Rozdział 14
Położone zwykle wyżej na niebie słońce powoli chowało się za horyzontem goniąc swoją siostrę, która już od dłuższego czasu była niewidoczna dla mieszkańców jednej z półkul ziemskich. Zachodzące gwiazdy roztaczały na ciemniejącym niebie potężną, pomarańczową łunę podświetlającą niewielkie chmurki poganiane przez delikatne podmuchy wiatru.
Było ciepło jak w typowy letni wieczór. Dookoła latały jakieś drobne owady, bzycząc okazjonalnie do uszu kogokolwiek kto się napatoczy. Lub próbując ukłuć i wyssać krew.
Całe szczęście na wysokości balkonu pałacu Candy Kingdom nie było wiele takich stworzeń. Nie żeby jakiekolwiek z nich miało ochotę na wysysanie krwi z wampira, czy istoty z gumy do żucia. Marcelina mimo to musiała strzepnąć ze swego ramienia jakiegoś natarczywego robala.
Siedziała na murku otaczającym krawędź balkonu. Jej ukryte w wysokich, czerwonych butach stopy zwisały kilkadziesiąt metrów nad ziemią oraz - co ważniejsze - zaraz przy bosych nogach Bonnibel. Różowowłasa siedziała bowiem tuż obok, objęta szarą ręką w pasie i z głową wygodnie opartą o bark wampirzycy. Miała zamknięte oczy i oddychała spokojnie. Jej senny wyraz twarzy był niewinny niczym u dziecka.
Czarnowłosej ciężko było uwierzyć, że ktoś kto przez ostatnie kilka godzin był martwy może tak szybko zasnąć. Choć z drugiej strony dziewczyna mogła zmęczyć się psychicznie po obudzeniu się. Do tego nie wiadomo co działo się z nią "po drugiej stronie". Marcelina wolała nawet nie pytać.
Zerknęła na opierającą się o jej rękę dziewczynę i przez dłuższą chwilę podziwiała jej piękną twarz. Uśmiechnęła się do siebie i pokręciła lekko głową próbując przegonić niechciane myśli. No… prawie niechciane. Odetchnęła głęboko. Powietrze pachniało słodyczami i roślinnością. Wampirzy węch wychwytywał nawet zapach niedalekiego lasu. Wampirzyca musiała przyznać, że nie pamięta kiedy ostatnio była w tak wspaniałym miejscu. I nie chodziło tu o dwa słońca, latające wyspy, pałac, czy wszystkie te dziwaczne stworzenia jakie widziała ostatnimi czasy. Spokój tego wieczoru, otwarta przestrzeń i świeże powietrze - to były rzeczy, których nie doświadczyła w takim wspaniałym natężeniu od… nigdy…
Zawsze było tylko wielkie, ciasne miasto pełne spalin i ludzi oraz malutkie mieszkanka, które co jakiś czas zmieniała w różnym towarzystwie. Ciągła, chaotyczna bieganina do szkoły, czy do pracy, z której i tak zostanie niedługo zwolniona. Później, u Bonnie, było znacznie lepiej, ale świat, w którym się znalazła był wciąż nieporównywalnie piękniejszy.
I w końcu w głowie czarnowłosej pojawiło się pytanie: czy naprawdę warto wracać? Przecież w tym świecie wszyscy mają to czego chcieli. Bonnibel ma laboratoria i wystarczające fundusze by bawić się w naukowca do końca życia. Finn i Jake mogą tłuc się z każdym napotkanym potworem. A Phoebe… Cóż… Wampirzyca praktycznie nie znała płomiennowłosej.
Dziewczyna prawdopodobnie zaśmiałaby się teraz na głos, ale nie chciała budzić opartej o jej rękę Bonnie. Nie była ani trochę z siebie dumna po tych samolubnych myślach. A poza tym jeszcze kilka dni temu nie marzyła o niczym innym niż powrót do domu.
Uniosła wzrok i spojrzała na miasto rozświetlone żółtym blaskiem z licznych okien. Po ulicach parami przechadzały się patrole bananowych strażników. Uwagę czarnowłosej przyciągnęła delikatne łuna oświetlająca okolice głównej bramy. Uśmiechnęła się. Z daleka była w stanie dostrzec Phoebe i towarzyszących jej braci. Przyjaciele powoli zbliżali się do pałacu.
Marcelina nie zamierzała ruszać się ani o milimetr z miejsca, w którym siedziała. Głównie ze względu na śpiącą różową. Nie chciała jej przenosić do łóżka i zostawiać samej.
Ponownie spojrzała na niebo. Słońca już całkowicie skryły się za horyzontem - nie pozostała po nich nawet najsłabsza łuna. Na ciemnym firmamencie zaczęły się za to pojawiać gwiazdy. Było ich widać znacznie więcej niż z jakiegokolwiek miasta, w którym w życiu mieszkała. Gdyby dziewczyna choć odrobinę się na nich znała, to pewnie zauważyłaby, że niektóre znajdują się w innych miejscach niż powinny. Różnica była naprawdę nieznaczna, ale wprawne oko byłoby w stanie ją zauważyć. Coś widocznie musiało nieco zmienić pozycję tego świata w przestrzeni kosmicznej.
Myśli czarnowłosej zaprzątnięte były jednak czymś całkowicie innym niż gwiazdy i planety. Innym, ale dla niej równie pięknym. Pogodziła się ze swoim crush'em na Bonnie już jakiś czas temu. Do tego z każdą chwilą spędzoną w pobliżu swej oby-więcej-niż-przyjaciółki miała coraz silniejsze poczucie, że jej mózg wybrał dobrą osobę.
