N, ten tekst to takie moje ukochane dziecko, także uwierz mi, że każde słowa są dla mnie niezwykle cenne. Cieszę się, że znajdujesz chwilę, by pozostawić po sobie kilka słów. Dziękuję!


14. Strasznik

Witaj na dnie twoich snów

To sekretny jest szlak

Tutaj czas pętli się

Zegar bije kuranty na wspak

Gdy gwiazd zgaśnie blask...

...a ziemia rozstąpi się wypełznie strach...

...zamieni twój sen... w wierny cień

(...)

Gdy czas skończy się...

... a Ziemia rozstąpi się i jej NIE MA...

Zamienię twój sen... w wierny cień

Gdy gwiazd zgaśnie blask...

... a niebo rozstąpi się, zatrzyma czas...

Zamienię twój sen... w wierny... CIEŃ

Wieczną czerń...w wierny cień...

... W WIERNĄ CZERŃ

Las wydaje się być znajomy, zbyt znajomy, bym mógł to zignorować. Każdy pojedynczy konar wystający z ziemi, każda nora, a nawet sposób, w jaki promienie słoneczne przedzierają się przez gęste korony drzew, zdają się upewniać mnie w tym, że nie znalazłem się tu bez powodu.

Nagle czuję gwałtowny podmuch wiatru w plecy i robię krok na przód. Poderwane na wskutek tego zrywu liście, uderzają w moje plecy, smagają policzki i wiedziony instynktem zrywam się do biegu, podążając ich śladem. Kiedy biegnę, rozpętuje się prawdziwa wichura i jedyną słuszną drogą wydaje się parcie na przód. Słyszę świergot lecących nad moją głową ptaków i tętent kopyt magicznych stworzeń, które kryją się w cieniu, nie pozwalając, bym je dojrzał. Coś trzaska, coś szumi i nagle czuję dziwny swąd, a moich uszu dociera krzyk ranionego zwierzęcia. Obracam głowę, czując ciepły podmuch i tylko przyspieszam, na widok ściany ognia trawiącej wszystko na swojej drodze.

Biegnę jeszcze szybciej, gdy dostrzegam przed sobą jakąś postać, właściwie jej cień, coś czarnego. Instynkt podpowiada mi, by trzymać się od tego z daleka, wszystkie zwierzęta, które mnie otaczają, ratując swoje życie przed śmiertelnym wrogiem, trzymają się z dala tej postaci, jednak jest coś w jej ruchach, w tym, jak wydaje się rozmazywać mi przed oczami.

Harry.

Momentalnie przystaję, najwyraźniej stając na drodze jakiemuś stworzeniu, które wpada na mnie, jednak odbija się ode mnie i biegnie dalej. Rozglądam się szaleńczo w poszukiwaniu źródła dźwięku i wówczas dostrzegam, że ciemna postać również przystanęła i, może się mylę, ale mam wrażenie, że na mnie patrzy. Kim jest?

Biegnę w jej kierunku, chociaż ściana ognia zbliża się coraz bardziej. Dopadam jej i w momencie, w której ją dotykam, ogarnia mnie chłód, a przed oczami robi ciemno. Nagle czuję, jak w coś uderzam i otwieram oczy.

Mrugam na widok czystego nieba; macam dłońmi wokół siebie, a gdy podnoszę je na wysokość oczu, widzę poprzylepiane do nich płatki. Podnoszę się na łokciach i rozglądam wokół. Ciemna postać leży niedaleko mnie i gdyby nie to, że z tej odległości widzę jak jej klatka piersiowa unosi się i opada, powiedziałbym, że jest martwa.

Czołgam się do niej, widząc, że kwiaty wokół niej pokrywają się czerwienią. Drżę na myśl, że miałaby być zraniona, czuję coś, czego nawet nie potrafię nazwać, ale jestem pewien, że ma ze mną coś wspólnego. Jakby była mną.

Czuję ból w plecach, gdy dotykam bladej dłoni leżącej pośród krwawych kwiatów. Palce zaciskają się na moim nadgarstku i szarpią w kierunku klatki piersiowej. Zamieram, czując nasze dłonie przy swoim ciele i nagle, jakby ktoś zapalił światło, jakby zdradził tajemnicę, która na zawsze miała pozostać jedynie szeptem w mroku. Napinając mięśnie, by nie stracić równowagi, sięgam do osłoniętej czymś ciemnym twarzy, a gdy przesuwam nad nią dłonią, dociera do mnie, że otacza go mroczna magia, która ustępuje pod moim dotykiem.

