Witam! Z góry przepraszam za ewentualne błędy. Przejrzałam tekst dość pobieżnie, gdyż bardzo chciałam coś dzisiaj wstawić, biorąc pod uwagę fakt, że mam za sobą już egzaminy z polskiego, matematyki i angielskiego, a więc sporą część z nich- trzeba to było jakoś uczcić :) Jutro rozszerzenie z polskiego, później ustne i historia... Chodzi mi o to, że nie wiem kiedy opublikuję kolejny rozdział, ale w wakację będę nadrabiać. Mam zamiar dokończyć to opowiadanie, tak tylko uspokajam :D Miłej lektury! :)
- Co tam bazgrolisz?- zapytała Livia rzucając na ziemię naręcze chrustu, zaraz obok świeżo upolowanego barana. Otrzepała spodnie i z ciekawością zajrzała Elfowi przez ramię.
Zevran siedział na ziemi i długim kijkiem kreślił linie w wilgotnym piasku. Wyrysował jakieś punkty, granice, strzałki i numery…
- Zevran?- Położyła mu rękę na ramieniu.
- Poczekaj, myślę- odparł łagodnie, dotykając jej dłoni. Zmarszczył w skupieniu brwi i oparł brodę na zaciśniętej pięści.- Planowanie nigdy nie było moją mocną stroną…- cmoknął z niezadowoleniem.
Livia zaśmiała się dźwięcznie, wyzywająco krzyżując ramiona na piersi.
- Serio? A co jest twoją mocną stroną, jeśli można wiedzieć?- zapytała kąśliwie.
Skierował na nią wzrok, odrywając się nagle od wpatrywania się w piasek, a kącik jego ust powoli uniósł się do góry, w dobrze jej znanej manierze.
- Zabijanie i seks, zdecydowanie- odparł z nieskrywaną dumą i satysfakcją.- Zabijanie, seks i cięte riposty, w tych trzech rzeczach jestem naprawdę całkiem niezły, moja uroczo rumieniąca się Strażniczko.
Livia w rzeczy samej spłonęła rumieńcem. Zasłoniła policzki dłońmi, gniewnie zaciskając zęby. Miała nadzieję, że jeszcze kilka takich odzywek i zupełnie uodporni się na głośne wymawianie słowa na „s". Na bogów, była w końcu dojrzałą kobietą, a nie jakąś niedoświadczoną młódką!
- Widzisz? Moja riposta odebrała ci mowę, nie raz widziałaś jak morduję, kilka razy nawet uratowałem ci życie…
- Ooo, nawet nie idź w tym kierunku, ty bezpruderyjny…- syknęła, wyczuwając do czego zmierza.
Nie zdążyła dokończyć zdania. Rząd śnieżnobiałych zębów błysnął w drapieżnym uśmiechu.
- A jeśli chodzi o seks, w każdej chwili możesz się przekonać. Wystarczy tylko słówko- dokończył, a Livia warknęła z rezygnacją. Czy on musi wszystko sprowadzać do jednego?
- Czy zawstydzanie mnie to twój życiowy cel?- jęknęła zbolałym tonem.
Zevran zaśmiał się gardłowo, szczerze.
- Przepraszam, bella mia. To silniejsze ode mnie! Gdybyś tylko mogła sama się zobaczyć, zrozumiałabyś, że wywołanie tej uroczej minki na twojej twarzy to pokusa, której nie sposób się oprzeć!
Warknęła, cały czas nieco obrażona, ale też dziwnie poruszona jego słowami. Usiadła ostrożnie obok niego, w stosownej odległości, wpatrując się w wyrysowane zawijasy. Coś jej to przypominało…
Mapa. Opiekunka pozwalała jej oglądać mapy kiedy uczyła się o geografii Thedas, a nawet w wolnym czasie, gdyż bardzo się tym tematem zainteresowała. W Denerim także sporo się im przyglądała. W tamtejszej bibliotece było tak cicho i przyjemnie, a zapach papieru był w jej odczuciu prawie tak samo piękny jak zapach zroszonej trawy o poranku.
