Pierwsze szkolne wakacje.
Rano budzi mnie głos cioci:
- Czas już wstawać, Severusie.
Zaspany, niechętnie wstaję z łóżka i wlokę się do łazienki. W czasie kiedy myję i ubieram się, ciocia precyzyjnymi ruchami różdżki stawia patelnię na rozpalonym ogniu, lewituje jajka i wbija je na patelnię przyrządzając jajecznicę. Szybko jemy śniadanie, po czym schodzimy do sklepu. Rano nie ma jeszcze klientów, dopiero po półgodzinie pojawia się pierwszy, powoli zaczynają się schodzić następni a szczyt ruchu w sklepie przypada na godzinę 3-4 po południu. Ciocia staje za ladą i przyjmuje zamówienia oraz pieniądze, a ja wyszukuję zioła. Początkowo ciocia pomaga mi, mówi gdzie co leży, ale szybko się uczę i po kilku godzinach nie trzeba mi już podpowiadać. W porze lunchu zamykamy sklepik i wracamy do mieszkania. Ciocia przygotowuje pożywny posiłek: Kotlety, tłuczone kartofle a na deser czekoladowy pudding. Po krótkim odpoczynku, schodzimy ponownie na dół. W sklepie szybko robi się tłoczno, więc staję za ladą obok cioci i pomagam obsługiwać klientów. W sklepie dobrze sobie radzę, bo jestem szybki, zwinny i znam się na ziołach. Ciocia jest ze mnie zadowolona, jestem dla niej dużą pomocą. O dwudziestej zamykamy sklepik i idziemy na górę. Ciocia robi na kolację urozmaicone kanapki lewitując różdżką różne wiktuały i magicznie krojąc chleb. Jestem tak zmęczony, że nie mam nawet siły iść na do Mike,a na Nokturn. Po kolacji myję się i od razu zasypiam. Mam wrażenie, że dopiero co zasnąłem, gdy słyszę głos cioci:
- Severus, pora wstawać.
Pierwsze dni są dla mnie bardzo ciężkie, bo nie jestem przyzwyczajony do systematycznej, fizycznej pracy. Ciocia to widzi i daje mi dodatkowo wolny poniedziałek. Umawiamy się, że będę pracował od wtorku do sobotniego popołudnia. W sobotę, po pracy, idę do Mike,a na Nokturn. Na mieście jest duży ruch, ludzie przechadzają się, wstępują „na jednego", lub coś zjeść do licznych, otwartych knajp. Mulcibera spotykam w bramie kamienicy.
- Domyśliłem się, że dzisiaj przyjdziesz,- śmieje się mój kumpel.
Witamy się poklepując po plecach. Mike prowadzi mnie w kierunku knajpy, gdzie jak pamiętam przed rokiem sprzedał amulet.
- Jest świetny interes do zrobienia, - mówi.
- Jaki?- Pytam.
- Eliksir wielosokowy. W dużej ilości. Facet daje składniki po cenie hurtowej i odlicza je przy wypłacie. Jak eliksir nie wyjdzie, to zwracamy pieniądze. Wchodzisz w to? Kasą dzielimy się na pół.
- Na pół?- Śmieję się,- przecież to ja będę warzył.
- Ale to ja naraiłem klienta…
- W sklepie u cioci mam dużo pracy, - wzruszam ramionami. - I jestem zmęczony. A eliksir wielosokowy wymaga uwagi… No i warzy się go co najmniej miesiąc księżycowy.
- Nie możesz zrezygnować?
- Co ty,- śmieję się. - Pracuję za wikt i opierunek.
- Może ciotka by cię wcześniej puszczała?
- Niedziele i poniedziałki mam wolne,- informuję, - a po południu w sklepie jest największy ruch.
- Dwie trzecie zysku dla ciebie, - mówi z bólem w głosie Mike.
- Dobrze, zgadzam się.
Lubię Mulcibera i wiem, że ma ciężką sytuację, ale ja też nie mam lekko i muszę zadbać o siebie.
- W razie niepowodzenia, to ty zwracasz za składniki,- mówi Mike.
- Dobrze,- śmieję się, - ale masz mnie bezwzględnie słuchać przy warzeniu. Jeżeli przez swoją głupotę zniszczysz eliksir, to ty płacisz.
- Dobrze.
