Cześć wszystkim! Z nieukrywaną satysfakcją donoszę, że w tym rozdziale w końcu wgryziemy się w główny wątek tego fanfika :) Mam nadzieję, że Was nie rozczaruje!
Freja: Jak miło znów Cię widzieć! :) Chyba wiem, o jakim opowiadaniu mówisz, chociaż za nic nie mogę sobie przypomnieć tytułu, ale pamiętam, że całkiem przypadło mi do gustu – a Remus był w nim wyjątkowo antypatyczny. Voldemort wkrótce da o sobie znać...
Wapniak: Witam! Bardzo się cieszę z kolejnego czytelnika :) Severusa już wkrótce będzie więcej i zapewniam, że nieraz pokaże pazur ;] Dzięki za pozytywny feedback!
Cassie: Dziękuję :) Tak, Severus jest cudowny – na swój sukinsyński sposób ;) Cieszę się, że rozdział się spodobał!
Zapraszam do lektury.
13. Trudne Odejście
Następnego ranka Remus obudził się z koszmarnym bólem głowy i lekkim problemem, by przypomnieć sobie, gdzie jest i jak tutaj trafił – była to jego typowa reakcja na działanie Eliksiru Nasennego. Wiedział jednak, że ból głowy zniknie w ciągu pół godziny, a kiedy zobaczył porozrzucane na ziemi ubrania i stojącą na środku pokoju walizkę, wiedział już także, gdzie się znajduje – i co się wydarzyło.
Z westchnieniem wstał z łóżka i ruszył korytarzem z stronę łazienki; gorący prysznic był najlepszym sposobem na rozpoczęcie kolejnego nieprzyjemnego dnia.
Remus z niejakim niezadowoleniem musiał przyznać, że Albus miał rację – trwający dłużej niż kilka godzin sen tej nocy przyniósł mu nieopisane korzyści. Mężczyzna już dawno nie czuł się tak rześko... choć i tak wiedział, że trudno byłoby określić jego samopoczucie jako dobre. Dobrze nie czuł się ani razu odkąd zginął Syriusz – a właściwie odkąd wiele lat temu rozpoczął się koszmar Pierwszej Wojny.
Mimo to eliksir naprawdę mu pomógł. Był to jednak tylko kolejny powód, by więcej go nie pić. Po śmierci Jamesa i Lily Remus w bolesny sposób przekonał się, że eliksiry nasenne wcale nie odpędzają w nocy koszmarów i zmartwień, a jedynie odsuwają je, by dręczyły człowieka, kiedy już przestanie przyjmować eliksir – a mógł to być naprawdę długi czas, ponieważ środki nasenne, zwłaszcza te silniejsze, były bardzo uzależniające. Nie, Remus absolutnie nie miał zamiaru powtarzać walki, którą wtedy przeszedł, niekończącej się walki między całkowitym brakiem snu a kupowaniu go za niemal zbyt wysoką cenę.
Kiedy Remus wrócił do swojego pokoju po faktycznie długim, gorącym prysznicu, nie był ani trochę zdziwiony, gdy zobaczył Albusa Dumbledore'a siedzącego w fotelu przy oknie i czekającego na niego. Lupin powitał go krótkim skinieniem głowy, ale odłożył swoje ubrania na krzesło i usiadł na drugim, zanim znów skierował uwagę na gościa.
- Dzień dobry, dyrektorze.
- Dzień dobry, Remusie. Mam nadzieję, że w końcu spałeś dobrze?
Młodszy mężczyzna przytaknął.
- Tak, zdecydowanie.
Na kilka minut zapadła między nimi cisza. Remus nie próbował jej przerwać; czekał, aż dyrektor to zrobi, bo doskonale wiedział, po co Dumbledore do niego przyszedł. Nie wiedział jednak, co odpowie – nie był nawet pewien, co myśli.
- Nadal zamierzasz odejść, Remusie?
Lupin wzruszył lekko ramionami i przechylił nieco głowę na bok.
- Szczerze? Nie wiem, Albusie, po prostu nie wiem. Nie doszedłem do zupełnie nowych wniosków, jeśli o to ci chodzi. Wciąż jestem wyczerpany i nadal nie widzę sensu w kontynuowaniu tego, co tutaj robię, ale z drugiej strony nie wiem, w czym miałoby pomóc moje odejście. Ta wojna prędzej czy później dosięgnie nas wszystkich, więc może uciekanie od niej nie jest najlepszym pomysłem? Może lepiej rozprawić się z nią tak szybko, jak to możliwe?
Dumbledore przez długi czas uważnie mu się przyglądał, ale jego błękitne oczy w najmniejszym stopniu nie zdradzały jego myśli.
- Czy wiesz, że prawie szesnaście lat temu James przyszedł do mnie z bardzo podobnym problemem?
Remus uniósł głowę; na jego twarzy widniało szczere zdumienie.
- Jakim problemem?
- Takim, że nie był pewien, czy dalsza walka ma sens.
