Rozdział 14. Druga szansa

Życie w Hogwarcie ponownie było piękne. W tygodniach następujących po wypadku na lekcji obrony przed czarną magią Albus przypomniał sobie, jak bardzo można być szczęśliwym przebywając w murach zamku.

Przyczynił się do tego bezpośrednio James, z którym świetnie mu się rozmawiało od chwili, kiedy brat udzielił mu porady na temat Mirry. James często wpadał do Albusa podczas przerw na posiłki, pomagał mu (kiedy tylko był w stanie) w pracach domowych, jakie Albus odrabiał w bibliotece, a nawet upewnił się, że rozgoryczony Eckley nie będzie starał się go denerwować.

Ponadto Albus nie mógł nacieszyć się tym, jak dobrze układało mu się ostatnio z Mirrą. Trochę się temu dziwił – w końcu kiedy Mirra była zajęta, czuł się zobowiązany, żeby też wyjawić jej swoje uczucia, a teraz wręcz przeciwnie, nie czuł żadnej presji. Po prostu żartowali wspólnie na lekcjach, razem uczyli się w bibliotece i rozmawiał z nią nawet o sprawach, który do tej pory zarezerwowane były wyłącznie dla Scorpiusa i Morrisona. Najistotniejszą z tych spraw było rzecz jasna wspomnienie ojca.

Albus wcale nie zapomniał o małej, szklanej fiolce ukrytej na dnie jego kufra. Kiedy tylko miał chwilę wolnego, myśl o niej powracała, niczym brudna sprawka na sumieniu albo piosenka, której melodii nie można wyrzucić z pamięci. Nie udało mu się jednak podjąć do tej pory próby obejrzenia wspomnienia; Fairhart rzadko opuszczał gabinet, a w czasie przerw na posiłki wygłodniały Albus wolał rzucać się na jedzenie. Mirra miała jednak inne zdanie na ten temat.

- To nie głód, Al! To poczucie winy!

Albus siedział z koleżanką w bibliotece. Byli sami, Mirra namiętnie odrabiała pracę domową z numerologii, a Albus udawał, że zajmuje się mugoloznawstwem - tylko po to, żeby mieć pretekst do zostania z przyjaciółką, kiedy reszta paczki już odeszła.

- Poczucie winy?

- Dokładnie tak. Dobrze wiesz, że nie powinieneś był kraść tego wspomnienia, dlatego teraz podświadomie szukasz wymówek, aby go nie obejrzeć!

- Ale ja chcę je obejrzeć. Naprawdę – przyznał Albus. Nie było sensu kłamać Mirze.

Mirra założyła kosmyk włosów za ucho, po czym odezwała się. Do rozkojarzonego Albusa sens jej słów dotarł dopiero po chwili:

- Tak, ale do tej pory tego nie zrobiłeś, a przecież minęło już dużo czasu. Miałeś już okazję, żeby użyć myślodsiewni Fairharta, prawda? A więc ta bardziej przyzwoita część ciebie wcale nie chce oglądać wspomnienia, bo w głębi duszy czujesz się winny.

Albus uśmiechnął się do niej nieśmiało. Mirra miała rację, że cząstka Albusa nie chciała obejrzeć wspomnienia, ale niewiele to miało wspólnego z poczuciem winy. Był bardzo ciekaw, co takiego uczynił Ares, ale nie mógł otrząsnąć się z wrażenia, że wspomnienie w jakiś sposób go rozczaruje.

Wiedział jednak, że jeśli zdecyduje się je obejrzeć, musi to zrobić szybko. Każdego ranka spodziewał się usłyszeć z domu, że tata zorientował się, iż wspomnienia brakuje, więc każdy dzień, w którym kładł się spać bez podjęcia zdecydowanych kroków w kierunku obejrzenia zawartości fiolki był dniem straconym. Raczej nie mógł liczyć na to, że wujek znowu się upije i uchyli rąbka kolejnych tajemnic. Nie będzie miał drugiej szansy na to, żeby poznać brakujący element układanki.

- Hej, niedługo mamy kolejny wypad do Hogsmeade – odezwała się nagle Mirra, wyrywając Albusa z zadumy. Nagle dziewczyna stała się wyraźnie spięta i unikała wzroku Albusa, ciągle wpatrując się w swój zeszyt. – Jakoś w lutym.

Albus poderwał głowę znad podręcznika do mugoloznawstwa. I tak czytał tę samą stronę już chyba piąty raz.

- Masz jakieś plany?

Mirra znowu odgarnęła niesforny kosmyk włosów.

- Jeszcze nie. Porozmawiam z Rózią i zobaczymy, czy uda nam się wyrwać gdzieś bez Charliego i Donniego. Chyba potrzebuję nieco czasu z daleka od nich.