Gdzieś we wnętrzu znajdującego się za nimi pomieszczenia trzasnęły drzwi i rozległy się trzy głośne, ale wyraźnie zmęczone głosy. Wyrwana z głębokich przemyśleń Marcelina obejrzała się przez ramię starając się jednocześnie nie obudzić śpiącej dziewczyny. Cały czas czuła jej ciepły, spokojny oddech na szyi.
Na widocznych przez drzwi na balkon schodach pojawiły się trzy znajome postacie.
- "Marcelino? Wróciliśmy!" - zawołał Finn praktycznie natychmiast po tym jak jego stopy dotknęły podłogi - "Marcelino?"
- "Ciiii…" - syknęła wampirzyca. Dźwięk, choć cichy, był jakoś dziwnie nieprzyjemny. Jake aż się wzdrygnął.
Czarnowłosa uniosła się na kilka centymetrów w powietrze i delikatnie wsunęła ręce pod kolana różowowłosej. Zmieniwszy położenie ręki oplatającej dziewczynę w pasie, ostrożnie ją podniosła i powoli skierowała swój lot w stronę wnętrza budynku. Bonnibel objęła ją przez sen.
Zbliżyła się do przyjaciół z niemożliwym do powstrzymania, szerokim uśmiechem rozświetlającym jej twarz.
- "Udało się" - szepnęła z nieskrywaną radością. Cudem powstrzymywała się od przytulenia śpiącej z całych sił.
- "Jak?" - zapytał z zaskoczeniem Jake - "Życzenie?" - Marcelina kiwnęła głową.
- "Świetnie" - wyszczerzył się blondyn - "My załatwiliśmy kolejnego stwora. Choć cwaniaczek potrafił się odgryźć…" - pomasował ramię.
Dopiero teraz wampirzyca przyjrzała się przyjaciołom. Phoebe wyglądała dokładnie tak samo jak przed ich wyjściem, ale bracia byli całkiem nieźle poobijani. Mieli drobne rozcięcia na skórze i całkiem sporo siniaków w kolorach od brązowego do ciemnego fioletu (co było widać gównie u Finna). Do tego byli uwaleni błotem i pyłem od stóp do głów.
- "Wszystko okej?" - zapytała unosząc brew.
- "Pokonaliśmy ich dość szybko" - opowiedział chłopak - "Ale potem okazało się, że oni wcale nie padli tak do końca i…"
- "Zanim się zorientowaliśmy, skopali nam tyłki" - dokończyła płomiennowłosa masując kark. Może nie było tego po niej widać, ale musiała oberwać równie mocno co bracia.
- "Ale w końcu się udało" - oznajmił z uśmiechem blondyn - "Zwiewali na tego swojego Marsa aż się za nimi kurzyło!" - pomachał pięścią.
- "Zaraz… Oni? Na Marsa?" - zapytała Marcelina - "Z kim wy właściwie się tłukliście?"
- "Z Grobem Gobem Globem i Grodem" - wyjaśnił Jake - "Czyli z miejscowym… eee… Tak jakby bogiem…"
- "Łał…" - na szarej twarzy pojawił się lekki uśmiech - "Załatwiliśmy diabła, boga, śmierć… Ciekawe co będzie dalej…"
- "Pewnie niedługo się dowiemy…" - wymamrotała Phoebe ruszając w stronę salonu.
- "Przydałoby się kimnąć…" - mruknął Jake. Jego brat zawtórował głośnym ziewnięciem - "Ogarniemy się rano…"
Widząc jak przyjaciele rozłażą się w mniej lub bardziej losowych kierunkach, czarnowłosa postanowiła również udać się na spoczynek. Powoli poleciała w górę schodów i udała się prosto do sypialni Bonnibel. Zamknięcie za sobą drzwi stanowiło pewne wyzwanie. Musiała zahaczyć o klamkę stopą, żeby nie puszczać różowej. Jakoś nie przyszło jej do głowy, że mogła to zrobić po odłożeniu dziewczyny na łóżko.
Przykryty różową pościelą materac skrzypnął z cicha sprężynami pod ciężarem śpiącej. Marcelina, unosząc się kawałek nad podłogą rozwiązała sznurowadła i ściągnęła długie, czerwone buty oraz szare skarpety. Jednym susem znalazła się nad łóżkiem i ostrożnie opuściła się na kołdrę. Zastanawiała się przez moment jak to byłoby spać w powietrzu, ale dość szybko stwierdziła, że taki sposób na odpoczynek ma kilka minusów i trudnych do przewidzenia konsekwencji.
Szukając wygodnej pozycji wsunęła jedną rękę pod głowę, a drugą umieściła na swej piersi. Po kilku sekundach uświadomiła sobie, że nie czuje bicia swego serca.
'No tak... ' - pomyślała - 'Jestem trupem…'
Praktycznie natychmiast powróciły myśli sprzed kilkunastu minut. Czy na pewno chce tu zostać? Jako zimne, martwe stworzenie straszące swą obecnością wszystko co żywe? Cała pewność gdzieś zniknęła. Na próbę wstrzymała oddech. Wytrzymała prawie dwie minuty. Eksperyment się jej znudził, a samo uczucie było dziwne i nienaturalne choć całkowicie bezbolesne. Gdy jednak nabrała powietrza w płuca, jej mózg został zaatakowany nawałą informacji. Poczuła setki zapachów, które wypełniały pokój i jego okolice.
Wzdrygnęła się. Bycie wampirem bez dwóch zdań miało swe plusy. Ale co ze światłem słonecznym? Noszenie ze sobą parasolki wszędzie gdzie się tylko da nie jest niczym przyjemnym, a nawet najdrobniejsze oparzenia od słońca są bolesne niczym nacieranie świeżej rany solą.
