O tak, Daniel ma teraz pole do popisu. Do pełni sił całego zespołu jeszcze daleka droga, ale nie chcę uprzedzać faktów :)
Szaman na chwilę zastygł w bezruchu. Powoli opuścił włócznię w dół. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie, które jednak natychmiast ustąpiło miejsca zrozumieniu i zaniepokojeniu. Rozejrzał się nerwowo po całej dolinie. Głowy wszystkich tubylców zwróciły się w kierunku samotnej postaci Daniela Jacksona. Stał z tyłu, z rękoma uniesionymi w górę. Wszyscy mogli dokładnie obejrzeć jego odwrócone ku nim, puste dłonie. Zrobiło się małe zamieszanie. Rozległy się przestraszone okrzyki. Tubylcy ruszyli z miejsca, starając się odsunąć jak najdalej od przybysza. Wkrótce został sam pośrodku pustego placu. Cisza, która teraz nastała, zdawała się dzwonić w uszach. Daniel zrobił krok naprzód.
- Nie rób tego. - Powtórzył. - Wysłuchaj mnie. Nie chcę, aby ktokolwiek więcej zginął. Uwolnij tych ludzi, a nikomu nie stanie się krzywda.
Szaman parsknął gniewnie. Dał znak strażnikom. Kilku natychmiast otoczyło Daniela. W rękach trzymali uniesione włócznie, lecz żaden go nie zaatakował. Czekali w napięciu na rozkazy. Czterej pozostali szamani zbliżyli się wymieniając niespokojne spojrzenia ze swym przywódcą.
- Co tu robisz człowieku? - Spytał jeden z nich. - Jak udało ci się dostać aż tutaj?
- Odpowiadaj! - Zawtórował drugi, zanim archeolog miał szansę odpowiedzieć na pytanie. - W jaki sposób nas odnalazłeś?
- Czekajcie. - Szaman stojący na rytualnym kamieniu wpatrywał się w Daniela z namysłem. - Przyprowadźcie go do mnie.
Poczuł pchnięcie w plecy i ruszył naprzód. Ludzie w popłochu usuwali się z jego drogi. Zatrzymał się dopiero przed płaskim głazem. Obrzucił spojrzeniem rozkrzyżowanego na nim pułkownika Burnsa. Mężczyzna był ranny. Nic jednak na razie nie wskazywało na to, że rany zagrażają jego życiu. Był całkowicie przytomny. Wpatrywał się w Daniela oszołomionym wzrokiem, jakby do końca nie był przekonany, czy archeolog istnieje naprawdę, czy też jest tylko wytworem jego wyobraźni. Oddychał chrapliwie. Sznur zaciśnięty na jego szyi wżynał się głęboko w ciało. Nieopodal klęczała pozostała trójka więźniów. Byli skrępowani, brudni i sponiewierani. Żyli jednak i najwidoczniej nie odnieśli większych obrażeń. Z niedowierzanie przyglądali się, jak Daniel robi jeszcze jeden krok i podnosi wzrok ku szamanowi.
- Nie mam przy sobie broni. - Powiedział spokojnie. - Przyszedłem porozmawiać. Proszę, daj mi szansę na wyjaśnienie tego, co się wydarzyło, odkąd przybyliśmy na planetę.
- Wiemy, co się wydarzyło. - Szaman spojrzał na niego z góry. - Nie chcemy słuchać twoich wyjaśnień. Twoje słowa są gładkie, lecz podszyte fałszem. Nie zwiodą nas już.
- Nigdy was nie okłamywaliśmy. Przybyliśmy na planetę jedynie w celu bliższego zbadania minerału wydobywanego z waszej kopalni. Nie interesował nas i dalej nie interesuje podbój tego świata. Ja i moi towarzysze odwiedziliśmy już wiele planet. Jesteśmy podróżnikami, badaczami. Szukamy nowych technologii, nawiązujemy znajomości, zawiązujemy sojusze. Wielokrotnie na swej drodze spotkaliśmy tych, których nazywacie dawnymi bogami. Tak naprawdę to nie są bogowie. Choć bardzo lubią, by tak o nich myślano. To okrutne, złośliwe i egoistyczne stworzenia. Są bardzo zaawansowani technologicznie, mimo to walczymy z nimi i kilkakrotnie udało nam się ich pokonać. Pośród nas widzieliście zapewne człowieka, którego rasa od wieków służy Goa`uldom. Tak. Teal`c jest Jaffa. Porzucił jednak swojego pana i przeszedł na naszą stronę. Jest naszym przyjacielem. Zapewniam was, że nie knuł przeciwko wam żadnego spisku. Nie planuje inwazji i na pewno nie służy już żadnemu z Goa`uldów.
