Miłe złego porządki
"Życie to ucieczka przed przeszłością i pogoń za przyszłością" - pomyślał, starając się nie zwracać uwagi na tuptający za nim peleton. Feliks za wszelką cenę chciał odciągnąć myśli od depczącego mu po piętach niebezpieczeństwa, dlatego nie zawahał się sięgnąć po najpokrętniejszą metodę na zmotywowanie się do działania, jaka przyszła mu do głowy w ciągu dziesięciu sekund - i tak wpadł na wymyślanie cytatu na nagrobek. "Albo... Nieważne, dokąd biegniesz, ważne, jak biegniesz. Żesz. Jestem normalnie jak Paolo Coelho swojego życia."
Pędził co sił w nogach, aby umknąć przed zataczającym coraz ciaśniejsze kręgi Jabbersmokiem, jednocześnie wypatrując z istnym obłędem w oczach jakiegoś wsparcia. Było tylko gorzej. Maruderzy i niedobitki, które do tej pory znajdowały się w zamku, zaczęły wylegać ze wszystkich otworów lodowej siedziby Białej Królowej, a gdy tylko blondyn śmigał im przed oczami, rzucali się za nim w pościg. Tylko muzyczki z "Benny Hilla" tu brakowało.
Kiedy chłopak wreszcie pokonał ostatnią prostą przyzamkowego traktu i wyskoczył zza węgła w kierunku wyważonej bramy, niespodziewanie wpadł w sam środek zaciekłych walk. Bitwa rozlała się już na całym terenie; zamiast zorganizowanych manewrów każdy tłukł wroga czym mógł i jak mógł: widłami, łyżkami, kijami, a nawet ciężkim trepem, co uskuteczniał na lodowym żołnierzu jakiś kangur z przylepionym na nosie plastrem. Felek dostrzegł również śmigającą w powietrzu patelnię, która świadczyła o tym, że właścicielka nowego Pogromcy Jajecznicy III nie zamierzała tanio sprzedać swojej skóry. W tle wciąż buchała para ze wściekłego Przedwiecznego Tostera.
Tymczasem niedaleko za nim rozległy się okrzyki, które już z osiemdziesięcioprocentową skutecznością dało się zrozumieć. Psiakrew, doganiali go. Jeśli zbliżą sie jeszcze bardziej, wraz z tymi z przodu wezmą go w istne dwa ognie.
- Stój! Stój w imieniu Jej Królewskiej Najosobistrzości! - ryknął jakiś żołnierz, mocując się z kocurem, który właśnie wziął go na celownik.
- A w życiu! - odkrzyknął Felek, wskakując między przypadkowych walczących, by zmylić trop. - Paszoł won! Bo was oskarżę o pastwienie się nad nieletnimi!
Kilkanaście metrów pokonał zygzakiem, potem skręcił w prawo, ku wyważonej bramie. Gdy już myślał, że nikt go nie zatrzyma, zza wyłomu muru wybiegł samotny lodowy żołnierz. Feliks stanął jak wryty. Wrogi wojownik trzymał w rękach gotową do zadania ciosu halabardę. Nie ucieknie!
- Z drogi śledzie, bo dziadzio jedzie!
Kiedy lodowy człowiek już zamachiwał się ostrzem i miał nim przeciąć Felka wpół, nagle coś zmiotło go z powierzchni dziedzińca. Feliks uniósł zaciśnięte w pośpiechu powieki i rozejrzał się błędnym wzrokiem, aż w końcu dostrzegł przygwożdżonego do muru halabardzistę, na którego wjechał spory golfowy wózek. Oraz dwóch znajomych, wiekowych jegomości, dołączonych w pakiecie do pojazdu.
- O matko, jakby nie zabił mnie żołnierz, to zrobiliby to emeryci za kółkiem… - jęknął Felek, łapiąc się za głowę. - Powinni zabierać staruszkom prawa jazdy.
Cielożółw wygramolił się z siedzenia pasażera i nieco chwiejnie stanął na ziemi. Otrzepał skorupę, a potem dumnie wyprostował się.
- Prawo jazdy to drobnostka. Przede wszystkim nie powinni dawać wozów byle komu - zauważył papcio.
- To nie jest jakiś tam wóz! To Papamobile! Ochrzczony na twoją własną cześć, taki mam gest! - odkrzyknął Gryf, poprawiając się na fotelu kierowcy. - I wiesz, że się wcale o niego nie starałem!
- Yhm, oczywiście. Samo przypełzło. - Papcio Cielożółw zgromił wzrokiem nonno Gryfa, czego ten nawet nie zauważył, ponieważ skupiony był na próbach wycofania wozu zaparkowanego na halabardziście. Coś jednak nie pykło z pedałami, bo Papamobile stęknął i skoczył do przodu, wyciskając z piersi lodowego żołnierza zduszony pisk.
- No co? Krokiet u Królowej został dokumentalnie zawieszony, więc to maleństwo stało sobie nieużywane - stwierdził niewinnie kierowca. - To się nim zaopiekowałem. Pierwszorzędny ze mnie gość!
Zadowolenie Gryfa przeszło na melex, który wreszcie z chrzęstem odpalił i wycofał się ze znokautowanego żołnierza.
- A tak w ogóle to miło znów cię widzieć, Fryderyku.
- Feliks. Ja również cieszę się, że widzę was zdrowych na ciele i... i ciele - odparł zrezygnowany chłopak, przypominając sobie o wybiórczej sklerozie dziadka Alzheimera. - Dziękuję za ratunek, ale muszę już pędzić. Tam z tyłu jest więcej takich miłych, wymachujących rękami panów. I jeden większy, wymachujący skrzydłami.
- My właśnie w tej sprawie... - zaczął Cielożółw, ale ryk wciśniętego pedału gazu zmusił jego, Felka oraz jakieś pięćset osób znajdujących się w pobliżu do natychmiastowego zatkania uszu.
- Proszę wsiadać, drzwi zamykać! - zawołał pogodnie nonno Gryf, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że właśnie ściągnął na siebie uwagę wszystkich okolicznych wrogów i tylko dzięki temu, że byli tu też sojusznicy, nie został nadziany pikami jak świąteczna pieczeń wieprzowa śliwkami.
Feliks wiedział, że teraz nie ma wyboru - zauważony przez taką ilość oczu nie mógł cichcem wtopić się w tłum. Bezpieczniej było już zabrać się szybszym środkiem transportu i wypedałować jak najdalej stąd na potrójnym napędzie flinestone'owym. Blondyn w dwóch susach dopadł do lodowego żołnierza i zrobił mu szybką rewizję osobistą. Starsi panowie dwaj tymczasem spokojnie kontynuowali konwersację.
- To nie ma drzwi - zauważył aż nazbyt rzeczowo Cielożółw.
- Mój drogi, od czego jest wyobraźnia! Dojrzyj oczyma duszy, że Papamobile ma piękne, lakierowane, czerwone drzwi od Lamborgini, a z pewnością sam poczujesz się niczym bogacz na latyfundiach.