Wchodzimy do speluny, w środku jest ciemno, smród i dużo ludzi, ognista whisky leje się strumieniami, pijani faceci zataczają się, ktoś leży na stole we własnych rzygowinach, ktoś kłóci się z barmanem. Mike prowadzi mnie do siedzącego w ciemnym kącie mężczyzny. Gdy podchodzimy, facet spod zmrużonych powiek intensywnie się nam przygląda. Ma chudą, odpychającą, pomarszczoną twarz i wygląda, jakby się dużo wcześniej postarzał.
- Ty będziesz warzył?- Mówi ochrypłym, charczącym głosem, wskazując brodą na mnie.
- Tak, - odpowiadam.
- Gdzie?
- U mnie w piwnicy,- mówi Mike.- Tam jest bezpiecznie, nikt nie zagląda, piwnica jest nieużywana no i można ją zamknąć.
Facet przez chwilę się namyśla.
- Dobrze,- chrypi, -jutro przyniosę wam potrzebne składniki. Pokażecie mi, gdzie będziecie warzyć. Tylko nie spieprzcie, bo pożałujecie, że się urodziliście.
Przytakuję głową. Nie mam śmiałości pytać, ile płaci. Mike podaje swój adres i umawiamy się jutro, o osiemnastej w bramie jego domu. Wychodzimy na Nokturn i wypuszczam powietrze z płuc nieświadomy, że wstrzymywałem oddech.
- Skąd żeś wytrzasnął takiego typa, Mulciber?
- Rozpytywał się o dobrego, taniego, dyskretnego warzyciela. Niełatwo takiego znaleźć. Powiedział mi o nim kolega ojca, wie że jest nam ciężko….A ja pomyślałem o tobie.
- Ten " tani" nie podoba mi się, - mówię.
- Jutro pogadamy z facetem, jak będzie na naszym terenie, - odpowiada Mike.
Włóczymy się trochę po Nokturnie, ale nie mamy pieniędzy nawet na piwo kremowe.
- Ciotka nie zapłaciła ci tygodniówki?
- Nie, zapłaci mi na koniec wakacji, przynajmniej będzie jakiś konkretny pieniądz. Po odliczeniu za jedzenie, dużo nie zostanie.
Ciocia obiecała, że założy mi konto u Gringotta. Mam zamiar odkładać pieniądze, ale tego już nie mówię Mulciberowi. Większość książek do drugiej klasy będę miał po mamie, a szaty dopasuje mi ciocia, po niewielkiej przeróbce te co mam będą jeszcze dobre. Składniki do eliksirów dostanę w prezencie, jak zawsze, i nie będę musiał za nie płacić. Coraz bardziej dociera do mnie ta niewygodna prawda, że jestem biedny, bez rodzinnych koneksji i w życiu będę musiał radzić sobie sam. Robi się późno i Mike odprowadza mnie na Pokątną. Umawiamy się jutro o szesnastej.
xxx
W niedzielę wreszcie się wysypiam. Po śniadaniu biorę się za odrabianie prac wakacyjnych, bo chcę to mieć jak najszybciej za sobą.
- Czy mogę przeglądnąć "Eliksiry Współczesne"? - Po godzinie ślęczenia nad książkami pytam cioci.
- Tak,- słyszę w odpowiedzi.
Ciocia czyta jakieś fachowe czasopismo, bo musi być na bieżąco, musi umieć dobrze doradzić klientowi. Fachowe porady zwiększają popularność sklepu i przysparzają kupujących, bo położenie sklepiku na obrzeżach Pokątnej raczej nie ułatwia prowadzenia interesu. Znajduję w bibliotece "Eliksiry.." i otwieram na stronie o eliksirze wielosokowym. Różdżką skanuję przepis na pergamin i zagłębiam się w czytaniu. Przepis ma trochę nieścisłości, po dodaniu skórki Boomslanga miesza się do zmiany koloru a nie 7 razy a sok ze strąków najlepiej uzyskać miażdżąc je tępą stroną noża, najlepiej srebrnego a nie wyciskając, bo przy wyciskaniu zwykle uzyskujemy mniej soku, więc trzeba by zużyć więcej strąków niż jest podanych w przepisie, bo inaczej eliksir nie wyjdzie. Pergamin z zeskanowanym przepisem chowam do kieszeni szaty, a książkę odkładam na półkę. Ciocia unosi wzrok znad lektury.
- Mógłbyś zrobić zakupy? W tygodniu nie ma za bardzo kiedy.
- Dobrze.