- "O czym myślisz?" - usłyszała przyciszony głos tuż obok ucha. Odwróciła się i natrafiła na parę wpatrujących się prosto w nią niebieskich oczu, które znajdowały się ledwie kilka centymetrów od jej twarzy. Wyraźnie poczuła ciepło oddechu różowowłosej na swej zimnej, szarej skórze.
- "Nie śpisz?" - zapytała cicho - "Myślałam o byciu wampirem…" - zaśmiała się w myślach. Bez kontekstu musiało by to zabrzmieć co najmniej śmiesznie.
- "I co myślałaś?" - spytała spokojnym głosem. Czarnowłosej wydawało się, że nawet nieco się zbliżyła.
- "Wiesz… wcześniej zastanawiałam się czy w ogóle chcę wracać do naszego świata…" - odparła. Słowa wyszły nieco cichsze niż zamierzała - "Ale bycie wampirem… nie podoba mi się."
- "Co masz na myśli?"
- "Nie chcę być nieśmiertelna… Nie chcę bać się słońca i nie chcę przez wieczność jeść odcieni czerwieni…" - powiedziała nieco ponurym głosem - "Nie chcę być… Trupem… "
- "Nie musisz jeśli nie chcesz" - Bonnibel przysunęła się jeszcze bliżej i objęła wampirzycę - "Ja nie chcę tu zostawać."
- "Nie chcesz?" - zdziwiła się - "Nie będzie ci brakować tych wszystkich laboratoriów?"
- "Nawet nie miałam czasu do nich zajrzeć" - uśmiechnęła się - "Poza tym wcale nie uśmiecha mi się posiadanie tłumu poddanych…" - na chwilę ucichła - "Ale wiesz… Jakbyś jednak chciała zostać, to zostanę z tobą."
Dłoń Finna pacnęła w środek kuchennego stołu pozostawiając na nim wyciągniętą wcześniej z zielonego plecaka kartkę. Kawał brązowawego pergaminu był pusty i nie wyglądał jakby miało się to zmienić. Piątka przyjaciół przypatrywała się mu w milczeniu, spożywając powoli śniadanie. Słychać było ciche mlaskanie, dźwięki żucia i przełykania oraz okazjonalne skwierczenie wysokoenergetycznej materii spalanej przez Phoebe. Tylko oparta o ramię Bonnibel wampirzyca była w stanie jeść bezgłośnie. W końcu trudno się spodziewać, żeby wysysany z jabłka czerwony kolor miał wydawać jakieś dźwięki.
Przyjaciele nie mieli za bardzo o czym rozmawiać. Zdążyli wymienić się wszystkimi informacjami o ostatnich wydarzeniach jeszcze kilka minut temu, a oczekiwanie na jakiekolwiek zmiany na kawałku pergaminu budowało pewne nie do końca przyjemne napięcie. Sytuacja nie zmieniała się przez dobre dziesięć minut.
Gdyby pojawiające się na karcie litery wydawały z siebie choćby najcichszy hałas, przyjaciele podskoczyliby jakby ktoś zdetonował obok nich petardę. Zamiast tego jedyną reakcją było uniesienie brwi gdy na jasno-brązowej powierzchni pojawiło się słowo "Gratulacje".
Słówko szybko zniknęło, a na jego miejscu zaczął powoli pojawiać się tekst z tradycyjnym już komentarzem dotyczącym minionych akcji.
"Udało się wam pokonać bóstwo. Czyn to zdecydowanie godny podziwu. Nie rozpraszajcie się jednak, bo czeka na was ostatni przeciwnik. Groźniejszy niż wszyscy poprzedni. Prawdopodobnie…
Procedura przywoływania rozpocznie się już wkrótce. Przygotujcie się i wyruszcie na wyznaczone miejsce."
Tekst jak zwykle zniknął po kilku chwilach. Zastąpił go niewielki, pozbawiony wskazówki kompas oraz trzy znaki zapytania.
- "Łał…" - sarknęła Marcelina - "Cóż za potężna dawka informacji… Nie jestem pewna, czy mój mózg jest to wszystko w stanie przetworzyć…"
Bonnibel uśmiechnęła się i pokręciła głową.
- "Ale serio… Co to będzie?" - zapytał Jake - "I co to za procedura?"
W odpowiedzi otrzymał tylko zbiorowe wzruszenie ramionami. Bardziej pomocna okazała się kartka, na której pojawiło się dodatkowe zdanie. Było to dość niezwykłym zjawiskiem biorąc pod uwagę jak wyglądało to wcześniej. Dlatego też nowa informacja bardzo szybko zwróciła uwagę wszystkich obecnych.
"Procedura rozpoczęta, obserwujcie niebo"
Różowowłosa uniosła brwi i podniosła się od stołu. Jej krzesło odsunęło się o jakieś pół metra w tył wydając z siebie przy okazji dość głośny i nieprzyjemny dźwięk. Czarnowłosa wampirzyca, która jeszcze sekundę wcześniej opierała się o ramię dziewczyny straciła na chwilę równowagę i prawie zrobiła fikołka w powietrzu.
Królewna nie przejęła się jednak ani hałasem ani niezadowolonym spojrzeniem Marceliny. Ruszyła prosto do wyjścia z kuchni i dalej, na balkon, gdzie zaczęła się rozglądać po bezchmurnym, porannym niebie.
W oddali, wysoko nad horyzontem dojrzała niewielki, acz wyraźny punkt. Świecił on lekko na fioletowo i niezwykle powoli zbliżał się w kierunku planety. To mogła być tylko jedna rzecz…
- "Kometa…" - szepnęła Bonnibel.
