Plany i oczekiwania.

Nie tak to miało wyglądać.

Dumbledore co prawda nie liczył na to, że Harry przywita go z otwartymi ramionami, ale miał nadzieję, że tym razem bez nadopiekuńczego nadzoru Malfoya uda mu się przynajmniej zamienić z nim chociaż kilka słów. Pozwolić chłopakowi się wygadać i może spróbować się wytłumaczyć.

Już początek nie był dobry, gdyż ledwo tylko się do niego odezwał Harry się spiął i wycofał. Nie zdążył nawet pomyśleć co z tym zrobić, bo obok jego Gryfona natychmiast pojawił się Draco Malfoy a zaraz po nim Lucjusz zabierając obu chłopców do domu.

A specjalnie czekał do końca wycieczki dając najpierw Harry'emu czas na spotkanie z przyjaciółmi, żeby znowu poczuł się jednym z nich, licząc że dzięki temu i na niego lepiej zareaguje... Teraz żałował, że nie podszedł do niego od razu - przecież mógł - powinien to przewidzieć: to oczywiste, że we trójkę musieli się umówić, kiedy Malfoy Senior ma ich odebrać po wycieczce.

Skrzywił się przypominając sobie, że nie tylko we trójkę: Czarny Pan na pewno kontrolował cały czas sytuację i może... Może wcale nie byli umówieni na konkretną godzinę...

...Kiedy chłopak patrzył na niego tuż przed pojawieniem się Malfoya wyglądał dokładnie jak wtedy, jakby... Poruszył nawet ustami, jakby wołał... Jak wtedy: w szpitalu.

Dyrektor skoncentrował się na świeżym wspomnieniu: bolała go niechęć i strach, jaki widział wtedy i zobaczył znowu dzisiaj w oczach Harry'ego. Chłopak miał białe kostki - tak mocno zaciskał palce na swoim medalionie - jakby od tego zależało jego życie, jego bezpieczeństwo...

A może właśnie tak było - może to był jego guzik bezpieczeństwa, którym mógł przywołać Malfoya?

Nie mógł mu się przyjrzeć, bo artefakt tylko chwilami migał mu zza palców chłopaka, ale wyczuwał w nim coś znajomego. Chyba już go kiedyś widział, tylko kiedy i gdzie?

- O co tutaj chodzi? - Ostatnie zdanie wypowiedział na głos, zbyt wzburzony, by zatrzymać je w sobie.

- Profesorze? - Niepewnie zadane pytanie wyrwało go z zamyślenia. Automatycznie wrzucił na twarz życzliwy uśmiech i spojrzał w bok.

Granger! No oczywiście, że to musiała być ona. Tak był zajęty swoimi myślami, że nawet nie zauważył, że szła przy nim. Ale to nawet dobrze...

- Panno Granger, czy wiesz może, co to za medalion nosi Harry? Chyba wcześniej nie widziałem go u niego? - Był pewien, że Potter go wcześniej nie miał, tak samo jak był pewien, że wścibska, wszystkowiedząca przyjaciółka Harry'ego już ustaliła, co to takiego.

Hermiona najpierw popatrzyła na Dumbledore'a przechylając głowę, nim powoli odpowiedziała.

- Nie wiem, czy powinnam... Gdyby Harry chciał o tym z panem porozmawiać, na pewno sam by to zrobił. - Miała satysfakcję z tej zemsty za to, jak ostatnio ją potraktował, ale nie tylko a nawet nie głównie o to jej chodziło.

Widziała jak ostro Harry zareagował na nagłe pojawienie się dyrektora, natychmiast spinając się, gotowy do obrony, tyle że zamiast po różdżkę sięgnął do swojego medalionu. Sama automatycznie ruszyła, by stanąć między nim a Dumbledorem, ale wyprzedzili ją Malfoyowie, zabierając chłopaka z wioski.

To nie była zwykła nieufność, chłopak naprawdę się go wystraszył. A jeżeli tak, to i ona też może powinna na Starca uważać?

- Panno Granger. - W głosie dyrektora pojawiła się nuta zniecierpliwienia i nakazu.

Hermionę jednak nie było łatwo zastraszyć: jeżeli chciał, żeby z nim rozmawiała musi ją przekonać, że to jest właściwe i że tak będzie dla dobra Harry'ego.

- Panno Granger... - Dumbledore spróbował ponownie, tym razem miękko i uprzejmie.

- Harry powiedział, że nasłał Pan na niego Snape'a, a przecież to on go skrzywdził. - Dziewczyna przerwała mu, nie czekając na to, co starzec wymyślił.

- Panno Granger, ja naprawdę nie wiedziałem, że to Profesor... - Kolejny raz nie dano mu skończyć.

- I co z tego? On zawsze był dla Harry'ego wredny i niesprawiedliwy i to Madame Pomfrey jest pielęgniarką, nie Snape. Po co w ogóle Pan go w to mieszał? - Hermiona nie chciała robić afery przed całą szkołą, więc mówiła cicho, ale stanowczo.

- Skoro wtedy nic pan nie wiedział, Profesorze to kiedy pan się dowiedział? I co pan wtedy z tym zrobił? I dlaczego wciąż nie wiadomo, co się stało ze Snapem? - Dziewczyna dobrze wiedziała, że drugi raz już nie będzie miała szansy na taką rozmowę z dyrektorem i nie zamierzała ustępować.

Teraz to czarodziej coś od niej chciał i może się wymigiwać, jednak wtedy ona też nic mu nie powie. Może także próbować ją oszukać jednak ufała, że kłamstwo rozpozna i tym bardziej mu nie pomoże.

Dumbledore rzucił na nią okiem, a potem przez dłuższą chwilę patrzył przed siebie, nic nie mówiąc. Hermiona cierpliwie czekała.

W końcu dyrektor zdecydował się powiedzieć prawdę - oficjalną prawdę. Musi jakoś przekonać tę upartą dziewczynę.

- Kiedy Harry opuścił niespodziewanie szpital, zdecydowaliśmy na razie nic nie mówić i poczekać, co się stanie. W połowie dnia profesor Snape gdzieś zniknął, a potem został odesłany z powrotem do Zamku, pod bramę. - Dyrektor wzdrygnął się, nawet wiedząc za co była ta kara i tak stan Snape'a wciąż go poruszał. Chociaż Harry tego dnia wyglądał o wiele gorzej: fizycznie i psychicznie.