- Czy to Ferelden? A ten trójkąt- Denerim?- zapytała unosząc się na klęczkach.
Zevran skinął głową.
- Tak, a ten duży kamień, o tu…- wskazał palcem- to Antiva. Musimy pomyśleć jak dostać się z punktu A do punktu B.
Livia zamyśliła się na chwilę, a później wyciągnęła cienką, ale solidną gałązkę ze sterty tych, które wcześniej przyniosła, aby rozpalić ognisko.
- Rozumiem, że tutaj zaznaczyłeś Orzammar?
- Tak, ale nawet o tym nie myśl.
Livia uniosła wysoko brwi.
- Dlaczego? To wcale nie jest zły pomysł. Mamy tam w końcu sojuszników, mogliby pomóc nam przeprawić się przez góry…
Zevran jęknął niezadowolony i spojrzał na nią zbolałym wzrokiem. Elfka zaśmiała się krótko.
- Powiedz po prostu, że boisz się zimna i tyle- dodała trącając go żartobliwie kijkiem, który trzymała w dłoni.
- Nie ukrywam, że wolę kiedy jest ciepło- przyznał z powagą, ignorując jej zaczepkę.- Ale nie w tym rzecz. Po prostu mam dużo lepszy pomysł.
- Tak? Zamieniam się w słuch.
- Spójrz- nakazał, kucając za jej plecami, delikatnie opierając swoją głowę na jej ramieniu i obejmując ją w talii, jak gdyby nigdy nic. Livia starała się z całych sił skupić na tym co mówi Elf, ale jego niespodziewana bliskość skutecznie to utrudniała. Ponadto miała wrażenie, że mężczyzna jest tego doskonale świadomy.- Te poprzeczne kreski to Morze Przebudzonych. Przeprawimy się przez nie do Kirkwall. Mam tam kilka starych kontaktów, które być może dałoby się odnowić. Każda pomoc się nam przyda, w końcu nie możemy po prostu przeprowadzić szturmu na mury miasta.
Livia pokiwała głową, zgadzając się z jego tokiem rozumowania.
- Przede wszystkim zanim w ogóle dotrzemy do Antivy, musimy zahaczyć o kilka innych miejsc.
- Jak to? Jakich?- zapytała nieprzytomnie, wykrzywiając głowę, aby móc na niego spojrzeć.
Zevran westchnął głęboko i zmienił pozycję siadając obok Livii. Położył ciężką dłoń na jej kolanie.
- Nawet jeśli jakimś cudem udałoby nam się obalić Ravicka i zająć jego miejsce, długo nie utrzymalibyśmy tego stanowiska bez poparcia Talonów- wyjaśnił cierpliwie i zapatrzył się przed siebie ze zmarszczonymi brwiami.- Może z Claudio nie byłoby tak trudno…
- Z księciem Antivy?
- I trzecim Talonem gildii, owszem. Kiedyś wydawało mi się, że złapaliśmy nić porozumienia. Nie wiem w jakim stopniu byłby gotów nam pomóc, ale chyba będziemy musieli się po prostu przekonać.
Livia wyraźnie posmutniała. Może zbyt pochopnie podjęła decyzję? Może niepotrzebnie zrobiła Zevranowi nadzieję? Zabiła Arcydemona, jasne, dokonała rzeczy, która dla wielu wydawała się niemożliwa do zrealizowania, ale zajęło jej to miesiące przygotowań i nie dokonała tego w pojedynkę. Ich nowa misja była równie szalona, a może nawet jeszcze bardziej brawurowa niż poprzednia! Teraz także potrzebowali sojuszników i to nie byle jakich, wysoko postawionych, wpływowych i niebezpiecznych, takich, którzy byliby w stanie zapewnić im polityczne poparcie…
Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Brr… polityka! Coś przed czym całe życie broniła się rękami i nogami, czego nienawidziła z całego serca, a z czym teraz na własne życzenie będzie musiała się borykać. Może to rzeczywiście nie był najlepszy pomysł, ale nie było już odwrotu.