- "Hej Bonnie… Spójrz… Co mówiłaś?" - na balkon wparowała Marcelina. W jednej dłoni trzymała osłaniający ją przed promieniami słońc parasol, a w drugiej znajomy kawałek pergaminu. Gdzieś za nią słychać było kroki pozostałych.
- "Kometa" - powtórzyła różowa nie odrywając wzroku od jasnego punkciku.
- "Jaka kometa?" - wampirzyca podążyła za jej wzrokiem, po czym wydała z siebie długi, pełen podziwu gwizd. Zaraz się jednak otrząsnęła i podetknęła stojącej obok dziewczynie kawałek pergaminu pod nos - "Mamy kierunek" - oznajmiła.
Na liście rzeczywiście coś ponowie się zmieniło. W kompasie pojawiła się pulsująca wskazówka, która lekko drgała i wychylała się o milimetry na boki. Wskazywała mniej więcej w stronę widocznych w oddali lodowych gór Ice Kingdom.
- "Nie wiem, czy ta pulsująca strzałeczka każe nam się śpieszyć, ale chyba powinniśmy już się zbierać, nie sądzicie?" - odezwał się Jake, który właśnie wszedł przez szerokie drzwi balkonowe.
- "W końcu" - zaśmiał się stojący tuż za bratem Finn.
- "Musimy się ciepło ubrać…" - mruknęła gumowa królewna zastanawiając się co jeszcze będzie potrzebne na wyprawę.
Bagaże z ciepłymi rzeczami były cięższe niż mogło się wydawać. Były jednak konieczne - gdyby przyjaciele ubrali się w kurtki zaraz przed wyjściem, to usmażyliby się po drodze. Dwa słońca grzały tego dnia naprawdę potężnie. Mimo to wiadomo było, że w Ice Kingdom będzie zimno jak na biegunie. Działo się tak dzięki magii Ice Kinga - człowieka, który przywdział magiczną koronę. Zdobione nakrycie głowy podarowało mu nieśmiertelność i lodowe moce w zamian za młodość i zdrowie psychiczne. A przynajmniej tak twierdziło lore gry.
Bonnibel przez pół drogi zastanawiała się, czy ktoś mógł zostać przemieniony w szalonego czarownika. NPC był lekko irytujący, ale na dłuższą metę przyjazny. Jeśli kontrolowałby go człowiek, mogłoby się okazać, że zacznie sprawiać problemy. Byłoby to naprawdę niebezpieczne biorąc pod uwagę to, że lodowy władca ma możliwość przemienienia wszystkich w kostki lodu.
Wysoka na kilkanaście centymetrów śniegowa hałda wyraźnie znaczyła granice zimnego królestwa. Wszystko co znajdowało się za nią było skute lodem i przykryte grubą, białą, puszystą kołdrą. Regularnie szalały tam śnieżyce, a zimno było praktycznie nie do zniesienia. No chyba, że byłeś pingwinem, nieśmiertelnym czarownikiem, nieumarłym albo miałeś futro. I choć dwójka przyjaciół spełniała po jednym z dwóch ostatnich warunków, to tylko Marcelina zrezygnowała z kurtki. Jake nie pogardził dodatkowym ciepłem, choć doskonale wiedział, że jeśli zacznie się walka, to jakiekolwiek używane przez niego ubranie przestanie spełniać swoją funkcję.
Z uwagi na fizyczną budowę, Phoebe również musiała obyć się ciepłej odzieży wierzchniej. Okazało się jednak, że nie było to w najmniejszym stopniu problemem dla płomiennowłosej. Cieńsze warstwy śniegu po prostu się topiły, a gdy wchodziła na większe zaspy, to w praktyce chodziła po poduszkach z pary wodnej. Nie było to wcale takie łatwe, ale śnieg nie ranił dziewczyny, ani nie topił się w głębokie tunele, więc nie było źle.
Idealnie biały śnieg skrzypiał z każdym krokiem obutych w ciężkie, zimowe obuwie stóp. Hałas był tak głośny, że nawet syk topiącego się pod rozpalonymi do czerwoności stópkami Phoebe nie był w stanie go zagłuszyć. Skradanie się na tej miniaturowej, śniegowej pustyni było niewykonalne. Ciało kogoś, kto chciałby podróżować cicho musiałoby ważyć na tyle mało, żeby puch nie zapadał się pod nim. Nikt z przyjaciół nie mógł się pochwalić tak znikomą wagą.
Mogły się nią za to pochwalić pingwiny. Małe, czarne ptaszyska z białymi brzuchami, niezdarnym krokiem przemierzały lodową krainę. Praktycznie bezgłośnie obchodziły intruzów dookoła, obserwując ich zza śnieżnych zasp. Prawie każdy z nich nosił przy sobie wykutą z lodu halabardę, którą niekoniecznie potrafił się posługiwać. Płetwo-skrzydła zamiast łap nie ułatwiały życia na lądzie.
- "Nie jestem pewna…" - odezwała się nagle Marcelina lewitująca pół metra nad zaspami - "...ale ktoś nas chyba obserwuje."
- "Hę? Kto?" - zdziwił się Jake. Zaczął się gwałtownie rozglądać po okolicy - "Widzę tylko śnieg!"
Wampirzyca wciągnęła sporą porcję lodowatego powietrza do płuc. Jej nadludzki węch z łatwością wyłapał jakiś trudny do zidentyfikowania smrodek. Zapach dochodził praktycznie zewsząd więc nie była w stanie ustalić jego źródła.
- "Śmierdzi jak jakiś zwierzak" - stwierdziła - "Ale jaki to mnie nie pytajcie. W życiu nawet w zoo nie byłam."