Lupin zmarszczył brwi próbując sobie wyobrazić taką nieprawdopodobną sytuację. Nie James...! Jego przyjaciel zawsze był taki pewny siebie i swoich celów w życiu, że Remus nie był w stanie wyobrazić go sobie szukającego wsparcia u Dumbledore'a w chwili zwątpienia. Zdziwiło go nieco, że James nie szukał w takiej sytuacji oparcia w Syriuszu, ale z drugiej strony Syriusz nie był najlepszym doradcą w kwestii rozsądku; bez wątpienia potrafił słuchać i bardzo kochał Jamesa, ale było w nim coś – może głębokie przekonanie, że bez względu na okoliczności to działanie jest najlepszym wyjściem, a może jego ogólne, beztroskie nastawienie do życia – co sprawiało, że nie był odpowiednim partnerem do rozmów na temat lęków i wątpliwości, których doświadczał teraz Remus. Syriusz prawdopodobnie nie doświadczał nawet takich rozterek – a jeśli tak, to nigdy nie dał tego po sobie poznać. Lupin rozumiał, że o pewnych sprawach James mógł chcieć porozmawiać z kimś innym.
- To się zdarzyło kilka dni po tym, jak wpadliście z Syriuszem w tę zasadzkę i omal nie zginęliście. James przybył do Hogwartu, żeby się ze mną zobaczyć, i był całkowicie wytrącony z równowagi. Nie sądzę, by zależało mu na mojej poradzie – szukał po prostu kogoś, kto by go wysłuchał i powiedział mu, czy zachowuje się zupełnie irracjonalnie, ale w końcu sam udzielił sobie odpowiedzi na wszystkie pytania. Jego dwaj najbliżsi przyjaciele otarli się o śmierć; najwidoczniej skłoniło go to do rozmyślań na temat wojny i roli, jaką w niej odgrywał.
- Co takiego powiedział?
Remus nadal nie potrafił sobie wyobrazić tej sytuacji, ale słowa Dumbledore'a podsyciły jego ciekawość.
- Powiedział, że nie widzi sensu w codziennej walce bez nadziei na to, że wojna kiedykolwiek się skończy – i na to, że w niej zwyciężymy. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem, jak James przyznaje się do strachu o to, co może przydarzyć się Lily, Harry'emu lub jemu samemu i jego przyjaciołom. Wciąż powtarzał, że odkąd pojawił się Harry, bezpieczeństwo dziecka jest jego największym priorytetem, a nie może mu zapewnić tego bezpieczeństwa w kraju ogarniętym wojną. Wspominał nawet o opuszczeniu Anglii.
- Naprawdę?
Brwi Remusa znów powędrowały do góry. Sam nigdy nie słyszał z ust Jamesa takich słów, nawet kiedy desperacja wywołana wojną osiągnęła krytyczny poziom. Dumbledore skinął głową.
- Tak. Podał mi każdy argument, jaki udało mu się wymyślić, przemawiający za opuszczeniem kraju i wychowywaniem Harry'ego w jakimś bezpiecznym miejscu. Dojście do wniosku, że taka decyzja byłaby najgorszą z możliwych, nie zajęło mu jednak wiele czasu. To, do czego dążymy, Remusie, to nie tylko ocalenie naszego świata; zarówno wtedy, jak i teraz walka jest naszym obowiązkiem, nie tylko wobec nas samych, ale także wobec naszych dzieci. James zrozumiał, że nie może uciekać od problemu, który prędzej czy później i tak go dosięgnie – a w związku z tym dosięgnie również Harry'ego. Zrozumiał, że walka z Voldemortem tak długo, jak to możliwe, jest jedynym sposobem, by zagwarantować Harry'emu bezpieczną przyszłość. I nie tylko Harry'emu. Wiem, że nie masz dzieci, i miałeś też chyba nieco racji odnośnie tego, co powiedziałeś wczoraj o Harrym – nie jesteście może sobie zbyt bliscy, a o chłopca faktycznie troszczy się wiele innych osób, ale to nie znaczy, że nie masz wobec niego – albo swoich byłych uczniów – żadnych obowiązków. A może się mylę zakładając, że to właśnie ty nauczyłeś ich, że walka z tym, co złe, bywa czasem naszym jedynym wyjściem, a wtedy musimy walczyć bez względu na to, jak nieistotne wydają nam się osiągnięte zmiany? Ja widzę te dzieci codziennie w czasie roku szkolnego i żadnego z nich nie zamierzam pozostawić bez ochrony w świecie, w którym żyje Voldemort. Nie wiem, czy będę w stanie cokolwiek zmienić, nie wiem też, czy uda nam się unicestwić Voldemorta – po prostu tego nie wiem, Remusie. Nikt tego nie wie i nikt nie może niczego obiecać. Musimy jednak próbować.
- I skończyć jako męczennicy, tak jak James?
Dumbledore tylko na niego spojrzał.