Albus podrapał się po wiecznie rozczochranych włosach.

- No jasne, zasługujecie w końcu na jakiś babski wypad. Przecież tak dużo się uczycie i w ogóle. – Albus podniósł jej zeszyt od numerologii i przekartkował go. – Kurczę, nie rozumiem z tego nic a nic. Równie dobrze mógłbym czytać po trytońsku…

Mirra zachichotała i odebrała mu książkę, ale uważny obserwator dostrzegłby maleńką zmarszczkę na jej czole.

- Jasne. Babski wypad…

Poza kwitnącym życiem towarzyskim, Albus bawił się nieźle również na swoich lekcjach. Po przerwie świątecznej nauczyciele skończyli z powtórkami i wyjaśnieniami; teraz uczyli się w końcu nowych rzeczy. Profesor Flitwick, po przekazaniu im podstaw zaklęcia przywołującego, przeszedł do zaklęcia kurczącego i powiększającego, które udało się Albusowi opanować w całkiem niezłym stopniu. Profesor Bellinger również przechodziła na transmutacji do coraz trudniejszych wyzwań: zamieniali już ciała stałe w ciecze. O dziwo, także i w tej dziedzinie szło mu nieźle. Miał jednak wciąż problemy z zaklęciami, jakich próbował ich nauczyć Fairhart.

Pracowali nad zaklęciem oszałamiającym już od trzech lekcji i Albusowi wciąż nie udało się mu go opanować. Na początku inni uczniowie mieli pewne obawy przed trenowaniem z Albusem, ale na następnej lekcji po incydencie z Morrisonem okazało się, że sam pomysł, iż kolega będzie w stanie ponownie wyczarować potężny strumień płomieni, jest śmiechu wart. Nieważne, jak mocno koncentrował się Albus, po prostu nie mógł wystrzelić z różdżki oszałamiacza.

Co gorsza, obaj jego przyjaciele radzili sobie całkiem nieźle. Szczególnie Scorpius wykazywał w tym kierunku naturalne predyspozycje – szło mu tak dobrze z oszałamianiem, jak Albusowi z zaklęciem rozbrajającym. Morrison musiał się trochę bardziej pomęczyć, ale po trzech lekcjach prawie za każdym razem udawało mu się z powodzeniem wykonać zaklęcie. Fairhart zdecydował się na kolejną lekcję praktyczną, tak, żeby dać maruderom jeszcze jedną szansę na opanowanie zaklęcia, ale zirytowany Albus był tak daleko od wyczarowania oszałamiacza, jak i za pierwszym razem.

- Skoncentrujcie się! – nawoływał więc ciągle Fairhart w pierwszym tygodniu lutego. – I nie bądźcie rozczarowani, jeśli nie uda wam się wykonać jakiegoś zaklęcia; różni czarodzieje mają różne predyspozycje. Rzeczą najistotniejszą jest, abyście nie pozwolili, żeby zachwiało to waszą wiarą w siebie. Pamiętajcie, że magia działa w ścisłym powiązaniu z waszymi emocjami i stanem umysłu. Pozwólcie, żeby wasze myśli ukierunkowały strumień energii na zaklęcie!

Albus aż nadął się ze skupienia, celując różdżką w Morrisona. Kolega stał, nic sobie nie robiąc z wycelowanej w niego różdżki – nonszalancko obgryzał paznokcie.

- Drętwota! – zawył Albus.

Oczywiście nic się wydarzyło. Albus jęknął głośno, podczas gdy Fairhart przechadzał się po sali i udzielał wskazówek, co nie do końca mu się podobało; był bowiem pewien, że jest jedyną osobą, której jeszcze nie udało się opanować zaklęcia.

-Zróbmy sobie przerwę – rzekł Fairhart, kiedy wybudzono kilkoro uczniów na raz. – Zostało nam jeszcze dwadzieścia minut lekcji, warto się nieco zregenerować.

Uczniowie usiedli na swoich miejscach, rozmawiając wesoło. Wyglądało na to, że są w o wiele lepszych humorach niż wyczerpany Albus. Dochodząc do wniosku, że może wykorzystać ten czas do nadrobienia mugoloznawstwa zadanego na poniedziałek, sięgnął do torby po zeszyt.

- Daj, pomogę ci – powiedział nagle Scorpius, wsuwając rękę do torby Albusa i wyciągając jakiś zeszyt. – Przecież musisz być wykończony po tak ciężkiej pracy… - dodał. Morrison zachichotał.

Albus obrzucił przyjaciela chłodnym spojrzeniem i mimo to wyjął notatnik.

