14.

Owutemy zdała śpiewająco. Chyba. Powinna sprawdzić jeszcze raz te pytania… Tak, na pewno powinna je sprawdzić. Nie była pewna odpowiedzi na dwudzieste trzecie b z Zaklęć. I pięćdziesiąte szóste z Transmutacji. A może coś źle zrobiła przy Eliksirach… Na pewno poszło jej źle. Na pewno.

– Hermiono, wyluzuj! – Ron w końcu złapał się za głowę. Był ostatni dzień szkoły, jasny i ciepły, a oni siedzieli nad jeziorem, pod drzewem, które nazywali „swoim". – Dlaczego ty zawsze musisz przechodzić przez to jeszcze raz?

– Wolę być pewna, Ronald. Wyniki dostaniemy dopiero w lipcu.

Harry prychnął i wyciągnął się na trawie, z zazdrością obserwując tulących się Rona i Lavender. Zerwał z Ginny tuż po akcji z Malfoyem. Weasleyówna nie była szczęśliwa, że pomogli Hermionie i podobno użyła zbyt wielu słów opisujących jego przyjaciółkę. Przeszło mu dość szybko, głównie ze względu na to, że ostatnio, gdy poszli do Hogsmeade, spotkał kuzynkę właściciela sklepu Zonka, która była charłaczką i nie miała pojęcia kim Harry jest. Chwilowo pisali do siebie listy. Z tego, co Hermiona wiedziała, to Lena nie miała jeszcze pojęcia kim Harry jest (dużo pomogło, że przedstawił się jako Harry Evans i ukrył bliznę, choć pewnie będzie musiał się z tego gęsto tłumaczyć).

– Po co ci wyniki? Dumbledore i tak dał ci już robotę. Wracasz tu kiedy?

– Pod koniec sierpnia. Boję się tego trochę. Będę uczyć Ginny. Ale to nie oznacza, że mam mieć niskie wyniki, Harry.

– Nie ma szans, żebyś kiepsko napisała owutemy. A co do mojej siostrzyczki… Pisz do mojej mamy, jakby co. Ona sama jest ostatnio cięta na Ginny.

Lavender zachichotała.

– No i będziesz miała możliwość poznać bliżej Snape'a.

– Daj spokój. Widziałaś jak mnie traktuje? Jeśli to są oznaki zainteresowania, to Harry ma kolejnego fana, który chce wepchnąć mu się do łóżka.

Zaśmiali się, ale dla Hermiony był to nieco gorzki śmiech. Mistrz Eliksirów traktował ją naprawdę nieprzyjemnie. Był wredny, złośliwy, chłodny, odejmował punkty za byle co, ale – zaskakująco – nigdy nie było to z powodu jej wolnej pracy. Pansy przez pierwszy tydzień marudziła, ale z czasem doszły do porozumienia. Ona pomagała jej w Zaklęciach w zamian za pomoc w Eliksirach. Snape pewnie nigdy się do tego nie przyzna, ale była pewna, że to dzięki niemu podczas owutemów miała czas wydłużony do czterech godzin, a przy tych, w których liczył się czas, zawsze jej ktoś pomagał, jeśli jej teoria była poprawna. Ale i tak nie sądziła, by poszło jej lepiej, niż na Powyżej Oczekiwań. Na Wybitny była zbyt nieudolna. Harry, koniec końców, zdecydował się na profesjonalną grę w Quidditcha, a Ron postanowił pomóc bliźniakom w sklepie. Lavender miała w planach zająć się modą dla wiedźm. Hermiona niezbyt się na tym znała, ale była pewna, że jej koleżanka będzie w stanie przebić samą Madame Malkin.

Gdy zabrzmiał dźwięk, który nawoływał ich do Wielkiej Sali, Lavender mruknęła coś o „odwiedzeniu Parvati, później przyjdę", po czym pobiegła w kierunku grobów. Hermiona wzięła Rona pod ramię, Harry ją objął i – po raz ostatni – ruszyli razem, we trójkę, do Hogwartu.

vOvBvOvBvOvBvO

Uczta Pożegnalna była przepyszna i ona, chyba jako jedyna, nie czuła smutku. Przecież za półtora miesiąca i tak wróci do szkoły. Co prawda już nie jako uczennica, ale jednak. Do tego – na pocieszenie – Dumbledore ogłosił, że w lipcu on i profesor McGonagall biorą ślub i zaprasza wszystkich, którzy będą mieli możliwość i ochotę się pojawić. Ostatnim razem słyszała takie owacje pod koniec drugiej klasy, gdy odwołano egzaminy. Nauczycielka Transmutacji była czerwona, ale zaczęła przypominać dorodnego buraka dopiero po tym, jak profesor Snape nachylił się i szepnął jej coś do ucha z wrednym uśmieszkiem. Spekulacje na temat tego, co jej powiedział, były coraz dziwniejsze. Począwszy od propozycji trójkącika (obrzydliwość), poprzez żarty na temat ssania starego korzenia (ugh… wolała o tym nie myśleć), aż po zastraszenie, że jeśli zabierze jego ukochanego, to zginie (jeszcze większa obrzydliwość). Pomysły były paskudne i ciągle na tym samym poziomie, więc zamiast stać na korytarzu Hogwart Expressu, weszła do przedziału, który zajmowali w piątkę: Ron, Lavender, Harry, Neville i ona. Byli już blisko Hogwartu, gdy Neville zmarszczył czoło i zapatrzył się za okno.