Wciąż nieprzekonany papcio wgramolił się na siedzisko pasażera, z powątpiewaniem nacisnął dłonią cienką tapicerkę i tradycyjnie zgasił zapał swego kompana:
- Mogę sobie wyobrazić drzwi, ale tak niewygodnego fotela żadna wyobraźnia nie poprawi. Nic nie jest w stanie oszukać mojego ty...
- Dobra, znawcy limuzyn, pogadamy w drodze. - Felek wskoczył na bagażnik, trzymając w owiniętej chustką lewej dłoni lodowy sztylet. - A teraz w nogi! Bo inaczej za minutę zostaną z nas tylko nekrologi.
Znajdujący się na siedzeniu kierowcy nonno Gryf obrócił się w stronę chłopaka, ale gdy zobaczył tuż przed swoim dziobem ostrze, zauważalnie spotulniał.
- Filemonie, ale nie trzeba było uciekać się do takich metod. Będę współpracować, naprawdę.
- Co? Och, nie, to przecież nie jest na pa... - Feliks nagle umilkł, przemyślał szybko sprawę, po czym zmienił taktykę. - ...aa tak, tak, jestem zły, bardzo zły! Arrr! Jeśli nie posłuchasz moich rozkazów, ostrzygę twój ogon! Będzie goły niczym dżdżownica! A teraz cała naprzód!
- Tak jest - zgodził się usłużnie Gryf, dyskretnie chowając ogon pod siedzenie. - Cała naprzód! Ja zawsze lubiłem naprzód!
Jakkolwiek źle i dwuznacznie to nie zabrzmiało, właściciel autka spełnił wreszcie swoją kierowniczą powinność i z dzikim susem melex, czy raczej – Papamobile – pomknął w stronę zachodzącego słońca. Trójosobowa ekipa wstecznie szturmująca przedarła się przez wyłom w murze. Nie trzeba było długo czekać na reakcję; niespełna kilkadziesiąt sekund później olbrzymia gadzina przeleciała nad walczącymi, nie zaszczycając wroga nawet mroźnym prychnięciem, i ruszyła w pościg za spierdzielającym melexikiem. Nonno Gryf dawał z siebie wszystko, lawirując między drzewami niczym pijana gazela, co o dziwo nawet skutecznie powstrzymywało Jabbersmoka przed trafieniem w nich gradowymi pociskami. Zamarznięte kule wielkości piłek do kosza śmigały za nimi niczym upierdliwe, gigantyczne muszki owocówki, ale kierowca zachowywał całkowicie zimną krew, zupełnie nie zwracając uwagi na szalejący żywioł.
- Proszę jechać do lasu za polami krokietowymi - zakomenderował blondyn, a kiedy przypomniał sobie o swojej roli oprycha, wyciągnął rękę do przodu i nie do końca przekonywująco pomachał sztyletem na boki. - Musimy... muszę się tam znaleźć w trybie nał. Kapiszi?
- Przyjąłem. Dla ciebie wszystko, drogi Florentynie.
- Wreszcie ktoś go utemperował - ucieszył się Cielożółw. Z dystansem, oczywiście. - Szkoda, że nie miałem takiej zabawki ostatnim razem, kiedy ten wariat wjechał na sosnę.
- Tym się nie da wjechać na drzewo. Chyba - zawahał się chłopak.
- Dobrze powiedziane. Chyba. Tutaj wszystkie "chyba", "niemożliwe" i "w dziewięciu przypadkach na dziesięć" można potraktować jako pobożne życzenia lub co najwyżej miłą wskazówkę do życia.
- W takim razie aż boję się spytać, co się stało potem, kiedy "chyba" znaleźliście się na drzewie?
- To, co czeka każdego czterokołowca-nielota na dwunastometrowej sośnie. Pionowo z niej spadliśmy - kontynuował niewzruszony papcio. - Jedna z gałęzi o mało co nie skróciła mnie o skalp, gdyby nie to, że w połowie wciąż jestem żółwiem. Zdążyłem schować głowę do skorupy, więc skończyło się na ogólnych potłuczeniach. Niemniej, nie było to zbyt przyjemne.
- Przyjemne? - Feliks obruszył się w zastępstwie zawsze wychillowanego Cielożółwia. - To słowo w ogóle nie powinno stać w tym zdaniu.
- Być może - przyznał papcio - ale patrząc na to, w jakie sytuacje nieustannie pakuje mnie ten nieokiełznany emocjonalnie Gryf, mogę wysnuć wniosek, że tamto zdarzenie należało do zaledwie "niezbyt przyjemnych" w skali zła.
Cielożółw zrobił szeroki ruch ręką, jakby chciał wskazać, że cały ten ambaras również był winą niepokornego dziadunia. Felek rozejrzał się dookoła i zobaczył, że jechali już skrajem pola krokietowego, gdzie drzew było zauważalnie mniej, a Jabbersmok w czasie ich pogaduszek zaczął odrabiać straty. Wciąż nie było źle, jednak żeby zaczęło być naprawdę dobrze, potwór musiałby chyba co najmniej wyparować w tęczowym obłoczku przy wtórze urodzinowych gwizdałków.
Gadzina szybowała może ze dwieście metrów w linii prostej za nimi, gdy na chwilę przed oczami chłopaka śmignęła sylwetka Nataszy. No właśnie, zaledwie sylwetka... więc czemu zdawało mu się, że widział, jak Biała Królowa się uśmiecha? Była zdecydowanie zbyt daleko, żeby Felek zdołał dostrzec cokolwiek w obrębie jej głowy, a poza tym przecież nie było jeszcze się z czego cieszyć – melex wciąż znajdował się poza zasięgiem łap potwora. W tym momencie blondyn spostrzegł, że atak lodowych kul już od pewnego czasu nie daje im się we znaki. Brak śmiercionośnej gradziny wydawał mu się jednak bardziej złowieszczy niż jej obecność. Przecież Jabbersmok był idealnie za nimi, więc gdyby chciał wystrzelić w ich kierunku jakiś lżejszy pocisk...
Lżejszy. O fpytę.
- W lewo!
Feliks cisnął sztylet za siebie, licząc że może jakimś przypadkiem dziabnie gadzinę w oko, a potem niemal władował się na kolana nonno Gryfa, by szarpnięciem zmienić kierunek jazdy. Kto jak kto, ale chłopak doskonale zdawał sobie sprawę, że lodowe kule to nie jedyna broń, jaką posiadał w swym gardłowym arsenale latający gad. Na potwierdzenie tych przypuszczeń na prawo od melexu pojawiła się błękitna wstęga szronu, znacząca ich niedoszłą trasę przejazdu. Siła podmuchu zakołysała Papamobile, kiedy fala uderzeniowa lodowego oddechu smoka dostała się pod podwozie.
- Ej, co się dzieje? W tych warunkach nie da się prowadzić! Proszę zastraszać mnie w cywilizowany sposób! - nie wytrzymał nonno Gryf, a kiedy miał poczęstować Feliksa karcącym spojrzeniem, jego wzrok zatrzymał się na kilka sekund na Jabbersmoku.
Mina mu zrzedła, a pazury mocniej zacisnął na kierownicy, jednak chęć wygłoszenia jakichś kombatanckich opowieści okazała się silniejsza od zwykłego strachu.