Na chwilę umilkł, jakby dopiero teraz się nad tym zastanowił i zrozumiał.
- Profesor był nieprzytomny, pobity ale fizycznie, bez użycia zaklęć... Powinienem od razu wiedzieć, o co chodzi, ale dopiero kiedy zacząłem go leczyć, to mi powiedział, że to on napadł na chłopaka i że to... że Nowy Opiekun Harry'ego kiedy dowiedział się, co się stało zawołał go do siebie i... Najwyraźniej się wściekł i postanowił go za to ukarać.

Gryfonka ze świstem wciągnęła powietrze. To wiele wyjaśniało: dyrektor jak zwykle zbagatelizował sprawę, a Malfoy od razu stanął w jego obronie. Nic dziwnego, że chłopak tak mu zaufał.

- Odesłałem profesora do lochów, żeby zastanowić się co z tym zrobić. Tyle że on nie czekał na decyzję i zamiast zostać u siebie opuścił Zamek. Zapewne obawiał się powrotu do Azkabanu, od tamtej pory nie odzywał się, wciąż się ukrywa, przed nami i przed... Nowym Opiekunem Harry'ego. - Nie musiał nazywać go Malfoyem, Gryfonka i tak sama uzna, że o niego chodzi, a on sam nie lubił kłamać, gdy nie było to potrzebne.

- A dlaczego nie zgłosił pan nic do Ministerstwa? - Hermiona wciąż uważała, że nie zachował się tak jak powinien.

- Uznałem, że pan Potter by tego nie chciał. - Dyrektor mówił pewnie, jednak na jego twarzy nie było zwyczajowego życzliwego uśmieszku, gdy dokończył patrząc na nią z góry. Pewno miał dość bycia pouczanym i wypytywanym przez uczennicę: pytanie dlaczego się na to godził, dla dobra Harry'ego, czy własnego? - I okazało się, że miałem rację.

- Nawet jeżeli tak jest, to i tak nie w porządku. Harry był pana uczniem i powinien pan coś z tym zrobić, a nie czekać, nie wiadomo na co. - Dziewczyna także nie miała wątpliwości, że ma rację i patrzyła na niego potępiająco.

- Czy jeszcze nie zauważyłaś panno Granger, że pani przyjaciel nie życzy sobie żadnego zamieszania wokół własnej osoby? Gdybym zgłosił to Aurorom na pewno chcieliby poznać szczegóły, prawdopodobnie wyciągnęliby też jego wspomnienia. I oczywiście wszystko znalazłoby się w Proroku. Pan Potter nie chciał tego, chce tę historię zapomnieć i zostawić za sobą.

Hermiona zagryzła wargę, Starzec miał w tym rację, to było wkurzające, ale najwyraźniej znał Harry'ego nie gorzej niż oni, a czasem nawet lepiej. Jednak i tak to go nie usprawiedliwiało. Zanim jednak otworzyła usta...

- A teraz, panno Granger. - Dumbledore uznał, że ten temat jest zakończony i teraz jego kolej: wrócił do swoich pytań. - Pan Potter nie ukrywa tego medalionu, zatem na pewno powiedział, czym on jest. Czy mogę prosić o tę informację?

Gryfonka przez chwilę zastanawiała się, ale w końcu odpowiedziała.

- To jakiś stary artefakt rodzinny. Dzięki niemu osłony rozpoznają go jako mieszkańca i członka rodziny. A to wygrawerowane na nim "S" oznacza Slytherin, więc Ślizgoni wiedzą, że teraz jest z nimi i już go nie muszą atakować.

Teraz dyrektor wciągnął ze świstem powietrze.

Naraz wszystko stało się jasne, już wiedział skąd zna ten medalion. Granger była w błędzie: "S" wcale nie dotyczyło Slytherinu - oznaczało Slytherina... Salazara Slytherina i było starą rodzinną pamiątką jego Dziedzica... To do tej rodziny Harry teraz należał.

A Granger powiedziała, że artefakt daje przejście przez wszelkie osłony Jego domu...

Gdyby udało mu się go przejąć mógłby...

I tu przyszło otrzeźwienie - nic nie mógłby, bo to Harry Potter jest jedynym, kto miał moc by pokonać Czarnego Pana. Lord Voldemort sam go wybrał i naznaczył i najwyraźniej wiedział, co robi skoro teraz Złoty Chłopiec mu zaufał, co więcej: teraz tylko jemu ufał!

Ktokolwiek inny, jeżeli już nawet dostałby się do Mrocznego Zamku, to mógłby co najwyżej dać się złapać i zabić. O, Godryku!

- Profesorze?

Dumbledore westchnął, nie miał pojęcia, co teraz może zrobić, ale gra nie była jeszcze skończona. Nie poddał się, nie podda się!

Jednak co miał powiedzieć tej dziewczynie? Kiedy nie dawał sobie rady z własnymi myślami.

Pierwsza reakcja Voldemorta, gdy zabrał chłopaka z Zamku wciąż go zastanawiała. To jak ostro przyjął stan chłopaka i że faktycznie się nim przejął, mogło sugerować, że potraktował to osobiście, poczuł z nim więź. Czyżby przejścia Harry'ego przypomniały mu własne dzieciństwo...?

Dumbledore nigdy nie starał się dowiadywać, co dokładnie spotkało Toma Riddle'a w sierocińcu, uważając, że chłopak sam dobrze daje sobie radę. Teraz zaczął mieć wątpliwości: czy gdyby jednak to zrobił, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej?

Ale zaraz sam sobie odpowiedział. Nic nie byłoby inaczej, Tom Marvolo Riddle był Złem, a jego ucieleśnieniem stał się Lord Voldemort. Może teraz, przy Harrym się przyczaił a nawet złagodniał mając takiego biednego, skrzywdzonego dzieciaka w domu.

Jednak długo tak nie wytrzyma, a kiedy Czarny Pan go zawiedzie, on będzie gotowy, by przyjąć Pottera z powrotem pod opiekę Jasnej Strony.

Przypomniał sobie o idącej obok niego Gryfonce. Na szczęście właśnie, wreszcie dotarli do Zamku. Czas skończyć z tym tematem. Nie ma co roztrząsać spraw, na które nie ma żadnego wpływu. Po prostu musi być czujny i wykorzystać okazję, gdy się nadarzy a na pewno taka nadejdzie.

I czas kończyć tę rozmowę.
- Dziękuję, panno Granger. Proszę teraz zająć się swoją grupą. - Oznajmił z życzliwym uśmieszkiem i odszedł w stronę swojego gabinetu.

Hemiona przez długą chwilę tylko patrzyła za nim z coraz twardszą i bardziej zawziętą miną: nie takiego traktowania się po nim spodziewała i na pewno więcej już nie da się nabrać na te pokazowe zrozumienie i życzliwość.