- Hej, Livia, spokojnie.- Zevran chwycił jej twarz w dłonie i zmusił ją aby spojrzała mu w oczy. Uśmiechnął się do niej pocieszająco.- Chyba nie myślisz, że nie mam żadnego planu, co? Nie patrzmy tak daleko w przyszłość. Przed nami długa droga, ale czuję, że wszystko się jakoś ułoży. Nie wiem czy zauważyłaś, ale do tej pory cudownym trafem udawało nam się wyjść cało z opresji.
- A trochę tych opresji było- prychnęła z ironią i spojrzała na niego już nieco mniej pochmurnie.- Miejmy tylko nadzieję, że limit towarzyszącego nam szczęścia jeszcze się nie wyczerpał.
Skinął z uśmiechem głową.
- Szczęściu trzeba czasem pomóc, dlatego po obiedzie zarządzam ćwiczenia.- Poklepał ją po udzie i zabrał się za rozpalanie ogniska.
- Jakie ćwiczenia, co ty znowu wymyśliłeś?- roześmiała się patrząc jak z wprawą układa gałązki.
- No co?- zapytał z miną niewiniątka.- Nie obraź się, ale zauważyłem, że ostatnio zapominasz o osłanianiu lewej flanki. Wybacz, ale nie zawsze będę w stanie doskoczyć do ciebie na czas.
- Taak? Naprawdę?- W jej oczach zatańczyły niebezpieczne ogniki.- Co jeszcze robię źle, panie doskonały?
- Cóż…- zawahał się na moment, spoglądając na nią nieśmiało.- Jeśli mam być szczery, trochę zbyt wolno dostawiasz nogę, przy cięciu z góry.
- Nieprawda! Cięcie z góry mam opanowane do perfekcji!- zaoponowała, urażona jego krytycznymi uwagami.- Poza tym nie wiem czy pamiętasz, ale kiedy jakiś czas temu próbowałeś mnie zabić, jakoś dziwnym trafem ci się nie udało.
Zevran zaśmiał się, westchnął i odłożył krzesiwo, które trzymał w dłoniach. Ogień wolno i pazernie lizał równo ustawione gałęzie.
- Miałem wtedy gorszy dzień. I oczywiście zostałem niesprawiedliwie porażony twoim niespotykanym pięknem.- Livia z cieniem rozbawienia i zadowolenia przewróciła oczami. Nawet ona nie mogła zaprzeczyć, że lubiła komplementy.- Podejdź, proszę.- Stał wyprostowany, z jedną nogą lekko wysuniętą do przodu. Ręce swobodnie opuścił wzdłuż ciała, rozluźnione i nieuzbrojone. Nie miał na sobie zbroi, jedynie lekko przybrudzoną, przewiewną koszulę i przylegające do nóg spodnie.
Livia wstała niepewnie z ziemi. Chwilę temu także dla wygody zdjęła zbroję i teraz ubrana była jedynie w cienkie, skórzane getry i koszulkę. W zbroi zawsze czuła się bezpieczniej, ale w końcu Zev nie zrobiłby jej krzywdy…
- Śmiało- skinął na nią z rozbawieniem na widok jej szeroko, czujnie otwartych oczu.
- Co chcesz zrobić?- zapytała podchodzą bliżej, ale i tak dalej niż na odległość dłoni.
- Coś ci udowodnić- wyszeptał pochylając się nieco, przyjmując pozycję gotowości do ataku. Livia spięła się, uważnie obserwując każdy jego ruch, każdy krok.
- Nie masz nawet broni- zauważyła, czując jak krew przyjemnie przyspiesza w jej żyłach.
- Nie potrzebuję jej.