- To przed nim uciekamy? - zapytał, wracając do wycinania melexowych hołubców. - Myślałem, że po słoniach alpejskich już nic mnie w życiu nie zdziwi.
- Przepraszam! Ja nie chciałem! - krzyknął Felek.
- Co? Nie, nie, źle mnie zrozumiałeś, drogi Fabianie. Nie powiem, nielichy jest ten młodzieniaszek, ale to wciąż zawodnik trzecioligowy. Nie umywa się zupełnie do takiej Kleopatry. Ach, co z niej był za sfinks...! Potrafiła wykonać potrójne salto w powietrzu, robiąc sobie jednocześnie pedicure za pomocą krokodyla - rozmarzył się Gryf, lecz na wpół przytomnie rzucił jeszcze: - A czy można wiedzieć dlaczego uważasz, że ścigający nas w tej chwili smok jest tu z twojego powodu?
- To wszystko przez to, że przeszedłem przez lustro i nie mogę już pisać prawą ręką - skompresował wyjaśnienia Feliks, pomijając kilka istotnych szczegółów w swej opowieści. Ale naprawdę nie to się teraz liczyło; Biała Królowa była coraz bliżej.
- To niesłychane co opowiadasz, Gajuszu Flawiuszu! Mój kuzyn od strony stryjecznej babki miał bardzo podobny problem, tylko że on nie mógł pisać prawą stopą. A może to było ucho...?
Nonno Gryf pogrążył się w zadumie, intensywnie myśląc nad bratem wujka swojej przyszywanej siostrzenicy, a papcio Cielożółw westchnął ciężko, chwycił za kierownicę i, znając swojego towarzysza nie od dziś, a nawet nie od stu lat, w ciszy przejął dowodzenie nad szalejącym melexem. Jabbersmok co i raz wystrzeliwał w ich kierunku nowy mrożący promień, Feliks natomiast coraz mocniej zaciskał zęby, choć już sam nie wiedział, czy to z buchającego zza pleców zimna, czy ze strachu. Chłopak zaczynał w pełni odczuwać dyskomfort bycia doskonale widocznym celem.
- A czy nie mogliście przemalować tego wozu na jakiś mniej krzykliwy kolor? Khaki jest ostatnio bardzo modne. Zwłaszcza dziś!
Cielożółw krytycznie spojrzał na skrytykowaną już do granic łańcuchów polimerowych syntetyczną tapicerkę, a potem otaksował także wątpliwych walorów wytrzymałościowych czerwoną karoserię, pozostałość po poprzednim ustroju.
- To je amelinium - zawyrokował. - Tego nie pomalujesz.
- Jak nas to przemiłe stworzenie dorwie, to może jednak pomaluje. Do wyboru będzie syberyjska biel albo śniegi Arktyki - jęknął Feliks.
- Nie zrobi tego. Nie pozwolimy na to - rzekł twardo papcio. - Może nie gwarantujemy bezpieczeństwa twojemu domowi, ale naszego gruchota z wszelkimi przyległościami ten smok nawet nie tknie. Królową pozostawimy tobie.
Pęd powietrza wpadł Felkowi do gardła, śmignął między migdałkami i zrobił pętlę w zatokach, kiedy blondyn mimowolnie otworzył usta ze zdziwienia.
- Skąd to wiecie?
- Fufufu, mój drogi Florianie - zacmokał Gryf, gdy wreszcie ocknął się z zadumy i wrócił do swej fuchy kierowcy - mamy swoje małe męskie tajemnice...
- Gilbert powiedział mi o kilku rzeczach - zdradził za to zwięźle Cielożółw, nawet nie mrugnąwszy okiem, gdy kompan zaczął mówił konspiracyjnym szeptem.
- Eee... A Ludomir wysłał nas z misją ratunkową, bo że coś nie wyjdzie, to jak dwa plus dwa równa się obwarzanek - dorzucił szybko nonno Gryf, zanim towarzysz zgarnął całą informacyjną chwałę dla siebie, a potem zawahał się. - Chyba coś pomyliłem.
- Co? Gilbert? Ludwig? - zaczął Felek, ale przerwał mu jowialny śmiech kierowcy. Dziadzio bardzo szybko zwietrzył okazję do nowej opowieści.
- Mój drogi Franciszku, rozumiem, że nie byłeś świadomy, że Lucjusz i Gerald są jego synami? Dasz wiarę? Z jego ponurą aparycją, aż dwójka synów? Cicha woda brzegi rwie!
Nie wiadomo było, czy Gryf cieszył się z głupia frant, czy przemawiała przez niego wbita głęboko w męską dumę zadra zazdrości z powodu powodzenia kolegi o cichym usposobieniu.
- Ja tam tu widzę inny międzygatunkowy powód do podziwu - stwierdził Feliks. - Czy ktoś przekazał pewną radosną nowinę o kurczaku w rodzinie?
Cielożółw pozwolił sobie tylko na krótkie westchnienie.
- Zdziwiłbym się, gdyby w końcu nastąpiła ciągłość gatunkowa.
- Ty szalony kusicielu! - nabijał się dalej Gryf. - To przez ten twój szałowy germański typ urody, papciu. Gdyby nie to, że nie jesteś elfem, to byłbyś świetnym elfem. I w ogóle. Pozujesz na takiego chłodnego i niedostępnego...
- Ja jestem chłodny i niedostępny - odparł kwaśno obgadywany. - I widzi to każdy poza tobą. A poza tym mówiłem już niezliczoną ilość razy, że nie jestem niczyim papciem. Adoptowałem ich, nie spłodziłem.
- I niby jak na ciebie wołają? Ojcze protektorze? To oczywiste, że jesteś papciem, papciu!
W trakcie mówienia nonno Gryf tak gwałtownie gestykulował, że melex zaczął zarzucać na boki, a Felkowi pod wpływem siły odśrodkowej wątroba o mały włos nie staranowała żołądka.
- Pax, pax! – nie wytrzymał w końcu. - Jeśli macie ochotę dalej się kłócić, to oddajcie mi kierownicę i skoczcie podebatować z Jabbersmokiem!
- Po cóż te nerwy, Filonie? Przecież ja zupełnie nie mam nic do papcia ani jego rodziny. A Lucjana to nawet cenię za to, że regularnie opiekuje się moim wnukiem - powiedział, akcentując ostatnie słowo, jakby oczekiwał po rozmówcy pociągnięcia tematu.
"Nie pytaj. Po prostu nie pytaj." Feliks przybrał pokerową twarz, przez co razem z Cielożółwiem wyglądali teraz jak dwóch płatnych morderców - jeden sztyletował, a drugi rzucał pogardą. Na Gryfie nie robiło to jednak żadnego wrażenia. Inną sprawą było to, że spędził już tyle czasu w swoim dziadziowym świecie, że zupełnie nie zauważał drobnych przykrości, jakie fundowali mu towarzysze.
- Czy nie miałeś przypadkiem pokonać Kier zanim wybierzesz się do swojego domu? - przerwał ciszę papcio Cielożółw, na co Feliks tylko westchnął.