Na pewno też powinna przekazać Harry'emu to, jak przebiegała ta rozmowa. Nie po to jednak by go przekonać żeby dał szansę dyrektorowi - o nie! Musi go ostrzec, że Dyrektor nie pogodził się z sytuacją i lepiej żeby na niego uważał.


Kiedy ulotnili się z Hogsmeade Harry odetchnął z ulgą, która jeszcze wzrosła, gdy po wejściu do Malfoy Manor zobaczył w salonie nie tylko siedzącą sztywno na fotelu Lady Malfoy ale na co po cichu liczył, także równie sztywno stojącego przy oknie Lorda Voldemorta.

Skinął głową Pani Domu i z uśmiechem ruszył w stronę czarnoksiężnika, który uważnie mu się przyjrzał.

- Widzę, że wyjście się udało. - Skomentował jego radosny wygląd.

- Rzeczywiście, najpierw było trochę nie bardzo... - Tu się wzdrygnął. - ...Bo tylko mnie o wszystko wypytywali, ale potem już normalnie rozmawialiśmy i łaziliśmy po sklepach. Draco też się chyba dobrze bawił. - Dodał, zerkając na swojego kuzyna.

Blondyn skinął głową, przełykając ślinę, kiedy Czarny Pan skierował na niego przelotne swoją uwagę. Chyba tylko Harry czuł się dobrze pod tym przeszywającym wzrokiem. Na szczęście ojciec go uratował.

- Obiad już gotowy. - Oznajmił, zapraszając ich gestem do jadalni.

Nie żartował mówiąc Dumbledore'owi, że jego żona wymaga punktualności i porządku. Mimo że na pozór była lodowata i niewzruszona wprowadzone ostatnio do Dworu przez ciągłą obecność Draco i wizyty Czarnego Pana i Pottera zamieszanie, czy wręcz chaos, odbijało się na jej nastroju i ich życiu.

Lucjusz potarł dłonią kark, po którym wczoraj wieczorem dostał serią żądlących klątw, w odpowiedzi na, rzeczywiście wyjątkowo głupie, pytanie: "Czemu jesteś taka spięta, skarbie? Złość piękności szkodzi."

A co będzie, kiedy już zaczną się te prywatne lekcje dla chłopców i całkiem obcy czarodzieje plątający się po Dworze? Dobrze chociaż, że przynajmniej mają najlepsze dostępne skrzaty, gdyby Narcyza musiała sama wszystkiego pilnować, zamiast tylko mówić im czego oczekuje, zrobiłaby z jego życia piekło.

Salon jak zwykle był idealnie przygotowany a stół przystrojony w biało-srebrnych kolorach z motywami zieleni w postaci delikatnych wzorów gałązek i liści, ale bez żadnych kwiatów, te przyjdą z wiosną i latem.

Tym razem Lady Malfoy przygotowała od razu obok Czarnego Pana miejsce dla Harry'ego Pottera a przy nim także i dla Draco. Nie miałoby sensu, gdyby jej syn siedział sam na końcu stołu, kiedy Potter zajmował miejsce dla honorowych gości.

Na szczęście nie zapadła niezręczna cisza, jaka zwykle zapadała w towarzystwie Czarnego Pana, bo skrzaty podały przystawki ledwie zdążyli zająć miejsca. Wiedząc, że Harry od rana pewno nie tknął nic, poza kremowym z przyjaciółmi, Lord Voldemort bez ociągania pierwszy sięgnął po sałatkę z łososiem, która z podanych dań była najbardziej w guście chłopaka i ten faktycznie zaraz poszedł jego śladem.

Dopiero wtedy także Malfoyowie wzięli się do jedzenia.


Kiedy już zaspokoili głód Lucjusz odchrząknął i zagaił:
- Rozmawiałem już z kilkoma osobami na temat waszych zajęć, chłopcy.

I Harry i Draco spojrzeli na niego z zainteresowaniem, ale to Czarny Pan zapytał:
- A jakie to osoby, Lucjuszu?

- Mistrz Horacy Slughorn z Eliksirów. - Harry lekko się skrzywił na myśl o eliksirach, ale rozumiał, że nie może ich odpuścić a o samym Slughornie Hermiona mówiła, że jest w porządku, więc pokiwał głową bez zachwytu jednak i bez komentarza. Za to Draco się odezwał.

- I tak szybko udało ci się go przekonać, ojcze? - W jego głosie był podziw, najwyraźniej i on miał o profesorze dobre zdanie.

- To stary znajomy i bardzo go ucieszyła okazja do pracy z Harrym. - Zwracając się do chłopaka uzupełnił. - Powiedział, że postara się pokonać twoją niechęć do eliksirów. - Harry z powątpiewaniem skrzywił usta i Lucjusz się zaśmiał. - Zapewniam cię, że jeśli ktoś może to zrobić, to właśnie Horacy. Ponieważ pracuje w szkole, w tygodniu jest zajęty, zatem spotkacie się z nim jutro, a zajęcia będziecie mieć w soboty.

- A nie mieliśmy mieć wolnych sobót? - Harry nie całkiem pamiętał, jak wyglądał ich wstępny plan, dlatego wolał się upewnić.

- Wolne będziecie mieć niedziele, a w sobotę tylko Eliksiry, no i prace domowe.

Chłopak wcale nie był zachwycony pomysłem nauki w sobotę, zwłaszcza z tego akurat przedmiotu.

- A inni kandydaci? Mówiłeś w liczbie mnogiej. - Voldemort też wolał już porzucić temat eliksirów.

- Moja przyjaciółka zgodziła się uczyć was wróżbiarstwa. - Draco rozpromienił się i rozszerzywszy oczy wtrącił:

- Czyżby Mea Cass?

- Owszem. - Czarodziej potwierdził i na użytek Harry'ego wyjaśnił: - To prawdziwa wróżka ze starego Domu z tradycjami ale sama jest bardzo nowoczesna. Uczyła się razem ze mną w Hogwarcie, tylko w Domu Hufflepuff.

- Przyjaźniłeś się z Puchonką? - Harry nie krył niedowierzania.

Lucjusz pokręcił głową ze śmiechem.
- Przyjaźnię się z Tobą. - I już całkiem poważnie, choć nadal z uśmiechem. - To naprawdę kompetentna jasnowidz, potrafi użyć większości dostępnych metod wróżenia, chociaż najbardziej lubi Tarot, poza tym jest bardzo otwarta na ludzi i na świat. Na razie ma jeszcze zobowiązania, wpadnie za dwa dni.

- Zobaczysz, będzie super. - Draco stuknął kuzyna łokciem, potwierdzając słowa rodzica. - Jeszcze ktoś, ojcze?