Zevran postawił krok w jej kierunku, a ona krok w tył. On ruszył w jej lewo, ona w prawo. Patrzyli na siebie jak dwa drapieżniki walczące o jedną zdobycz. Livia odłożyła sztylety na bok, aby szanse były równe, nie potrzebowała dodatkowej przewagi. Przynajmniej tak, w swej arogancji, uważała.
Wystrzelił do przodu, wyraźnie celując rękami w jej bok, chcąc chwycić ją za biodro i obalić na ziemię. Livia przejrzała jego zamiary i wykonała ostry, górny zamach w celu wymierzenia mu ciosu w głowę. Zevran dostawił szybko nogę, szybciej niż ona postawiła swoją. Kiedy Livia wykonała krok, potknęła się, straciła rytm i trącona przez Zevrana w bok upadła ciężko na ziemię.
- Nie żyjesz- ogłosił ze śmiechem czającym się w oczach, trochę jak małe dziecko bawiące się w „Apostatów i Templariuszy". Podał jej rękę i pomógł wstać.
Była zła i upokorzona, policzki płonęły jej szkarłatem. Odrzuciła jednak butnie włosy z twarzy i spojrzała na niego wyzywająco, nawet nie myśląc o tym, aby się poddać.
- To był cios z góry, teraz osłona lewej flanki.
Zaatakował szybko, nie czekając aż Livia się przygotuje. Od razu zakręcił się przy jej lewym boku, ale Elfka wykonała zwinny pół piruet i kopnęła go w żebra. Zevran sparował atak błyskawicznym odskokiem i został przez nią zaledwie szturchnięty, nawet nie zachwiał się na nogach.
- Już trochę lepiej.- Uśmiechnął się cwaniacko, co tylko zamroczyło Dalijkę kolejną porcją gniewu.
Z okrzykiem doskoczyła do niego i wymierzyła mu silny cios w twarz, którego uniknął jednak bez problemu. Następnie zatańczyła blisko jego prawego boku i wskoczyła mu na plecy oplatając mocno szyję ramionami, a kolana opierając na jego biodrach, całą siłę wkładając w to, aby choć trochę go przydusić. Na jej usta wypłynął tryumfalny uśmieszek.
- No, robi się ciekawie- wymruczał z dźwięcznym śmiechem i chwycił ją za pasek w spodniach, odciągając energicznie, jednocześnie wymierzając łokciem cios w lewy bok.
Livia jęknęła zduszonym głosem, choć cios nie należał do najmocniejszych, i puściła Elfa, spoglądając w jego stronę z wyrzutem, ustawiając się jednak ponownie w pozycji bojowej, z dłońmi lekko wysuniętymi przed siebie.
Widziała jak wystrzeliwuje w jej stronę, kierując się bardziej na lewo. Spięła mięśnie i uniosła lewą nogę, aby lepiej przygotować się na natarcie.
W ostatniej chwili Zevran okręcił się przez prawe ramię, znalazł się za jej plecami i chwycił za zgięcie w jej prawym kolanie. Szarpnął ją mocno, a ona wydała z siebie głośny okrzyk. Ponownie upadła na ziemię, tym razem jednak asekurowana przez Elfa drugim ramieniem, oplecionym wokół jej drobnych pleców. Podniósł się na łokciach, trzymając jej dłonie nad głową i przygniatając ją ciałem, nie pozwalając na najmniejszy ruch.
- Kiedy skupiasz się na osłonie jednego boku, zapominasz o drugim. Musisz być czujna i zwracać uwagę na wszystkie kierunki, słodka Strażniczko- powiedział z uśmiechem, jedną ręką trzymając oba jej nadgarstki, a drugą odgarniając kosmyk włosów z jej czoła.
Oddychała szybko i nierówno. Złość jeszcze nie do końca opuściła jej ciało, ale teraz nie była jedynym uczuciem jakie nią targało. Ciężar jego ciała ani trochę nie stanowił dla niej ciężaru, adrenalina przywołana przez walkę powoli z niej uchodziła, ale serce nadal nie zwalniało.