- Zmiana planów. Lubię sobie okazjonalnie utrudniać życie i podnosić poziom trudności misji.
- Ale my nie jesteśmy przygotowani na takie zmiany planów. Gdybyśmy wiedzieli, że czas goni, to zorganizowalibyśmy nieco inny środek transportu niż wysłużony wózek.
- Tylko nie wysłużony wózek, dobra? - burknął kierowca, wyjątkowo czuły na przytyki kierowane pod adresem melexa. - Ten szacowny Papamobile nie tylko jest niebywale lekki, zwrotny i gustowny, ale też zapewnia odpoczynek moim potężnym skrzydłom, które w sytuacjach pozwalają rozwijać mi zawrotną prędkość pięćdziesięciu pół krokietowych na godzinę.
- Więc możemy poruszać się szybciej? - powiedział z nadzieją Felek. Rzucił okiem na swój zegarek; dochodziła za kwadrans dwunasta. Ostrożnie schował czasomierz do kieszonki kamizelki. - Czy mógłbym prosić w takim razie... ach.
Najpierw pomyślał, że rosły nonno Gryf mógłby z łatwością przetransportować takie blond chucherko jak on do lustrzanego domu, lecz kiedy podniósł głowę i zobaczył papcia Cielożółwia, coś w nim oklapło. No tak, było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale nawet jeśli przyświecał im jeden cel, to twardotułowy osobnik na pewno nie należał do wagi piórkowej. Byli uziemieni.
- Rozumiem - powiedział jednak papcio, widząc wahanie w oczach Feliksa. - Nie mam obiekcji.
- Nie zgadzam się! To była tylko pierwsza myśl. Na pewno uda nam się dostać tam we trójkę. Papamobile to porządny melex, dał sobie radę taki kawał drogi, poradzi sobie jeszcze trochę!
Gryf położył łapę na ramieniu chłopaka i poklepał go uspokajająco.
- Wybacz, Faustynie, ale to nie było do ciebie. Mówił do mnie. - Skinął dziobem. - Papciu, wiesz, co robić.
- Wiem - Cielożółw z martwicą twarzy pokazał uniesiony kciuk. - Odwrócić uwagę potwora i przywalić ci za papcia.
Kierowca otarł wyimaginowaną łzę i oddał ster w ręce przyjaciela.
- Twoja oziębłość mnie rozczula. - Gryf złapał pazurami na ramionach Felka, przycisnął go do swojego torsu, a potem odepchnął się łapami od podłogi i razem wyskoczyli z samochodziku. - W porządku, czas się trochę rozerwać!
Stwór rozłożył szeroko skrzydła, wyrównał lot i poprawił uchwyt na chłopaku, aby żadna kończyna nie wystawała poza granice szlachetnego stwora. Nie chodziło jednak o to, aby Felkowi było miło w czułych ramionach nonno Gryfa, ale by na jakiś czas zmylić wroga w kwestii lokalizacji blondyna. Tymczasem papcio Cielożółw w melexie odpalił broń ostateczną - klakson. Jak się okazało, pomogło to nie tylko ściągnąć uwagę Jabbersmoka, ale również...
- Nieee! - wrzasnął Feliks, ni to wystraszony nagłą zmianą środka transportu, ni to w obawie o pozostawionego kompana.
Gryf postanowił zainterweniować dynamicznym szeptem, który tak samo jak okrzyk utonął gdzieś w wśród pisków klaksonu:
- Nie bój żółwia, Felicjanie. Papcio to pierwszorzędny zawodnik. Bije się tak samo srogo jak wygląda.
- Uch... serio...? Już prawie udało się nie przekręcić mojego imienia - zauważył cicho chłopak, oddychając tak głęboko, że niemal groziła mu hiperwentylacja. - Dobra, już w porządku. Gaz do dechy. Obiecuję, że nie będę już grozić.
- I to rozumiem. Nie spać! Zwiewać! Zaiwaniać!
Dziadzio przełączył się z trybu trzeciego wieku w tryb drugiej młodości, więc pruł do przodu sprawnie niczym młody jarząbek. Kiedy Feliks już na dobre się uspokoił, udało mu się dojrzeć z lotu ptaka jakiś pusty placek pośrodku morza zieleni drzew, a gdy skupił się mocniej, zauważył znajomy kolor dachówek… O radości i wciurności, kwiecie rzepakowych pól! Dom! Co prawda trochę jakby nie do końca ten właściwy, ale prawem zadrzemkowania w garderobie stał się jego bardziej niż mniej, a ten rzeczywisty też był już bliżej niż dalej. Chłopak zacisnął dłonie na łapach Gryfa, nie dowierzając fali rozrzewnienia, jaka nim targnęła. Jak dobrze było znów zobaczyć znajomy kąt, nawet jeśli to właśnie on wpakował Felka w nowe tarapaty. Tak. Miłość ci wszystko wybaczy, nawet domek bliźniaczy, o ile wraz z nim nie podwoi się również kredyt hipoteczny na trzydzieści lat.
Nic tak człowieka nie nastraja pozytywnie do małych problemów jak duże problemy.
Gdy wydawało się już, że Papamobile został daleko w tyle, dumny dziadzio obejrzał za siebie, chcąc ocenić jak bardzo w tyle pozostawił nieopierzonego (z jego perspektywy czasu i gatunku) przeciwnika. Nagle krótki skrzek wyrwał się z gardzieli Gryfa.
- Nie wierzę! Ten młodzieniaszek przyspieszył!
- O nie. - Zimny dreszcz przebiegł Felkowi po plecach, kiedy i on dostrzegł mknącego niczym strzała Jabbersmoka. - Więc od samego początku nie chciała mnie dogonić. Wie coś o przejściu...
Dziadzio, do tej pory dobrodusznie nieogarnięty, nagle zauważalnie spoważniał.
- Tanio skóry nie sprzedamy - warknął krótko, co na jego możliwości zabrzmiało dość groźnie.
- Zgadzam się w całej rozciągłości skrzydeł - odparł Felek, podniesiony na duchu. Na ciele był uniesiony już od jakichś trzech minut. - Póki co proszę się nie przejmować moimi furkoczącymi policzkami i pędzić na maksa. Muszę być tam wcześniej, żeby przygotować zasadzkę.
Nonno Gryf zaczął mocniej uderzać skrzydłami i westchnął głośno.
- Wiesz, nie chcę nic mówić, Filipie, ale jesteśmy całkiem zaprawionymi w bojach staruszkami. Nawet papcio, nawet jeśli nie wygląda na takiego. Gdybyśmy zaatakowali na serio, a nie tylko uciekali, to roznieślibyśmy tego lodowego dzieciaka i jego samozwańczą królową w drobny mak. Nie musisz się zżymać...
- To muszę być ja - przerwał Feliks, kierowany tajemniczym przeczuciem, które sprawiło, że podjął się już tylu nienormalnych zadań. - Tylko proszę nie pytać czemu. Wiem o tym tyle samo co przeciętny karp o gotowaniu ryby po grecku.
- Jak chcesz - spasował. - Ale wolałbym jednak, żebyś był chociaż przeciętnym gołębiem, bo na trzy lądujesz. Raz...
