My Hero Vampire"

Autor: truska93

Ten rozdział dedykuję Eli, która podsunęła mi parę przydatnych pomysłów. Dziękuję, jesteś wspaniała!;*

Również dziękuję wszystkim, którzy komentują moje FF. Naprawdę wiele to dla mnie znaczy;*

Rozdział 11

Bella

Mijały dni, tygodnie, miesiące…

Poniedziałek…

Wtorek…

Środa…

Październik…

Listopad…

Grudzień…

Zbliżało się Boże Narodzenie. Kiedy byłam młodsza bardzo cieszyłam się przygotowaniami, zakupami, prezentami. Tym razem nic nie było w stanie mnie uszczęśliwić. Czas mijał, a ja nadal nie mogłam pozbierać się po tak wielkiej stracie. Starałam się jak najmniej wspominać Edwarda, gdyż sama wzmianka wywoływała u mnie ataki płaczu i drżenia. Jeszcze nigdy nie czułam się tak okropnie.

Właśnie jechałam z mamą do supermarketu po zakupy. Nasza coroczna tradycja. Tata w tym czasie zajmował się wybieraniem drzewka. Już teraz czułam, że te święta nie będą takie same. Z zamyślenia wyrwała mnie mama:

Bello, dalej nie możesz pozbierać myśli? Pogódź się z tym, że nie wszystko trwa wiecznie.

Mamo, o co ci chodzi? Czuje się dobrze, nie musisz się martwić.

Acha, akurat. Bells, mamy święta za pasem, proszę rozchmurz się wreszcie. Pamiętasz, jak mówiłaś do dziadka, że w Wigilię nikt nie powinien sie smucić?

Tak, pamiętam – cóż, znowu wzięło ja na wspominki. Znowu przeze mnie…

Widzisz, a teraz chodź, mamy misje do wykonania – powiedziała z uśmiechem, parkując przed marketem.

Wysiadłyśmy z samochodu i z koszykiem weszłyśmy do środka. Na szczęście ja miałam za zadanie prowadzić wózek z zakupami a mama wkładała potrzebne produkty. W tym roku na wigilię Charlie zaprosił swoich kolegów z komendy. Przyjdą ze swoimi rodzinami. Dobrze, że większość z nich nie ma jeszcze dzieci…

Zaopatrzone w siatki z zakupami opuściłyśmy sklep. Cały czas zastanawiałam się, po co tyle jedzenia. Chociaż z jednej strony taki policjant chyba musi sobie pojeść, skoro ma mieć siłę ganiać za bandytami. Ale w Forks raczej rosły im brzuchy niż żeby uganiali się za przestępcami…

W drodze powrotnej mama nie rozpoczynała żadnej dręczącej mnie rozmowy. Mogłam odetchnąć przed całymi świątecznymi porządkami.

Zaparkowałyśmy przed domem. Przed drzwiami zastałyśmy tatę, który próbował wnieść choinkę do środka. Rozbawiła nas ta sytuacja. Wysiadłam z auta i pomogłam mu.

Dzięki Bells.

Nie ma sprawy. Następnym razem postaraj się o troszkę mniejszą choinkę.

Dobrze, dobrze. Co roku mówisz mi to samo.

I co roku mam rację.

Zaśmiał się. Wróciłam pomóc mamie przynieść zakupy. Było ich troszkę, ale na szczęście uwinęłyśmy się z tym szybko. Pochowałam je i poszłam do siebie na górę. Było, co prawda posprzątane, ale ostatnio wolałam przebywać sama. Nie miałam ochoty z nikim gadać, ani spędzać czasu…

Po upływie kilku minut musiałam jednak wrócić na dół, bo zawołał mnie Charlie, aby pomóc mu przy ozdabianiu naszego drzewka. Stare i zakurzone pudełka, jakie przyniósł ze strychu znów wywołały u mnie napady kichnięć. Wyciągając każdą bombkę, omiatałam ją wzrokiem i dopiero później zakładałam na gałązki. Kiedy sięgnęłam po większą bombkę, ujrzałam w niej swoje odbicie. Na początku nie poznałam siebie. Wyglądałam nieco inaczej: twarz lekko poszarzała, niewielkie zasinienia pod oczami… i wzrok nieobecny, smutny… czy ja naprawdę tak wyglądam?