- Na pewno ci się uda, stary – zapewnił go Morrison. – W końcu zostały ci jeszcze cztery lata nauki…

- Ha, ha – wycedził Albus. – Po prostu nie mogę się skoncentrować. Mam inne sprawy na głowie.

Oczywiście nie mówił prawdy. Poza sprawą ze wspomnieniem Aresa, nie miał ostatnio żadnych problemów.

- Dlaczego? Jak stoisz z operacją o kryptonimie Mirra? – zapytał Morrison, siadając na swoim biurku, podobnie jak to robił Fairhart. Albus zerknął odruchowo na nauczyciela i zobaczył, że siedzi on spokojnie, czytając książkę w miękkiej okładce.

- Dobrze – przyznał Albus. – Parę dni temu gadaliśmy sam na sam.

- O twojej niespełnionej miłości ku niej? – wyszczerzył zęby Morrison.

- Raczej nieodwzajemnionej – poprawił go lodowato Scorpius. Morrison tylko wzruszył ramionami.

Albus nachmurzył się. Kolega po prostu cieszył się, że umie w końcu zrobić coś, czego Albus nie potrafił, więc nabijał się z niego, żeby poczuć się lepiej.

- Nie, tak po prostu. Wspomniała o wypadzie do Hogsmeade.

Scorpius, który sam właśnie wyciągnął książkę, spojrzał na niego z niedowierzaniem.

- Mówisz poważnie? – zapytał. – I co, zgodziłeś się?

Albus spojrzał na niego z zakłopotaniem.

- Hę? Na co niby miałbym się zgodzić?

- Nie zapytała cię, czy chcesz się z nią wybrać do Hogsmeade?

- Nie, po prostu wspomniała, że z chęcią wybrałaby się gdzieś bez tych idiotów, to wszystko…

Scorpius pacnął się dłonią w czoło.

- Następna wycieczka do Hosgmeade wypada w Walentynki, kretynie.

Albus uniósł ze zdziwieniem brwi. Nie miał o tym pojęcia… ale czy Mirra również nie wiedziała?

- Do czego zmierzasz?

Morrison zaczął coś mówić, ale Scorpius jak zwykle niecierpliwie mu przerwał:

- Ona dawała ci znak, idioto! Chciała, żebyś zaprosił ją do Hogsmeade w Walentynki!

Albus roześmiał się szyderczo na myśl o ironii przyjaciela. Scorpius zawsze mówił mu, aby rozgrywał sprawę z Mirrą na chłodno, nie wyciągając pochopnych wniosków, a po prostu pozwalając, aby sprawy toczyły się swoim torem. A teraz sam decyduje, co miała na myśli Mirra?

- O co ci chodzi? – zapytał Albus.

- Al, to znak, na gacie Merlina. Powinieneś do niej uderzyć.

Albus otworzył usta ze zdumienia, podobnie jak to zrobił Morrison.

- Mówiłeś mi przecież, żebym nic z tym nie robił! – powiedział na tyle głośno, że aż kilkoro znajomych się obejrzało. – I to samo powiedział James!

- Al, wysłuchaj mnie, człowieku – rzekł Scorpius, unosząc do góry dłoń. Pochylił się w stronę Albusa, aby ten nie uronił ani słowa. – Może nie będziesz miał kolejnej szansy. Jak często może się zdarzać, że Mirra z kimś zerwie i w niewyjaśniony sposób zacznie rozmawiać z tobą na temat wycieczki do Hogsmeade zaplanowanej w Walentynki?

Albus zamrugał.

- No nie wiem… jeszcze kilka razy na pewno.

- NIGDY! – uświadomił mu głośno Scorpius. – To już nigdy się nie zdarzy! Jak chcesz, zapytaj Jamesa, co o tym sądzi. Tylko mu powiedz, że wspomniała o Hogsmeade. Zobaczymy, co ci poradzi brat.

Zaraz potem zabrzmiał dźwięk dzwonka i Albus wraz z resztą klasy przeszedł obok biurka Fairharta, kierując się w stronę drzwi. Zanim jednak zdążył opuścić pomieszczenie, usłyszał głos profesora. Przeczuwając, że może mieć to coś wspólnego z jego nieudanymi próbami wykonania zaklęcia oszałamiającego, zasępił się i podszedł do biurka nauczyciela.

Fairhart uniósł wzrok znad swojej książki. Albus zauważył, że na jednej dłoni profesor nosi srebrny pierścień, który był tak ciasny, jakby należał wcześniej do kogoś o zdecydowanie szczuplejszych palcach. Zanim jednak zdołał się mu dokładniej przyjrzeć, usłyszał słowa profesora:

- Powodzenia na jutrzejszym meczu, Al.