Biorę głęboki, świszczący wdech, gdy rozpoznaję twarz leżącej przy mnie postaci.

To niemożliwe.

To Tom.

Pochylam się do jego klatki piersiowej i uśmiecham słabo, słysząc bicie jego serca. Żyje, wszystko z nim w porządku.

Mój ból odchodzi.

Tom?

Otwarcie oczu zabiera mu kilka sekund, kiedy to marszczy czoło, najwyraźniej walcząc z ciężkimi powiekami. Gdy w końcu je unosi, widzę czerwone tęczówki i nieregularną źrenicę w jego młodej twarzy. Jest to nieoczekiwany widok, jest to coś obcego, ale wystarczy mi świadomość, że znowu jest przy mnie. Wszystko będzie już dobrze, razem przetrwamy wszystko.

Harry. Myślałem, że nigdy po mnie nie wrócisz.

Śmieję się. Jakbym mógł. Szukałem go tyle czasu i nareszcie jest. Podnoszę głowę i patrzę wokół siebie. W oddali dostrzegam drobną postać. Dziecko. Już mam zapytać, co tu robi, jednak wiem, że nie byłbym w tej chwili w stanie opuścić Toma. nie, kiedy w końcu go odzyskałem. Przecież temu dziecku nic nie grozi.

Nagle dostrzegam coś jeszcze. Spomiędzy kwiatów wyłania się ruda głowa, a ja drgam, rozpoznając w stworzeniu lisa. Chcę się podnieść, ale dłonie Toma owijają się wokół mnie, przypominając, że to wszystko mnie nie dotyczy. Patrzę na jego spokojną twarz, krzyżuję z nim wzrok i sięgam dłonią do jego twarzy.

Dotykam jego policzka. Jest zimny, lodowaty niczym marmur. W pierwszej chwili nie czuję nic. Zupełnie, jakbym dotykał pomnika. Czegoś obcego, nieludzkiego. Jednak po chwili robi coś, przez co mięśnie pod moimi palcami się poruszają.

Tom ― wzdycham, pozwalając mu przyciągnąć się jeszcze bliżej. Nagle słyszę szum i patrzę, jak lis rzuca się na dziecko, które wydaje z siebie wrzask, a kwiaty wokół zostają ubruzgane krwią.

Odwracam wzrok.

Nie ma na świecie rzeczy, która sprawiłaby, bym cię opuścił ― szepcze mi do ucha, a ja drżę pod jego dotykiem.

Wróć ze mną ― odpowiadam, sięgając do jego ust.

Gdzieś w oddali rozlega się szaleńczy śmiech.

xXx

Łapię powietrze jakbym właśni wynurzył się spod wody i z całych sił walczę z omdlonym ciałem, by przewrócić się na brzuch, gdy czuję targające moim ciałem torsje.

Teleportując się z połowy drogi wiedziałem, że nie stracę przytomności na zbyt długo, jednak tyle, bym chociaż przez chwilę odczuwał spokój, którego tak panicznie w tamtej chwili potrzebowałem. Nie wierzę w to co się stało. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak mógł odebrać to Severus, do jakich wniosków dojść.

Obawiam się, że ma zbyt wiele elementów układanki. Może to lepiej? Może kiedy dowie się, jak słaby jestem, będzie potrafił zrezygnować z tego, co mogliśmy ze sobą dzielić i zwyczajnie pozwoli temu odejść? Może powinienem tam wrócić, powiedzieć coś, cokolwiek… Wiem jednak, że jestem zbyt wielkim tchórzem, by się na coś takiego zdobyć. Czuję się jakbym go zdradził. I ta zdrada mnie pali.

Biorę drżący wdech, ściskając się za brzuch, jednak nic nie nadchodzi. Wyobrażam sobie, jak moje ciało napina się w spazmach, usta rozchylają, a spomiędzy warg wypływa mrok, który niewątpliwie mnie więzi od wewnątrz, zła siła, nie pozwalająca wyrwać się spod jej władzy.