- James nie jest męczennikiem, Remusie, i nigdy nie był. Nie wybrał takiej śmierci, by ludzie zapamiętali jego imię i czerpali siłę ze świadomości tego, przez co przeszedł. Jest ofiarą, bez względu na to, co na temat śmierci jego i Lily wypisywały po zniknięciu Voldemorta gazety. Gdyby nie ochrona Lily, która go zniszczyła, gdyby nie cała uwaga mediów po tej pamiętnej nocy Halloween, wszystko wyglądałoby inaczej. Dla kogoś, kto – w przeciwieństwie do ciebie – nie był jego przyjacielem, James byłby po prostu kolejnym pozbawionym twarzy nazwiskiem na liście ofiar Voldemorta – i do tego właśnie zredukuje nas Tom Riddle, jeśli pozwolimy mu dalej działać; tym się staniesz, jeżeli się teraz poddasz.
Remus pozwolił, by ta myśl wniknęła do jego umysłu i przeszukała go w poszukiwaniu jakiejś możliwej odpowiedzi, ale dyrektor mówił dalej:
- Pamiętam, że kiedyś powiedziałem Harry'emu dokładnie to samo, co Jamesowi, gdy chciał się ze mną widzieć. Rozmawialiśmy o Voldemorcie i o tym, dlaczego ludzie stają po jego stronie; powiedziałem mu wtedy, że w życiu każdego z nas nadchodzi moment, w którym musimy dokonać wyboru między tym, co słuszne, a tym, co łatwe. Nie sądzę, by Harry w pełni to zrozumiał – nie wydaje mi się, by był w stanie to zrozumieć, dopóki sam nie stanie twarzą w twarz ze znaczeniem tych słów. Ty jednak rozumiesz je doskonale, czyż nie, Remusie? Musiałeś dokonać tego wyboru już nieraz w swoim życiu – a teraz znów przed nim stajesz. Ucieczka i pozostawienie obowiązku przezwyciężenia problemów innym jest łatwym wyjściem, ale nie sądzę, by było słuszne. Nie sądzę też, byś potrafił bez skrupułów żyć dalej, gdybyś wybrał to, co łatwe, zamiast tego, co słuszne.
Remus oparł się na krześle i zakrył rękoma twarz.
- A co, jeśli zostanę? Co to zmieni?
- Może nic – a może wszystko. Nie jestem jasnowidzem, Remusie; wiem tylko, że z mojego punktu widzenia byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś tu został. Myślę też, że tak byłoby lepiej dla Zakonu, ale to twój wybór. Jeśli nie widzisz już sensu w walce z Voldemortem, nikt nie będzie cię tu zatrzymywał.
Remus zaśmiał się ostro i opuścił dłonie na kolana.
- Nie chodzi o to, że nie widzę w tym sensu, Albusie. Wiem, dlaczego nie można pozwolić, by Voldemort zwyciężył – wiem to lepiej niż ktokolwiek inny. Po prostu nie mam pojęcia, jak miałbym się tutaj na cokolwiek przydać. Spójrzmy wreszcie prawdzie w oczy, bo krążymy wokół tego tematu od wczoraj, chociaż nikt nic nie powiedział: jestem naukowcem, a nie żołnierzem. Nie ma ze mnie pożytku, kiedy trzeba walczyć ze Śmierciożercami albo infiltrować armię Voldemorta i jest wielu innych ludzi, którzy nadają się do tego o wiele lepiej ode mnie. Nawet w Zakonie nie mam pewnej pozycji – Severus mnie nienawidzi i nie ufa mi, a ponieważ wiem, jak ważną rolę odgrywa w naszych planach, wydaje mi się, że byłoby lepiej, gdybym się usunął. Nie możesz zaprzeczyć, że Syriusz stanowiłby lepsze wsparcie dla wszystkich, gdyby żył... gdyby przez cały rok nie tkwił zamknięty z domu, którego nienawidził, i w którym nie miał szansy na udowodnienie, jak wiele jest wart.
Dumbledore pokiwał głową i pochylił się do przodu składając ręce na kolanach.
- Rozumiem. To w tym tkwi właściwy problem, zgadza się? Bo jeśli tak, to wolałbym, żebyśmy porozmawiali na ten temat otwarcie. Nie chodzi o Severusa, bo znasz go wystarczająco długo, by doskonale wiedzieć, dlaczego mówi to, co mówi, i dlaczego zachowuje się w taki, a nie inny sposób. Jeżeli chcesz odejść z powodu Syriusza, to porozmawiajmy.