Odwiesiłam wszystkie bombki i przyglądałam się jak tata wiesza kolorowe lampki. Co pewien czas chichotałam, gdy zaplątywał je wokół siebie zamiast na choince. W końcu po godzinie udało nam się ukończyć ubiór drzewka. Zadowoleni z siebie popatrzyliśmy z końca salonu na nasze dzieło. Dumny Charlie gładził swoje wąsy, gdy mama weszła do pokoju. Zerknęła to na nas, to na choinkę. Po chwili przytuliła nas i całą trójką staliśmy przylgnięci do siebie.

Ach, jak ja lubię święta – westchnęła mama.

Ja też je lubię – odpowiedział Charlie.

Tak, zwłaszcza wtedy, gdy na stole stoi pełno jedzenia – zaśmialiśmy się. Tata wywrócił oczami.

A teraz chodź Bello, musimy przygotować coś dobrego. W końcu jutro Wigilia. Charlie, weź te pudła i zanieś je z powrotem na strych. I bardzo cię proszę, nie przeszkadzaj nam w kuchni.

Ok., ok. A dostanę coś na obiad?

Się zobaczy – zaśmiałyśmy się. Tacie jednak nie było do śmiechu…

Poszłyśmy do kuchni. Niestety nie wiedziałyśmy, od czego zacząć. Na pewno gotować będę ja, bo kulinarne eksperymenty Renee zazwyczaj kończyły się źle. Ale na szczęście potrafiła dobrze piec. I chwała jej za to.

Dobrze mamo, ja zajmę się przygotowaniem kurczaka, a ty upiecz to ciasto jagodowe według przepisu babci. Później wspólnie pokroimy sałatkę.

Ok. A co z rybą?

Myślę, że przygotuję teraz zalewę, a później mi pomożesz, zrobimy ją w galarecie według mojego osobistego przepisu.

Oh, jak to dobrze mieć w domu taką córkę…

Dziękuje ci mamo. Ale teraz weźmy się do pracy.

Tak jest szefowo – zaśmiałam się. Trochę dziwnie się czułam, kiedy wydawałam mamie polecenia.

Nasze kulinarne przedświąteczne przygotowania szły zgodnie z planem. Z piekarnika unosił się cudowny zapach ciasta z jagodami, a ja pichciłam farsz do kurczaka. Postanowiłam przygotować go dzisiaj, a jutro będziemy mieligo tylko wsadzić w piekarnik.

Po skończonej pracy umyłam ręce i poszłam do siebie na górę. Nie miałam już siły. Opadłam na łóżko i przysnęłam sobie. Obudziłam się około 21. Wstałam i poczłapałam do łazienki wziąć lekki prysznic. Umyłam zęby, wyszczotkowałam włosy i wskoczyłam w pidżamę. Kiedy wróciłam do pokoju zrobiło mi się zimno. Podeszłam do okna by je zamknąć. Na dworze zaczął padać śnieg…

Nie pamiętam, o której usnęłam. Obudziłam się wcześnie rano. Dziś Wigilia. Powinien mnie cieszyć ten dzień, ale czułam się normalnie. Tak jak każdego dnia. Zeszłam z łóżka i wyjrzałam za okno. Wszędzie było biało. Nienawidziłam ani śniegu ani deszczu. No cóż, czekają mnie święta spędzone w domu.

Zeszłam na dół na śniadanie. W kuchni zastałam tylko mamę. Charlie pojechał na służbę.

Cześć mamo – powiedziałam zaspanym głosem.

Witaj kochanie. Widzę, że wczorajsze gotowanie dało ci w kość.

Nawet nie. Bardzo lubię sobie coś upichcić.