- Do Obrony umówiłem was na poniedziałek z łamaczem klątw u Gringotta. Miał wybitny z OWUTEM-ów i prowadzi szkolenia dla innych pracowników i Goblinów. Jest młody i to praktyk, więc powinniście z nim znaleźć wspólny język.

Czarny Pan z uznaniem pokiwał głową: Malfoy się postarał, wybierając kandydatów: najlepsze kompetencje i do tego odpowiedni charakter, żeby Harry dał im szansę. To dobrze, bo do SUM-ów wcale nie było tak wiele czasu, lepiej, by chłopcy szybko zaczęli normalną naukę.

Dalszą dyskusję przerwało pojawienie się sowy pocztowej. Duży szkolny puchacz przysiadł na ramieniu Harry'ego wyciągając do niego łapkę ze zwojem. Chłopak przepraszająco wzruszył wolnym ramieniem i odwiązał przesyłkę a ptak od razu odleciał, nawet nie czekając na przysmak.
- To od Hermiony. - Wyjaśnił Harry zadowolony, lecz zdziwiony.

- Przecież spotkaliście się dzisiaj? - Voldemort zmarszczył się, podejrzewając kolejne kłopoty.

- No właśnie. - Harry szybko przeleciał wzrokiem po pergaminie. - Pisze, że Dumbledore ją o mnie wypytywał i żebym uważał, bo na pewno coś knuje. Ooo..? - Wytrzeszczył oczy, jeszcze raz dokładnie czytając ostatnie zdanie, by upewnić się, że dobrze widzi.

Czarnoksiężnik chrząknął ponaglająco i chłopak uniósł wzrok z dziwną, nieczytelną miną, potem przebiegł spojrzeniem po Malfoyach i znowu wrócił do niego.
- Pozdrawia was i dziękuje za to, że się mną opiekujecie.

No proszę. Tego na pewno nikt się nie spodziewał.
- Ta rozmowa musiała być interesująca. - Stwierdził Czarny Pan, kiwając głową. Miał nadzieję ale szczerze nie oczekiwał, że przyjaciele Harry'ego zaakceptują jego wybór, a tu proszę: Gryfonka pozdrawia ich i dziękuje.

Dumbledore traci kolejnych sprzymierzeńców i nawet nie musi mu w tym pomagać.

Co nie znaczy, że ma nic nie robić.
- Musimy jeszcze porozmawiać, Lucjuszu. Może w twoim gabinecie? - To nie było pytanie i Malfoy od razu posłusznie odsunął talerz wstając. Voldemort tak się nie spieszył i zwrócił jeszcze do Harry'ego. - Nie musisz na mnie czekać, to może trochę potrwać.

- Nie ma sprawy, to żaden problem. Posiedzę jeszcze z Draco w bibliotece, chciał mi coś pokazać. - Harry odparł radośnie i czarnoksiężnik pokręcił głową, poddając się.

- Dobrze, zajdę potem po ciebie i wrócimy razem do domu. - Chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej i wstał pociągając za sobą Draco, który dotąd sam nie ruszył się, czekając na znak Czarnego Pana.

Voldemort znowu pokręcił głową i wstał ruszając do wyjścia a Lucjusz za nim.

Narcyza przez chwilę pozostała sama, przy pustym stole a potem potrząsnęła głową i dumnie wyprostowana, sztywnym krokiem wyszła, ale nie jak pozostali do holu tylko na taras i dalej do ogrodu. Tu jeszcze czuła się Panią Domu i panią sytuacji.


Księga o Założycielach, o której Draco mu wcześniej mówił, wyglądała interesująco, jednak Harry szybko zamknął ją i odłożył na stół. Miał do kuzyna pytania w ważniejszej dla niego sprawie.
- To jaki jest ten Slughorn? Twój ojciec uczył się u niego, jak to było?

Draco wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby drapiąc się po głowie. Może i był ostatnio bliżej z ojcem, ale do opowieści i wspomnień z dzieciństwa jeszcze było im daleko.

- O tym akurat nie wiem za wiele, za to kilka razy był u nas w pierwszych latach po zniknięciu Voldemorta. Bardzo go lubiłem, bo nie był taki poważny i oficjalny, jak inni goście rodziców. Lubił opowiadać, a ja uwielbiałem go słuchać. I nie tylko mój ociec był jego uczniem... - Pauza dla efektu. - Także Tom Riddle i był jego ulubieńcem, nawet po jego ostatecznym upadku Slughorn chętnie się do tego przyznawał.

Harry się ożywił.
- To może moglibyśmy mu powiedzieć...

- Merlinie broń! - Draco od razu mu przerwał. - Czy ty mnie nie słuchasz? To gaduła i uwielbia się przechwalać. Jak powiesz mu jakiś sekret to na pewno go wypapla, jak nie celowo żeby pokazać: "taki jestem ważny, bo Harry Potter podzielił się ze mną swoją tajemnicą", to z rozpędu przez gadulstwo.

- Dobra, rozumiem. Facet jest sympatyczny i życzliwy, ale nie powinienem za bardzo się wczuwać i od razu uznawać go za swojego przyjaciela. - Potwierdził z pełną powagą, żeby Draco nie miał wątpliwości, że go zrozumiał.

- Dokładnie. Nie zapominaj, że teraz jest profesorem w Hogwarcie, Dumbledore może liczyć na to, że po spotkaniach z tobą Slughorn przekaże mu jakieś nowe informacje. Dopilnujmy, aby tak się nie stało. - Zacmokał. - No i nie przejmuj się, jeżeli do ciebie coś chlapnie, szybciej mówi niż myśli, jednak na pewno nie chce nikogo ranić, czy obrażać.

Harry po raz kolejny musiał zrewidować swoją opinię o Malfoyu. W Hogwarcie nigdy nie miał o nim dobrego zdania, uważając za nadętego i głupiego pyszałka. Kiedy jednak zaczął go bliżej poznawać, jego wszystkie przekonania upadały. Draco był bystry, lojalny i mógł na niego liczyć.

- No dobra, facet jest fajny i nie będzie się na nas wydzierał, ale czasem może zachować się jak nieczuły dupek i muszę przy nim się pilnować. - Spojrzał pytająco, czy dobrze go podsumował i Draco pokiwał głową. - Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że jestem do niczego z eliksirów. - Tutaj akurat nie miał powodów do zmiany zdania i przekonania.

- Wcale nie jesteś. - Draco poważnie zaprzeczył. - Nigdy nie miałeś wszystkich wskazówek i my ci przeszkadzaliśmy, a radziłeś sobie całkiem nieźle. Z porządnym nauczycielem i bez "uczynnych" kolegów pójdzie ci świetnie.