- Nie żebym czepiał się słówek, ale chyba lądujemy. My.
- Ty. Trzy.
Gryf ostro zanurkował, a gdy Feliks niemal musnął zębami trawę, dziadzio zwolnił pazury bezpieczeństwa i wypuścił chłopaka wprost w grządkę kopru. Moment wdzięcznego pocałunku rodzimej ziemi w niczym nie przypominała wzruszających filmowych kadrów, a prędzej przedstawiał scenkę rodzajową o narodzinach pierwszej ludzkiej glebogryzarki.
- Kupię trochę czasu! Streszczaj się, Ferdynandzie! - zagrzmiał nonno Gryf.
Feliks zmełł przekleństwo, wypluł z ust łodyżkę kopru, oparł się na łokciach, a następnie cichaczem i na czworakach przedarł się przez grządkę z warzywkami niczym komandos przez zasieki. Łatwo mówić - streszczaj się. Dziesięć minut to już nie streszczanie, a prawdziwa Wielka Pardubicka karkołomnego spinania pośladków. Chłopak przemknął obok dyni, wychynął spomiędzy słoneczników i zerknął na drzwi wejściowe. Czysto. I... cicho?
Uwagę Felka przykuł dziwny dźwięk, jakby narastający warkot. Wlepił wzrok w las i z niedowierzaniem patrzył jak nadciągają posiłki. Już drugi raz w ciągu ostatniej godziny Papamobile niespodziewanie wtargnął na plan, a następnie z niemałą wirtuozerią wyhamował tuż obok ukrytego w warzywniaku blondyna.
- Jak?! - wykrztusił.
- Zatankowałem mu mieszankę nitro, soku z gumijagód i magicznego napoju druidów. - odpowiedział Cielożółw, rzucając Feliksowi mały pakunek, a sam wziął i przeładował ręczną wyrzutnię piłeczek tenisowych, garaż edyszon. - Zapobiegawczo. Gdzie jest ten wariat?
Ale "wariat" zapowiedział się sam, wylatując znad koron drzew. Szponami uczepił się jednego ze skrzydeł Jabbesmoka. Nagle dziadzio napiął się, stęknął, a potem zakręcił młynka... drugiego... i nim skołowany smok zdołał cokolwiek zrobić, Gryf złapał go za drugie skrzydło, po czym wykonał powietrznego suplexa.
- Haha! Papciu, widziałeś? Mam tę moc! - zaśmiał się jowialnie nonno Gryf, dostrzegając siedzącego w melexie przyjaciela. - Jesteśmy jak Atos, Pornos i Aramis! Nikt nie dorówna naszemu trio!
- Chyba podejrzewam, kto z nas jest... Pornosem - mruknął Feliks, patrząc na szczerzącego się dziadzia.
Cielożółw tego nie skomentował - nie zdążył. Do trzech samozwańczych muszkieterów dołączył kardynał Richelieu lub, zależy jak spojrzeć, ofiara nierejestrowanych walk wrestlingowych. Leżący na murawie Jabbersmok przekręcił się na brzuch i z furią wyczuwalną przez nagłe ochłodzenie powietrza skoczył w stronę nonno Gryfa. Dziadzio nie dorównywał rozmiarom Jabbesmokowi, ale był za to, mimo upływu lat, bardziej zwinny. Złożył skrzydła i zanurkował, a gadzina przeorała szponami przez powietrze. Wydawało się, że Gryf i tak zaraz znokautuje sam siebie, po przywali w pełnym pędzie w ziemię, ale kilka metrów nad nią obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, rozłożył skrzydła i odbił się od podłoża niby od trampoliny. Tymczasem rozzłoszczony smok zrobił ostry nawrót i pomknął przeciwnikowi na spotkanie. Nonno dostał gradową kulą w tylną łapę, ale na czas wyminął pazury, a w rewanżu sprzedał Jabbersmokowi cios ogonem prosto w oczy. Zaczynało się robić gorąco. Albo zimno.
Walka przeciągała się, jednak najbardziej zaniepokoił Feliksa fakt, że nigdzie nie było widać Białej Królowej. Lepszy wróg w łączności niż partyzant na dachu, choć z drugiej strony nie widział nic złego w posiadaniu wroga w oddaleniu o jakieś pięć miliardów kilometrów i ze trzy lata świetle. No ale tak dobrze to na pewno nie było. Jeśli miał farta - buszowała gdzieś po okolicznych krzakach, szukając jego blond skalpu do obdarcia. Jeśli miał pecha... to bardzo nie chciał go mieć.
Felek wydobył z szarego papieru pakowego niewielką, poręczną patelnię do naleśników, po czym przytroczył ją sobie do paska spodni. Cóż, teraz właściwie wypadałoby ją przemianować na patelnię do wrogów. Wstrząśniętych, nie przyrumienionych.
- Dobra. Dzięki za pamiątki, ale musimy się rozdzielić. Mam zamiar zostać profesjonalnym łapaczem królowych, a w tym celu muszę upolować jakąś dorodną sztukę. Idę do domu.
- W porządku. Ja pomogę naszemu Sokołowi Milenium - stwierdził papcio, a potem skinął głową. - Nie jestem dobry w pożegnaniach, więc powiem tylko "powodzenia".
Z tą samą poważną miną jak zwykle Cielożółw wcisnął gaz do dechy i, nie oglądając się dalej na buszującego w jarzynach chłopaka, ruszył wspomóc kompana.
- Super, teraz mam problem czy powinienem po uczniowsku nie dziękować, czy jednak tak. Uch. I vice versa! - Feliks prychnął w kępkę trawy, po czym z dżdżowniczą gracją popełznął do drzwi.
Na szczęście obyło się bez dramatycznych pościgów i wybuchów. Po pokonaniu pięćdziesięciu metrów blondyn ostrożnie stanął na nogi i wślizgnął się do środka. Jak to dobrze, że jego gapiostwo chociaż w tym jednym przypadku okazało się pomocne! Kiedy na samym początku pognał za Elcią, na śmierć zapomniał zamknąć domu na klucz, ale dzięki temu nie miał też żadnej okazji aby go zgubić (co miałby jak w banku, skoro o mało co nie zapodział kieszonkowego zegarka). To by było zupełnie w jego stylu, aby w ostatnim momencie brawurowej akcji zostać pokonanym nie przez strasznego antagonistę, ale przez zwykłą nieuwagę. Hm, jednak jakby tak spojrzeć z drugiej strony, to byłoby błezbłędne zostać swoim własnym main bossem.
Zrobił dwa ostrożne kroki w korytarzu, po czym przystanął, nasłuchując. Cicho, pusto. Drzwi grzecznie pozamykane, żadnych rozwleczonych na pół korytarza ubrań świadczących o włamywaczu przetrząsającym dom. Nieźle. Co by złego nie mówić o Krainie Czarów, to bezrobocie w fachu rabusiów było tu przyjemnie wysokie.
