Po południu Potter czuł się już na tyle dobrze, żeby w końcu wstać z łóżka, mimo marudzenia Draco. Na jego ciele pozostało kilka blizn, ale nie przeszkadzały mu w poruszaniu się, więc postanowił je zignorować. Nie były to pierwsze ślady na jego ciele i zapewne nie będą też ostatnie. Malfoy wrócił do swojego domu, nakazując mu jeszcze wezwać go w razie problemów i obiecał skontaktować się z wampirami i jego przyjaciółmi. Na wieczór planowali spotkanie, w którym mieli im wreszcie opowiedzieć o Traktacie. Tuż po wyjściu blondyna, Harry skontaktował się mailowo z panem Throonetem, obiecując dostarczyć zaległe eliksiry w przeciągu kilku dni. Miał w planach przemyśleć jeszcze dokładnie, jak traktować od teraz Edwarda, żeby ten nie uciekł i nie trzymał się od niego z daleka. To on miał być w tym układzie górą i nie miał zamiaru rezygnować ze swoich planów. Może pierwsze zbliżenie nie do końca zgadzało się z jego założeniami, ale przynajmniej od tej chwili będzie miał istotną przewagę, z której nie zamierza rezygnować.
Poczucie winy jest bardzo potężną bronią, pomyślał drwiąco.
Po długiej kąpieli i dokładnemu przyjrzeniu się swojemu odbiciu uznał, że mógł skończyć zdecydowanie gorzej. Mógł skończyć martwy, jak nieustannie przypomniał mu Malfoy. Schodząc na dół, z zamiarem przygotowania sobie jakiegoś lekkiego posiłku, zatrzymał się w połowie schodów. W salonie stał jego niedawny oprawca, wciąż odwrócony do niego plecami, choć z całą pewnością zdołał usłyszeć już jego kroki.
— Jak się czujesz? — zapytał z wahaniem wampir.
Harry uniósł brwi, zastanawiając się, czego niby się po nim spodziewa. Łez? Zdenerwowania? Smutku? Nie znali się prawie wcale i choć Potter zbliżył się do Rosalie i Jaspera, a wszystko co im powiedział z całą pewnością zdołał usłyszeć też ich brat, to wciąż było zbyt mało, żeby zdawał sobie sprawę z tego, jak silny psychicznie jest Wybraniec.
— Wiem, że nie wystarczy zwykłe przepraszam — szepnął ledwie słyszalnie. — Zrobię wszystko, żebyś mi wybaczył. Mogę odejść. Odejdę, jeśli tego właśnie chcesz.
— Odejść? — zadrwił chłopak. — Nie wiesz, o czym mówisz, wampirze — warknął.
Edward odwrócił się do niego i niepewnie przyglądał się wyrazowi jego twarzy. Nie było na niej ani krztyny ciepłych uczuć. Nie było też żalu, czy wrogości. Jedynie jakaś niezrozumiała determinacja i pewność siebie bijące z jego oczu.
— Nie możesz odejść — powiedział spokojniej Potter. — Nie możesz mnie zostawić. Twoja natura nie pozwoli ci już teraz żyć beze mnie. Możesz jedynie pozostać przy moim boku, albo przestać istnieć.
Harry zszedł wreszcie ze schodów i stanął naprzeciwko Cullena. Był od niego niższy zaledwie o kilka centymetrów, ale to nigdy nie był dla niego problem. W dłoni obracał różdżkę, jakby zastanawiając się nad kolejnym krokiem.
— Kiedy mówiłem ci o dwóch drogach, którymi mógłbyś podążyć, miałem na myśli życie ze mną lub zabicie mnie — mruknął. — Ale jest jeszcze jedna możliwość. Jeżeli byłbyś na tyle silny, żeby odejść, jak przed momentem zaproponowałeś, skończyłbyś tym samym swoją egzystencję. Nie przeżyłbyś beze mnie.