Zevran zdziwił się, że Livia nie uraczyła go żadną złośliwą, gniewną uwagą. Zamiast tego przyglądała mu się uważnie, z uchylonymi ustami i przyspieszonym oddechem. Kiedy stanowczo wyswobodziła jedną dłoń pozwolił jej na to. Pozwolił także, choć z rozbawionym zdziwieniem na twarzy, aby przesunęła palcami po tatuażu widniejącym na lewej stronie jego twarzy. Zawsze chciała to zrobić.
- Czy fakt, że mnie pokonałeś oznacza, że moje piękno już cię tak nie poraża?- zapytała cicho, sama zszokowana swoją bezpośredniością. Miało to zabrzmieć zadziornie, zabawnie, ale nie za bardzo jej wyszło. Nie mogła uwierzyć, że głos, który wypowiedział te słowa należał do niej.
Potrząsnął wolno głową, nie spuszczając z niej wzroku.
- Bardzo dużo cię obserwuję, znam twoje ruchy…- przerwał na chwilę, aby zaczesać jej włosy za ucho.- Poza tym bardzo chciałem przygwoździć cię do ziemi.
Westchnęła zaskoczona, a Zevran widząc jej zmieszanie roześmiał się drapieżnie. Pochylił się nad nią niebezpiecznie, bardzo blisko jej twarzy. Serce waliło jej jak młotem, oczy wbiła w jego uśmiechnięte usta. Rozsądek krzyczał żeby uciekać, odwrócić głowę, nie pozwolić… A cała reszta nie pozwalała jej się poruszyć. Nie była w stanie zrobić nic oprócz czekać z ekscytacją i przyspieszonym tętnem na to, co za chwilę miało się wydarzyć. Czuła ciepły oddech na swoich wargach, już z rozkoszą zamknęła oczy i…
Krótki pocałunek spoczął na jej spoconym czole. Tak po prostu, jakby była dzieckiem, które zbiło sobie kolano i trzeba je pocieszyć. Poczuła jak wstyd wypełnia jej żołądek. Było to ciężkie, nieprzyjemne uczucie.
Zevran uśmiechnął się do niej łagodnie i podniósł się z ziemi. Wyciągnął w jej kierunku rękę.
- Chodź, trzeba ponownie rozpalić ognisko, bo zdążyło już zgasnąć.
Nie było na świecie nic co obchodziłoby ją jeszcze mniej niż to cholerne ognisko.
Wstała jednak, podała mu nawet rękę, choć miała wielką ochotę ostentacyjnie podnieść się o własnych siłach i zniknąć gdzieś w lesie. Na długie godziny. Nie zrobiła tego, bo miała świadomość, że dopiero wtedy rzeczywiście pokazałaby się jako nierozsądne dziecko, które obraziło się na to, że nie stało się coś, czego pragnęła i bała się jednocześnie.
- Pójdę po trochę jagód- zaoferowała się, w rzeczywistości pragnąc po prostu ochłonąć nieco w samotności. Kiedy oddalała się od obozu, czuła spojrzenie na swoich plecach.
Zdjęła sandałki, aby móc bosymi stopami stąpać po mchu, który porastał podłoże. Kiedyś w ogóle nie nosiła butów, ale od kiedy jej podróże przestały się ograniczać tylko do zalesionych, miękkich terenów, nauczyła się, że mają one swoje praktyczne zastosowanie.
Spacerowała chwilę, rozglądając się za jagodami, orzechami, grzybami, ale robiła to niewidzącym wzrokiem. Była za bardzo pogrążona w myślach, aby dostrzegać tak błahe rzeczy.
Dlaczego mnie nie pocałował?- zastanawiała się, na poły gniewnie i rzewnie, dodatkowo zła na siebie, że pozwala sobie na tak dziecinne dylematy.- Bo chyba nie dlatego, że wcześniej powiedziałam „nie"? Jakoś do tej pory zakazy nie robiły na nim wrażenia…
W lesie panowała cisza, nawet wiatr nie poruszał liśćmi. Jedynym dźwiękiem były gałązki trzeszczące pod jej stopami. Mechanicznie zrywała jagody, nie poświęcając swoim ruchom zbyt dużej uwagi.