- W porządku, porozmawiajmy o tym, Albusie - Remus wypowiedział te słowa tonem ostrzejszym, niż zamierzał, ale zabrzmiały dokładnie tak, jak powinny; dyrektor miał rację – to właśnie był jego główny problem. - Nie domyślasz się, że ciężko mi mieszkać w tym domu, działać w Zakonie i na każdym kroku przypominać sobie to, co stało się z Syriuszem? Wiem, że jesteś spostrzegawczy, więc z pewnością zauważyłeś, co się z nim działo i jak bardzo się męczył przez ten rok, kiedy nie mógł zrobić nic pożytecznego? Dobrze wiesz, jaki był Syriusz – wiesz, że musiał działać, bo inaczej dostawał szału, a mimo to nalegałeś, by go tu uwięzić, by nie opuszczał tego domu, i nie zaproponowałeś mu nawet najprostszego zadania, by go czymś zająć! A on słuchał twoich poleceń, ponieważ ci ufał i był przekonany, że jesteś na tyle mądry, by mieć jakiś solidny powód, by go tak traktować. Powiedz szczerze – miałeś? Powiedz mi to! Czy miałeś jakiś cel w trzymaniu Syriusza w zamknięciu tak długo, że w końcu nie był w stanie się powstrzymać i uciekł z tego nowego więzienia prosto w paszczę śmierci?
- A co innego miałem zrobić, Remusie? Jeżeli myślisz, że postąpiłem w ten sposób, by ukarać za coś Syriusza, to grubo się mylisz. Przypomnij sobie jednak, co się wydarzyło, kiedy opuścił Grimmauld Place po raz pierwszy – Lucjusz Malfoy rozpoznał go na King's Cross, a skoro on wiedział o Łapie, to możemy założyć, że pozostali Śmierciożercy również się dowiedzieli. Miałem pozwolić, by Syriusz swobodnie poruszał się po mieście, i ryzykować, że zostanie aresztowany lub zabity?
- Teraz to i tak bez różnicy, prawda?
- Ta uwaga była nie na miejscu, Remusie.
Lupin wzruszył ramionami, ale nic nie odpowiedział. Po dłuższej chwili Dumbledore kontynuował.
- Znałem Syriusza – nie tak dobrze, jak ty, ale znałem go... i zawsze byłem świadomy jego wad - widząc, że Remus zamierza mu przerwać, uniósł dłoń. - Nie, nie możesz temu zaprzeczyć, Remusie. Syriusz nie był idealny, ale oczywiście nikt z nas nie jest. Miał również wiele godnych podziwu zalet i nikt bardziej niż ja nie żałuje tego, że w zeszłym roku nie mógł ich wykorzystać. Miał jednak tendencje do pochopnego działania i najczęściej działał pod wpływem impulsu, zamiast poświecić chwilę, by zastanowić się nad tym, co zamierzał zrobić. Powiedz mi, co by to dało, gdybym pozwolił mu swobodnie poruszać się po kraju? Wiem, że w to nie wierzysz, ale starałem się po prostu utrzymać go przy życiu. Przyznaję, że umieszczenie go z tym domu mogło być błędem, ale czy naprawdę sądzisz, że zrobiłbym to, gdybym miał jakiekolwiek inne wyjście? Byłem przekonany, że postępuję słusznie, i że to, co robię, to najlepszy sposób, by ocalić go przed samym sobą. Popełniłem w swoim życiu wiele błędów, Remusie, i nakazanie Syriuszowi, by ukrywał się przez cały rok, było może jednym z nich, ale naprawdę nie miałem innego wyjścia. Mnie również go brakuje, ale w przeciwieństwie do ciebie nie pozwalam, by ten smutek mną zawładnął.
Remus parsknął.
- Nie, ty po prostu odsuwasz go od siebie i dopisujesz do listy koniecznych strat; zdarzają się i są przykre, ale w końcu trzeba przestać o nich myśleć i żyć dalej, jakby nic się nie stało. Tobie może to odpowiada, ale ja tak nie potrafię.
Dyrektor pokręcił głową.
- To nie jest takie proste, ale nie zamierzam zmieniać twojego zdania w tej kwestii, jeśli ci ono pomaga. Po pierwsze nie byłem mu tak bliski, jak ty, ale przede wszystkim dlatego, że polega na mnie wielu ludzi, więc muszę tak postępować – muszę tak postąpić, by oczyścić się w oczach twoich i Harry'ego.
- Ponieważ w ostatecznym rozrachunku cel uświęca środki?
Dumbledore westchnął ze znużeniem.
- Nie. Nigdy tak nie jest, a Syriusz nigdy nie był dla mnie jedynie „środkiem", Remusie. Jeżeli jednak wygramy tę wojnę, jego śmierć przestanie być może wydawać się tak bezsensowna, jak teraz. Śmierć Cedrika Diggory również może nabrać sensu, podobnie jak każda śmierć, która nastąpiła z powodu Voldemorta. To właśnie ta nadzieja daje mi siłę do działania, Remusie. To bardzo cienka nić, ale wystarcza, bym dalej robił to, co do mnie należy. Nie mogę cię powstrzymać przed obwinianiem mnie, ale proszę, byś nie myślał o mnie jako o bezdusznym człowieku, który jest w stanie poświęcić wszystko, byle tylko osiągnąć swoje cele. Istnieją ludzie, na których mi zależy, i których chcę chronić przed krzywdą zarówno fizyczną, jak i emocjonalną. Dlatego właśnie siedzę tu teraz z tobą, Remusie – i dlatego zrobiłem to, co zrobiłem, by spróbować uchronić Syriusza przed niebezpieczeństwem. Przykro mi, że widzisz to w inny sposób.