Feliks wyraźnie się rozluźnił, a nawet się rozciągnął, rozprostowując stawy niczym włamywacz przed robótką. Zanim jednak zaczął rozstawiać pułapki wzorem Kevina samego w domu, musiał się upewnić, że absolutnie wszystko było w porządku. Chłopak darował sobie dalsze skradanki, bo czasu było jak na lekarstwo - wszedł na piętro, przeskakując schody co dwa stopnie, a potem zrobił trzy susy w stronę garderoby. Kiedy dotarł do drzwi, złapał za klamkę, nacisnął i... z rozpędu omal nie przylutował czołem w drewno. Ani drgnęły.
- Szlag! Zamknięte! - Dla pewności szarpnął jeszcze kilka razy. - Przecież nigdy nie zamykam garderoby!
- Czyżbyś szukał tego?
Spojrzał w prawo, gdzie tuż przy schodach jak gdyby nigdy nic znajdowała się ona - Biała Królowa stała oparta o ścianę i zachęcająco kołysała zawieszonym na palcu kluczem. Nie musiał mu się nawet przyglądać, żeby połączyć ze sobą kropki. Felek nie wiedział jedynie, w co właściwie pogrywa Natasza, ale na wszelki wypadek chłopak zarzucił pomysł kopania w drzwi i powoli odwrócił się twarzą do przeciwniczki.
- Mam nadzieję, że rzuciłaś zawód królowej i postanowiłaś zostać ninja. Nieźle ci to wychodzi - zauważył Feliks.
- Tak to jest, kiedy przy wychodzeniu nie zamyka się własnego domu. Ktoś przypadkowy może uznać to za zaproszenie do... zwiedzania - kontynuowała Królowa, ale zaraz na jej czole pojawiła się zmarszczka. - Uch, zwiedzanie, też coś. Przecież tu aż wieje plebsem. Żadnych marmurów!
- Oddaj klucz albo wezwę Cielożówia w Papamobile. Dociera do bramki w trzy sekundy.
- Kto tu mówił o oddawaniu czegokolwiek? - Biała Królowa chwyciła klucz w garść, po czym wsunęła go w najbezpieczniejszą damską kryjówkę. - To nie negocjacje. Po prostu spełniam zachciankę jaką jest ujrzenie ciebie płaszczącego się przed mym majestatem.
- W takim razie obejdziesz się smakiem. A skoro właśnie wykluczyliśmy mój udział w twojej zabawie w poniżanie, to czy mogę wiedzieć po co jeszcze jest ci potrzebny dostęp do jakiejśtam garderoby? I to męskiej? - Feliks uniósł brew dla zaakcentowania dwuznacznej aluzji. - W ogóle to obyłbym się bez tego pokoju i pozwolił ci na odkrywanie twojego transwestyckiego ja, ale muszę natychmiast zmienić skarpetki. Naprawdę, mam na nogach dwie małe bomby biologiczne...
Czerwona plama szału przemknęła przez suknię Nataszy, ale szybko wygładziła materiał i przybrała spokojny wyraz twarzy. Była niczym tygrys gotowy do skoku.
- Taaak? A ja myślałam, że znajduje się tam portal do innego świata.
"Cholera". W odwecie za uszczypliwość Królowa postanowiła zagrać swoją najlepszą kartą. I udało się jej - Feliksa dosłownie wmurowało w panele. Tylko ten szok sprawił, że nie zaczął się jąkać i pocić, a mógł przybrać pokerową minę odpowiednią do rozgrywki.
- I co jeszcze? - zapytał zuchwale. - Platynowa karta kredytowa? Nie wiem, co ty trzymasz w szafach, ale najdziwniejszą rzecz, którą ja widziałem, to komunijny garnitur przeżarty na wskroś molami. O portalach czy innych paltach nic mi nie wiadomo.
Natasza odsunęła się od ściany i zacmokała, zawiedziona.
- Ładnie udajesz, ale wciąż zapominasz, że dzięki temu długouchemu gadule wiem, skąd pochodzisz. Wyśledzenie tego domu nie nastręczało tak wielkich trudności... a potem wystarczyło tylko zamknąć kilka pomieszczeń i zobaczyć, na którym zależy ci najbardziej. - Biała Królowa triumfująco uniosła podbródek. - Jestem bardzo ciekawa, jaką zrobisz minę, kiedy poproszę Jabbiego o to, żeby zrobił tu małe przemeblowanie.
O matko, i to zdrabnianie imion swoich niesamowicie groźnych podwładnych. Plus dwadzieścia do bycia sztandarowym głównym złym.
- Dzięki, ale jeszcze się nie otrzepałem po ostatniej ekipie remontowej. - Felek przybrał minę zbulwersowanego petenta, po czym wymownie położył dłoń na zatkniętej za pasek patelni. - Słuchaj, zamrażaj sobie tyle hektarów, ile tylko zechcesz, ale od podbijania mojej garderoby to wara. Mój dom to moja twierdza. Jak tak bardzo się nudzisz to wracaj ogarniać swoją kuwe-
Oślepił go błysk światła. Feliks odruchowo zasłonił się ręką oraz chwyconą w drugą dłoń patelnią... i tylko cienka warstwa teflonu oddzieliła magicznie przywołany rapier od szyi chłopaka. Impet ciosu cofnął go o krok, ale kobieta nie dała mu czasu do namysłu. Cięła z prawej. Tym razem Felek zdążył zareagować, nie tylko blokując cios, ale i pchając całym ciężarem ciała na atakującą. Biała Królowa, która jeszcze chwilę temu stała niczym zblazowany podpieracz ścian na dancingach, teraz dyszała prosto w twarz Felka, jakby powstrzymywała się, by nie zrównać przeciwnika z podłogą.
- Jeszcze słowo, a zabiję cię jak zwykłą postać drugoplanową - syknęła Natasza, również napierając swoim rapierem. - Możesz mieć mylne wrażenie, że jesteś wyjątkowy, ponieważ dwie królowe czyhają na twoje życie, ale prawda jest taka, że jesteś po prostu świetną zabawką.
Feliks parsknął, choć do śmiechu było mu tak daleko jak stąd do Acapulco.
- Może innym razem wdzięcznie bym się spłonił, ale to jest wandalizm, cynizm, nepotyzm i jeszcze kilka innych, mądrych słów kończących się na "zm". Poddaj się, albo ukażę cię w imieniu Księżyca.
To była ostatnia cięta riposta Felka, kiedy Królowa odskoczyła, zrobiła obrót i z całej siły kopnęła go w bok. Chłopak wylądował na barierkach oddzielających piętro od schodów, po czym złapał się żebra i zdusił jęk bólu.
- Trzeba było się nie sprzeciwiać - stwierdziła zimno Natrasza, po czym podeszła do rannego Feliksa i wpiła prawą dłoń w sam środek jego klatki piersiowej. - Ona nie będzie tak łaskawa jak ja. Ja tylko przejmę ciało. Ona podrze ci duszę na strzępy.
Kobieta coraz silniej wciskała paznokcie w mostek, jakby chciała dobrać się do samego serca, a Felek zaczął w zastraszającym tempie tracić siły. Chciał się wyszarpnąć, próbując odepchnąć Białą Królową od siebie, ale dłonie omykały mu raz za razem. Czuł się bezwolny i bezbronny niczym dziecko jadące wielką kolejką górską. Więc tak wygląda stawanie się z kimś jednością. Straszne...