Ale tylko się okłamuję.

Nic nie nadejdzie, nie uwolnię się, bo jedyną ucieczką byłaby śmierć. Zbrodnie, które popełniłem, obrazy, których byłem świadkiem sprawiły, że stałem się tym kim jestem i nieważne jakbym chciał nieważne, jakbym się starał, wciąż robiąc jeden krok do przodu, mam wrażenie, że i tak się cofam.

Kiedy jestem pewny, że nudności odeszły, podnoszę się z podłogi i zdobywam jedynie na to, by dowlec się do łóżka. Wówczas jednak uderza we mnie obraz Severusa i mam wrażenie, że czuję jego dłonie na swoim ciele.

Zrywam się z miejsca i pędzę do łazienki, gdzie pochylam się nad muszlą. Magia we mnie burzy się i czuję jak krąży wokół mnie, wyrywając się spod mojej kontroli.

― Nie… ― szepczę, kiedy woda poniżej mojej twarzy zabarwia się i czym prędzej naciskam spłuczkę. Kiedy wir wody zabiera ze sobą dowód mojej zdrady, mrugam i mam wrażenie, że zabarwia się na czerwono. Marszczę brwi, rozglądając się wokół, kiedy jednak ponownie zaglądam do muszli, upewniam się, że to były zwykłe przewidzenia.

Wspieram się na ręce i sięgam do umywalki, by umyć sobie usta. Wówczas jednak na nowo przypominam sobie dotyk ust Severusa na sobie i chyba cudem, udaje mi się dopaść kabiny prysznicowej. Coś we mnie wzbrania się przed tym kontaktem, przed tymi wspomnieniami i mówi mi, że jestem brudny. W pewnym momencie magia wymyka się mi spod kontroli i nagle robi się ciemno, ja słyszę pękającą żarówkę. Drżę, czując jak powietrze owiewa moje nagle pozbawione ubrań ciało i odkręcam wodę. Kiedy pierwsze zimne krople wody spadają na moje rozgrzane ciało, czuję, jakby coś w mojej piersi się rozluźniło i tak jak kilka minut wcześniej, gwałtownie nabieram powietrze w moje płonące już puca, a kiedy je wypuszczam, otacza mnie spokój, a magia wraca na swoje miejsce. Opieram czoło o zimne płytki, na oślep sięgając kranu, by podkręcić temperaturę wody. Kiedy uderza we mnie gorący strumień, syczę z bólu jednak po chwili przyzwyczajam się do tej temperatury i jeszcze nie co przekręcam kurek, aż docieram do końca. Wokół mnie unosi się para, ale już czuje, że magia reaguje, chcąc mnie chronić, zupełnie jakby kilka kropel wody mogło jakkolwiek mnie zranić. Stoję tak, dopóki nie opuszczają mnie siły i nie rozpadam się na kawałki, osuwając na dno brodzika.

Woda raz po raz uderzająca w moje ciało sprawia, że wzdrygam się, czując się, jakbym otrzymywał bolesne razy. Jakbym w ogóle miał pojęcie, jakie to uczucie. Jakby ktokolwiek skrzywdził mnie tak jak ja sam wszystkich wokół.

Nie wiem ile czasu mija, nim mogę złapać normalny oddech, czując, że moje oczy nie pieką mnie dłużej od powstrzymywanych łez. Ogarnia mnie wyczerpanie, a podniesienie się na kolana zabiera więcej, niż chciałbym się do tego przyznać. Po drodze potrącam butelkę z płynem pod prysznic, ale teraz nawet nie chcę myśleć o nakładaniu na siebie jakichkolwiek zapachów. Potrzebuję siebie, samego siebie.

Potrzebuję zasnąć.

Jakimś cudem, nie siląc się nawet, by wytrzeć się ręcznikiem, docieram do łóżka.