Bardzo dużo tego „coś" – zaśmiała się. – Ach, byłabym zapomniała. Był dziś listonosz i przyniósł ci list.

List? Do mnie? – zdziwiłam się. Już dość miałam tych listów. Mama podała mi kopertę z lodówki. Ostrożnie ją otworzyłam. W środku była prześliczna kartka świąteczna. Widniał na niej wilk przebrany za mikołaja i choinka w śniegu. Otworzyłam ją, w środku były krótkie życzenia:

Z okazji tych jakże wspaniałych świąt, życzę Ci Bello, abyś każdego dnia była szczęśliwa. Mimo wszystko…" Jacob.

Uśmiechnęłam się. Odkąd wiem, kim naprawdę jest, Jacob stał się moim kumplem. Wyjaśnił mi wszystko miesiąc temu. Naprawdę nie sądziłam, że na świecie istnieją takie stworzenia. A myślałam, że to ja jestem nienormalna…

Mama dziwnie mi się przyglądała. Nie wiedziała o Jacobie. Nie chciałam jej dodatkowo martwić. W końcu przerwałam to milczenie i zaspokoiłam mamy ciekawość:

To kartka od mojego dobrego znajomego.

Edwarda? – zabolało.

Nie. Nie od Edwarda. Mam więcej znajomych niż myślisz.

Cóż, ostatnio rzadko wychodzisz z domu, więc myślałam…

Mamo, a ty znowu swoje.

Przepraszam. Taki już mój charakter.

Ok. Idę do siebie.

A śniadanie?

Nie jestem głodna! – krzyknęłam ze schodów.

Weszłam do swojego pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Odłożyłam kartkę od Jacoba na szafkę, żeby, choć ona sprawiła, że te święta będą fajne. Ubrałam się w długi golf i czarne legginsy. Nie miałam w planach żadnych porządków, więc do kolacji powinnam zostać w tych ciuchach. Usiadłam na parapecie i wpatrywałam się w ścianę lasu za oknem. Rozmyślałam nad rzeczami, jakie wydarzyły się w tym roku. Jeśli chodzi o pozytywy – nie było ich wiele. Większą część mojej listy zajmowały wypadki i rozczarowania. Między innymi odejście mojej największej miłości. Zawsze bolało mnie na samo wspomnienie, ale teraz, gdy jest czas wszelkich podsumowań, mogłam, choć przez chwilę o nim pomyśleć. Odkąd Edward odszedł, nie wiem, co się z nim działo. Z Alice też nie rozmawiałam. Zmieniła swój plan lekcji i w szkole nawet się nie mijałyśmy. Zupełnie, jakbym to ja coś zrobiła. Przez to wszystko czułam się strasznie samotna…

Popatrzyłam w kierunku mojej szafki nocnej. Wypatrzyłam mój odtwarzacz mp3. Sięgnęłam po niego i usiadłam z powrotem na parapecie. Włożyłam słuchawki do uszu i włączyłam go na najgłośniejszy poziom. Wsłuchałam się w słowa piosenki: Within Temptation „ Pale". Za każdym razem gdy słuchałam jej, płakałam. Tak było i tym razem. Po policzkach ciekły mi łzy. Nie wiem, jak, ale autorzy tej piosenki wczuli się w moją sytuację i świetnie ją wyśpiewali. Od trzech miesięcy słucham tylko tego utworu…

Z transu wybudziła mnie mama. Nie słyszałam, jak woła z dołu. Szturchnęła mnie lekko za ramię. Otworzyłam oczy i spojrzałam na Renee.

Przepraszam, zasłuchałam się.

Nie szkodzi. Chodź, pomożesz mi nakryć do stołu.

Jasne, już idę.

Odłożyłam mp3 na szafkę. Na pewno przed spaniem posłucham „mojej" piosenki. Zeszłam do salonu. Tata zdążył wrócić już do domu. Rozkładał właśnie duży stół, a mama szykowała biały obrus. Stałam w drzwiach i przyglądałam się im. Znowu się zamyśliłam. Charlie pomachał mi ręką przed nosem.