Za którymś razem Feliks machnął ręką tak nieszczęśliwie, że zawadził o kieszonkę w swojej kamizelce, a wtedy wypadł z niej zegarek. Odbił się od nogi chłopaka i ze stukiem spadł na podłogę przyciskiem otwierającym do dołu. Klapka odskoczyła. Biała Królowa, zaalarmowana hałasem, spojrzała na podłogę i ujrzała cyferblat wraz z trzema felernie obracającymi się wskazówkami. Trochę machinalnie sięgnęła wolną ręką po przedmiot, ale kiedy zacisnęła palce na powietrzu, zamarła. Potem zupełnie niespodziewanie cofnęła prawą dłoń, uwalniając Felka z miażdżącego jestestwo uścisku. Chłopak natychmiast złapał się za serce i zaczerpnął głęboko powietrza.
- Teraz wszystko rozumiem. Jesteś Odbiciem, istotą o odwróconym przepływie czasu. - Na twarzy Nataszy najpierw pojawił się grymas odrazy, ale potem jakaś straszna myśl zakwitła jej w głowie; tak straszna, że kobieta aż się uśmiechnęła. - Zmieniłam zdanie. Nie pochłonę cię... i na pewno nie pozwolę, żebyś wracał przez swój portal. Znajdziemy ci inny, o normalnej linii czasu.
- Zostaw mnie! - wykrztusił Feliks, a potem zaniósł się kaszlem. - Chcę żyć aż do swojej marnej emerytury! Nie chcę umierać jako niemowlę!
Kobieta przekrzywiła lekko głowę, jakby zrozumiała, co mówi do niego to wijące się pod jej stopami coś.
- Ty tak na serio? - upewniła się. - Poczciwy głupiec przestał martwić się o życie wszystkich dookoła i myśli tylko o sobie? Wspaniale! Doprawdy wspaniale!
- C-co masz na myśli?
Natasza wyciągnęła z powrotem klucz do garderoby, po czym zbliżyła go niemal do samego nosa Felka i zabujała na palcu hipnotyzująco niczym wahadłem.
- Gdy po jednej stronie świata motyl macha skrzydłami, po drugiej stronie rozpętuje się huragan. I to właśnie ty jesteś motylem w Krainie Czarów, Feliksie. A niedługo będziesz także w swoim wymiarze. Kiedy tylko przekroczysz bramy swego niemagicznego świata, samą swoją zniekształconą obecnością zniszczysz go aż do samiutkich fundamentów. Chyba nie myślisz, że coś tak wynaturzonego byłoby w stanie istnieć w nudnej, szarej rzeczywistości?
Teatralnie westchnęła, pokręciła głową... i nagle wzięła szeroki zamach. Feliks krzyknął i wystrzelił do przodu, ale nie zdążył powstrzymać Białej Królowej przed wyrzuceniem klucza przez okno. Metalowy przedmiot wybił dziurę w szybie i wypadł na podwórko, gdzie walkę toczyło dwóch emerytowanych wojowników kontra wielka lodowa gadzina. W tej samej chwili za oknem pojawił się właśnie Jabbersmok, który niczym na zwolnionym filmie chwycił w paszczę klucz i pomknął dalej w górę.
- Trafiony-nakarmiony.
Biała Królowa zachichotała szaleńczo z własnego dowcipu.
- Ten portal i tak byłby za mały dla nas dwojga. Skoro ty nie masz klucza, a ja mam wytrych w postaci smoka... wynik jest chyba jasny. - Kobieta spoważniała, wzruszyła ramionami, a potem trąciła nogę Felka swoim obcasem. - Bierz w garść swój czas i idziemy. Jak będziesz grzeczny, to zniszczysz swój świat bezboleśnie. Jeśli nie, cóż, Jabbi będzie wiedział co zrobić z twoim wymiarem.
Wyciągnięta w panice ręka opadła na podłogę niczym u kukiełki, której pękły podtrzymujące ją żyłki. Felek był zdruzgotany; mógł jedynie wpatrywać się pustym wzrokiem w leżący bezładnie czasomierz, który pokazywał już za trzy dwunastą. Przepadł klucz, przepadła tajemnica, a wkrótce przepadnie wszystko inne. Szlag, dlaczego? Czemu nie wybrał innej kieszeni? Dlaczego nie schował zegarka do spodni, skąd nie wyszarpnąłby go jak pierwszy lepszy turysta po ataku mrówek? Co prawda w jednej kieszeni znajdowała się busola Rodericha, i oczywiście ona była bezpieczna, ale w drugiej miał tylko tego nieszczęsnego... grzybka...
Grzybka-wizytówkę od Gąsienicy.
Iskierka nadziei kopnęła go niczym naelektryzowana klamka. Nie zniszczyły go całki, nie dobiły urzędy skarbowe, to jakaś trzeciorzędna królewna za pisiąt groszy też nim pomiatać nie będzie. Obok swoich nieświeżych skarpetek miał w końcu jeszcze jedną broń biologiczną nieznanego rażenia. Feliks, udając zrezygnowanego, przyciągnął do siebie dłonie i podparł się nim podczas wstawania. Prawa ręka ugięła się pod jego ciężarem, a chłopak niezdarnie przechylił się w bok. Niepostrzeżenie wsunął dłoń do kieszeni i chwycił pogniecionego grzyba. Podparł się, odliczył do pięciu, grając krótki atak załamania przegraną, a wreszcie dźwignął się na nogi. Wyglądał jak kilkadziesiąt kilo nieszczęścia.
- Łatwo było cię złamać - rzuciła Natasza, taksując wzrokiem zgarbionego blondyna, lecz w tej chwili jego postawa się zmieniła; wyprostował się, otworzył szerzej oczy, a w końcu rozdziawił usta niczym pierwszorzędny karp.
- Orły! Orły! - zawołał uradowany Feliks, wpatrując się w okno za plecami Nataszy. Okno, przez które wyrzuciła klucz.
Biała Królowa musiała pomyśleć o nadciągających posiłkach, bo z przestrachem obejrzała się za siebie. To była jego szansa. Felek zwycięsko dokończył:
- ...sokoły, herosi! - I skoczył na kobietę.
Jedną rękę zarzucił królowej na szyję, a w drugiej ścisnął wymiętoszoną do granic papkowatości wizytówkę. Bezceremonialnie wepchnął wątpliwej jakości smakołyk do ust Nataszy i zatkał jej usta. Wiedział, że łamie wszelkie zasady dobrego wychowania, walki fair play i w ogóle czegokolwiek, a tylko przy odrobinie szczęścia nie udławi przy tym kobiety. Wbrew pozorom wcale nie chodziło mu o zabicie królowej, choć wyglądało to jak pierwszorzędny zamach. Dzieci, nie róbcie tego w domu. Dorośli, wy tym bardziej.