Perspektywa udziału w kolejnej rozgrywce quidditcha była następnym powodem do radości dla Albusa. W poprzednim tygodniu Gryffindor zwyciężył kilkoma punktami nad Hufflepuffem, zabezpieczając sobie w ten sposób miejsce w meczu finałowym. Ravenclaw, który oberwał mocne cięgi od Hufflepuffu tuż przed przerwą świąteczną, obecnie znajdował się tuż za Gryfonami. Ślizgoni mieli grać teraz z Krukonami, dlatego aż grzechem byłoby nie wykorzystać tej sytuacji, żeby przeskoczyć na drugie miejsce w tabeli.

Albus był świadom, że od tego meczu zależy jego pozycja wśród Ślizgonów. Jeśli przegrałby dwa mecze z rzędu, stałby się zakałą drużyny, ale jeśli uda mu się zabłysnąć i jakimś cudem doprowadzić Ślizgonów do finału, dowiódłby tym samym, że nie znalazł się w składzie przez przypadek.

Mieli jednak dużo do nadrobienia. Potrzebowali zwyciężyć pełnymi stu pięćdziesięcioma punktami, żeby móc zmierzyć się w finale z Gryfonami. Kiedy więc Albus usiadł następnego ranka do śniadania, zaledwie kilka godzin przed meczem, wiedział, że cała drużyna na niego liczy. Ścigający nie wykonają za niego całej pracy.

- Przynajmniej dzisiaj coś jesz – zauważył Morrison, patrząc, jak Albus zgarnia ze stołu plastry boczku i wpycha je sobie do buzi. – Ostatnim razem nawet nie mogłeś wypowiedzieć słowa „jedzenie".

- Nie mam tylu zmartwień co ostatnio – powiedział Albus, popijając boczek szklanką soku pomarańczowego. – To sporo ułatwia.

- Kiedy porozmawiasz z Jamesem? – zapytał siedzący naprzeciwko Scorpius.

Albus nachmurzył się.

- Kiedy będzie miał czas – powiedział.

Mówiąc szczerze, Albus cieszył się, że James jest ostatnio tak zajęty swoimi obowiązkami prefekta. Obawiał się, że jeśli zapyta się go o radę, będzie miał na głowie nie jedną, lecz dwie osoby, namawiające go do rozmowy z Mirrą. Tymczasem Albus rozmyślał o tym intensywnie poprzedniej nocy i doszedł do jedynego słusznego wniosku: że Scorpius się mylił. Mirra wspomniała o Hogsmeade zupełnym przypadkiem.

Podczas śniadania pozwalał myślom błądzić swobodnie i dopiero kiedy wkładał na siebie strój do quidditcha zaczął skupiać się na czekającym go zadaniu. Nie mógł sobie pozwolić na myślenie o Mirze, najwyższy czas, aby się skoncentrować.

Drużyna siedziała w szatni i Albus nie miał problemów z odgadnięciem, o czym wszyscy myślą. Jeśli nie uda im się wejść do finału, będzie to ich ostatni mecz w sezonie. I ostatni mecz Atticusa w ogóle, w całej jego karierze, podczas której nie zdobył ani jednego Pucharu Quidditcha.

Atticus chyba właśnie nad tym rozmyślał, ponieważ zachowywał się dziwnie cicho, jakby niezdolny do pozbierania myśli. Ciągle jednak stał w szatni i w końcu zaczął swoją przedmeczową przemowę, chociaż jego głos delikatnie drżał:

- Jeśli jest to mój ostatni mecz – zaczął – chcę tylko, abyście wiedzieli, że jestem dumny z naszej drużyny. Nie potrzebujemy pucharu, aby czuć się jak zwycięzcy… ale i tak możemy spróbować go zdobyć!

Cała drużyna wydała z siebie bojowy okrzyk. Albus zauważył, że Atticus zmierzył go uważnym spojrzeniem, kiedy zaczęli iść w kierunku boiska. Zanim jednak kapitan się do niego odezwał, Albus tylko kiwnął lekko głową.

Wkroczyli na boisko przy akompaniamencie buczenia i oklasków, chociaż Albusowi wydawało się, że tych pierwszych było mniej, niż ostatnim razem. Najwyraźniej James posiadał pewne wpływy wśród pozostałych Gryfonów.

Drużyna Krukonów czekała już na swoich pozycjach, mając na sobie soczyście niebieskie szaty z brązowymi elementami. Ich kapitan, szóstoklasista o imieniu Jayden Goldstein, wyglądał na niezwykle pewnego siebie, beztrosko czekając, aż Atticus poda mu dłoń. Albus nie mógł go za to winić. Naprawdę musieliby się kiepsko spisać, żeby dać sobie wydrzeć finał, który mieli praktycznie w garści.