Ciało wciąż mnie piecze, gdy zapadam w niespokojny sen, szukając ukojenia.

xXx

Rozlega się rżenie gdzieś spomiędzy drzew w głębi lasu, ale uparcie je ignoruję, patrząc na znikający za horyzontem mrok. Z każdą chwilą, gdy wokół mnie jaśnieje, czuję się coraz lżej, zupełnie, jakby z moich barków został zdjęty ogromny ciężar. Coś zmienia się w powietrzu, nawet ptaki zamierają, powietrze ani drgnie. Rozglądam się, wypatrując tego, co nadchodzi, ale niczego nie widzę. Raczej instynktownie wyczuwam, że zaraz coś się wydarzy. Dziwnie czuję się, stojąc tak pośrodku polany, ale wówczas mój wzrok napotyka ogromy głaz i jakiś ruch za nim. Marszczę brwi, ruszając w tym kierunku, gdy nagle po mojej lewej stronie rozlega się szum. Wzdrygam się i cofam o krok na widok zbliżającej się do mnie kurtyny krwawego deszczu. Po chwili cała polana spływa krwią; moje ubrania szybko przemakają, a w powietrzu unosi się metaliczny zapach. Otwieram usta, odchylając głowę do tyłu i wysuwam język. Świat przesiąknięty jest tym smakiem, tą wonią, jedyną i niepowtarzalną, której nie można pomylić z niczym innym.

I dobiega mnie kwilenie. Jestem zaskoczony, że słyszę je mimo otaczających mnie dźwięków, jednak bez zastanowienia ruszam w jego kierunku. Dochodzi zza głazu, a kiedy go obchodzę, moim oczom ukazuje się zwinięta na ziemi postać. Cała jest pokryta krwią, jednak kwiaty, na których leży, pozostają białe. Trzyma coś w swoich ramionach, wyglądając na nieprzytomną, jednak kiedy się nachylam, otwiera oczy, sięgając po mnie ręką.

Chwieję się pod wpływem tak nagłego kontaktu i parskam, gdy dociera do mnie, kogo mam przed sobą.

Voldemort.

Szczerzy do mnie zęby, wspierając się o mnie, by wstać, po czym podaje mi trzymane w rękach stworzenie. Drgam niespokojnie na widok rudego szczenięcia. Coś podpowiada mi, że to nie pierwszy lis, że to coś znaczy, jednak dopiero gdy otwiera ślepia, dociera do mnie, co jest nie tak. Jego oczy są nienaturalne, są obce. To oczy dziecka.

Przerażony wypuszczam szczenię z dłoni, jednak zamiast spaść i skręcić sobie kark, zwinnie znika pomiędzy kwiatami. Mam ochotę za nim ruszyć, gonić je, dopóki go nie dopadnę, jednak wiem, że to dłużej nie ma sensu. Że to i tak nie przyniesie więcej odpowiedzi.

Obserwuję, jak z każdą kolejną krwawą kroplą spadającą na jego futro, rośnie; wówczas czuję, jak ktoś mnie obejmuje i zupełnie poddaję się temu uczuciu. Kiedy stworzenie znika między drzewami, jest już pokaźnych, nienaturalnych rozmiarów lisem, z piękną kitą.

Łapię obejmująca mnie dłoń i przysuwam sobie do policzka. Wtulam w nią twarz, oddychając głęboko.

Czy to się kiedyś skończy? ― pytam, chociaż jestem pewien, że znam odpowiedź.

Tylko jeśli tego chcesz.

Odwracam się i patrzę na niego. Nareszcie jest taki, jakim go pamiętam. Jest sobą. Potężnym, wystarczająco ludzkim dla tego, kto potrafi patrzeć i widzieć. Jest sobą. Jest ze mną. I tak już pozostanie.

Zawsze ― mówię cicho i wychylam się, by do niego sięgnąć. Nie zamykam oczu, pozwalam sobie sprawić, by to było prawdziwe, prawdziwsze niż wszystko inne.

Nagle wiem, że jest dobrze. I tak pozostanie.

Gdy owiewa nas delikatny wiatr, śmieję się mu w usta.

xXx

Patrzę w sufit nade mną.

Nie wiem, jak długo tak leżę, ale nie potrafię wyzbyć się wspomnienia snu z mojej głowy, zwłaszcza, że wciąż czuję krew w ustach, która nieustannie sączy się z przygryzionej wargi. Ostatnimi czasy nocne mary nie pozostawiały na mnie znaków swojej obecności, dzisiaj jednak mam zadrapania na piersi i siniak na ramieniu. Nie chcę nawet wiedzieć, co robiłem w nocy, by się ich nabawić. Przynajmniej nie próbowałem podciąć sobie nadgarstków.