— Odszedłbym! Zrobiłbym to, jeżeli tylko dzięki temu mógłbyś mi wybaczyć…
— Nie, Edwardzie — szepnął, przesuwając czule po jego policzku. — Nie przeżyłbyś bez pieśni mojej krwi nawet kilku miesięcy. Ta rozłąka by cię zabiła.
Gryfon odsunął się nieznacznie, widząc jak oczy wampira rozszerzają się w szoku. Machnął różdżką, zwiększając wytrzymałość stołu przy którym stali, popychając na niego lekko Cullena. Ten, zaskoczony, zatoczył się nieznacznie, wpadając na mebel, ale nim zdążył ponownie złapać równowagę, usłyszał ciche: Incancerous, czując jednocześnie, jak jego nadgarstki i kostki zostają silnie przywiązane. Harry mruknął jeszcze jedno zaklęcie, które miało wzmocnić więzy i pochylił się nad plecami wampira, wciągając głęboko jego zapach.
— Co robisz? — warknął.
— Pomogę ci wybrać twoją ścieżkę, Edwardzie. Dzisiaj wieczorem sam zdecydujesz, czego chcesz i jaka decyzja będzie dla ciebie najlepsza. Nie zamierzam się jednak tak łatwo poddawać. Nie, skoro możesz być mój…
Potter kolejnym czarem pozbawił wampira ubrań i przyciskając swoje ciało do tego rozłożonego pod nim, składał małe pocałunki wzdłuż kręgosłupa wampira. Ten przez chwilę próbował wyswobodzić się z więzów, za zdziwieniem stwierdzając w końcu, że jest to niemożliwe. Nie był przyzwyczajony do bezsilności. Nie, od kiedy Carlisle go przemienił.
— Co chcesz zrobić? — szepnął z obawą.
— Nie martw się — mruknął Harry. — Ja, w przeciwieństwie do ciebie, mam doświadczenie i nie kieruję się instynktami.
Usłyszał, jak wampir mamrocze ciche przeprosiny, ale nie obchodziło go to w tej chwili. Chciał go już mieć. Jak najszybciej. Wypełnić go sobą. Poczuć jak pulsuje wokół niego, usłyszeć, jak krzyczy jego imię. Ale wiedział, że nie może się śpieszyć. Nie może pozwolić, żeby Edward później odszedł. Przecież był jego celem, jego nowym, jasnym światłem. Nie takim, jakim był Severus. Nikt nigdy nie zastąpi mu jego pierwszego partnera. Jego kochanka, przyjaciela, ostoi jego zdrowych zmysłów w czasie wojny.
— Postaram się, żeby nie bolało — dodał jeszcze Gryfon, a w tonie jego głosu można było usłyszeć, ukrytą głęboko, kpinę.
Usta Harry'ego przeniosły się niespodziewanie na kark Edwarda i tam chłopak przyssał się lekko do karku wampira. Jego dłonie niespiesznie błądziły po zimnym ciele, poznając czułe punkty, których było zaskakująco dużo. Dotykanie tych twardych mięśni i wyjątkowo gładkiej skóry o tej niesamowitej fakturze dawało mu prawdopodobnie tyle samo przyjemności, ile czerpał z tego jego kochanek.
— Obiecałem sobie, że będziesz mój — szepnął Potter, przesuwając palcami jednej dłoni pomiędzy pośladkami Edwarda, rozszerzając je przy tym lekko. — I tak się stanie, choćby miał to być pierwszy i ostatni raz.
Cullen jęknął głośno, kiedy pierwszy z palców Harry'ego wślizgnął się do jego wnętrza, poruszając się w nim, w boleśnie powolnych ruchach. Język chłopaka błądził teraz po bokach jego żeber, a przygryzana lekko skóra paliła w miejscach, gdzie zęby zostawiały swoje, niemal niewidoczne, ślady. Edward ponownie spróbował wyrwać się z oplatających go sznurów, ale i tym razem, nie przyniosło to oczekiwanego skutku.
— Nie szarp się — mruknął Harry. Jego głos przesiąknięty był podnieceniem, które szybko w nim rosło. — Nie uda ci się wyrwać.
