna spogląda na moją oponę. Przeciwny pas, po którym jadę, jest na szczęście pusty.

Mierzę w jego głowę i w tym samym momencie chowa się szyba kierowcy. Strzelec celuje w moje koło. Muszę pozwolić mu strzelić. Skręcam kierownicę w prawo i uderzam w bok Land-Rovera. Mężczyzna trzaska głową o kierownicę, która skręca się bez jego woli w lewo. Niemalże spycha mnie na pobocze. Jednak szybko się otrząsam. Wiem, że mężczyzna za moment strzeli. Ale muszę mu na to pozwolić, jeśli chcę go zabić.

Strzelec podjeżdża bliżej, a wtedy moja lufa obiera jego głowę za cel. Pociągam za spust w tym samym momencie, co on.

Wszystko dzieje się w zawrotnym tempie. Mój pocisk trafia w jego skroń, a jego kula w moje koło. Przebija je i powietrze ze świstem zaczyna ulatniać się z opony. Auto gwałtownie opada w dół, a ja tracę kontrolę nad samochodem. Na nic zdaje się hamowanie.

Uderzam klatką piersiową o kierownicę i ta skręca nagle w prawo. Zanim znów ją łapię, samochód nabiera prędkości i z impetem wpada w wir. Przechyla się na bok i moment później obraca się wokół własnej osi, zostawiając na jezdni kawałki szkła, blachy i plastiku.

Nie mam żadnej kontroli nad tym, że z moich ust wydobywa się krzyk. Land-Rover uderza o balustradę, w mgnieniu oka tracąc maskę i znika gdzieś daleko w burzy wirujących kawałków przedniej szyby, deski rozdzielczej i urwanego lusterka.

Maserati nie przestaje dachować, dopóki nie spada na pobocze. Nadal wirując, koziołkuje moment w powietrzu i niosąc ze sobą masę szkła, uderza dachem o podłoże. Metalowa blacha wgniata się, a resztki przedniej szyby wpadają do środka.

Zanim przed oczami staje mi ciemność, mój pas zrywa się i padam na sufit Maserati.