Jednak ten sen...

To wszystko było takie prawdziwe, takie… namacalne, że przez chwilę naprawdę uwierzyłem, że to świat, do którego należę. A wówczas spadła na mnie świadomość tego, co wydarzyło się zaledwie wczoraj, mimo tego, że naprawdę starałem się z całych sił uwierzyć, że to nieprawda, że to po prostu zły koszmar, z którego się właśnie obudziłem.

Podnoszę się z łóżka i sięgam do szafki, gdzie chowam paczkę papierosów. Wyciągam pierwszego i waham się. Mogę użyć zapalniczki, odrzucając od siebie to, kim jestem. Mogę jednak również sięgnąć po moją magię, pogodzić się z tym, że więź, coś, na co nigdy nie miałem wpływu, dopóki w końcu jej nie zaakceptowałem, na nowo rządzi moim życiem. Mogę ją zaakceptować. Mogę zrobić to, co powinienem był już dawno.

Czując lekkie zawroty głowy, wsuwam końcówkę papierosa do ust i gdy po raz pierwszy się zaciągam, nagle rozjaśnia mi się w głowie. Wiem już co zrobię.

A życie i tak będzie toczyć się dalej.

xXx

Kiedy ma się świadomość, że zrobiło się coś naprawdę okropnego, nie wiedzieć czemu, nagle zwraca się większą uwagę na wszystko wokół. Czy spojrzenie rzucone przez mijaną czarownicę nie niosło przypadkiem ze sobą ostrzeżenia? Czy nawet Stebbins nie patrzył na mnie jakoś tak inaczej? A może po prostu chciałbym tego. Może chciałbym, by ktoś z nich wytknął mnie w końcu palcem, by nareszcie przekreślono te latami tkane kłamstwa na mój temat. By przyznano, że niczym się od nich nie różnię i w końcu zrozumiano, że jestem równie silny jak każdy inny. Że są rzeczy, które bez problemu ściągną mnie na samo dno i bez wyciągniętej w moim kierunku dłoni nie uda mi się podnieść.

Ale otacza mnie jedynie hałas codziennego dnia. Nikogo nie obchodzą moje zbrodnie. Nikt nie będzie się zastanawiał nade mną i moim losem, dopóki nie zrobię czegoś, co na nowo poruszy cały czarodziejski świat. Ale to już niedługo. Póki co, wszystko musi zostać dobrze zaplanowane.

Otwierając drzwi do mojego gabinetu, na nikogo nie patrzę. Od razu siadam za biurkiem i zaczynam przeglądać porozrzucane na nim papierzyska, gdy nagle zauważam dwie koperty. Marszczę brwi i sięgam po pierwszą z nich, widząc pieczęć ministerstwa. Waham się, nim ją otwieram i rozglądam nerwowo wokół. Czyżby dotarło do nich, że nie pojmałem Malfoya, gdy miałem ku temu okazję. Czy chcieli mnie zwolnić?

Wówczas zdobywam się na odwagę i w końcu przełamuję pieczęć. Mam ochotę parsknąć na jej zawartość. A może po prostu nie wierzę w zbiegi okoliczności,

Szanowny Panie Potter,

z przyjemnością informuję, iż nazajutrz weźmie pan udział w swojej pierwszej pracy terenowej. Wybieramy się do największego magicznego terenu w Dover, gdzie od kilkudziesięciu lat obserwuje się wzrost populacji jednorożców. Pana i pana grupy zadaniem będzie zaobrączkowanie nowych osobników i wprowadzeniu aktualizacji w księgach. Całe przedsięwzięcie zajmie kilak do kilkunastu godzin ze względu na rozległy teren i nieufność tych stworzeń.

Wierzę, że jest pan świadom zasad, których należy się trzymać, by cała operacja przebiegła bezpiecznie. Niezbędny sprzęt zostanie przekazany całemu zespołowi jutro o ósmej, kiedy zbierzemy się przy zachodnim wyjściu z Ministerstwa Magii. Proszę odpowiednio się przygotować i nie zapomnieć o białych szatach naszego wydziału.

Z poważaniem,

Jonathan Stebbins.