Remus wstał z krzesła i znów podszedł do okna. Splótł ręce na plecach i przez długie minuty obserwował pochmurny, mglisty londyński poranek. Dumbledore obserwował go równie beznamiętnie – po prostu wbił swoje błękitne oczy w tył głowy młodszego mężczyzny. Minęło sporo czasu, zanim Lupin w końcu westchnął ciężko, potrząsnął głową, odwrócił się i spojrzał na swojego byłego dyrektora.
- Przykro mi, ale nie mogę tu zostać, Albusie, po prostu nie mogę. Nie w tym domu, nie po tym, co stało się z Syriuszem. Jestem... to boli, Albusie; to, co się wydarzyło, zraniło mnie bardziej niż cokolwiek innego w życiu, i chyba przestałem być sobą. Mam wrażenie, jakby coś wewnątrz mnie dosłownie rozdarło się i krwawi do tej pory, a to osłabiło mnie do takiego stopnia, że nie jestem już ani pożyteczny, ani godny zaufania. Tak będzie lepiej dla wszystkich.
- Dla ciebie również?
Remus spojrzał dyrektorowi w oczy i pokiwał głową.
- Tak, dla mnie również.
Odwrócił się i zebrał z podłogi porozrzucane dzień wcześniej ubrania, postawił walizkę na łóżku i znów zabrał się za pakowanie. Dumbledore obserwował go; przez chwilę jakby zastanawiał się nad czymś, a następnie zrobił krok do przodu.
- Mam dla ciebie jeszcze jedną propozycję - kiedy Remus nie odpowiedział, stary czarodziej stanął obok niego i spróbował spojrzeć mu w oczy, ale Lupin uparcie unikał jego wzroku. - Teraz, gdy Dolores Umbridge zmuszona była niestety opuścić nasze grono pedagogiczne, Hogwart będzie potrzebował nowego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią...
- Przestań! - Remus odwrócił się i wbił wzrok w dyrektora; z wściekłością zacisnął szczęki, zacisnął dłonie w pięści, a jego oddech stał się nagle pospieszny i płytki. - Przestań w tej chwili! Nie będziemy o tym rozmawiać. Kiedy ostatnim razem byłem profesorem w Hogwarcie, omal nie zabiłem trojga uczniów – nie zamierzam znów tak ryzykować. Wyjeżdżam jak tylko spakuję swoje rzeczy. Przykro mi, Albusie, ale nie ma innego wyjścia.
Po tych słowach Remus z hukiem zatrzasnął wieko walizki, dając jednoznacznie do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną.
- Dasz mi znać, gdzie można cię znaleźć?
Lupin milczał przez dłuższą chwilę, ale w końcu przytaknął.
- Tak. Zresztą mój ojciec na pewno będzie to wiedział.
- Dobrze. Dziękuję ci, Remusie.
Dumbledore odwrócił się i bez słowa opuścił sypialnię. Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Remus przez moment patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem walcząc z przemożną ochotą, by wrzeszczeć na całe gardło. Kiedy wreszcie się uspokoił, jeszcze raz objął spojrzeniem pokój, by sprawdzić, czy nie zapomniał czegoś spakować. Jego wzrok zatrzymał się na zdjęciu stojącym na półce, któremu przyglądał się zeszłego wieczora, i znów chwycił je drżącymi rękoma. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, czy go ze sobą nie zabrać, ale w końcu odstawił je z powrotem na półkę; ta fotografia była częścią jego przeszłości, przeszłości, której nie chciał już pamiętać, ponieważ jej wspomnienie niosło ze sobą zbyt wiele bólu. Po raz ostatni obejrzał sypialnię, która należała niegdyś do jego przyjaciela z dzieciństwa, złapał walizkę i ruszył w stronę drzwi.
U szczytu schodów Remus zatrzymał się na moment, ponieważ nagle znów poczuł znajome zawroty głowy. Prawą ręką mocno chwycił barierkę i czekał, aż słabość minie. Przez jakieś dwie lub trzy minuty stał przy schodach z mocno zaciśniętymi powiekami i dłonią zaciśniętą na poręczy, by utrzymać równowagę, zanim znów mógł się wyprostować, a zawroty głowy przeszły w dziwne łaskotanie w okolicach skroni.
Takie właśnie są skutki przyjmowania eliksirów nasennych, pomyślał; gwarantowały co prawda kilka godzin dającego faktyczny wypoczynek snu, ale ceną za to był cały dzień na chwiejnych nogach. Remus znów chwycił swoją walizkę i zaczął schodzić po schodach – nieco wolniej niż zazwyczaj. Prawą rękę wciąż zaciskał na poręczy, by utrzymać równowagę na wypadek, gdyby zawroty głowy miały powrócić. Na półpiętrze zatrzymał się na moment i potrząsnął głową, ale dziwne kłucie i delikatne łaskotanie w skroniach nie chciało zniknąć. No cóż, kiedy wróci do domu, najwyżej położy się do łóżka! Miał wielką nadzieję, że nie spotka nikogo na drodze do drzwi wejściowych, bo nie miał najmniejszej ochoty na kolejne tłumaczenia ani długie pożegnania.