Kobieta próbowała się uwolnić, ale utrudniała jej to szalejąca również w jej wnętrzu burza wściekłości Kier. Po kilkudziesięciu ciężkich sekundach przypominających walkę z wierzgającym bykiem zbierająca się w ustach Nataszy ślina sprawiła, że musiała ją przełknąć, a wraz z nią popełznął do żołądka także mały kawałek grzyba. Wtedy się zaczęło. Felek dał susa w tył i z napięciem wpatrywał się w drżącą na całym ciele przeciwniczkę; królowa dostała dreszczy tak silnych, że aż skuliła się w sobie. Już nie była taka władcza i imponująca. Blondyn przyjrzał się uważniej. Nie, nie wydawała się mniejsza, ona naprawdę się kurczyła! Odetchnął z ulgą. Miał pięćdziesiąt procent szans, że to był grzybek zmniejszający, a może nawet mniej, gdyby Gąsienica właśnie wprowadził jakiś nowy dziwaczny produkt, na przykład borowika pozwalającego na strzelanie laserami z oczu. Taaak, a mógł zabić. Jak to dobrze, że po raz pierwszy tego dnia stało się coś, czego chciał.
I chyba wykrakał, bo kiedy kobieta sięgała Feliksowi już zaledwie do kolan, stała się rzecz niespodziewana - upadła na czworaka i zaczęła wydawać z siebie dziwne piski. Biała suknia zaczęła się jakby strzępić, a z tyłu wyrosło coś na kształt wstążki. Długie srebrzyste włosy, które przykryły twarz władczyni, robiły się coraz krótsze. Wreszcie transformacja się zakończyła, a odgłosy dało się rozpoznać jako… miauknięcia.
Biała Królowa, czy raczej Natasza, znów stała się kotem. Nie człekokształtnym, gadającym, pyszałkowatym bubkiem, ale zwierzakiem z krwi i kotowatości. Feliks przyjrzał się nowemu wcieleniu Nataszy, które chyba ostrzyło sobie pazury na jego but. Srebrzystoszara kotka o eleganckiej czerwonej wstążce zawiązanej u szyi przyjęła pozycję do ataku i kręciła zadkiem ósemki, czekając na odpowiedni moment. Że też nawet w tej postaci...
- Psik! - Tupnął nogą, a kotka syknęła głośno i skoczyła w storę schodów, umykając przed człowiekiem.
Tą brawurową techniką, która w przyszłości miała się zapisać karmazynowymi zgłoskami jako "Koci Terminator", Felek zakończył swoją drugą poważną walkę o ocalenie uniwersum.
Kiedy Natasza zniknęła na dobre, pod chłopakiem ugięły się nogi. Matko świnto, udało się... Westchnął głośno, dając sobie całe pięć sekund na radość ze zwycięstwa, a potem wstał i znów maksymalnie wytężył szare komórki. Nie mógł pozwolić sobie już na ani chwilę zwłoki. Feliks podniósł z podłogi zegarek i wtedy zimny dreszcz śmignął mu po karku. Nieco ponad minuta - nie zdąży zbiec na dół, odszukać klucz (który i tak pewnie połknął Jabbersmok) i wrócić z nim na czas. Jedynym szalonym i adekwatnym do sytuacji wyjściem było wyważenie drzwi. Chłopak zebrał się w sobie, ustawił bokiem do drzwi, a potem zrobił kilka kroków w tył aż do samiuśkiej balustrady. Odetchnął głębiej ostatni raz, po czym z gromkim okrzykiem na ustach ruszył na wrota dzielące go od jego szczęśliwej przyszłości oraz przeszłości. Był gotów zaryzykować wizytę w publicznej przychodni i czekanie pół roku na wizytę u ortopedy, byleby tylko mieć jeszcze szansę ponarzekać na swojską służbę zdrowia. I kiedy miał się już drugi raz tej doby pożegnać ze zdrowym barkiem, coś zachrobotało w zamku, kliknęło i nagle drzwi się otworzyły. Za nimi z niewinną miną stał Gilbert, trzymając wyciągnięty pazur.
Felek wleciał do pokoju jak burza i gwałtownie zahamował, jednak na całe szczęście skończyło się tylko na kilku komicznych podskokach na jednej stopie oraz jednym piorunującym spojrzeniu.
- Ty... ty... - zająknął się.
- ...wspaniały wybawco? - dokończył uprzejmie kocur. - Mistrzu ostatniej akcji? No dalej, nie krępuj się. Zniosę wszystko.
- ...ty głupi sierściuchu! Wszarzu niemyty! Co ty tu robisz?- naburmuszył się. - Czy wiesz, jak mi wali serce? Jak mało czasu mamy na twoje durne wygłupy? Pół minuty!
- Właściwie półtora zanim przejście się zamknie. Zawsze do usług.
- Uch. - Blondyn ochłonął, zdając sobie sprawę, że jak zwykle takie wrzaski nie robią na Kocie z Malborka najmniejszego wrażenia. – Wyjaśnisz mi to. Wszystko. A potem cię zamorduję.
- Nie ty pierwszy. W końcu z jakiegoś powodu koty mają te dziewięć żyć.
- Przepadnij. - Felek już odwrócił się twarzą do lustra, gotowy, by wydostać się z Krainy Czarów i zrobić sobie mały detoks od zbytdużowiedzących kocurów, ale zatrzymał się, sięgnął do kieszeni spodni i obejrzał w stronę Gilberta. - Zapomniałbym. Łap, to busola Rodericha. Oddaj mu ją, niespobańką czy czym tam chcesz, bo jakoś wątpię, żebyś miał ochotę wdawać się z nim w bezpośrednie pogaduchy. I jeszcze... Toris.
Chłopak był wyraźnie zmieszany tym, że w natłoku wrażeń zapomniał o rannym koledze. Zacisnął mocniej usta. Musiał wziąć to na klatę.
- Odwdzięczę się - przyrzekł. - Zajmij się nim, proszę. Leży zamrożony...
- ...pod wieżą Białej Królowej. Jest już bezpieczny. Tylko nie zapomnij o tym powiedzieć.
- Komu? - spytał zdziwiony Felek, ale nie doczekał się odpowiedzi.
Zegar nad lustrem właśnie kliknął, kiedy wskazówki ułożyły się równolegle na godzinie dwunastej, a kiedy blondyn mimowolnie rzucił na nie okiem, niespodziewane pchnięcie w plecy pozbawiło go równowagi. Feliks wyciągnął ręce do przodu, aby uchronić się przed upadkiem, ale na drodze stało mu lustro, które lustrem akurat na ten jeden moment przestało nim być. Otworzyło się przejście, od którego wszystko się zaczęło, a teraz wszystko się kończyło. Tym razem jednak, zamiast Felkowego odbicia, przyjemne nic chwyciło chłopaka w swoje ręce i wciągnęło go w nieznany wymiar łączący dwa światy. Skończyło się. Naprawdę wszystko dobrze się skończyło. "Totalna rozwałka i pokonanie Królowej za pięć dwunasta" pomyślał blondyn, kiedy jego świadomość gasła i zatapiała się w czerń. "Co ja jestem? Kopciuszek?"
- Chciałbyś - mruknął głos Gilbert wewnątrz jego głowy. - Kopciuszek po północy miał fajrant. Ty... ty nie. Ty jesteś odwrotnością Kopciuszka. Dla ciebie zabawa dopiero się zacznie.