Gdyby nie fakt, że moje myśli już mkną, umieszczając kolejne puzzle na swoich miejscach, zapewne rozciągnąłbym usta w szerokim uśmiechu. To jednak zupełnie nie odpowiada sytuacji, w której się znalazłem. Zamiast tego wyciągam na powierzchnię wspomnienie tak niedawno wypowiedzianych słów.

Widzisz, nie zamierzam jednak dłużej uciekać. To męczące. Mam dom we Francji i zapewnioną nietykalność. To tam spędzam większość czasu, jednak chcę mieć syna przy sobie. Nie zamierzam czekać na dalsze decyzje Ministerstwa, bo wiem jak działa. Nie będą chcieli go stąd wypuścić.

Dover… Nie potrafię sobie wymyślić lepszego miejsca na start.

Tylko co mogłoby być metą? Nagle przypominam sobie, że przecież mamy swoje mapy. Wstaję i podchodzę do segmentu z setkami ksiąg spisywanych rok po roku przez kolejnych pracowników, a także tych dotyczących poszczególnych gatunków. Gdzieś między nimi wypatruję dość cienką mapę, a kiedy wracam z nią do biurka, czuję na sobie spojrzenie mojej współpracownicy. Odpowiadam jej uniesionymi brwiami, na co wraca do swojej pracy. I prawidłowo. Nagle czuję się dziwnie pełen energii. Nie powinienem, mam tego świadomość, to właściwie dość chore. Ale ze mną to i tak ni nadzwyczajnego.

Otwieram mapę na interesującej mnie stronie i prycham na widok odległości dzielącej nas od Francji. Na oko odległość wyniesie jakieś pięćdziesiąt mil. Może to nie aż tak wiele. Szybko wyszukuję czegoś, co mógłbym wybrać jako naszą metę i Audreselles wydaje się być idealnym rozwiązaniem.

Gdy zamykam mapę, nagle to wszystko zaczyna do mnie docierać. Decyzja, którą podjąłem.

Jestem pewien, że ta odległość jest zbyt wielka, bym ją udźwignął.

Oddycham głęboko, sięgając do stosu teczek. Już niedługo. Teraz tylko pozostawało porozumieć się z Lucjuszem, a jestem pewien, że Dracon i… Severus, to najkrótsza droga. Wówczas drzwi otwierają się i staje w nich ten sam młodzieniec, który niegdyś trzymał teczkę z moim nazwiskiem. Ten sam, z którym nie tak dawno miałem dość dziwne spotkanie…

Podnoszę się z fotela.

xXx

Najwyraźniej jest łatwiejszy sposób.

Zaciskam szczękę, uparcie milcząc, kiedy kolejny potok słów zalewa mój wzburzony umysł.

― Przyznam jednak, że mnie zaskoczyłeś. nie sądziłem, że się na to zdobędziesz ― drwi, a ja wzruszam ramionami. Nie rozumie, że spaliłem za sobą już wszystkie mosty? ― Och, a może ktoś się do tego przyczynił? No, panie Potter, muszę przyznać, że dzisiejsze spotkanie z Severusem było raczej… ciężkie. I dlaczego mam wrażenie, że jak zawsze za wszystkim stoisz ty?

Nagle podchodzi do mnie, a ja sam z zaskoczenia wypuszczam trzymany w dłoni papieros. łapie mnie pod brodę i zmusza, bym spojrzał mu prosto w oczy.

― Powiedziałeś mu? Przyznałeś się do swojego małego romansu pod sztandarem wojny? Powiedz mi, co musiało się stać…

― Dość. Jeszcze jedno słowo, Malfoy, a zmienię zdanie.

― Nie zrobisz tego. Widzę to w twoich zakłamanych oczach ― prycha i odpycha mnie. Zakłada ręce na ramiona i patrzy na mnie z góry. ― Mogłeś wygrać tę wojnę dla czarodziejskiego świata, ale nie wiem jaką bitwę przegrałeś dla samego siebie.

Nie ma we mnie już gniewu. Jest po prostu… akceptacja.

― Niemal… Pamiętasz, jak mi to powiedziałeś? Jak mogłem niemal zniszczyć więź. Odpowiedz mi. Co miałeś na myśli? ― Patrzę na niego twardo. Wydaje się zastanawiać nad moim żądaniem i w końcu opada na moje łóżko.