Halo, ziemia do Belli, odbiór.

Przepraszam, jakoś tak się zamyśliłam.

Nie szkodzi.

Bells, chodź po talerze i sztućce – powiedziała mama. Pokiwałam głową i ominęłam tatę, idąc do kuchni.

Około pół godziny zajęło nam nakrywanie stołu. Nie spodziewałam się, że będziemy mieć aż tylu gości. Tata zaprosił chyba całą komendę. Po skończeniu pracy w salonie przeniosłyśmy się do kuchni. Włożyłam fartuch, żeby nie poplamić swojego golfa i razem z mamą powoli przygotowałyśmy dzisiejsze potrawy.

Goście zaczęli się schodzić o 18. Charlie pełnił rolę gospodarza, więc grzecznie witał wszystkich gości i zapraszał do salonu. Jako pierwsi pojawili się rodzice Mike'a Newtona, którego matka pracowała na komendzie, jako sekretarka. Nie wiem, po co sekretarka na komisariacie, ale wcale nie dociekałam nigdy prawdy. Później dołączyli państwo Berger oraz Stevens, którzy bardzo przyjaźnili się z moimi rodzicami. Kolejnych gości już nie rozpoznawałam, bo większości nie znałam.

Kurczak dochodził w piekarniku. Mama przebrana już w odświętne ciuchy zabawiała razem z tatą gości. Ja siedziałam w kuchni i pilnowałam wszystkich potraw. Nie nadawałam się do towarzystwa. Po chwili zabrzmiał dzwonek, kolejny już dzisiejszego wieczoru. Z nudów liczyłam każdy i wiedziałam, ile osób ma przyjść. Ci goście akurat przyszli niespodziewanie. Usłyszałam jeszcze, jak mama otwiera drzwi, ale nie wiedziałam, kto przyszedł.

Właśnie wyciągałam z lodówki rybę w galarecie, kiedy ktoś zapukał lekko we framugę. Odwróciłam się.

Jacob?

Nie przeszkadzam? – spytał z uśmiechem na twarzy.

Nie, wejdź. Co ty tu robisz?

Twój ojciec zadzwonił dziś rano i zaprosił nas, znaczy mnie i mojego tatę do was, na kolację. I widzę, że dobrze zrobiłem, przychodząc – powiedział, patrząc na potrawę w moich rękach. Zaśmiałam się.

Tak, wiesz, serwujemy dziś bardzo wykwintne dania.

Widzę, widzę – zaśmialiśmy się. – Może w czymś pomóc?

Nie, poradzę sobie. Być może później się przydasz.

Oczywiście. Służę pomocą.

Siedząc w kuchni nie dąsałam się już. Jacob dotrzymywał mi towarzystwa. Pomagał mi zanosić do salonu różne potrawy. Poznałam też jego ojca, który, jak słyszałam, dlatego jeździ na wózku, gdyż na wojnie dostał kulą w obie nogi. Mój kumpel był bardzo podobny do niego. Goście przyglądali się mu, z jaką gracją kładzie talerze na stole. Śmiałam się ukradkiem z ich min.

Po zakończonej kolacji udaliśmy się z Jacobem do salonu. Razem z innymi śpiewaliśmy kolędy. Oczywiście Jacob próbował śpiewać, ale jakoś nie chciało mu wyjść. Śmialiśmy się z tego. Moi rodzice przyglądali się mi. Wiedziałam, o co im chodzi…

Charlie odprowadził już ostatnich gości do drzwi. Został jeszcze tylko Jacob i jego ojciec.

I jak ci się podobało Billy? – spytał tata.

Muszę przyznać, że dawno nie bawiłem się tak dobrze. Masz miłych kolegów.

Oh, wiem, wiem o tym.

Tylko my też musimy się zbierać.

Odwiozę was. Wiem, że przyjechaliście z Samem.

Tak. Poprosiliśmy go, bo Jacob nie ma jeszcze prawa jazdy – młody Indianin wywrócił oczami.

Ach, kto tu zwraca na to uwagę – powiedział mój przyjaciel.

