Pewien Lis siedzi samotnie w swoim skromnym mieszkaniu, aż w pewnym momencie przychodzi do niego pewna kobieta. Niski brązowy kojot zbliżał się powolnymi, acz pewnym siebie krokiem. Lis obrócił się do niej na swoim obrotowym stołku. Zupełnie podobnym do tych, które znajdują się w szpitalach i klinikach.
-Witaj Elizabeth.
Głos lisa był obniżony i podgłośniony przez sprytne narzędzie jakie nosił na twarzy. Wpłynął on trochę negatywnie na nastrój samicy kojota.
-Mówiłam Ci, Z, żebyś mówił do mnie moim imieniem.
Była nad wyraz zirytowana, a jej głoś brzmiał tak boleśnie dla uszu jak ciernisty krzew owinięty wokół nogi. Lis jednak przyjął to na siebie ze wielkim spokojem.
-Wybacz mi Beatrycze. Nie myślę już o tej porze. Proszę, usiądź tu przy mnie przy oknie.
Beatrycze popatrzyła się na lisa z litością, gdyż domyślała się już, że gdzieś w jego duszy jest krwotok. Stara rana została po latach rozerwana. Pękła wraz z kajdanami jakie lis z siebie ściągnął mimo, że znał konsekwencje. Posłuchała jego prośby i usiadła przy oknie.
-Ona nadal nie daje Ci ukojenia w myślach. Czyż się nie mylę?
-Tak.
Spokój lisa był niesamowicie silnie oddziałujący na choleryczny temperament Beatrycze.
-Była dla mnie wszystkim. Nadała memu światu sens. Niestety tylko na krótką chwilę.
-To dlatego mnie wybrałeś Z? Jestem do niej podobna.
-Tak, ale tylko w podświadomości. Twoje zdolności są mi bardzo potrzebne.
Beatrycze zamyśliła się moment patrząc przez okno na świat za szkłem.
-Czy to co robimy jest dobre, Z?
-Tak Beatrycze.
-To dlaczego nie pozwolą nam zmienić świata.
Lis wstał i podszedł do kobiety. Nachylił się nad nią tak bardzo nisko, że niemal położył głowę na jej barku. Ona wiedziała, że stoi tuż za nią, ale nie oderwała wzroku od okna. Oznaczało to, że ufa temu ssakowi. Mimo tego, że ten ssak przerażał miliony, ona się go nie bała.
-Oni są martwi. Ich umysły są kontrolowane, a ich uczucia... Większość z nich pewnie nawet nie wie, że ja ma. Oszukują sami siebie mówiąc, że są wolni. W ich świadomości to prawda, ale nie wiedzą czym jest prawdziwa wolność. Nie uznają takich pojęć jak "Ja" lub "Być". Zamiast tego jest "My" i "Mieć". istnieją jeszcze tacy jak my na tym świecie, którzy gdyby tylko poznali nasze intencje to poszli by za nami. To właśnie ich poszukuje. Niedługo oni odegrają w naszym planie kluczową rolę.
-Ale Pan powiedział by nie zabijać.
Lis trochę się zezłościł, ale zamaskował to głęboko w środku.
-Tak, ale ja zabijam tylko tych, którzy na to zasłużyli. Pan na pewno zrozumie, że robię to dla dobra innych, a jeśli nie to jestem skłonny poświęcić swoją duszę by oni ją uchowali.
-Wtedy jej nie zobaczysz.
-Nie muszę. Wiedza, że jest przy mnie jest ukojeniem dla mnie.
-A jednak tęsknisz.
-Dlatego, że nie jestem martwy. Moje uczucia nadal płoną.
Beatrycze znów się zamyśliła. Wtedy lis usiadł przy niej na ziemi. Widząc to, wiedziała, że nie godzi się by ona siedziała wyżej od niego. Wstała, więc z krzesła i odsunęła je. Następnie usiadła po jego prawej stronie. Również na podłodze.
-Słyszysz Beatrycze.
-Nic nie słyszę Z.
-To cisza.
Beatrycze nie odezwała się przez pół minuty by skupić się na kojącym dźwięku ciszy. Jednak nie mogła się powstrzymać od kolejnego pytania.
-Czy znalazłeś już dym rewolucji?
-Myślę, że tak.
-Kim on jest.
-Jak ja jestem początkiem to on będzie końcem mojego dzieła.
-Poprze Cię?
-Będę go o to prosić.
-Czy to co robimy jest dobre?
-Tak.
-Czy my jesteśmy Ci dobrzy?
-Tak, to my jesteśmy tymi dobrymi...
Postanowiłem zrobić sobie krótką przerwę. Podczas tej przerwy przeanalizowałem dokładnie każdy rozdział opowiadania jaki napisałem. Uznałem, że niektóre opisy są za długie. Powstawały przez to "Ściany tekstu", które mogą być trochę niewygodne w czytaniu. W dodatku czasami miałem wrażenie, że niektóre opisy są przesadnie szczegółowe, a ich etapy są w złej kolejności. Powinno być od ogółu do szczegółu, a nie zawsze tak było. Jak chodzi o długość rozdziałów to postanowiłem, że skrócę je. Licznik wskazuje mi liczbę słów. Ogólnie rozdziały mają około od 2300 do 2800 słów. Postanowiłem trzymać się od teraz tej dolnej granicy. Wyjątkiem jest rozdział 10. Celowo uczyniłem go dłuższym (4541 słów). Z paru powodów. Po pierwsze jest to finałowy rozdział pierwszej części opowiadania. Pierwszej z trzech. Drugim powodem jest to, że chciałem wlać w niego najwięcej istotnych wydarzeń oraz mnóstwo emocji. Dlatego w ostatnim rozdziale 1 części mamy sceny: lekko romantyczne, smutne, z dreszczykiem, zabawne, filozoficzne. Ostatnim powodem jest moje lekkie lenistwo. Nie chciało mi się dzielić tego rozdziału na 2 części lub zrobić dwa rozdziały, ponieważ rozdział musi mieć taki moment, który ewidentnie i wyraźnie go kończy (przynajmniej według mnie). Nie mogę urwać rozdziału w byle jakiej scenie. Do tej pory chyba już raz, w którymś rozdziale tak zrobiłem. Generalnie staram się kończyć rozdziały na jakimś napięciu lub przeciwnie, na scenie gdzie nie dzieje się nic. Najwygodniejsze jest skończenie rozdziału wraz z chwilą gdy główny bohater zasypia, ale nie jest to zbyt "ładne", dlatego będę teraz tego unikał. Na koniec powiem tylko jeszcze, że do tej pory rozdziały pisałem, nazwijmy to, na sprintera. Miałem wenę, miałem ułożony schemat przebiegu wydarzeń w rozdziale i zamiast zastanawiać się nad każdym fragmentem z osobna i poprawianiem fragment po fragmencie, pisałem jak tylko mi w głowie zagrało. Poprawki robiłem dopiero po napisaniu całego rozdziału. Od teraz będę przemyślał każde zdanie jakie umieszczę w opowiadaniu. Uważam, że dzięki temu będzie lepsze.