Minął ostatnie półpiętro i właśnie zaczął schodzić po schodach prowadzących na parter starając się zachowywać jak najciszej, by nie obudzić tego cholernego portretu matki Syriusza, kiedy nagle jego ciało przeniknął lodowaty chłód, a płuca zabolały tak, jakby ktoś ścisnął je z całych sił żelazną obręczą. Remus spróbował się wyprostować i wziąć głęboki wdech, ale chociaż czuł, że powietrze ucieka z jego piersi, nie był w stanie znów go zaczerpnąć. Jego prawa ręka odruchowo puściła poręcz i zacisnęła się na gardle, jakby była w stanie uwolnić go od tego, co go dusiło, ale w tym momencie kolana ugięły się pod nim i mężczyzna stracił równowagę; zwinięty w ciasną kulę, Remus spadł ze schodów, z koszmarną siłą uderzył w stojący na dole stojak na parasole i przewrócił go. Kiedy jego nieruchoma postać wylądowała na wyłożonej kaflami podłodze, zaczął wrzeszczeć, obudzony całym tym hałasem, portret pani Black.
Po rozmowie z Remusem Dumbledore powoli zszedł po schodach i ruszył do kuchni. Nie udało mu się przekonać młodszego mężczyzny, by został w Kwaterze Głównej, i czuł z tego powodu przygnębienie, ale jeszcze większy smutek czuł na myśl o cierpieniu swojego byłego ucznia; nie miał pretensji o to, że Remus obwiniał go za większość ostatnich wypadków, ani o złość, którą czuł. Merlin świadkiem, że gdyby znał jakiś sposób na to, by pomóc Remusowi, zrobiłby to bez chwili wahania – ale co się stało, to się nie odstanie, i nie istaniał żaden sposób, by zmienić sytuację, w jakiej się teraz znajdowali.
Mimo to dyrektorowi nie podobała się myśl, że Remus zostanie ze swoim smutkiem sam, odcięty od świata w położonym na odludziu domu w Kencie; był silnym, wyjątkowo silnym mężczyzną, ale stary czarodziej wiedział, że ta sytuacja najprawdopodobniej go załamie. Widział Remusa po śmierci Jamesa i Lily wiele lat temu i był świadkiem, jak w ciągu jednej nocy młody wilkołak stracił wszystkich swoich przyjaciół; już wtedy dojście do siebie zajęło mu bardzo dużo czasu i były takie momenty, w których Dumbledore obawiał się, że Remus całkowicie się poddał. Nie był wtedy w stanie wiele dla niego zrobić, zwłaszcza, że Lupin nie chciał przyjąć od niego jakiejkolwiek pomocy, i domyślał się, że tym razem sytuacja na pewno nie polepszy się sama z siebie. Dyrektor widział Remusa po jego przemianie w zeszłym miesiącu, i to, co zobaczył, było zatrważająco podobne do widoku sprzed piętnastu lat, kiedy wilk niemal nie do poznania zmasakrował swoją ludzką postać.
Remus był jednak dorosłym mężczyzną zdolnym podejmować samodzielne decyzje; Dumbledore wiedział, że skoro młodszy mężczyzna postanowił wyjechać, to nie istniał żaden sposób, by go zatrzymać. W głębokim wewnętrznym westchnieniem dyrektor otworzył drzwi do kuchni i podszedł do Molly Weasley, która razem z Tonks, Harrym, Ronem i Hermioną siedziała przy kuchennym stole.
- Dzień dobry Molly, Harry, Ron, Hermiono.
- Dzień dobry, Albusie.
Pani Weasley zaklęciem przywołała na stół imbryk i filiżankę, do której nalała herbaty.
- Dziękuję, Molly.
- Nie ma za co. Cieszę się, że wpadłeś – rodzice Hermiony przysłali sowę dziś rano.
Dumbledore uniósł brew.
- Mam nadzieję, że to nie były złe wieści.
Dziewczyna potrząsnęła głową.
- Nie, nic z tych rzeczy. Chcieli tylko, żebym powiedziała o naszych wakacjach we Francji; zaproponowali, żeby Ginny pojechała z nami, i teraz napisali, że chcą wyjechać jutro rano.
- A w takim wypadku jutro musimy dostarczyć dziewczęta do domu państwa Granger - dodała pani Weasley. Dyrektor pokiwał głową.
- Rozumiem. No cóż, nie wydaje mi się, żeby miało to stanowić jakikolwiek problem. Jak twoi rodzice zamierzają dostać się do Francji?
- Samochodem. Chcą przepłynąć kanał promem z Dover.