Albus zajął swoje zwykłe miejsce na tyłach drużyny i spokojnie obserwował uścisk dłoni kapitanów. Pan Wood zbliżył się do środka boiska i po usłyszeniu jego gwizdka, Albus mocno odbił się od podłoża, startując tak szybko, jak tylko się dało.

Warunki pogodowe były sprzyjające. Mimo że mieli początek lutego, nie było zimno, lecz przyjemnie chłodno i świeże powietrze skutecznie go orzeźwiło. Wzbił się ponad resztę zawodników, przeczesując wzrokiem boisko w poszukiwaniu znicza.

Szukający Krukonów był o wiele gorszym strategiem, niż James. Bez celu krążył wokół boiska, czasami tylko wznosząc się nieco, aby uzyskać lepszy widok. Najwidoczniej nie czuł się też tak pewnie, jak jego kapitan. Ta myśl pocieszyła nieco Albusa; on przynajmniej czuł się wystarczająco zmotywowany.

Ślizgoni zdobyli pierwsze punkty po pięciu minutach meczu, dzięki Atticusowi, który popisał się niezwykle celnym strzałem. Głos Cartera Montgomery'ego rozbrzmiał wyraźnie po boisku:

- Ślizgoni prowadzą dziesięć do zera – krzyknął. – Powinni nadal atakować, jeśli mają jakieś nadzieje na znalezienie się w finale!

Albus wznosił się coraz wyżej i wyżej w powietrze, unikając po drodze zabłąkanego tłuczka. Przypomniał mu się Eckley, który specjalnie w niego celował, ale nie pozwolił sobie rozpamiętywać porażki. Po meczu będzie miał mnóstwo czasu, żeby uświadomić sobie, jak bardzo nienawidzi Eckleya, teraz natomiast musi złapać znicz.

Przyjął, że w pobliżu raczej go nie ma, dlatego popędził w powietrzu z zawrotną szybkością, starając się nie przejmować rozgrywkami toczącymi się poniżej. Słyszał jednak wciąż głos Cartera, dlatego był na bieżąco.

- Piękne zagranie Pollisona. Mamy remis!

Albus usłyszał jęk i spojrzał w dół. Szukający Krukonów najwidoczniej postanowił siedzieć mu na ogonie, ale chyba było mu trudno poruszać się w tym samym tempie. Albus uśmiechnął się lekko. Pora wypróbować, czy zadziała jego mała akcja dywersyjna. Jego brat co prawda nie dał się nabrać… ale ten zawodnik nie wyglądał na równie bystrego, co James.

Albus zanurkował gwałtownie, mijając się o włos z szukającym znajdującym się poniżej. Wystrzelił ku ziemi z nieprawdopodobną szybkością, nawet głos komentującego rozmył się wśród szumu wiatru w uszach. Wiedział jednak, że rywal podążył za nim.

Zrobił unik, unikając zdarzenia z innym zawodnikiem, po czym skręcił jeszcze raz, aby ominąć celnie wymierzony tłuczek. Ciągle stromo opadał w dół, zanim znalazł się tuż nad powierzchnią ziemi…

Z niezwykłą zręcznością, o jaką sam siebie nie podejrzewał, poderwał miotłę tuż ponad murawą boiska. Usłyszał nawet szelest szat uderzających o trawę, kiedy znalazł się ponownie w pozycji poziomej. Obejrzał się za siebie i zobaczył szukającego Krukonów z hukiem uderzającego o boisko. Wyglądał na rozwścieczonego i nieźle skołowanego.

- Fantastyczne zagranie Pottera! Groman chyba prędko nie dojdzie do siebie po tym wypadku!

Albus w międzyczasie skierował miotłę z powrotem do góry, w pełni świadom sytuacji panującej obecnie na boisku. Szukający Krukonów nie został na stałe wyeliminowany z gry, ale kupił sobie trochę czasu, a skoro obecnie mieli remis, wystarczyło tylko znaleźć znicza…

I nagle go zobaczył, zupełnie jakby został nagrodzony za świetne zagranie. Złoty błysk miał na wyciągnięcie ręki… a Groman nadal bezskutecznie próbował wdrapać się na miotłę. Albus przyspieszył lekko i wyciągnął dłoń…

- POTTER ZŁAPAŁ ZNICZ! ŚLIZGONI WYGRYWAJĄ, STO SZEŚĆDZIESIĄT DO DZIESIĘCIU!