Na powątpiewające spojrzenie kuzyna powtórzył zapewnienia.
- Będziemy tu jedynymi uczniami, więc poświęci nam całą uwagę i od razu wyłapie, w czym potrzebujemy pomocy i wskazówek i dostosuje naukę do nas. Zobaczysz, będziemy mieli najlepsze wyniki.

Fajnie byłoby w to wierzyć, ale wszystko się okaże. Na razie Harry wciąż się denerwował.


Pomimo, że Mistrz Eliksirów miał się pojawić u Malfoyów dopiero po śniadaniu, już o świcie Voldemort usłyszał przez ścianę, jak Harry hałasuje w swoim pokoju, a potem wychodzi.

Zapewne poszedł do sali treningowej, chociaż tym razem chyba mu to niewiele da. Ćwiczenia pomagają oczyścić umysł, jeżeli chcesz coś przemyśleć. Chłopak zaś nie chciał teraz myśleć o czekającym go spotkaniu.

Czarnoksiężnik miał lepszy pomysł na zajęcie go przez ten wolny czas. Szybko zebrał się i trzymając w dłoni filiżankę z herbatą udał się śladem Harry'ego.

Tak jak się spodziewał chłopak zajęty był pojedynkowaniem się ze swoim manekinem treningowym. Dawno już go nie widział w tej sytuacji i z uznaniem stwierdził, że to już zupełnie nie przypominało jego pierwszych, nieudolnych prób. Teraz wyglądał jak prawdziwy wojownik, spokojny, skoncentrowany, każdy jego ruch był precyzyjny, dokładnie wymierzony w czasie i przestrzeni.

A propos dokładności czasu i przestrzeni. Odchrząknął cicho i Harry natychmiast się odwrócił w jego kierunku.
- Może miałbyś ochotę trochę poćwiczyć magię? – Zapytał mężczyzna, zachęcająco unosząc brew.

Chłopak odesłał figurę na miejsce i ruszył w jego kierunku, wyraźnie zadowolony z propozycji.

Voldemort rozwinął swój pomysł.
- Co prawda Lucjusz już was zapisał na kurs aportacji, ale jestem pewien, że nie tylko Draco ale także inni jego uczestnicy na pewno już mają za sobą przynajmniej podstawowe ćwiczenia. Myślę, że ty także wolałbyś poćwiczyć w domu, zamiast w obcym miejscu z instruktorem, którego widzisz pierwszy raz w życiu.

Harry zagryzł wargę, wyraźnie niezdecydowany. Czarodziej dokładnie wiedział dlaczego: po pierwsze nie lubił aportacji jako takiej i po drugie na pewno słyszał o wypadkach przy pierwszych próbach. Dlatego w ogóle się do tej nauki nie spieszył, jednak z drugiej strony…

- Ta magia zdecydowanie wymaga koncentracji i stanowczości, lepiej żebyś najpierw spróbował w miejscu, gdzie czujesz się pewnie i bezpiecznie. - Przekonywał umiejętnie.

Chłopak pokiwał głową: to prawda. Ta nowa umiejętność na pewno mu się przyda, wciąż nie ufał dyrektorowi i lepiej mieć dodatkową drogę ucieczki. I to na pewno zajmie jego myśli, jak nie zrobiły tego ćwiczenia.
- W porządku, to gdzie będziemy próbować?

- Najpierw się przebierz do śniadania, bo jak dobrze pójdzie, to możesz od razu się na nie do Malfoyów aportować.

- A ty? Wolałbym abyś poszedł tam ze mną, a gdyby Slughorn się wcześniej pojawił, to zawsze możesz zniknąć. – Zrobił proszącą minkę. Już wcześniej ustalili, że Harry zje śniadanie w Malfoy Manor, żeby w razie wcześniejszego przyjścia profesora, nie wyjaśniać mu, dlaczego chłopak siedzi w swoim pokoju, zamiast z rodziną. Nie było jednak mowy o czarnoksiężniku a gdy Harry się denerwował, naprawdę potrzebował jego obecności.

- Oczywiście. – Zapewnił Voldemort spokojnie. – Przecież cię nie zostawię. A teraz biegnij się przebrać, ja nie muszę. - Wskazał dłonią na swoje, jak zawsze stonowane i w tej prostocie eleganckie szaty. - Spotkamy się w moim gabinecie.

- Jasne. – Harry kiwnął głową i faktycznie pobiegł do siebie.


Mężczyzna w tym czasie zdążył spokojnie dotrzeć na miejsce i dopić herbatę a kiedy skrzat ją zabrał pojawił się jego uczeń.

To nie była specjalna okazja, więc Harry ubrał się jak co dzień w dżinsy i jedwabną koszulę, w ręku trzymał szatę, którą na razie odłożył na krzesło. Jeszcze nie był pewien, czy ją zakładać. W końcu we własnym domu, jakim przecież był dla niego Dwór Malfoyów, czarodzieje raczej nie noszą cały czas wyjściowych szat.

Jednak Malfoyowie to eleganci, poza tym chyba powinien się tak ubrać na spotkanie z profesorem, dlatego lepiej ją wziąć i albo ją założy albo przewiesi przez oparcie.

Voldemort nie dał mu się nad tym zastanawiać. Wskazał mu jego stałe miejsce.

- Usiądź, proszę. – Sam siedział na fotelu, tym razem przestawionym przed biurko naprzeciwko kanapy. – W aportacji ważne jest abyś dokładnie wiedział, gdzie chcesz się udać, dlatego lepiej nie polegać na zwykłej pamięci. Starczy drobna różnica a zamiast wybranej destynacji wylądujesz, Salazar wie gdzie.

Harry przytaknął, już się o tym przekonał, gdy niewyraźnie podał nazwę używając Fiuu u Weasleyów.

- Zatem musisz nauczyć się przeglądać wspomnienia i wyciągać na wierzch ten najwłaściwszy obraz, żeby z niego skorzystać. Widziałeś, jak czarodzieje używają myśloodsiewni, wrzucając tam konkretne wspomnienie? Aby to zrobić najpierw muszą je zlokalizować i zatrzymać na końcu różdżki.

To brzmiało na dużo bardziej skomplikowane, niż chłopak się spodziewał, najwyraźniej w tym przypadku samo wykucie zaklęcia i dobre chęci to za mało na sukces.

- Pierwszy raz będzie wymagał od ciebie więcej, bo to nowość, z czasem wystarczy ci jedno mgnienie, by się przenieść. - Skończył ze wstępem i przeszedł do instrukcji. - Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Postaraj się wyciszyć myśli i zagłębić w sobie, musisz odnaleźć drogę do swoich wspomnień.