- W takim razie albo zabierzemy was gdzieś, gdzie twoi rodzice będą mogli was odebrać jutro rano, albo wyślemy z wami kogoś – może Billa i Charliego – żeby towarzyszyli wam jutro w drodze na prom i tam spotkacie się w twoimi rodzicami. Dover jest połączone z Londynem niezawodną siecią Fiuu, więc podróż nie będzie stanowić najmniejszego problemu.
Molly klasnęła w ręce.
- Doskonale! Hermiono, kochanie, może napiszesz teraz do swoich rodziców i poprosisz ich, żeby poinformowali nas, o której godzinie chcą jutro płynąć promem? Dostarczymy was tam o odpowiedniej porze.
Dziewczyna kiwnęła głową.
- Tak zrobię. Dziękuję.
Pani Weasley uważnie przyjrzała się Dumbledore'owi.
- Rozmawiałeś już z Remusem?
Stary czarodziej westchnął głęboko i przytaknął. Ta reakcja wzbudziła ciekawość Harry'ego, który do tej pory siedział w milczeniu między Ronem i Tonks. Chłopiec nie widział Remusa od wczorajszego śniadania, ale nie zauważył, by od tego czasu cokolwiek się wydarzyło, jednak właśnie to sugerowało zachowanie dyrektora. Dumbledore wahał się przez moment, ale Harry nie był pewien, czy zachowywał się tak dlatego, że on, Ron i Hermiona byli w kuchni. Tonks również się odwróciła i teraz, tak jak pozostali, siedziała twarzą do dyrektora; jedna z jej brwi niemal zniknęła pod czarną jak smoła grzywką.
- Rozmawiałem z Remusem - odezwał się w końcu Dumbledore. - W tym momencie się pakuje.
- Wyjeżdża? - spytała z niedowierzaniem pani Weasley, o ułamek sekundy wyprzedając identyczne pytanie Harry'ego. Ronowi opadła szczęka, a Hermiona zmarszczyła brwi, kiedy oboje próbowali przyswoić tę nieoczekiwaną informację.
- Ale... to znaczy dlaczego? - spytał chłopiec, kiedy w końcu odzyskał głos.
- To pytanie będziesz musiał zadać Remusowi, Harry; obawiam się, że nie potrafię na nie odpowiedzieć.
- Ale on nie może tak po prostu wyjechać! A co z Zakonem i wszystkimi sprawami, nad którymi pracował? Nie może tak po prostu odejść!
W jego głowie pojawiło się też inne, niewypowiedziane i nawet nie do końca uświadomione, ale najważniejsze pytanie: Co ze mną? Harry zdawał sobie sprawę, że Remus nie musi pytać go o pozwolenie ani nawet informować go o decyzjach, które podejmuje, ale myśl, że postanowił ot, tak sobie opuścić Zakon i nawet mu o tym nie powiedział, zabolała nieco.
- To jego wolny wybór, Harry; nikt nie jest zmuszony – i nie powinien czuć się zmuszony – by tu zostać. Żałuję, że Remus postanowił odejść, ale to jego decyzja i jeżeli uważa, że tak będzie dla niego lepiej, nie zamierzam stawać mu na drodze.
Harry pokręcił głową nie chcąc zaakceptować takiej odpowiedzi, ale kiedy otworzył usta, żeby coś powiedzieć, na górze rozległ się głośny łoskot. Coś upadło na ziemię z głuchym łupnięciem, coś innego przewróciło się z niemiłosiernym hukiem i po chwili ciszy dały się słyszeć wrzaski portretu pani Black. Sześć osób obecnych w kuchni wymieniło zdumione spojrzenia; żadna z nich nie była w stanie wytłumaczyć tego hałasu. Jednocześnie wstali z krzeseł i ruszyli w stronę kuchennych drzwi.
- Lepiej sprawdźmy, co się tam dzieje.
Dumbledore jako pierwszy opuścił kuchnię, mocno ściskając różdżkę w prawej ręce, a pozostali ruszyli za nim. Kiedy wspięli się po schodach i dotarli na parter, usłyszeli wyraźnie, co wywrzaskiwała pani Black.
- Mieszańce i szlamy! Nawet teraz, kiedy nie żyje ten zdrajca krwi, moja hańba, wciąż sprowadzają do naszego szlachetnego domu to ścierwo! Zabierzcie stąd to coś, zanim skończy swoją nędzną egzystencję w moim holu! Zdrajcy i szlamy, mieszańce i bękarty zdrajców krwi, którzy zanieczyszczają nasz szlachetny dom! Co za hańba!
Pod portretem pani Black – i jej pełnym obrzydzenia spojrzeniem – leżał Remus zwinięty w pozycji embrionalnej i wstrząsany drgawkami; z głębokiego rozcięcia nad jego prawą brwią leciała krew, oddech był płytki i urywany, a każdemu zaczerpnięciu powietrza towarzyszyło rzężenie. Jego twarz pokrywał pot, a skóra była kredowobiała i wilgotna.