Gdybym to ja wykonała krok, pokazałabym, że jestem niekonsekwentna…- Wrzuciła sobie owoc do ust, zaskoczona tym jak słodki ma smak.- I byłaby to prawda! Jestem niekonsekwentna! Obiecałam sobie, że koniec z facetami i co? Cały czas o nim myślę…
Pełną garść owoców wsypała do dużej kieszeni przy pasie, upewniając się wcześniej, że nie jest to ta sama kieszeń, w której kiedyś przechowywała trupikorzeń. Nie była pewna czy owoce przesiąkłyby szkodliwą esencją, ale wolała nie ryzykować. Niedaleko ścieżki, w trochę bardziej zarośniętym rejonie, dostrzegła polanę obrośniętą elfim korzeniem i stwierdziła, że zawsze przyda się zapas tej cudotwórczej roślinki. Odgarnęła gałęzie i stanęła jak wryta.
Ogromny niedźwiedź leżał na środku polany i cichutko (jak na wielkiego niedźwiedzia) pochrapywał. Kiedy przypatrzyła się uważniej dostrzegła dwie mniejsze włochate kulki, wtulone mocno w brunatne cielsko i wszystko stało się jasne. To nie był ogromny niedźwiedź, a ogromna niedźwiedzica! Do tego z młodymi.
Jeśli pobyt w klanie nauczył ją czegoś praktycznego, to właśnie tego, że nie zadziera się z niedźwiedzimi mamami, a już zwłaszcza z tymi zaspanymi.
Spokojnie, odpuszczamy sobie elfi korzeń i powolutku się wycofujemy, bez paniki.- Starała się spokojnie oddychać i zachować zimną krew, kiedy stopa za stopą wycofywała się z niedźwiedziego terytorium.
Nie mogło być jednak za łatwo. Trzask łamanej gałęzi, który rozległ się w idealnej ciszy, zabrzmiał jak huk pioruna. Niedźwiedzica poderwała głowę i zaczęła intensywnie węszyć, instynktownie przygotowując się do obrony swego potomstwa.
Jeszcze ostrożniej wycofała się za szerokie drzewo, modląc się aby zwierzę nie ruszyło się z miejsca. Nie chciała mieć na sumieniu malutkich, słodkich niedźwiadków, jeśli jednak zostałaby zaatakowana, nie będzie miała żadnego innego wyjścia jak tylko również się bronić.
Ciarki przeszły jej po plecach kiedy usłyszała donośny ryk, a następnie ciężkie stąpnięcie. Niedźwiedzica nie posłuchała bezgłośnych modlitw i idąc za swym wyczulonym węchem już zbliżała się w stronę Livii. Kucając cicho za drzewem, nasłuchując miękkich stąpnięć i starając się ignorować zaniepokojony pisk młodych, sięgnęła ręką w kierunku rękojeści sztyletu i… zatańczyła palcami w powietrzu.
No, pięknie.- Zacisnęła powieki zadziwiona swoją głupotą. Nigdy nie ruszała się z miejsca bez broni. Sztylety nie zawsze były praktyczne czy odpowiednie do sytuacji, ale wtedy wybierała opcję mniejszych noży albo chociaż długiej szpilki do włosów. Teraz była bezbronna jak dziecko, w obliczu ogromnej niedźwiedzicy, która rozszarpie ją swoimi potężnymi pazurami.