- "Nie byłaś nigdy w zoo!?" - Finn odwrócił się i spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Mniej więcej tak jakby patrzył na kogoś kto właśnie zmaterializował się tuż przed jego twarzą. Wyglądało to całkiem zabawnie. Jeszcze bardziej zabawnie mina chłopaka wyglądała kiedy wylądował w głębokiej zaspie. Chodzenie bez zwracania uwagi na drogę nigdy nie było dobrym pomysłem.
- "Bywa" - mruknęła dziewczyna. Złapała za klapę kurtki blondyna i z łatwością wyciągnęła go z pryzmy śniegu - "Nie miałam jakoś okazji, a potem… Potem nie miałam pieniędzy."
- "My z Jake'iem byliśmy w zoo z milion razy" - chłopak wyszczerzył się otrzepując ubranie ze śniegu. Nie był zbyt dobry w rozumieniu aluzji. Pewnie nawet nie próbował - "Zawsze jeździliśmy tam z mamą i tatą. Czasem braliśmy też Jermaine'a jak chciał jechać. Potem zawsze szliśmy na pizzę albo na lody."
- "Hehe… Zjadłbym sobie lody…" - odezwał się pies - "I pizzę też."
Marcelina westchnęła ciężko i poleciała kawałek do przodu, doganiając Bonnibel. Zerknęła na trzymaną przez różową kartkę, na której igła małego kompasu poruszała się leniwie na boki.
- "Jak tam?" - zagadała.
- "Hę?" - dziewczyna otrząsnęła się z zamyślenia - "Och… To ty" - uśmiechnęła się lekko - "Chyba się zbliżamy. Nasz cel wciąż się porusza, ale teraz wahania igły są znacznie większe, co oznacza, że się zbliżamy. Ewentualnie nasz cel zaczął po prostu pokonywać coraz większą odległość."
- "Ciekawe czemu tak biega…" - zastanowiła się wampirzyca - "Mniejsza zresztą. Też czujesz jakby coś nas obserwowało?"
- "Od kilku minut" - odparła - "Coś siedzi za zaspami. Mogłabyś to sprawdzić?"
- "W sumie…" - czarnowłosa wzruszyła ramionami, po czym wzniosła się wyżej. Po kilku metrach uderzył w nią silny, zimny wiatr niosący ze sobą kawałki śniegu i lodu, które boleśnie kuły ją w nieosłonięte części ciała. Rozejrzała się mrużąc oczy. Udało się jej zobaczyć tylko fragment jakiegoś ciemnego kształtu znikającego w śniegu. Czym prędzej poleciała w tamto miejsce, ale zastała tylko kilka płytkich śladów, znikających po paru metrach. Wyglądały jakby ktoś ciągnął coś po śniegu. Zmarszczyła brwi i wróciła do przyjaciół - "Widziałam tylko fragment… czegoś. Nie mam pojęcia co to było…" - zrelacjonowała swój krótki patrol po zrównaniu się z Bonnibel.
- "Masz śnieg we włosach" - zauważyła różowa.
- "Serio?" - wampirzyca przeczesała swoją kruczoczarną czuprynę. Na skórze poczuła wilgoć - "Na górze trochę wiało."
- "Widać" - uśmiechnęła się - "Policzki masz ciemne jakbyś przed chwilą poniosła straszliwą porażkę podczas podrywu."
- "Co?" - zaśmiała się dziewczyna przykładając odruchowo dłoń do twarzy - "Skąd w ogóle to porównanie?"
Bonnie wzruszyła ramionami wciąż się uśmiechając.
- "Jak to się skończy, to zabiorę cię do zoo" - powiedziała cicho - "A potem na lody."
Mimo zniżonego głosu, wampirzyca usłyszała słowa idącej obok różowej. Posłała w jej stronę szeroki, uroczy uśmiech ozdobiony parą długich kłów. Chciała ją przytulić i pewnie by to zrobiła gdyby nie to, że dotarli do wysokiej góry lodowej, z której ktoś zrobił sobie zamek.
- "Któż to? Czyżbym miał gości?" - z położonego prawie przy szczycie, trójkątnego okna dobiegł ich skrzekliwy głos. Z otworu wystawała ozdobiona złotą koroną głowa składająca się w większości z siwej brody i długiego, niebieskiego nochala - "Panie do mnie?" - zapytał niepokojąco brzmiącym głosem. Bonnibel natychmiast zbladła.
- "Ten dziadek brzmi jak podstarzały pedofil, który próbuje zagadać do dziewczynki z podstawówki…" - skomentowała Phoebe, która właśnie zatrzymała się tuż obok pozostałych dziewczyn. Powoli, z cichym sykiem uciekającej pary wodnej zaczęła zagłębiać się w śnieg.
- "Trochę jak sąsiad Bonnibel. Co nie Bonnie?" - Marcelina odwróciła wzrok od wystającego z okna typa i zerknęła na stojącą obok różowowłosą - "Wszystko okej?" - zapytała widząc minę towarzyszki.
- "To on…" - mruknęła cicho. W jej głosie dało się wyraźnie usłyszeć nutkę strachu.
- "Co? Ten sąsiad? On jest Ice Kingiem?" - zapytała czarnowłosa unosząc brwi - "Jesteś pewna?"
Dziewczyna pokiwała powoli głową. Przełknęła ślinę, po czym spojrzała na wciąż ściskaną w ubranych w rękawiczki dłoniach kartkę. Igła kompasu nie wskazywała w stronę brodacza, ale kawałek w lewo. Bonnibel nie była pewna, czy ją to cieszy, czy nie.
- "To nie nasz cel… idziemy dalej" - powiedziała chłodnym, ale jednoczenie lekko drżącym głosem.