Harry od razu otworzył oczy, tracąc całe skupienie.
- Ale jak?

Voldemort się tym nie przejął, kontynuował tym samym kojącym tonem:
- Wyobraź sobie miejsce, gdzie przechowujesz wspomnienia: mogą to być albumy z czarodziejskimi zajęcia, galeria z obrazami, albo biblioteka. Każdy ma swoje miejsce i swoje metody. Ważne, żeby były uporządkowane. – Tłumaczył cierpliwe z lekkim uśmieszkiem.

Harry wydął usta, wolałby konkrety, ale posłusznie znowu zamknął oczy i zaczął sobie wyobrażać, jak też powinno wyglądać takie miejsce. Powoli odprężał się, jednakże wciąż nic się nie działo, zniecierpliwiony znowu otworzył oczy a wokół była kompletna ciemność i pustka. Przerażony zaczął machać rękami i wołać Voldemorta.

- Spokojnie Harry, udało ci się, to twoja głowa. Chociaż raczej nie powinieneś jej wyłączać. – Dodał z nutką złośliwości i Harry się uspokoił: czarnoksiężnik sobie z niego żartuje, więc wszystko w porządku. – Gdzieś tu powinno być zamontowane źródło światła. Lumos. – I na jego wyciągniętej lewej dłoni pojawiło się magiczne światełko.

Mężczyzna poruszył ręką omiatając przestrzeń i obok Harry'ego zobaczyli na ścianie kontakt.
- No proszę, mugolska technologia. - Wzruszył ramionami. - Kto, co lubi, Włącz je, Harry. Jesteś u siebie. – Wskazał mu zapraszająco przycisk.

Chłopak spojrzał na niego niby urażony, ale wciąż kurczowo trzymał jego dłoń.
Zapalił światło i okazało się, że stoją w szerokim holu, wzdłuż ścian znajdowały się szufladki z pojedynczymi nazwami, coś jak katalog biblioteczny.

- No dobrze. Teraz znajdź jakieś wspomnienie. - Chłopak zrobił krok z wyciągniętą dłonią, więc doprecyzował. - Masz to wymyślić, a nie tylko otworzyć najbliższą szufladę i obejrzeć pierwsze z brzegu. Chodzi o to, żebyś się nauczył tu poruszać.

Harry znowu rzucił Voldemortowi spojrzenie spode łba, ale ruszył wzdłuż ściany, ciągnąc go za sobą.

- To może mój pierwszy mecz. Czyli... Quidditch. – Spojrzał uważniej na szufladki, były ułożone alfabetycznie. Stali przy "P".

- O. Przepowiednia. – Stwierdził ucieszony, czytając napis na tej pierwszej z brzegu. Podnosząc wzrok na czarnoksiężnika, uśmiechnął się, ciut złośliwie. – No wiesz, ta, że "narodzi się mocarz, zdolny pokonać Czarnego Pan i ten namaści go na równego sobie". Znasz ją.

Voldemort pokręcił głową, też z uśmieszkiem:
- Nie przypominam sobie tego „mocarza" ale resztę znam. – Tu namyślił się i chyba bezwiednie dodał. – Jest jeszcze ciąg dalszy…

- Dalszy? – Harry od razu podchwycił.

- Tak. Jest jej druga część, ale Dumbledore zachował ją dla siebie. Nawet ci, którym powiedział tą pierwszą część, nie wiedzą, że jest jeszcze druga. Chyba nie byłaby mu pomocna.

Chłopak też się zamyślił.
- Dobrze byłoby wiedzieć, co w niej jest. Skoro nas dotyczy. – Zagryzł wargę. – Ale dyrektor to raczej się nią nie podzieli. Zwłaszcza teraz… - Westchnął.

- Wszystkie przepowiednie automatycznie są zapisywane w Ministerstwie w Departamencie Tajemnic. Osoby, których dotyczą mogą je przeglądać. – Tu się skrzywił. – Oczywiście ci, którzy mają wstęp do Ministerstwa.

- Ja mogę mieć. – Harry szybko podchwycił i kontynuował, podekscytowany swoim pomysłem. – Mógłbym pójść z Lucjuszem, ponieważ mamy gdzieś iść razem a on jeszcze chce coś załatwić w biurze i przez ten czas pójdę do tego Działu Tajemnic... A jakby ktoś mnie tam zastał, to powiem, że chciałem odwiedzić tatę Rona i się zgubiłem. – Bez problemu snuł plany, kiedy Czarny Pan odchrząknął, uciszając go.

- To doskonały pomysł, Harry jednak jakoś do tej pory sobie dawaliśmy radę bez tej przepowiedni, więc nie ma pośpiechu. Chyba teraz masz inne zadanie.

- Tak, jasne. – Harry westchnął smętnie ale zaraz energicznie potrząsnął głową, ruszając wzdłuż ściany. - ...Szukam quidditcha. - Szedł powoli, oglądając napisy. – O, jest. - Wreszcie oznajmił triumfalnie i otworzył szufladę, były w niej rzędy tekturowych, czy może plastikowych kart, poprzedzielane wyższymi z napisami, wyróżniającymi bardziej szczegółowe grupy. – Drużyna, Gryfoni, mecze…

Sięgnął za nią i szybko przerzucał mniejsze karty.
– Proszę, mam: Mój pierwszy mecz. - Wyciągnął kartę, która okazała się czarodziejskim zdjęciem. Pani Hooch właśnie dmuchała w gwizdek, zaczynając grę.

- Mój pierwszy złapany znicz. – Wymruczał cicho i scena zaraz przeskoczyła dalej. Harry z przyjemnością wpatrywał się w nią, przypominając sobie te zwycięstwo.

- Dobrze, teraz wychodzimy. – Voldemort wyrwał go z kontemplacji, chociaż zaczekał aż ze wspomnienia rozbrzmią wiwaty i oklaski: to powinno wzmocnić ego Harry'ego i wiarę we własne siły.

- Już? – Chłopak był zawiedziony.

- Na razie, w każdej chwili możesz znowu do niego sięgnąć. Teraz na chwilę wyjdziemy i wrócisz już sam. Zobaczymy jak sobie poradzisz, wchodząc tu kolejny raz.

- W porządku. – Teraz już bez ociągania Harry odłożył kartę na miejsce i zamknął szufladę. – No to jak mam stąd wyjść?

- Po prostu zamknij oczy, wyobraź sobie gabinet i weź głęboki wdech, a kiedy go wypuścisz otwórz oczy. – Harry wykonał polecenie i otworzywszy oczy zobaczył Voldemorta, którego fotel stał tuż przed nim i także tutaj w rzeczywistości trzymał go za rękę.