— Dlaczego…? — Słowa wampira przeszły w kolejny głośny jęk, kiedy Potter do pierwszego palca dodał kolejny, rozciągając coraz mocniej jego ciasne wnętrze. — Dlaczego mnie związałeś? — wymamrotał po chwili.
— Ponieważ nie ufam ci jeszcze na tyle, żeby tego nie zrobić — odparł cicho nastolatek.
Czuł, jak ciało Edwarda szybko przyzwyczaja się do jego działań, więc wsunięcie trzeciego palca było zadziwiająco proste. Wampir przestał się rzucać, przestał nawet się odzywać. Za to jęki, które wydawał stawały się coraz bardziej naglące, a fakt, że zaczął się lekko poruszać, spowodował, że Potter odsunął się od niego na krok i powoli zdjął swoje ubrania. Musiał przyznać, że Edward wyglądał niesamowicie seksownie z przywiązanymi dłońmi i stopami, szeroko rozstawionymi nogami i pulsującym anusem, w pełni gotowym na jego przyjęcie. Niespiesznymi ruchami rozsmarował lubrykant na swoim penisie, zostawiając sporą ilość na prawej dłoni. Wrócił do, rozciągniętego na stole, wampira i ponownie pochylił się nad nim, całując tuż za lewym uchem.
— Nawet nie wiesz, jak pięknie wyglądasz — szepnął, uderzając swoim członkiem o wypięte pośladki. — Nawet nie wiesz, jak cholernie mocno na mnie działasz.
Edward warknął cicho, ale poruszył biodrami, chcąc znowu poczuć to niesamowite ciepło, które jeszcze chwilę wcześniej rozpierało go od środka. Harry zaśmiał się cicho, ustawiając swojego penisa w wejściu do tego cudownego ciała. Pchnął lekko, co spowodował cichy krzyk zaskoczenia, ale kiedy tylko palce jego dłoni musnęły sztywny członek, krzyk przeszedł w jęk przyjemności.
— Podoba ci się — powiedział niezauważenie, zanurzając kolejne centymetry swojej erekcji w otwierającym się dla niego ciele.
To było tak różne od kochania się z Severusem. Tak różne od zbliżeń z Draco. Było mu dobrze. Chłód bijący od skóry Edwarda podwajał niemal każde doznanie. Sprawiał, że wszystko było bardziej intensywne, bardziej gwałtowne. Poruszał się szybciej, niż planował początkowo. Ruchy były coraz bardziej chaotyczne, a jego jęki zaczęły się mieszać z tymi, które wydawał Edward. Kiedy wampir doszedł krzycząc jego imię, Harry po chwili dołączył do niego, czując silne pulsowanie, zaciskających się na nim mięśni.
Potter opadł na plecy kochanka i złożył mały pocałunek pomiędzy jego łopatkami. Po chwili wysunął się z niego i ubrał powoli, przyglądając się, jak biaława sperma spływa drobnymi strumykami po udach Edwarda. Przełknął głośno ślinę, czując, że jeśli jeszcze chwilę będzie to obserwował, na nowo się podnieci. Dopinając rozporek czarnych spodni, obszedł stół i uniósł lekko głowę Cullena. Widząc nadal bursztynowy kolor tęczówek, schylił się i pocałował go brutalnie, wgryzając się nieznacznie w niemal marmurowe wargi. Machnięciem różdżki zlikwidował więzy i pomógł podnieść się wampirowi.
— Myślę, że następnym razem nie będziemy potrzebowali sznurów — szepnął, gładząc dłońmi nagą klatkę piersiową i brzuch.
Edward stał przez chwilę, czując ciepło rozchodzące się gdzieś wewnątrz niego, ale nagle jego głowa opadła w dół, zatrzymując się na ramieniu Harry'ego.
— Przepraszam cię — wymamrotał.
Potter spiął się lekko, nie do końca rozumiejąc jego zachowanie, ale przywarł do niego mocniej i złożył kilka drobnych pocałunków na długiej szyi.