- "Hej! Czy to nie jest przypadkiem moja urocza sąsiadeczka?" - skrzekliwy głos rozległ się ponownie - "Jak ja cię dawno nie widziałem! Chodź się przywitać! I zabierz ze…"
Fioletowa plamka na niebie zapulsowała. Fala światła i jakiś dziwny pomruk przepłynęły przez przestrzeń wywołując ciarki na plecach przyjaciół. Na chwilę zapadła iście grobowa cisza, której nie śmiał przerywać nawet niebieskoskóry staruch.
Siatka pęknięć na lodowej ścianie również zdawała się nie wydawać z siebie żadnego dźwięku kiedy powoli rosła i pogłębiała się.
Eksplozja jakieś żółtej, ciężkiej do zidentyfikowania masy wypchnęła olbrzymie okruchy lodu na wszystkie strony. Ciężkie odłamki zaczęły z hukiem wbijać się w śnieg dookoła przyjaciół, zmuszając ich do jak najszybszej ucieczki.
Olbrzymia istota o ciele w barwach banana, z długimi, zginającymi się w kilku miejscach rękami oraz głową z kilkoma parami oczu oraz czymś w rodzaju dzioba na czubku wyprostowała się miażdżąc resztki lodowego zamku. Nigdzie nie było widać Ice Kinga - prawdopodobnie został pogrzebany pod olbrzymimi lodowymi fragmentami. Bonnibel może by się nawet ucieszyła, ale była chwilowo zbyt zajęta zachowywaniem równowagi i nadążaniem za ciągnącą ją z dala od niebezpieczeństw wampirzycą. Jedynymi rzeczami jakie była w stanie przed sobą dojrzeć były powiewające na wietrze włosy jej towarzyszki, śnieg, spadające odłamki oraz jeszcze więcej śniegu.
Bestia tym czasem zaczęła się przeciągać. Zachowywała się jakby przed chwilą obudziła się z bardzo długiego snu, co w pewnym sensie było prawdą. Po chwili poświęconej na "poranną rozgrzewkę", monstrum rozejrzało się po okolicy. Gdzieś w cieniu jego gigantycznego cielska dojrzało rozproszoną grupkę uzbrojonych stworzeń, które wbijały weń wzrok jednocześnie ciężko dysząc z wysiłku. Poza tym widać było tony pokruszonego lodu, śnieg, lasy w oddali oraz coś co szczególnie przyciągnęło uwagę istoty.
Drobny, świecący na fioletowo punkt położony wysoko na niebie. Kometa powracająca na Ziemię co tysiąc lat. Potwór doskonale wiedział co chce z nią zrobić. Schwycić, pożreć, wyssać moc. W końcu będzie mógł wyrwać się z pola grawitacyjnego tej przeklętej planety, która zamieniła go w pingwina. A kiedy już w końcu się wydostanie… Kiedy się wydostanie będzie mógł w końcu zniszczyć ten obrzydliwy system planetarny i powrócić do podróżowania przez przestrzeń w poszukiwaniu kolejnych ofiar.
Wielka kula ognia uderzająca w przypominającą kolorem wnętrze banana głowę przerwała rozmyślania potwora nad mordowaniem populacji kolejnych planet i wydusiła z niego przeciągły, pełen bólu syk. Może i potrafił dryfować w przestrzeni kosmicznej i żadna temperatura nie robiła na nim wrażenia, ale teraz był nieco osłabiony i takie ataki nie były ani trochę przyjemne.
- "Czy to aby na pewno dobry pomysł?" - zapytał Jake. Stał tuż przy krawędzi małego krateru, w którego obrębie roztopiony został cały śnieg i lód. W samym jego środku stała Phoebe, a dookoła niej unosiła się gęsta chmurka z pary wodnej.
- "Masz jakiś lepszy?" - spojrzała na niego z ukosa - "I tak musimy go załatwić."
Już chciała zaatakować jeszcze raz, ale zauważyła nadlatującą w jej stronę żółtą łapę. Natychmiast wystrzeliła się gdzieś do tyłu. Uderzenie olbrzymiej kończyny wzbiło w powietrze chmurę śniegu oraz okruchów ziemi i lodu. Wśród całego tego syfu leciał również magiczny pies, który nazbyt ociągał się z ucieczką.
Starszy z braci nie zamierzał jednak od tak dawać sobą pomiatać. Zanim zdążył osiągnąć najwyższy punkt na paraboli swego lotu, rozciągnął się i zakotwiczył nogę w śniegu. Górną część ciała wystrzelił w stronę olbrzymiej łapy. Zderzył się z żółtą, pokrytą drobną łuską powierzchnią i owinął dookoła niej swe przednie kończyny, po czym zaczął ciągnąć, uniemożliwiając bestii cofnięcie się.
Istota była jednak straszliwie silna i wysiłki Jake'a na niewiele się zdawały. Biedak byłby zmuszony puścić, gdyby nie jego młodszy brat, który właśnie pojawił się znikąd. Był cały uwalony śniegiem, a w dłoniach ściskał miecz. Drąc się na całe gardło, wskoczył na podnoszącą się powoli pięść olbrzyma, przeskoczył kolejne zwoje pokrytych sierścią i kawałkami kolorowych resztek kurtki łap i zaczął machać swym ostrzem tworząc kolejne nacięcia w skórze bestii.
Tymczasem, kilkadziesiąt metrów dalej, Bonnibel kończyła właśnie montować przyniesiony przez siebie sprzęt, który zdążyła naprędce złożyć do kupy przed wyjściem. Było to coś w rodzaju plecaka odrzutowego, który miał zmniejszać skutki odrzutu karabinu. Karabinu, który został właśnie wycelowany w stronę olbrzymiej, żółtej bestii wskazywanej przez kompas z upchniętego do kieszeni kurtki kawałka pergaminu.