- Słudzy dawnego boga zawsze byli bardzo przebiegli. On mógł was omotać, zwieść. Może myślicie to, co chce, żebyście myśleli. Przyprowadziliście go tutaj. Karą za sprowadzenie na planetę obcych bogów lub ich sług jest śmierć. Karą za rozgniewanie Boga Góry jest śmierć. Karą za złamanie odwiecznego zakazu jest śmierć.
- Nie, nie… Czekajcie. A jeśli bogowie nie mają racji?
- Kim jesteś, by kwestionować nasze odwieczne prawo? Jak śmiesz podważać boskie wyroki? - Oczy mężczyzny rzucały groźne błyski. Górna warga drgała mu jak u wściekłego psa. Po plecach Daniela przebiegł mimowolny dreszcz.
- Nie kwestionuję waszych praw. - Tłumaczył cierpliwie. - Chciałbym tylko przedstawić wam mój punkt widzenia. Co jeśli pomyliliście się w odczytywaniu woli waszego boga? Może nie wymaga on krwawych ofiar? Może wcale nie pragnie zemsty?
- Żyjemy w pokoju od kilkuset lat. Od ucieczki boga, który niewolił mój lud, od śmierci jego popleczników nie doświadczyliśmy ani razu gniewu Boga Góry. Od czasu waszego pojawienia się, odczytywaliśmy różne niepokojące znaki, które mówiły, że należy się was strzec. To za waszą sprawą Bóg Góry przebudził się i żąda zadośćuczynienia. Tylko wielkie ofiary mogą mu to zapewnić. Tak jak i przed wiekami, śmierć zdrajców znów przywróci spokój. Zjawiasz się tu i żądasz uwolnienia jeńców. Jesteś tak samo butny, tak samo arogancki jak ci, którzy przybyli tu razem z tobą. Twoje pojawienie się zakłóciło ceremonię. Nie wiem, w jaki sposób odnalazłeś nasze schronienie. Wiedz jednak, że to miejsce jest tajemnicą. Ty również złamałeś tabu! Powinieneś także ponieść karę.
- Nie boję się tabu. Wierzę, że wciąż możemy dojść do porozumienia. Jeszcze raz proszę was, uwolnijcie tych ludzi. - Daniel poczuł, że jego ręce zaczynają drętwieć. Opuścił je wzdłuż ciała i zrobił kolejny krok do przodu. Kolanami niemal dotykał głazu. - Wysłuchajcie mnie. Ani oni, ani nikt inny nie jest odpowiedzialny za to, co się dzieje na planecie.
- Łżesz! - Wrzasnął szaman stojący za jego plecami. - Oni sprowadzili na nas gniew boga! I z woli boga poniosą teraz śmierć.
- Nie! Nie ma żadnego boga, który pragnąłby zemsty. Proszę, wysłuchajcie mnie! To nie żadna zemsta. To tylko splot nieprzewidzianych zdarzeń.
- Jesteś obcy. Jesteś tak samo winny. Twoi ludzie zginą w mękach, a ty zginiesz razem z nimi. - Szaman zrobił krok w tył. Z wysokości obrzuciła Daniela nienawistnym spojrzeniem. Wyciągnął rękę i teatralnym gestem wskazał archeologa. - Związać go!
Powietrze przeszyła seria wystrzałów z karabinu maszynowego. Huk, zwielokrotniony przez odbijające się od gór echo, powalił wszystkich na kolana. Większość tubylców zakryła sobie uszy dłońmi. Rozległy się liczne okrzyki strachu. Gdy wreszcie unieśli głowy, ujrzeli czterech mężczyzn w mundurach. Każdy z nich trzymał broń gotową do strzału. Pojawili się znikąd. Dosłownie wyrośli spod ziemi. Zbliżali się teraz do zgromadzonych szerokim łukiem. Pułkownik Reynolds wykonał w stronę Daniela gest świadczący o tym, że panuje nad sytuacją. Jackson zwrócił się ponownie w stronę szamana, który podobnie jak pozostali skulił się, pozostając jednak na głazie.
- Chyba nie sądziłeś, że po tym, co wydarzyło się w obozie, przybędę tu bez żadnego wsparcia?
Szaman wyprostował się powoli. Patrzył na Daniela ze strachem a jednocześnie z nienawiścią. Krótką włócznię ścisnął w obu rękach. Uniósł ją nieco do góry. Kostki jego zaciśniętych dłoni zbielały niebezpiecznie. Pułkownik Burns wstrzymał oddech. Rozciągnięty na zimnej skale utkwił wzrok w ostrzu włóczni, które drgało lekko.