— Za co mnie przepraszasz?
— Ja… wtedy. A ty… teraz. To…
Wybraniec zaśmiał się gorzko, szybko uświadamiając sobie przyczyny obecnego stanu wampira. Że tez musiał do tego wracać.
Chociaż, może to i lepiej, pomyślał. Dzięki temu zawsze będzie się pilnował.
— To nie była tylko twoja wina. Jestem za to odpowiedzialny w równym stopniu, co ty.
— Nie, to ja…
— Nie mówię, że zapomnę, o tym, co zrobiłeś — powiedział zimno. — Ale jesteś wampirem, a ja zdawałem sobie sprawę z tego, jakie mogą być konsekwencje mojego zachowania. Dlatego nie obwiniaj się, bo to nie ma sensu. Po prostu nigdy więcej nie rób czegoś takiego.
Edward spojrzał na niego niepewnie, ale przytaknął. Harry odsunął się od niego, z uwagą przyglądając się jego nagiej sylwetce. Myśl, że osoba stojąca przed nim należy wyłącznie do niego, była niezwykle pobudzająca. Już wyobrażał sobie ich kolejny, wspólny seks. Swoją kolejną dominację. Aż oblizał wargi na myśl o tym, co jeszcze może zrobić z wampirem. Ile jeszcze im obu może dać przyjemności. Nie wierzył, że Edward teraz odejdzie. Nie, jeżeli już wie, że straciłby nie tylko osobę sobie przeznaczoną, ale również życie. Nie znaczyło to jednak, że Potter nie powinien uważać. To wciąż była dzika bestia, dla której najważniejszym prawem były pierwotne instynkty.
— Jeżeli jednak jeszcze raz stracisz kontrolę — mówił spokojnym, pozbawionym emocji głosem. — Jeżeli jeszcze raz się na mnie rzucisz, jeśli skrzywdzisz któregokolwiek z moich przyjaciół, nie zawaham się przed zabiciem cię. Czuj się ostrzeżony.
Edward przyglądał mu się przez dłuższy czas, najwyraźniej szukając kłamstwa w jego słowach. Kiedy nie znalazł nic takiego, skinął lekko, sięgając jednocześnie po ubrania. Nie czuł strachu, wiedział, że nie będzie w stanie nigdy więcej go skrzywdzić. Przez krótką chwilę, zawahał się myśląc o Malfoyu i wciąż iluzorycznej postaci Severusa, ale szybko przypomniał sobie słowa blondyna, który leczył Harry'ego po tym co on sam mu zrobił: On cię chce, głupia istoto. Chciał go, Potter go chciał, mimo tego, co wydarzyło się zaledwie kilka dni wcześniej. To było najważniejsze.
-I-I-I-
Na pół godziny przed wyjściem Harry'ego do Cullenów, do jego drzwi zadzwonił dzwonek. Chłopak nie spodziewał się gości, ale najwyraźniej ktoś postanowił jednak złożyć mu wizytę. Zdziwił się, kiedy po otwarciu drzwi, na progu zobaczył Sama i Billy'ego, ale bez problemu wpuścił ich do środka.
— Witajcie — przywitał się niepewnie. — Coś się stało?
— Chyba mamy problem — zaczął Alfa.
Usiadł w jedynym fotelu i wciągnął czujnie zapach, unoszący się dookoła. Zanim zdążył zmarszczyć nos, Harry rzucił zaklęcie likwidujące wszelkie zapachy z otoczenia, choć wiedział, że wyczulony zmysł wilka zdążył zarejestrować zarówno woń wampira, jak i tego, co razem robili.
— Muszę pamiętać o tym zaklęciu, mając za przyjaciół zmiennokształtnych i wampiry.
— Nadal uważasz ich za swoich przyjaciół? — warknął Sam, przyglądając mu się uważnie. — Co ten wampir ci zrobił? — zapytał, a w tonie jego głosu można było usłyszeć troskę.
— Nic, czym musielibyście się przejmować.