– Co się dzieje, stary?

– Wiesz co… Mam wrażenie, że widziałem jakiegoś kruka. Tak samo wielkiego jak ten, który przez te miesiące był z Hermioną.

Dziewczyna rzuciła się do okna, otworzyła je i nie zdążyła nawet wystawić głowy (zapominając, że to zabronione i niebezpieczne), gdy duży, czarny kształt wleciał do środka. Pokręcił się trochę po przedziale by, po chwili zastanowienia, wlecieć prosto w ramiona Hermiony, która rozpłakała się z ulgi. Przez cały ten czas niby wiedziała, że nic mu nie jest, ale zobaczyć to, to było coś zupełnie innego. Głaskała go przez całą resztę podróży, a on chętnie się temu poddawał. Reszta taktownie zmilczała i rozmawiali o zupełnie czym innym.

– Koniecznie musimy być w kontakcie – mruknął Ron, gdy pociąg zaczął zatrzymywać się na stacji w Londynie.

– Listownie? – To była Lavender.

– To też. Ale może się spotkać? – Neville.

– Raz na dwa tygodnie w sobotni wieczór? – Harry.

– W Hogsmeade. To blisko zamku i każdy z was bez problemu może przenieść się tam za pomocą proszku Fiuu. – Hermiona.

Mortifer zakrakał, Teodora zakumkała, Hedwiga i Świnka zahukały kilka razy, a Krzywołap miauknął, więc wszyscy obecni wyrazili swoje zdanie (choć Krzywołap po prostu narzekał na to, że musi być w zamknięciu, podczas gdy jego pani głaskała tego… tego… ścierwojada). Pani Weasley przywitała ich wszystkich, rozpłakała się, przytuliła ich po raz drugi, zaprosiła do Nory (Hermiona, Lavender i Neville odmówili – mieli swoje rodziny) i zabrała swoje dzieci (plus Harry) z sobą. Hermiona ucałowała swoich rodziców, którzy lekko się zdziwili na widok Mortifera, po czym wsiedli do samochodu i dwie godziny później byli w domu. Nie zdążyła się nimi nacieszyć, gdy dostali wiadomość na pagery, że jest potrzebna pomoc w klinice.

– Wybacz, kochanie. Musimy iść. Jeśli nas wołają, to pewnie jest coś nie tak.

– Jutro będziemy świętować, dobrze?

– Uważajcie na siebie!

Gdy zamknęły się za nimi drzwi odetchnęła i weszła do swojego pokoju, Krzywołap za nią. Kiedy miała jedenaście lat ściany były różowe i wszystko było pokryte koronkami, co było pomysłem jej mamy. W wieku lat szesnastu zażądała remontu i tak jej pokój był utrzymany w tonacji błękitno-beżowej, co w jakiś sposób ją uspokajało. Postawiła Mortifera na biurku i zaczęła rozpakowywać rzeczy. Co prawda niedługo będzie musiała znów je pakować, ale nie lubiła żyć „na walizkach". Zastanawiała się, czy wypakowywać książki, gdy krakanie zwróciło jej uwagę. Mortifer stał na książce, którą rozpoznała, jako powieść kryminalistyczną i energicznie stukał dziobem w jakieś zdanie. Pochyliła się i przeczytała na głos:

– „Wyciągnął broń, czując się zagrożony." A tobie o co chodzi?

Kruk wzniósł oczy do nieba, pokręcił głową i stuknął ponownie w linijkę. Ach. Wers niżej.

– „Mam pewien sekret, o którym muszę ci powiedzieć."? Masz sekret? O co chodzi?

Mortifer przerzucił kilka stron, po czym dziobnął następne zdanie.

– „Obiecaj, że najpierw mnie wysłuchasz, a później zareagujesz. To ważne". Hmmm… No, nie wiem czy mogę. – Ponownie dźgnął to drugie zdanie, więc ciężko westchnęła. – Dobrze. Wysłucham. O co chodzi?

Wzbił się w powietrze, zawisnął nad środkiem pokoju, raz zakrakał i sekundę później, tuż przed nią, stał jej Mistrz Eliksirów, w pełni swojej glorii.