Cóż, mój drogi, na przykład ja – zaśmiał się Charlie.

Tato, może ja ich odwiozę? – spytałam niespodziewanie.

Ty? Nie boisz się tak późno jeździć?

No co ty, jak możesz we mnie wątpić. Z resztą, Jacob i jego tata pewnie nie chcieliby być odwożeni radiowozem – zażartowałam.

Ok. Skoro chcesz.

Dobra, idę się ubrać. Zaraz będę gotowa.

Pobiegłam na górę. Ubrałam tylko swoje kozaki, płaszczyk i zabrałam z torby kluczyki do furgonetki. Zeszłam na dół. Jacob uśmiechał się szeroko. Chyba spodobał się mu mój pomysł.

Ja już gotowa.

My też.

Idźcie, ja wyprowadzę Billy'ego – oznajmił Charlie.

Ok. Chodź Jacob – wskazałam ręką drzwi.

Wyszliśmy oboje. Otworzyłam furgonetkę. Tata wraz z Jacobem posadzili do środka starszego Indianina. Jacob usiadł obok mnie. Zamknął za sobą drzwi a ja odpaliłam silnik. Ruszyliśmy.

Kurcze, myślałem, że boisz się prowadzić w nocy.

Ja? A skąd.

He he, naprawdę. Uwierz mi, moja siostra nie jest taka odważna.

Ty masz siostrę?

Nawet dwie.

Następnym razem jak się spotkamy opowiesz mi o nich, co?

Jasne, nie ma sprawy. A teraz, o czym chcesz pogadać?

Nie wiem. Mów coś, ja się skupie na drodze.

Ok. Opowiem ci kilka dowcipów, jakie Quil ostatnio mi sprzedał.

Dajesz.

Przez całą drogę śmiałam się jak głupia. Nieco rozbolał mnie brzuch. Wysadziłam Jacoba i jego tatę w La Push i zawróciłam do domu. Po drodze jednak zaczęłam się bać. Pewnie, dlatego, że jechałam sama. Żeby zagłuszyć myśli, włączyłam radio. Leciały w niej same świąteczne piosenki . „Last Christmas" czy „ Jingle Bells". Atmosfera świąt mnie nie opuszczała…

Pod domem zaparkowałam o 23. Było ciemno i ślisko. Zaczął padać śnieg. Ostrożnie wysiadłam z furgonetki i uważając na oblodzony teren przekradłam się do środka. Rozebrałam się z płaszcza i butów. Kiedy zajrzałam do salonu, wszystko było już posprzątane. Przeszłam do kuchni. Przy stole siedziała mama. Popijała coś gorącego.

Już jesteś.

Cześć. Widzę, że się uwinęłaś.

Tak, tylko naczynia pomyję jutro.

A tam jutro, ja to zrobię teraz.

Bells, jest już późno. Chodźmy spać.

Spokojnie, ty idź się wyśpij, dość się dziś napracowałaś. Ja tu pozmywam.

Oh, kochanie. Dziękuje ci – wstała od stołu i ucałowała mnie w czoło.

Kiedy wyszła, podwinęłam rękawy i wzięłam się za zmywanie. Część włożyłam do zmywarki a część umyłam w zlewie. Całe mycie zajęło mi zaledwie godzinę.

Po skończonej pracy zmęczona powlokłam się na górę. Każdy schodek pokonywałam z ogromną trudnością. Miałam już otwierać drzwi, kiedy usłyszałam za nimi cichą melodię. Dziwne. Nie włączałam dziś odtwarzacza. Otworzyłam drzwi i zaświeciłam światło. Pusto. Z mojego odtwarzacza płynęła prześliczna melodia. Aż dech zaparło mi w piersi. Na łóżku leżała kremowa karteczka. Ostrożnie podeszłam i wzięłam ją w ręce. Ktoś pięknym (i znajomym) pismem napisał dwa słowa:

Bądź szczęśliwa

Z wrażenia usiadłam. Melodia coraz bardziej się oddalała…