- Wszystko w porządku? – Zapytał i chłopak skinął głową. Było w porządku, spodobało mu się.

Voldemort wypuścił jego dłoń i odsunął swój fotel wracając przed swoje biurko.
- Dobrze, teraz możemy przejść do konkretów. Znajdź w pamięci obraz swojego pokoju, najlepiej aby to był ostatni raz, gdy go widziałeś, żeby był jak najdokładniej odpowiadający rzeczywistości.

- A jeżeli miejsce, które wybiorę zmieniło się i nie jest takie jak mój obraz? - Harry się zaniepokoił. - Czy nie polecę, nie wiadomo gdzie?

- Nie, jeżeli dobrze je zapamiętasz to zaklęcie je odnajdzie w czasie, który pamiętasz, przyjmując także wprowadzone w nim zmiany. Ważne jest żebyś znał prawdziwy obraz, nie musi być twój, możesz korzystać z cudzych wspomnień, ale nie wystarczy sam ich opis, bo możesz źle go zrozumieć i wyobrazić sobie coś całkiem innego niż twój rozmówca.

- W porządku. - Chłopak powtórzył jego wskazówki. - Mój pokój, dzisiaj rano. – Zamknął oczy, rozluźniając się na kanapie.

- Tylko tym razem nie odkładaj wspomnienia. Otwórz je i zatrzymaj ten obraz i uczucia, żeby móc je przywołać gdy wrócisz do gabinetu. – Uzupełnił czarnoksiężnik i obserwował twarz Harry'ego, kiedy ten zagłębiał się w swoich myślach.

Dość szybko jak na pierwsze próby chłopak otworzył oczy.
Naprawdę był zdolny i mocny. Dlaczego Dumbledore nie chciał go niczego uczyć?

- Już je mam. – Oznajmił Harry uśmiechając się triumfalnie.

- W porządku, idziemy dalej. Teraz skoncentruj się na sobie, poczuj każdą część swojego ciała, żeby o niczym nie zapomnieć. Także o szatach. – Uśmiechnął się złośliwie. – Wielu czarodziejów tak się koncentruje, żeby się nie rozszczepić, że o nich zapomina, a nie jestem pewien, czy pojawienie się bez ubrania nie jest bardziej bolesne niż zgubienie ręki.

Harry wzdrygnął się. Zdecydowanie nie chciał sobie wyobrażać takiej sytuacji. Bardzo starannie wczuł się w każdą komórkę swojego ciała, potem dla pewności przeciągnął palcami po spodniach, koszuli, uważnie obejrzał obuwie i przypomniał bieliznę i skarpetki. Jeszcze raz wejrzał we wspomnienie. Wreszcie skinął głową. Bardziej gotowy już nie będzie.

- Dobrze, teraz zaklęcie. - Wyraźnie wymówił krótką łacińską formułę, którą Harry równie staranie i wyraźnie powtórzył. – Zapamiętaj nie tylko słowa lecz także i to jak je wypowiadasz. Żeby właściwie zadziałało musisz je wypowiedzieć w myślach i jeszcze koncentrując się dodatkowo na obrazie pokoju i na sobie. - Harry spojrzał na niego ze spłoszoną miną, zatem uniósł dłoń uspokajając go. - To tylko wydaje się skomplikowane, na pewno dasz radę.

Voldemort nie miał żadnych wątpliwości i Harry słysząc to w jego głosie sam też od razu poczuł się pewniej.
Da radę. W końcu był Złotym Chłopcem, Wybrańcem i całą resztą. Kto, jak nie on?

Wczuł się w siebie, przywołał obraz i wyraźnie pomyślał formułę. Udało się, wciągnął go wir i już stał u siebie. Nie czuł bólu rozszczepienia, ale dla pewności szybko się obejrzał: wszystko było OK. Wydał radosny okrzyk i usłyszał zza ściany śmiech Voldemorta.

Chciał do niego pobiec, ale pomyślał sobie. A czemu nie? Znowu wszedł do swojej głowy, tym razem pewnie i szybko, tylko na mgnienie przymykając powieki: Mroczny Zamek, gabinet, przed chwilą…

Kurczę, to było naprawdę fajne. Całkiem co innego niż aportowanie się z kimś. Lucjusz miał rację: kiedy miał nad zaklęciem kontrolę, było całkiem inaczej.

Voldemort patrzył na niego z uznaniem i z dumą.
- Wspaniale, Harry. Od razu wiedziałem, że ci się uda. – Harry spojrzał na mężczyznę podejrzliwie i ten się roześmiał. – Mówię szczerze, już cię uczyłem kilku rzeczy, więc wiem, że jak chcesz to możesz wszystko. – Podsumował kiwając głową.

Miał rację. W tej chwili Harry faktycznie czuł się, jakby mógł wszystko.

- Chcesz skorzystać z Portalu, czy zaskoczysz Malfoyów? – Czarny Pan zapytał, ale doskonale znał odpowiedź. Dodał zatem kolejne wskazówki. – Tylko pamiętaj, że kiedy zjawiasz się w cudzym domu nie wpadaj do prywatnych pokoi. Zresztą większość osłon nie pozwala na aportację nawet w holu, tylko przed wejściowymi drzwiami, żeby gospodarze mogli się przygotować i zdecydować, czy cię wpuścić.

Harry skinął głową i na chwile przymknął oczy, szukając w pamięci głównego wejścia do Dworu. Powtórzył w myślach zaklęcie i zaraz poczuł dotyk osłon Malfoyów, rozpoznających go i informujących mieszkańców o jego przybyciu.

Nim skrzaty otworzyły drzwi obok niego pojawił się Lord Voldemort, ale i tak wszyscy wiedzieli, że on pojawił się tam sam, wcześniej i Draco, który przybiegł go przywitać, od razu na to zareagował.
- Harry, czy ty...? – Zapytał przechylając głowę.

Ex- Gryfon entuzjastycznie pokiwał głową.
- Właśnie opanowałem aportację. – Wyprostował się dumnie. Był dobry i wiedział o tym.

- O, kurczę. – Blondyn był pod wrażeniem. Przecież jeszcze wczoraj Harry nie miał o tym pojęcia. Czyli starczył jeden poranek i już śmiga między Dworami? - Musisz mi pomóc się nauczyć. Ojciec mi tłumaczył, ale słabo łapię, może z Tobą pójdzie mi lepiej.

Był tak przejęty, że dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności drugiego gościa i że wciąż stoją w drzwiach. Zaczerwienił się i zbladł.
- Przepraszam, Panie. Proszę, wejdźcie. – Dziedzic starożytnego rodu nie powinien się tak zapomnieć, nawet gdy miał tylko piętnaście lat.