Albus delikatnie opadł na murawę i zsiadł z miotły, ledwo zdając sobie sprawę z otaczającej go rzeczywistości. Maleńki znicz trzepotał jednak w jego dłoni i już wkrótce rzucili się na niego pozostali Ślizgoni, otaczając go i niemal dusząc w uścisku. Wygrali pełnymi sto pięćdziesięcioma punktami, co oznacza, że zagrają w finale.

- Gryffindor i Slytherin zmierzą się ponownie w walce o Puchar Quidditcha. Cóż za niespodziewany zwrot akcji! – ogłosił Carter.

Poprzez wyrwę w otaczających go Ślizgonach Albus zauważył Jaydena Goldsteina, wrzeszczącego na swojego szukającego, który wyglądał na zawstydzonego.

Uśmiechnął się, kiedy inni Ślizgoni dołączyli do nich z trybun i starali się poklepać go po plecach. Ktoś ogłosił, że urządza imprezę w pokoju wspólnym i Albus nie myślał już o niczym innym.

Świadomość, że Ślizgoni wciąż mają szanse na zdobycie Pucharu sprawiła, że Albus przez kilka kolejnych dni chodził radosny niczym skowronek. Po raz kolejny koledzy klepali go po plecach, kiedy przechodził korytarzem i uśmiechali się przechodząc obok. Czasami nawet ktoś zaczynał bić mu brawo, co zdarzało się mu w zeszłym roku, kiedy wygrał kilka meczy. Mimo przepełniającego go szczęścia, wciąż nie dawała mu spokoju jedna myśl…

Już niedługo będą Walentynki, a on nie zdobył się nawet na próbę, żeby zagadać do Mirry o czymkolwiek, a mowa o zaproszeniu jej na randkę. Scorpius i Morrison przestali już zawracać mu głowę, dochodząc do wniosku, że powinien być na tyle dojrzały, żeby sam wiedzieć, czego chce. Z tego powodu Albus potrzebował pilnie porozmawiać z Jamesem.

Udało mu się go w końcu dopaść w kącie w bibliotece, tydzień przed planowaną wycieczką do Hogsmeade. O dziwo, był sam. I, co jeszcze dziwniejsze, odrabiał pracę domową.

- Hej, James – przywitał się, siadając naprzeciwko brata.

Brat uniósł na sekundę wzrok znad książek, po czym powrócił do pracy.

- Nie mogę teraz gadać. Praca domowa z zaklęć. Zapewne nie wiesz, czy Glacius jest rozszerzeniem zaklęcia Aguamenti czy też są to zupełnie niezależne od siebie zaklęcia?

Albus popatrzył się na niego z pustką wymalowaną na twarzy.

- Nie mam zielonego pojęcia – przyznał w końcu.

James zmarszczył brwi i potarmosił włosy rękami, po czym wykreślił kilka zdań ze swojego pergaminu.

- Muszę z tobą o czymś porozmawiać – powiedział Albus, decydując się zignorować informację, że brat nie może teraz gadać. – Myślę, że Mirra…

James roześmiał się donośnie. Bibliotekarka zwróciła mu uwagę, ale on tylko przeczesał włosy ponownie i uśmiechał się.

- Co w tym takiego śmiesznego?

- Tak naprawdę już się mylisz – oznajmił nieco ciszej James. – Al, nawet nie próbuj sobie wmawiać, że wiesz cokolwiek na temat dziewczyn.

- Dlaczego?

James potrząsnął głową.

- Zdradzę ci pewien sekret, bracie. Sekret, jaki usłyszałem od Teddy'ego zanim poszedłem do Hogwartu.

- A mianowicie?

- Dziewczyny są od nas mądrzejsze pod każdym względem. Nigdy się nie dowiemy, co tak naprawdę myślą, ponieważ są od nas sprytniejsze. Jeśli myślimy o czymś, dzieje się tak tylko dlatego, że one chciały, abyśmy o tym pomyśleli. A jeśli sprawiły, że o tym myślimy, to znaczy, że one same myślą zupełnie inaczej. Nadążasz?

- Nie ma jakiejś krótszej wersji? – zapytał zrezygnowany Albus.

- Można to tak nazwać – pocieszył go James. – Chodzi głównie o to, że jesteś tylko pionkiem w grze, w każdym sensie tego słowa. Im szybciej to sobie uświadomisz, tym więcej można z tym zrobić, rozumiesz?

- Teraz tak – powiedział szybko Albus, chcąc już przejść do rzeczy. – A więc mogę mówić?

James zetknął koniuszki palców.

- Wal śmiało.

Albus pokrótce wyjaśnił, co wydarzyło się w bibliotece. Opowiedział szeptem i ze szczegółami, co konkretnie powiedziała Mirra i jaki miała przy tym wyraz twarzy. Potem przytoczył wszystko, co miał na ten temat do powiedzenia Scorpius i zakończył dramatycznym pytaniem, czy kolega miał rację.