Pozostaje mi jedno wyjście- uciekać ile sił w nogach. Problem jest tylko taki, że ta bestia na pewno ruszy za mną w pogoń. Choć może jednak nie zdecyduje się zostawić swego potomstwa? Może nie goniła by mnie za daleko? Może uda mi się wdrapać na drzewo…
Nie miała czasu na dłuższe rozmyślania, musiała działać. Niedźwiedzica zbliżyła się do niej na odległość zaledwie kilku metrów. Livia rozejrzała się gorączkowo i stwierdziła, że najlepiej będzie uciec w najgęściej zalesiony obszar, a następnie na jakieś wysokie drzewo. Niedźwiadki piszczały nerwowo, samica sapała gniewnie, a Elfka spięła wszystkie mięśnie przygotowując się do zwiększonego wysiłku. Od zagajnika dzieliła ją spora odległość. Już miała ruszać kiedy po przeciwnej stronie rozległ się hałas, jakby coś buszowało w krzakach. Raz, drugi, trzeci pojawiły się odgłosy głuchych stąpnięć, uderzeń… Ktoś rzucał kamienie. Niedźwiedzica ruszyła energicznie w kierunku, z którego dochodziły odgłosy, a Livia w tej samej chwili poczuła ostre szarpnięcie za ramię i już w kolejnej sekundzie biegła przez chaszcze i trawy w stronę obozu.
- Zevran…- zaczęła nieprzytomnie, z trudnością wypowiadając słowa w pełnym pędzie. Gałązka wysokiego krzewu zadrapała jej policzek, niemalże dźgając ją w oko.
- Nie teraz!- syknął nieprzyjemnie, ze złością emanującą z jego tonu i silnego uścisku, którego nie poluzował ani na moment.
Biegli tak szybko, że zieleń rozmazywała się jej w jednolite plamy, tylko co jakiś czas otrzeźwiało ją nagłe uderzenie gałązki czy potknięcie się o wystający konar. Zevran wcale nie starał się jakoś specjalnie o bycie delikatnym. Poddała się mu, pozwalając prowadzić, szarpać się raz w lewo, raz w prawo, choć obawiała się, że jeśli jeszcze raz jej noga zaplącze się w kłącza, nie będzie już w stanie pokornie siedzieć cicho.
Zevran zatrzymał się tak raptownie, że nie zdążyła w porę wyhamować i uderzyła w niego z pełnym impetem, aż głośny jęk niepowstrzymanie opuścił jej usta. Elf chwycił ją stanowczo za ramiona zanim jej tyłek spotkał się z ziemią.
- Dzięki- sapnęła z trudem łapiąc powietrze, chcąc uśmiechnąć się do niego z wdzięcznością, ale zamarła zdziwiona, widząc jego surową minę.
- Czy ty oszalałaś?!- wycedził przez zęby z morderczym spojrzeniem.- Po co odchodziłaś tak daleko?! Zresztą jak mogłaś znaleźć się tak blisko niebezpieczeństwa, sama, bez broni?! Przecież z twoim słuchem musiałaś słyszeć tak potwornie głośno sapiące zwierzę z odległości kilku kilometrów, co się z tobą dzieje, Livia?!
Przy każdym wykrzyczanym zdaniu potrząsał nią energicznie. Czuła jak jego palce wbijają się w jej ramiona z siłą, która mogła równać się tylko z jego gniewem. Tak bardzo zaskoczył ją jego nagły wybuch, że zupełnie nie wiedziała co odpowiedzieć. Albo raczej, na które pytanie odpowiedzieć najpierw. Zamrugała kilka razy zupełnie zbita z tropu. Gdyby nie była tak zmęczona intensywnym biegiem, stresem i poprzednim treningiem, pewnie zwyczajnie by na niego nawrzeszczała, ale teraz jej percepcja była dziwnie zaburzona.
Patrzył na nią długi czas jakby oczekując, że naprawdę mu odpowie. Miał potargane włosy, gdyby nie ta awantura pewnie zrobiłaby na ich temat jakąś zabawną uwagę, ale nie zdobyła się na żarty, widząc jego pociemniałe spojrzenie.
- Przepraszam- odparła prostolinijnie, stwierdzając, że szybkie załagodzenie jego nastroju będzie najlepszym pomysłem.- Zachowałam się lekkomyślnie.