Dostaję listę zakupów i pieniądze do rozliczenia. Wracam obładowany głównie warzywami, ale kupiłem także pieczywo i mięso oraz trochę owoców. Pomagam sobie różdżką dyskretnie lewitując siatki i obserwując, czy nikt mi się nie przygląda, bo na Pokątnej ktoś mógłby mi zwrócić uwagę, że używam różdżki, mógłbym mieć nieprzyjemności. Na Śmiertelnym Nokturnie nikt się nie przejmuje używaniem różdżek przez nieletnich i dzieciaki czarują na ulicy. Po obiedzie pakuję przybory do warzenia poza kociołkiem, Mike ma całkiem niezły, i idę na Nokturn. Mulciber już czeka na mnie, razem schodzimy do piwnicy i Mike przepędza młodszego brata który włóczy się za nami. W piwnicy jest wszystko co potrzeba do warzenia, stary, ale stabilny stół, kociołek, trochę świec. Zapalam różdżką świece i umieszczamy je z Mike,m pod sufitem. Doczyszczam kociołek, musi być idealnie czysty, żeby nie spieprzyć eliksiru. O oznaczonej godzinie, wychodzimy przed bramę. Czekamy kilka minut, nim zjawia się facet ze speluny. W piwnicy gość ogląda zabezpieczenia i widzę, że jest zadowolony. Facet podaje sumę która bardzo nas zadowala, ale nie dajemy tego poznać po sobie. Umawiamy się za pięć tygodni, bo wtedy eliksir powinien już być gotowy, po czym odprowadzamy gościa do bramy i wracamy do piwnicy. Na stole rozkładam składniki: Muchy siarkoskrzydłe, pijawki, ślaz, rdest ptasi, sproszkowany róg dwurożca, skórkę boomslanga, strąki. Składniki są drogie i wiem, że nie mogę spieprzyć eliksiru, bo się nie wypłacę.
- Idź Mike, - mówię - nie będziesz mi potrzeby, będziesz mnie tylko rozpraszał.
- Dobrze, będę pilnował, żeby nikt ci nie przeszkadzał.
Koncentruję się i zaczynam warzyć. Po trzech godzinach kończę, zabezpieczam eliksir i wychodzę. Mulciber czeka pod drzwiami. Razem nakładamy klątwy zabezpieczające na drzwi piwnicy i umawiamy się na jutro rano. Jest już późno, gdy wracam do domu. Ciocia patrzy na mnie podejrzliwie, ale nic nie mówi. Udając zmęczenie unikam kontaktu wzrokowego, myję się i kładę do łóżka. Przed zaśnięciem oczyszczam umysł. W Hogwarcie ćwiczyłem oklumencję systematycznie ale przez pierwsze dni wakacji byłem zbyt zmęczony, żeby ćwiczyć. Pozbywam się wszelkich uczuć, blokuję emocje. Wychodzi mi to coraz lepiej. W poniedziałek budzę się, gdy ciocia jest już w sklepie. Na stole czeka na mnie śniadanie. Po posiłku idę na Nokturn. Przez kilka godzin będę warzył w piwnicy Mulcibera. Późnym popołudniem zabezpieczam eliksir. Mikstura musi się kisić siedem dni, do przyszłego poniedziałku. Wracam do domu i widzę, że nie uniknę rozmowy z zaniepokojoną ciocią.
- Czemu włóczysz się po Nokturnie? Ten Mulciber bardzo mi się nie podoba.
Ciocia ma dużą wiedzę o moich kolegach podejrzewam, że jest to sprawka Argusa.
- To mój kolega z dormitorium, czemu nie mogę się z nim spotykać?
- Jego ojciec to kawał drania, nie cierpi mugoli, a ty jesteś półkrwi.
Uśmiecham się krzywo, bo nie lubię jak mi się o tym przypomina.
- Ćwiczę oklumencję, - mówię.
Ciotka przypatruje mi się uważnie.
- Nie zadawaj się z nim, sprowadzi cię na złą drogę. Jego ojciec siedzi w Azkabanie.
- Wiem,- odpowiadam rozdrażniony. - Nic złego nie robimy. Evan też mieszka na Nokturnie,- przypominam.
Ciotka wzdycha.
- Jaki eliksir warzysz?
- Szkolny. Pomagam Mike'owi, jest kiepski z eliksirów, - mówię zgodnie z prawdą.
- A czego szukałeś w "Eliksirach Współczesnych"?- Dopytuje się ciotka.
- Coś chciałem sprawdzić.
Mówiąc to, odwracam wzrok, a ciotka znowu wzdycha i kręci głową.
- Uważaj na siebie Severusie, bo jak wpadniesz w gówno to nie masz nikogo, żeby ci pomógł.