- Nawet o tym nie myśl. - Jackson pokręcił wolno głową. - Jeśli to zrobisz, moi towarzysze zaczną strzelać. Zginiesz ty, a z tobą wiele innych osób. Ty zginiesz, broniąc swych przekonań. To nawet chwalebna śmierć. Jesteś jednak gotów zaryzykować życie niewinnych ludzi? Myślisz, że tego właśnie chciałby twój bóg? Rozlewu niewinnej krwi?
- Dość! - Z pośród klęczących wokół ludzi wstał powoli starszy mężczyzna. Podszedł do Daniela patrząc mu prosto w oczy. Emanowała niego siła i mądrość zdobyta w ciągu wielu lat. - Ja nie jestem gotowy na takie poświęcenie. Szamani mogą sobie pozwolić na takie ryzyko. Ja nie. Jestem odpowiedzialny za moich ludzi. Jestem przywódcą wioski. - Wyjaśnił. - Jestem gotów wysłuchać tego, co masz nam do powiedzenia. Wiele ryzykowałeś przychodząc aż tutaj. Może więc twoje intencje są czyste.
- Chętnie z tobą porozmawiam. Ale najpierw każ uwolnić tego człowieka. - Jackson kątem oka zerkał wciąż na szamana i odnosił wrażenie, że patrzy na człowieka szalonego. Zdecydowanie nie podobało mu się, że ten wciąż trzymał włócznię w niewielkiej odległości od klatki piersiowej Burnsa.
Przywódca wioski przyglądał się Danielowi w zamyśleniu. Powoli pokiwał głową.
- Rozwiążcie go. - Zwrócił się do strażników.
- Nie! - Ostry głos szamana zatrzymał ich w miejscu. Mężczyzna pokręcił przecząco głową, marszcząc groźnie brwi. Stanęli niezdecydowani. Nie wiedzieli czyich rozkazów powinni słuchać.
- Rozwiążcie go! - Powtórzył przywódca z naciskiem. - I zaprowadźcie do pozostałych.
Szaman otworzył usta, by ponownie zaprotestować. Starszy mężczyzna uniósł w jego kierunku dłoń, nakazując mu milczenie. Szaman zacisnął wargi w cienką linię. Choć jego oczy rzucały niemal pioruny, posłusznie skłonił głowę. I wreszcie opuścił włócznię. Daniel mimo woli poczuł podziw dla przywódcy wioski. Musiał cieszyć się naprawdę dużym szacunkiem, skoro nawet szamani bez szemrania wykonywali jego polecenia. Strażnicy rozcięli więzy krępujące pułkownika Burnsa. Mężczyzna przeturlał się na bok, oddychając szybko. Zdrętwiałymi rękoma zerwał sznur z szyi. Dwóch tubylców weszło na kamienne podwyższenie i chwyciwszy żołnierza pod ramiona, na wpół zaprowadzili, na wpół zanieśli go do pozostałych więźniów. Szaman odprowadzał ich szalonym spojrzeniem. Burns leżał zwinięty na ziemi, przyciskając do siebie okaleczone ręce. Strażnicy otoczyli jeńców i spojrzeli wyczekująco na przywódcę. Pozostali tubylcy również wpatrywali się w niego.
- Wstrzymałem egzekucję. - Mężczyzna zwrócił się ponownie w stronę Daniela.
- Dziękuję…
- Ale… Nie mogę uwolnić więźniów. Szamani przekonali nas, że egzekucja tych ludzi jest naszym jedynym wyjściem. Że muszą ponieść karę. Ty twierdzisz jednak, że nie są winni. Ktoś ma rację a ktoś inny się myli. Jeśli Bóg Góry istotnie pragnie ofiary, ja i mój lud jesteśmy gotowi ponieść wszelkie tego konsekwencje. Ale dam ci szansę na obronę. Opowiedz mi, dlaczego myślisz, że nakaz bogów może być zlekceważony?
Daniel potarł nerwowo czoło. Spływały po nim kropelki potu. Rozejrzał się dookoła. Wszyscy utkwili w nim swoje spojrzenie. Jeńcy patrzyli na niego z nadzieją i niedowierzaniem. Pułkownik Reynolds i jego zespół zajęli strategiczne pozycje, otaczając szerokim łukiem zebranych w dolinie ludzi. Dawno nie czuł się pod taką presją. Nie mógł teraz niczego zepsuć. Życie wielu ludzi zależało wyłącznie od niego.