Dumbledore i pani Weasley natychmiast do niego podbiegli, a Ron, Hermiona i Tonks ruszyli z kolei w stronę portretu i zaczęli zaciekle walczyć z zasłonami, by uciszyć matkę Syriusza. Tonks po drodze omal się nie wywróciła potykając się o stojak na parasole, który przewrócił Remus podczas swojego upadku, i kiedy odruchowo wyciągnęła rękę, by się czegoś przytrzymać, prawie zerwała jedną z zasłon przy portrecie. Tym razem jednak nikt nie zrugał jej za niezdarność. Po chwili razem z Hermioną chwyciły jedną z kurtyn, a Ron spróbował zasunąć drugą. Dłuższy moment zajęło im zakrycie obrazu pani Black, ale kiedy to wreszcie zrobili, jej krzyki najpierw zostały stłumione, a po chwili całkowicie ustały. Kiedy cała trójka odwróciła się, zauważyła Dumbledore'a i Molly, którzy nadal pochylali się nad leżącym w tej samej pozycji Remusem. Harry stał tuż za nimi, blady jak śmierć i bez słowa obserwujący nieruchomą postać swojego byłego nauczyciela.
- Co się z nim dzieje?
Tonks opadła na kolana obok Molly; jej blada twarz wydawała się jeszcze jaśniejsza w otoczeniu kruczoczarnych, ściętych na jeża włosów, gdyż właśnie taką fryzurę sobie dzisiaj wybrała. Dumbledore wzruszył lekko ramionami.
- Ma jakiś atak, ale nie mam pojęcia, co mogło go spowodować. Tonks, czy mogłabyś wrócić do kuchni i skontaktować się z Hogwartem za pomocą sieci Fiuu? Chciałbym, żeby obejrzała go Poppy.
Dziewczyna kiwnęła głową, wstała i popędziła na dół, by wezwać szkolną pielęgniarkę. Harry zaczął nerwowo obgryzać paznokieć; domyślał się, że Remus nie czuje się najlepiej, i wiedział, że to coś więcej, niż tylko typowe oznaki zbliżającej się pełni. Teraz jego podejrzenia potwierdziły się i chłopiec czuł, że coraz bardziej martwi się o swojego nauczyciela. Roztrzęsiony uklęknął obok Dumbledore'a.
- Co się dzieje? Dlaczego mu się to przydarzyło?
- Nie wiem, Harry.
- Czy coś takiego zdarzyło się już wcześniej?
Dyrektor potrząsnął głową.
- Nic mi o tym nie wiadomo, ale nie martw się – jestem pewien, że pani Pomfrey sobie z tym poradzi.
Jak na zawołanie otworzyły się w tym momencie drzwi do kuchni i na schodach rozległy się pospieszne kroki.
- Albusie?
Poppy podeszła do nich, jednym, krótkim spojrzeniem oceniła sytuację i kucnęła obok Remusa.
- Co mu się stało?
- Spadł ze schodów, a przynajmniej tak mi się wydaje. Tak go znaleźliśmy, ale nie wiem, co spowodowało ten upadek.
Harry nie był pewien, czy się nie myli, ale drgawki Remusa chyba nieco ustąpiły w ciągu ostatnich kilku chwil. Może tylko tak mu się wydawało, ponieważ chciał, żeby się zmniejszyły? Nie miał pojęcia. Złe przeczucia zalały jednak falą jego żołądek i chłopiec bardzo chciał usłyszeć, że Remus dojdzie do siebie. Pani Pomfrey machnęła różdżką nad mężczyzną raz lub dwa, po czym wstała z podłogi.
- Muszę go gdzieś przenieść, żeby wykonać dokładniejsze badania. Czy jest tutaj jakaś sypialnia, którą mogłabym wykorzystać?
- Sypialnia Remusa znajduje się na drugim piętrze, ale możesz skorzystać z pokoju Billa – tak będzie łatwiej; to pierwszy pokój po lewej stronie na pierwszym piętrze.
Pielęgniarka skinęła głową i wycelowała różdżkę w Remusa.
- Moblilicorpus!
- Potrzebujesz pomocy?
Kobieta zaprzeczyła machnięciem ręki, podniosła swoją torbę i za pomocą zaklęcia uniosła ciało Lupina nad ziemię.
- Dziękuję, ale mam ze sobą wszystko, czego mogłabym potrzebować. W razie czego dam wam znać - z tymi słowami ruszyła na górę, lewitując przed sobą Remusa. Harry przez dłuższy moment obserwował jej oddalającą się sylwetkę, ale w końcu poczuł na ramieniu dłoń Dumbledore'a, który popchnął go delikatnie w kierunku kuchni.
- Może wrócimy na dół i poczekamy, aż Poppy powie nam, co się stało z Remusem? Nie sądzę, by stanie w holu przyniosło nam jakikolwiek pożytek.
Harry po raz ostatni zerknął w stronę schodów, kiwnął głową i pozwolił, by dyrektor zabrał go ze sobą.