Po tych słowach wyraz jego oczu momentalnie złagodniał, a ramiona jakby się rozluźniły. Także uścisk jego palców znacznie zelżał wywołując u Livii ciche westchnienie ulgi. Jego twarz ściągnęła się w zbolałym wyrazie, a oczy przypominały te przepraszające spojrzenia szczeniaczków. Przyciągnął ją do siebie stanowczo, jedną dłoń kładąc na jej włosach, a drugą na plecach. Odwzajemniła uścisk, zaskoczona, ale niemniej bardzo zadowolona z takiego obrotu spraw.
- Wystraszyłaś mnie- wyszeptał gdzieś w jej włosach, oddychając głęboko, wdychając jej zapach, a ona poczuła jak serce zamiera w jej piersi. Wzmocniła uścisk, starając się w ten sposób pokazać mu jak bardzo jest mu wdzięczna za pomoc i jak bardzo żałuje. Naprawdę było jej głupio, zachowała się jak dziecko, za które tak usilnie nie chciała uchodzić i kolejny raz przypadła jej w udziale rola damy w opałach, z czego również nie była dumna.- Nie rób tak więcej.
Odsunął się od niej nieznacznie, i wyciągnął zza pazuchy swojej skórzanej kurtki, którą nosił gdy robiło się chłodniej, dwa, dobrze jej znane sztylety.
- I, błagam cię, nie ruszaj się nigdzie bez nich.- Mówiąc to wręczył jej broń ze smutnym uśmiechem.
- Dziękuję, Zevran.- Chciała powiedzieć więcej, ale jednocześnie bała się, że powie za dużo. Słowa grzęzły jej boleśnie w gardle. Miała świadomość, że gdyby nie on już tego dnia mogła zginąć. Nie pierwszy raz ratował jej życie.- Cieszę się, że jesteś- dodała tylko, czując jak jej policzki robią się czerwone, z zawstydzeniem spuszczając oczy.
Z uśmiechem przyciągnął ją bliżej do siebie i złożył powolny, pełen pietyzmu pocałunek na jej czole. Uśmiechnął się do niej i przesunął palcem po zaczerwienieniu, które pojawiło się na jej twarzy po bliskim spotkaniu z gałęzią, a następnie jeszcze raz po bliźnie, która teraz była już tylko jasną, podłużną kreską, która nie rzucała się wcale tak bardzo w oczy.
- Jedna się zgoiła to trzeba sobie zrobić drugą- zaśmiała się krótko, wzruszając przy tym ramionami.
- Tego zadrapania nie będzie już jutro. Za to ta będzie cię zapewne dekorować już do końca życia- uśmiechnął się delikatnie i złożył kolejny pocałunek, tym razem na podłużnym zgrubieniu na jej lewym policzku.- W najmniejszym stopniu nie ujmuje ci urody.- Zamyślił się chwilę, dotykając jej samymi opuszkami palców. Przymknęła powieki, nie do końca nad tym panując.- Myślę nawet, że całkiem ci pasuje.
Puścił do niej oko i raptownie się odsunął. Zaczął na nowo rozpalać ognisko. Obok stery chrustu leżały dwa fenki, oprawione i gotowe do wrzucenia na ogień. Livia stała tak jeszcze chwilę z nagłym uczuciem chłodu, ale odchrząknęła dyskretnie, przywracając się do ładu podeszła bliżej aby zaoferować swoją pomoc.
- Może w końcu uda nam się coś zjeść- prychnął rozbawiony.- Jutro wstajemy i ruszamy dalej.
- Już zdecydowałeś jednoznacznie dokąd?
Milczał przez chwilę, wbijając w ziemię dwa dłuższe kijki o względnie podobnej długości, a na nich trzeci z przymocowaną uprzednio zwierzyną. Spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Zdecydowałem. Musisz dzisiaj dobrze się wyspać, czeka nas długa i, najprawdopodobniej, niebezpieczna podróż.