- "Gotowa?" - zapytała przyglądająca się różowej Marcelina. O bark oparła trzymany w jednej ręce topór. Druga ręka bawiła się parasolem, który w tym konkretnym momencie nie był potrzebny. Monstrum rzucało wystarczająco dużo cienia.
- "Bardziej już nie będę" - odparła dziewczyna podłączając przewód z przerobionego plecaka do kolby karabinu. Zapaliło się kilka kontrolek w kilku różnych miejscach.
- "Okej. Będę miała na ciebie oko" - uśmiechnęła się wampirzyca unosząc się kilka metrów w górę.
- "Nie wiem czy będziesz w stanie" - zaśmiała się różowowłosa naciskając kilka przycisków na swym naręcznym zegarku. W ułamek sekundy stała się przejrzysta. Widać było tylko niewyraźne zarysy jej sylwetki.
- "Nieźle" - skomentowała Marcelina - "Ale wciąż bez problemu potrafię cię wyczuć. Pachniesz gumą balonową na kilometr" - pokazała swój nienaturalnie długi, spiczasty język - "Poza tym… też tak potrafię" - wyszczerzyła swoje ostre ząbki, po czym rozmyła się w powietrzu - "Powodzenia Bonnie."
- "Powodzenia Marcy."
Seria drobnych eksplozji pokryła żółte cielsko potwora. To Phoebe zrobiła sobie kolejną suchą norkę i zaczęła produkować niewielkie kule ognia z prędkością karabinu maszynowego. Miała szansę zrobić cokolwiek dzięki temu, że cała uwaga monstrum była teraz skupiona na Finnie i ograniczaniu strat w okolicach lewej ręki. Właściwie to w tym momencie nawet bardziej ratowała chłopakowi tyłek. Gdyby nie rozproszyła potwora, to młody bohater zmieniłby się w stygnący w śniegu worek połamanych kości.
Głośny huk wystrzału rozległ się znienacka i prawdopodobnie spłoszył wszystko co żywe w promieniu kilometra. Na jasno-żółtej głowie potwora pojawiła się całkiem spora dziura, z której wystrzeliła niewielka chmurka turkusowej cieczy. Monstrum zawyło przeraźliwie i zaczęło się rozglądać. Nie było jednak w stanie dostrzec przeciwnika, który śmiał zrobić mu tak okropną krzywdę. Ból stępił zmysły co uniemożliwiło dostrzeżenie kolejnego zagrożenia. Ostrze czerwonego topora dzierżonego przez istotę, która zmaterializowała się tuż przed "twarzą" potwora rozcięło powierzchnię wielkiego, czarnego oka.
Bestia zatoczyła się do tyłu wyjąc z bólu. Okazało się jednak, że odchylenie się było tylko taktyczną zagrywką. Potwór wziął zamach prawą ręką, po czym machnął nią niczym cepem posyłając czarnowłosą wampirzycę i wspinającego się po prawym ramieniu bohatera w uszatej czapce w krótki lot ku śniegowym zaspom.
Pęd powietrza wyrwał Marcelinie parasol z ręki, ale gitary nie puściła. Tracąc powoli przytomność przygotowała się na upadek jak tylko było to możliwe w jej sytuacji. Wbiła się w pryzmę śniegu, posyłając całkiem sporą jego chmurę w niebo. Biały puch nieco zamortyzował jej upadek, ale nie wystarczył, żeby ograniczyć obrażenia do zera.
Drugi z posłanych przez potwora w lot walczących nie dotarł do ziemi. Młody bohater został złapany na nogę przez swojego starszego brata. Powoli rozciągając łapę, Jake wytracił prędkość lotu chłopaka, po czym wciągnął go z powrotem na ramię potwora. Chwilę zajęło chłopakowi ogarnięcie się. Oberwał w końcu całkiem mocno.
Ten krótki odpoczynek umożliwiła mu płomiennowłosa, która poderwała się w powietrze i zostawiając za sobą pióropusz ognia i dymu zaczęła atakować prawą rękę potwora. Kule i strumienie ognia zaczęły powoli zwęglać fragmenty żółtej skóry.
Po chwili ponownie odezwał się karabin Bonnibel. Kula z hukiem opuściła lufę i przeszyła głowę monstrum na wylot, unieszkodliwiając kolejne oko. Tym razem dziewczyna nie zmieniła pozycji, tylko kontynuowała ostrzał wywołując kolejne wycieki turkusowego płynu. Widocznie zobaczyła co stało się z Marceliną i nieco się wściekła.
Potwór nie miał za bardzo możliwości by się bronić ze wszystkich stron. Nie zauważył więc ubranego na niebiesko chłopaka ze śmiesznym, zielonym plecaczkiem i zdecydowanie nie-śmiesznym mieczem ze srebrzysto-białego metalu, który znalazł się niebezpiecznie blisko jego głowy.
Dopiero gdy ostrze zagłębiło się w jego ciało w okolicy umieszczonego na czubku głowy dzioba, poczuł, że coś jest nie tak jak być powinno.
- "Phoebe!" - wrzasnął ściskający w dłoni, ociekający turkusową posoką miecz Finn. Zeskakiwał właśnie w stronę wystających z barku potwora, dziwnych wypustek - "Wal w go w dziób."
Dziewczyna z początku nie wiedziała o co chodzi, ale rzut okiem w stronę głowy potwora wiele wyjaśnił. Finn umożliwił bowiem czyste trafienie do wnętrza głowy monstrum, uniemożliwiając mu zamykanie dziobowatej wypustki. Płomiennowłosa uśmiechnęła się szeroko. Unikając bezładnych ciosów potwora, podleciała do jego żółtego czerepu i posłała naprawdę soczystą kulę ognia prosto w upaćkany turkusową krwią otwór.