James przyjrzał się mu uważnie, otworzył usta, po czym je zamknął. Pomyślał przez chwilę i dopiero wtedy zdecydował się odezwać:

- Scorpius mógł mieć trochę racji – powiedział. Serce Albusa na chwilę zamarło. – Ale Mirra mogła też po prostu podtrzymywać rozmowę. Trochę intrygująca jest jednak ta wzmianka o Hogsmeade… tak w zasadzie, kiedy o tym pomyślę, to może i ta Mirra trochę cię lubi…

- Co?!

Teraz to Albus otrzymał reprymendę od bibliotekarki. Miał to jednak w głębokim poważaniu, musiał upewnić się przecież, czy dobrze usłyszał brata.

- Mówisz poważnie? Jak… kto ci powiedział… dlaczego tak myślisz?

- Zerwała z tym Charliem z twojego powodu – zauważył od niechcenia James.

- Że co?

- Z Charlesem Eckleyem – powtórzył wyraźnie James. – Tym dzieciakiem w stylu punka, który pobił się ze Scorpiusem w zeszłym roku. Pokłócili się z powodu meczu quidditcha, w którym Eckley cały czas słał w twoją stronę tłuczki, i zdecydowali się zerwać podczas ferii świątecznych. A ty co myślałeś?

- Nie mam pojęcia… Rose mówiła mi o czymś innym – przyznał roztrzęsiony Albus.

James wzruszył ramionami.

- Cóż, pewnie przekazała ci tylko ogólny obraz sytuacji, ale głównym powodem rozstania było właśnie to. Co prawda Mirra jest twoją dobrą przyjaciółką, dlatego mogła się za tobą wstawić z czysto koleżeńskich powodów.

- A więc co mam zrobić? – zapytał Albus. – Czy mam ją poprosić, aby wybrała się ze mną do Hogsmeade? Czy jak?

James zamyślił się na moment. Praca z zaklęć leżała zapomniana na biurku. Brat podrapał się z namysłem po brodzie, po czym przemówił:

- To bardzo ryzykowna sytuacja. Może być bardzo niezręcznie, jeśli okaże się, że jej się jednak nie podobasz. I, jak mówiłem wcześniej, wciąż nie doszła do siebie po Eckleyu. Może powinieneś… no nie wiem… postąpić w połowie tak, a w połowie tak?

- Hę? – zdumiał się Albus, słysząc tak nieporadnie skonstruowane zdanie.

James pochylił się ku niemu.

- Może wspomnij jeszcze raz o Hogsmeade, ale nie tak bezpośrednio i bezczelnie. Jeśli Mirra będzie chciała kontynuować rozmowę, zaproś ją. Jeśli nie, szybko zmień temat, zanim zrobi się niezręcznie. Po prostu zbadaj teren.

- Naprawdę uważasz, że powinienem się na to zdecydować? – zapytał z powątpiewaniem Albus.

James kiwnął głową. Siedzieli przez chwilę w ciszy, po czym James klasnął w dłonie.

- No to leć!

- Co ty, teraz? – spytał zaskoczony Albus.

- A co, będziesz czekał na Boże Narodzenie? Możesz ją jeszcze złapać po drodze na obiad!

Albus poderwał się z krzesła, nie pozwalając sobie na luksus przemyślenia sprawy ponownie. W momencie, kiedy usłyszał słowa Jamesa, poczuł przypływ odwagi. Wypadł z biblioteki w oszałamiającym tempie, obijając się o innych uczniów, ponieważ James miał rację – właśnie wszyscy zaczęli schodzić na obiad.

Śledził wzrokiem kolejne grupki uczniów, ale w żadnej z nich nie było Mirry. Skorzystał jednak ze swojej ponadprzeciętnej znajomości zamku i zanurkował w ukryty korytarz prowadzący na czwarte piętro, w pobliże schodów. Jeśli będzie tędy schodziła na obiad, z pewnością ją zauważy.

Już po chwili jego przypuszczenia okazały się słuszne. Mirra schodziła w dół, plotkując razem z Rose i atrakcyjną blondynką z Gryffindoru, której imienia Albus ani nie pamiętał, ani go to nie obchodziło. Wszystkie trzy dziewczyny spojrzały na niego z zaciekawieniem. Nic dziwnego, musiał wyglądać jak idiota stojąc na szczycie schodów, obgryzając nerwowo paznokcie i ruszając nogą w rytmie, którego nie umiał opanować. Pewnie wyglądało to tak, jakby natychmiast musiał skorzystać z łazienki.