Czuł na sobie potępiające spojrzenia rodziców, jednak Czarny Pan wyglądał tylko na rozbawionego.

Nic dziwnego: jego podopieczny znowu się popisał, a Draco dał plamę. Chłopak westchnął: Cóż, taki los przyjaciela Pottera. Ciekawe, jak Weasley i Granger to znosili?


Profesor Slughorn, o czym Harry szybko się przekonał był idealnym znawcą i wyznawcą etykiety i zjawił się w rezydencji, a dokładniej przed jej drzwiami, idealnie w chwili, kiedy już zakończyli śniadanie i mężczyźni przeszli do salonu a Narcyza zniknęła do swoich zajęć.

Czarny Pan wymieniał jakieś uwagi z Lucjuszem, a Draco wypytywał Harry'ego o przygotowania i wrażenia z pierwszych samodzielnych aportacji. Ojciec mu za wiele nie wyjaśniał, wydając polecenia a nie śmiał go o to pytać. Jego najbliżsi koledzy także za wiele o tym nie wiedzieli, a innych wolał nie informować, że czegoś nie wie.

Kiedy rozległ się alarm sygnalizujący gościa, Voldemort spojrzał na Harry'ego, sprawdzając, jak się czuje i skinąwszy mu z dodającym otuchy prawie uśmiechem aportował się do Mrocznego Zamku.

W trakcie rozmowy z przyjaciółmi Harry nie wpadł na to, by zapytać ich o wygląd profesora a Malfoyowie także nic o tym nie powiedzieli, więc pomimo tego, jak Draco opisał jego zachowanie, czarodziej i tak nieco zaskoczył go jowialnym i dobrodusznym wyglądem.

Sprawiał nawet lepsze pierwsze wrażenie niż Dumbledore. Obawiał się tylko, aby się z czasem nie zmieniło, jak w przypadku tego ostatniego.

Profesor najpierw przywitał się z Lucjuszem i Draco, których wcześniej już znał, a potem całą uwagę skupił na nim. Na szczęście jego spojrzenie nie było surowe i oceniające a życzliwe i ciekawskie.

- Tak się cieszę, że wreszcie się spotykamy, Harry. Mogę mówić do ciebie: Harry? Wyglądasz dokładnie tak, jak się spodziewałem. Znałem twoją matkę, wiesz? Masz jej oczy... i aurę, tylko silniejszą. Była moją ulubioną uczennicą, bardzo zdolna i chociaż wcześniej w domu nie miała z tym żadnych doświadczeń i nie wiedziała nic o eliksirach i ogólnie o magii to doskonale sobie ze wszystkim radziła.

Przerwał na chwilę słowotok i najpierw smutno pokiwał głową, a potem radośnie westchnął.
- Żałowałem, że odszedłeś ze szkoły, zanim zacząłem znowu uczyć, ale tak jest nawet lepiej. Wiem, że wcześniej sobie słabo radziłeś z eliksirami, ale to wina Severusa. Sam ma wrodzony talent i nie rozumie, że inni potrzebują, by powiedziano im to, co on sam instynktownie rozumiał...

Harry patrzył na niego w osłupieniu. Faktycznie, tak jak słyszał był sympatyczny i cały czas gadał, bez zastanowienia, czy to mądre i na miejscu. Ten czarodziej zupełnie nie pasował do stereotypu Ślizgona, raczej by go uznał za Puchona, taki swojski, życzliwy gaduła.

Tymczasem Slughorn bez ostrzeżenia owinął wokół niego ramię nie przestając mówić. A Harry'ego to nie przestraszyło i nawet za bardzo mu nie przeszkadzało. No, może trochę, ta przyjacielskość była przytłaczająca i na dłuższą metą pewno okaże się nużąca i wkurzająca.

- Zobaczysz, mój drogi, ja nauczę cię wszystkiego: wszystkich zasad, od podstaw i zdasz SUM-y na Wybitny... - Harry spojrzał pytająco na Lucjusza: Czy on tak na poważnie?

Czarodziej z uśmiechem skinął głową i wtrącił się, przerywając monolog Mistrza Eliksirów.

- To może ja już sobie pójdę do swoich spraw, a wy przejdziecie do pracowni. Draco pokaże ci wszystko, Horacy. Jeżeli brakuje jakiś składników, czy przyrządów, przekaż to skrzatom. Wydałem im polecenie, żeby spełniały wszystkie twoje życzenia...

Widząc przebiegły uśmiech starszego czarodzieja, sprostował.
- Wszystkie, dotyczące zajęć z Eliksirów. Ignorując proszące spojrzenie Harry'ego, bo chłopak nie wyglądał na wystraszonego, uniósł dłoń w pożegnaniu i z krótkim. - To na razie, chłopcy, zobaczymy się na lunchu. - Zniknął za drzwiami.

Draco, zgodnie z zaleceniem ojca, ujął Slughorna za wolne ramie, bi drugim profesor wciąż przyciskał do siebie Harry'ego i także ruszyli w stronę drzwi.
- Pracownia jest oczywiście w lochach - Oznajmił.

- Dlaczego: oczywiście? - Jego kuzyn był wyraźnie zaciekawiony. Slughorn natychmiast wyjaśnił.

- Dlatego, mój drogi, że Eliksiry mogą być niebezpieczne, wybuchowe, trujące... Lepiej, żeby były warzone z dala od części mieszkalnych. Ponadto czarodziejskie domy są stawiane na skałach, naturalnych, albo umieszczanych pod nimi specjalnie i właśnie te zaklęte skały, w których są wykute lochy zapewniają bezpieczeństwo samym pracowniom, a przed wszystkim znajdującym się w nich warzycielom.

W trakcie tej krótkiej przemowy dotarł na miejsce i Draco otworzył drzwi, wywołując zachwyt starego profesora. Z wrażenia na widok wyposażenia aż wypuścił Harry'ego, który szybko się odsunął rozcierając ramiona.

- Zaprawdę, to wspaniałe miejsce, moi drodzy, nawet lepsze niż w Hogwarcie. Będziemy się tu świetnie bawić, chłopcy. - Stwierdził z szerokim, pewnym siebie uśmiechem o Harry mimo wcześniejszych oporów względem Eliksirów był gotów przyznać mu rację.

Entuzjazm tego Mistrza Eliksirów mógł być przytłaczający i nawet denerwujący, ale na pewno w niczym nie przypominał Snape'a i może faktycznie przy nim uda mu się opanować, a nawet, co dotąd wydawało mu się absolutnie niemożliwe: polubić Eliksiry.