Wewnątrz potwora rozpętało się istne piekło. Zanim upadł i wyrżnął w jedną z lodowych gór, wyglądał niczym aktywny wulkan. Następnie zaczął się kurczyć i kręcić, aż zniknął w chmurze pary wodnej i dymu. Prawdopodobnie nie zginął. Prawdopodobnie zmienił się w coś małego i niegroźnego. Nikomu z walczących nie chciało się tego sprawdzać.
Rytmiczne odgłosy kroków w śniegu szybko zbliżały się do pobojowiska. Bonnibel wyłączyła kamuflaż optyczny i przewracając się kilka razy dopadła do porzuconego pomiędzy okruchami lodu parasola wampirzycy. Jego zdobiona rączka była pęknięta, a część drutów i rozporników pogięta, ale całość wciąż działała. Różowowłosa wzięła go w wolną dłoń, po czym zaciskając zęby pobiegła w miejsce, w którym wylądowała Marcelina. Padła na kolana, zapadając się częściowo w śnieg i czym prędzej zasłoniła czarnowłosą przed słońcem.
Wampirzyca jęknęła cicho, po czym złapała za rączkę parasola i uśmiechnęła się do Bonnibel. Ostrożnie poruszyła każdą kończyną i, kiedy już miała pewność, że jej ciało zdążyło poskładać się do kupy, podniosła się na nogi.
- "Auć…" - jęknęła masując kręgosłup. Podniosła ze śniegu topór, który wypuściła z dłoni gdy straciła przytomność - "Czasem dobrze być wampirem."
- "Nawet nie wiesz jak się cieszę, że nic ci nie jest…" - powiedziała z lekkim trudem dziewczyna. Uśmiechnęła się szeroko, choć wcale nie wyglądała za dobrze.
- "Wszystko okej?" - zapytała czarnowłosa przyglądając się towarzyszce. Prawa ręka różowej zwisała bezwładnie. Dookoła jej dłoni owinięty był pasek od karabinu. Broń była wleczona po śniegu.
- "Wytłumiacz odrzutu nie zadziałał do końca tak jak powinien" - powiedziała wciąż się uśmiechając. Położyła lewą dłoń w okolicach barku i lekko się skrzywiła - "To nie był najlepszy pomysł…" - szepnęła.
- "Ile razy strzelałaś?" - zapytała zaniepokojona wampirzyca. Rozpięła kurtkę Bonnibel i zsunęła ją z jej ramienia. Następnie zrobiła to samo z różową bluzą. Koszulkę musiała częściowo przedrzeć. Odsłonięty bark dziewczyny był ciemno-różowy, prawie fioletowy. Wyglądał też nieco dziwnie. Jakby nieco zniekształcony.
- "Dużo… Nie pamiętam" - odpowiedziała po serii syknięć, które akompaniowały procesowi odsłaniania rany.
- "Nie wygląda to dobrze…" - mruknęła Marcelina - "Oddaj mi ten karabin, bo jeszcze ci się pogorszy od obciążenia" - powiedziała kucając w śniegu i delikatnie rozplątując obwiązany dookoła palców, syntetyczny pasek. Po chwili broń pacnęła w biały puch. Przy okazji dopiero teraz wampirzyca zorientowała się, że jej ubranie, a zwłaszcza jego tylna część, jest przesiąknięte powoli zamarzającą wodą. Stwierdziła jednak, że są teraz ważniejsze rzeczy do roboty niż przejmowanie się mokrymi gatkami. Jakkolwiek ta myśl mogła zabrzmieć.
- "Żyjecie?" - dało się słyszeć głos Jake'a zbliżający się od strony pokruszonej góry. Towarzyszyły mu dźwięki kroków oraz syk pary wodnej.
- "To było genialne!" - zawołał biegnący za nim Finn. Chłopak lekko utykał i brakowało mu zęba w szerokim uśmiechu, ale poza tym wyglądał na całkiem zdrowego.
- "To był ostatni, co nie?" - zapytała Phoebe. Zbliżyła się do Marceliny i wysuszyła jej ubranie machnięciem ręki.
- "Właśnie!" - zawołał z nieco zbyt dużym entuzjazmem starszy z braci - "To był ostatni. Co teraz?"
He... he... he...
Sorki. To trwało długo. Za długo. Nie mam na swoje wytłumaczenie nic poza brakiem pomysłów. Nie mogę obiecać, że następne update'y będą pojawiały się w jakiś rozsądnych odstępach czasowych, ale postaram się zrobić wszystko co w mojej mocy by to osiągnąć. Nie powinno być to takie trudne, bo mam kilka konkretnych pomysłów.
Wspomnieć muszę również o tym, że był to przedostatni rozdział tego fanficku. Następny - oczywiście - zamknie tą historię, a następna rzecz którą napiszę będzie niespodzianką. Wyjawić mogę tylko to, że będzie oneshotem i będzie dość silnie związana ze światem Chmurki/Burzy nie będąc jednocześnie trzecia częścią. Do niej jeszcze dojdziemy. (mam wrażenie, że mogłem już gdzieś wypaplać o tej niespodziance... jeśli tak, to proszę, zapomnijcie o niej. będziecie mieli niespodziankę :P)
Tradycyjnie już: dziękuję za czytanie. Miło byłoby zobaczyć jakiś feedback. Komentarz, recenzja, pytanie, czy cokolwiek. To naprawdę potrafi zmotywować.
Powracający po prawie miesiącu
~MasterSkorpius