- Al? – zagadała niepewnie Mirra, kiedy stanęli naprzeciwko siebie na schodach, mijani przez głodnych Gryfonów.

- Cześć – powiedział szybko. – Mogę zamienić z tobą słówko? Zajmie to tylko chwilę.

Mirra obrzuciła go zdumionym spojrzeniem.

- Tak, jasne.

Zeszła ze schodów i stanęła obok niego. Podobnie zrobiła Rose.

- Na osobności – powiedział i natychmiast uświadomił sobie, że popełnia błąd. Jeśli nie uczynił tego do tej pory jego niespokojny głos i nerwowa mowa ciała, to z pewnością te słowa dały jej znać, na co się zanosi.

Rose spojrzała na Mirrę przez chwilę, ale posłusznie poszła w dół za koleżanką o blond włosach. Albus poprowadził Mirrę nieco dalej od schodów, w głąb wąskiego korytarza, a ona bez słów za nim podążyła. Zatrzymał się mniej więcej pośrodku.

Próbował pomyśleć, co powinien teraz powiedzieć, ale w nagłym przebłysku zrozumienia uświadomił sobie, że nie ma pojęcia.

- Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy kilka dni temu? – zaczął niepewnie.

Mirra obrzuciła go kolejnym zdumionym spojrzeniem.

- O tym wspomnieniu? – zapytała cicho. – Obejrzałeś je, prawda?

- Nie – odpowiedział szybko. Dziś był jeden z niewielu dni, w jakich nie pomyślał ani przez chwilę o szklanej fiolce. – Mam na myśli… ehm…

Nie miał pojęcia, co powiedzieć dalej, więc się zaciął. Wsunął rękę we włosy zupełnie niczym James, uświadamiając sobie, że pewnie wyglądają teraz na jeszcze bardziej potargane, niż zazwyczaj. Zapominając o wszystkim, na co uczulał go James, zdecydował się iść na całość. A przynajmniej taki był plan.

- Chcesziszzemnadohogsmeade?

Natychmiast pożałował, że nie znajduje się bliżej schodów, bo bez wahania by się z nich teraz zrzucił. Tylko najgłupsza osoba we wszechświecie spieprzyłaby tak jak on zwykłe zaproszenie na randkę.

- Przepraszam? – zapytała Mirra. Albus wydał z siebie westchnienie ulgi: nie dosłyszała go…

- Ja… chciałbym się dowiedzieć, czy…

- Al! – zawołał ktoś z tyłu.

- Czego? – warknął nerwowo Albus, odwracając się na pięcie. To był Scorpius, który biegł ku nim z drugiego końca korytarza. Poruszał się bardzo szybko i machał czymś, co wyglądało na egzemplarz Proroka Codziennego.

- Siema, Mirra – powiedział zadyszany Scorpius, kiedy znalazł się tuż obok nich. – Jak leci?

- W porządku – odpowiedziała Mirra. – Właśnie lecę na obiad. Mówiłeś coś, Al?

Albus zerknął na koleżankę z mocno bijącym sercem. Nie mógł przecież ponowić zaproszenia; nie teraz, kiedy obok stał Scorpius.

- Och, tak… zapomniałem, co miałem powiedzieć – skłamał.

Czyżby wyglądała na rozczarowaną? Przez moment przemknął przez jej twarz jakby cień uczucia, ale zniknął tak samo szybko, jak się pojawił.

- Aha, to idę na obiad. Jak sobie przypomnisz, to mi powiedz.

Albus kiwnął głową, a Mirra udała się w stronę schodów i na nich zniknęła. Albus odwrócił się wściekły do Scorpiusa.

- Co, do cholery jasnej, było aż tak ważne?

Scorpius jednak nie musiał się odzywać. Podniósł gazetę z kamiennym wyrazem twarzy i Albus sam przeczytał ogromny nagłówek.

POTTER MA ZOSTAĆ USUNIĘTY ZE STANOWISKA?

- Że co? – wydusił Albus, chwytając gazetę z rąk przyjaciela. – Dlaczego?

- Znaleźli jakiegoś kolesia z zaklęciem modyfikującym pamięć. Po małej perswazji okazało się, że facet twierdzi, iż Ares jest odpowiedzialny za śmierć kilku pracowników Ministerstwa. Twojemu tacie nieźle się obrywa za to, że go nadal nie złapał.

Albus zgniótł gazetę w garści, trzęsąc się ze wściekłości. Zapatrzył się na pogniecione litery nagłówka, ignorując narzekania Scorpiusa, że zniszczył mu gazetę. Najwyższy czas, żeby obejrzeć w końcu wspomnienie ojca.