- Uważam ciociu,- mamroczę pod nosem, nadal nie patrząc jej w oczy.
Gdy ciotka daje mi wreszcie spokój, to biorę się za wakacyjne zadania. Po kolacji myję się i kładę do łóżka, bo jutro znowu muszę wcześnie wstać.
xxx
Wakacje mijają mi szybko. Coraz lepiej radzę sobie w sklepie więc ciocia zostawia mnie niekiedy samego za ladą i w tym czasie przyjmuje, segreguje i rozkłada towar. Na Nokturn nie chodzę za często, co uspokaja ciocię, w drugim i trzecim tygodniu warzenia co kilka dni, następnie dwa tygodnie przerwy bo trzeba było poczekać na pełnię, żeby dokończyć eliksir. Mike pilnuje piwnicy, żeby nikt się nie włamał, to jest jego robota, ja warzę, do warzenia nie potrzebuję pomocy. Na początku sierpnia eliksir jest gotowy. Tajemniczy facet, wyglądający jakby dopiero co wyszedł z Azkabanu, jest zadowolony. Płaci tyle na ile się umówiliśmy i mam wrażenie, że nie oszukał nas jedynie ze względu na Mike,a, który ma liczne, szemrane znajomości na Nokturnie. Dzielimy się z Mulciberem pieniędzmi i idziemy na piwo kremowe, ja stawiam.
- Co zrobisz z taką kasą?- Pyta Mulciber.
- Przyda się, - odpowiadam krótko.
Ciocia, tak jak obiecała, założyła mi konto u Gringotta i wpłaca tam niewielką, cotygodniową kwotę. Pieniądze za eliksir wpłacę na konto ale nie poinformuję o tym Cioci, bo byłaby zaniepokojona, niepotrzebnie by się martwiła skąd mam te pieniądze. Suma nie jest porażająca, ale jestem z siebie zadowolony.
Gdzieś tak w drugiej połowie wakacji, targani z Mulciberem wyrzutami sumienia, wysyłamy sowę do Averego i Crabbla. U Averego jest szkolenie z czarnej magii dla młodzieży sympatyzującej z Czarnym Panem, ale Avery oczywiście nie pisze bezpośrednio o tym. Wspomina, że przez wakacje przebywają u niego Wilkes, Rosier, Lestrangowie, Bellatrix Black, a my wiemy o co chodzi. Ojciec Averego, ma niewielki dom na wsi, z dużym, nienanoszalnym terenem, niedostępny dla mugoli i czarodziejów. Ojcowie Averego i Lestrange byli z moją mamą w Syltherinie i wiem, że byli blisko Czarnego Pana i pewno nadal mu służą.
Kilka dni przed końcem wakacji, przydarzyła mi się piękna niespodzianka. Stoję za ladą, a tu do sklepu wchodzi jak gdyby nigdy nic Lily, wraz z ojcem obładowanym zakupami.
-Lily!
Krzyczę radośnie, i wychodzę zza lady aby się przywitać. Przytulam ją i całuję w policzek wdychając zapach jej włosów. Ciocia także wita się z gośćmi i zwalnia mnie na resztę dnia.
-Cieszę się, że cię widzę Severusie, - mówi Lily.- Stęskniłam się za tobą.
-Ja też, Lily.
Idziemy na lody trzymając się z Lily za ręce. Nie jestem już tak pewny siebie jak rok temu, bo jestem świadomy konsekwencji mego ubóstwa. Lily też jest trochę inna niż przed rokiem i mam wrażenie, że zaczęła dostrzegać ograniczenia związane ze swoim mugolskim pochodzeniem, ale nie wspomina o tym i chyba nie ma do mnie żalu, że w tamtym roku nie powiedziałem jej całej prawdy o traktowaniu mugolaków w czarodziejskim świecie. Wieczorem odprowadzam Lily i jej tatę do Dziurawego Kotła. Umawiamy się drugiego września, po lunchu, w Sali Wejściowej. Do Hogwartu Lily będzie jechać z koleżankami z Gryffindoru, a ja będę ze ślizgonami, więc nawet nie poruszamy drażliwego tematu dojazdu do szkoły.
Ostatniego dnia wakacji, pakuję swój kufer. Pierwszego września, po śniadaniu, ciocia deportuje nas w pobliże dworca King Cross. Na wózku bagażowym ustawiam kufer i pcham go wraz z ciocią. Na mugolskim peronie znajdujemy magiczną barierkę i przechodzimy przez nią na peron 9 i 3/4. Ekspres Hogwart już czeka, czas jechać do szkoły.