Przez chwilę mam ochotę coś na to powiedzieć, zareagować w jakiś sposób, ale to i tak nie ma dłużej znaczenia.

― Znak nie zniknął ― mówi po prostu, a ja przypominam sobie wczorajszą rozmowę z Severusem. Nagle wydaje się tak odległa, jakby miała miejsce przynajmniej w zeszłym tygodniu a nie wczoraj.

― To może nic nie znaczyć. Wystarczy, że twój rdzeń przesiąkł jego magią.

― Jesteś czasami niesamowicie naiwny. Nie jestem pewien, czy już ci to mówiłem ― mówi, wygładzając kołdrę na której siedzi. Śmieszy mnie, że nie skomentował warunków, jakie panują w tym mieszkaniu. ― Albo głupi. Gdzie masz dziennik? Sięgałeś po niego ostatnio? Nie sądzę.

Mina mi tężeje.

― Coś powoli dociera, prawda? Niee ― przeciąga głoskę. ― Widzę, że już o tym myślałeś. Co pozostało, czy da się to uratować? Czy to wszystko jest winą więzi, czy to ona paczy obraz samego ciebie? Obawiam się, że to, co sobą prezentujesz, to cały ty. Jest zbyt słaba, wiedziałbym, gdyby było inaczej.

― Jak? ― wyrywa mi się mimowolnie.

― Widzisz, panie Potter, raz wyjawiona tajemnica przestaje nią być. Tamtego ranka ― wyrzuca z siebie, jakby samo wspomnienie uwłaszczało jego godności. ― Dowiedziałem się więcej, niżbym sobie tego kiedykolwiek życzył. To na zawsze pozostawia po sobie piętno. Czarna magia ma osobliwy smak. Wyczuwam ją w tobie i jestem pewien, że Severus również ma tego świadomość. Ale, w przeciwieństwie do mnie, jest upartym ślepcem i nie chce dopuścić do siebie myśli, do czego doprowadził wraz z waszym kochanym dyrektorem. Właściwie… ― Patrzy na mnie i jestem pewien, że to, co zaraz powie, mi się nie spodoba. ― Żal mi cię. Najwyraźniej twoi bliscy uczynili twoje życie jeszcze większym piekłem niż wrogowie.

― To nie ja od kilku miesięcy żyję ucieczką ― mówię, ale sam nie słyszę w moich słowach jadu, który powinien tam być.

― Nie? Ucieczka przed samym sobą wydaje się być jeszcze gorsza.

Jego głos dochodzi jakby z oddali. Osacza mnie, wytyka. Obnaża. Ale przetrwam to. Wiem, że na to czekałem, wiem, że na to liczyłem, kiedy poleciłem go wezwać. Wiem, że nie chodziło tylko o Draco, bo Malfoy jest jedyną osobą, która nie waha się powiedzieć mi prosto w twarz tego, co sprawia, że mam siłę, by jeszcze chociaż chwilę walczyć.

To przerażające. Najgorsze jest to, że mam wrażenie, iż wszystko posypało się na przestrzeni zaledwie kilku tygodni. Która błędnie podjęta decyzja rozpędziła ten bieg wydarzeń?

Pędzę donikąd. I jestem w tym sam.

― Dover. Jutro. Nie jestem pewien, o której. Sam zajmę się tym, by mieć przy sobie Dracona. Dotrę z nim do Audreselles, nie jestem pewien, gdzie wylądujemy, ale możesz mi wierzyć, że będziesz wiedział. trzymaj się blisko wody, bo samo pokonanie magicznych osłon otaczających Wielką Brytanię i kolejnych roztoczonych wokół Francji może znacznie skrócić naszą podróż. Kiedy się pojawimy, natychmiast z nim znikaj. ― Zasłaniam usta dłonią i ziewam, czując się nagle niewyobrażalnie zmęczonym. Patrzę na niego. ― Nie jestem w stanie nic więcej zrobić dla waszej rodziny. Spraw jednak, by nikt nie żałował mojej decyzji.

― To mój syn ― mówi krótko, podnosząc się. Nagle widzę wyciągniętą w moja stronę dłoń i wiem, że to pewna obietnica.

To moje życie.