— Jacob wybiegł stąd roztrzęsiony i pewny tego, że stało się coś bardzo złego.
Potter przymknął na chwilę oczy, zastanawiając się, w jaki sposób szybko zakończyć temat. Nie miał zamiaru tłumaczyć im, co zaszło, a tym bardziej, z jakiego powodu to wszystko się stało. Teraz najważniejsze było, że udało mu się osiągnąć cel.
— Jake nie wie wszystkiego.
— Twierdzi, że zasugerowałeś, jakoby krwiopijca darzył cię podobnym uczuciem, jakim ja darzę Emily — warknął.
— Bo to prawda — mruknął cicho chłopak. — Nawet jeżeli ciężko wam to sobie wyobrazić, to tak właśnie jest i nie, nie zamierzam wam tego teraz tłumaczyć.
— Co ci zrobił? — powtórzył groźnie Sam.
— Zanim zaczniesz oceniać czyny innych, spójrz najpierw na siebie! — Harry powoli tracił cierpliwość.
— Ty…!
— Przestańcie — mruknął Black. — Sam, nie przyszliśmy tu, żeby wykłócać się o poglądy dotyczące wampirów.
— Nie? — zapytał zdziwiony Gryfon.
Billy pokręcił smutno głową, zerkając na zdjęcie Pottera i Severusa stojące w jego pobliżu. Wziął w dłoń ramkę i westchnął przeciągle, przyglądając się gamie uczuć, które można było znaleźć na dwóch twarzach.
— Chodzi o mojego syna i twojego blondwłosego przyjaciela.
Harry przytaknął niemrawo, rozumiejąc już dlaczego odwiedziło go dwóch Quileute'ów. Doskonale pamiętał sposób, w jaki Jacob patrzył na Draco i już wtedy wydało mu się to wyjątkowo podejrzane. Później młody Indianin nie pojawiał się w jego domu, więc wyparł ze swojej świadomości tamto uczucie, ale najwyraźniej nie popełnił wtedy błędu, porównując zmianę, jak w nim zaszła do tej, którą dawno temu zauważył u Rona i Hermiony.
— Wpojenie? — zapytał cicho Potter, a Billy przytaknął sztywno.
— Nie wiemy, jak to możliwe — przyznał Sam. — Wpojenie ma na celu dobranie najlepszych genów, które pozwolą stworzyć bardzo silne potomstwo.
— Rozumiem to, ale zarówno Jacob, jak i mój przyjaciel są silni. W czym problem?
— Jak to w czym? — warknął wściekle Alfa. — Obaj są mężczyznami. Jak wyobrażasz sobie przekazanie ich genów dalej?
— To jedyny problem? Nie przeszkadza wam, że twój syn i członek twojego stada jest homoseksualistą — zadrwił Harry, zwracając się najpierw do starszego z mężczyzn. Kiedy obaj zaprzeczyli, uśmiechnął się nieznacznie. — Zapominacie, że obaj jesteśmy czarodziejami.
— A co to ma do rzeczy? — burknął Billy.
— Wszystko — odparł spokojnie Harry. — Są eliksiry, dzięki którym możliwe jest połączenie ze sobą dwóch zestawów genów, bez względu na to, czy są to geny męskie czy żeńskie i umieszczenie ich w macicy czarownicy, która urodzi niespokrewnionego z nią potomka.
Obaj otworzyli szeroko oczy, ale zanim któryś zdążył się odezwać, w salonie pojawił się Malfoy, mamrocząc pod nosem.
— Potter! Do cholery jasnej, mamy… — zamilkł w pół słowa, widząc Indian i zmieszał się nieco, patrząc to na nich, to na Harry'ego. — Co się dzieje, Potter? Kolejne kłopoty?
Brunet zaśmiał się cicho i pokiwał głową, widząc, ze Sam rozpoznał już wybranka Jacoba.
— Obawiam się, że tak, Draco — mruknął. — Billy, przedstawiam ci mojego przyjaciela, a twojego dalekiego siostrzeńca, Draco Malfoya.
