Wyzwoleni starali się być bardzo dyskretni w obserwowaniu budynku kliniki, ale Rosja ich widział. Zdawał sobie też sprawę, że muszą wiedzieć o jego obecności. Na razie jednak tylko go pilnowali, gotowi unieszkodliwić go w momencie, w którym zdecyduje się wykonać ruch i wejść do budynku.
Nie szkodzi, niech sobie go pilnują. On nie będzie się ruszał ze swojej bezpiecznej kryjówki. Z najlepszego miejsca będzie patrzeć, jak morderca jego siostry ponosi zasłużoną karę.
Pod główne wejście podjechał czarny van bez oznaczeń, ale Rosja wiedział, że to Wyzwoleni nawet bez błękitnego symbolu. Uniósł niewielką lornetkę do oczu i przyjrzał się uważnie.
Z auta wysiadło kilku ludzi, wśród nich jeden z rękoma skutymi na plecach i kurtką zarzuconą na głowę. Tuż przed wejściem, gdy jeden z czarno odzianych mężczyzn otwierał drzwi, więzień szarpnął się, próbując ucieczki. Powstrzymały go czyjeś silne ręce. Kurtka spadła na ziemię.
Rosja głośno wciągnął powietrze. To był on.
„Jeszcze chwilę", powiedział do siebie, głaszcząc palcem niewielki włącznik, który trzymał w ręku. „Jeszcze chwilę, a jednym ruchem pozbędę się tej kliniki".
A potem zniszczy Wyzwolonych.


- Co się tutaj dzieje? – padło od drzwi, a Szwecja poczuł, jak jego ciało sztywnieje. Jednak wycelowana w niego broń i głośny okrzyk ochroniarza Wyzwolonych nie zrobiły na nim takiego wrażenia, jak widok przerażonego Petera, uczepionego pustego rękawa Islandii.
- Tato! – zawołał chłopiec, gdy dostrzegł Berwalda. Jednak gdy spróbował zrobić krok w jego stronę, ciężka ręka drugiego ochroniarza spadła mu na ramię. Szwecja głośno wciągnął powietrze, nie poruszył się jednak ani o milimetr czując, że przytrzymujący Norwegię Dania również znieruchomiał.
- Natychmiast odsuńcie się od okna! – wrzasnął ten, który trzymał broń. Wyglądał na mocno zaskoczonego całą sytuacją, pistolet w jego ręce lekko drżał. Gdy żadne z państw nie zareagowało, ryknął. – No jazda!
Szwecja poczuł, jak Dania pomaga zejść z parapetu Norwegii. Potem rozluźnił ręce i puścił jego nogi.
- Co się stało? Dlaczego mnie puściliście? – zawołał Korea, który nie zdołał przejść na drugą stronę. Uderzył pięścią w ścianę, ale nie dostał odpowiedzi. - Nie… nie zostawiajcie mnie tutaj samego!
Jednak nikt nie mógł mu teraz pomóc.
- Spokojnie, ta broń nie będzie konieczna – zaczął Dania, robiąc niewielki krok w stronę Wyzwolonych. Zatrzymał się, gdy broń wymierzyła w niego, i odruchowo uniósł ręce do góry. – Bez nerwów, koleś!
- Nie jesteśmy uzbrojeni – odezwał się Norwegia z trudem. Palący ból w piersiach na szczęście ustępował. - Nie chcemy niczyjej krzywdy…
Nagle urwał, wpatrując się w Islandię. Dopiero teraz zauważył jego okaleczoną rękę.
- Kto…? – zapytał cicho i ruszył w jego stronę, nie zważając na ostrzegawcze posykiwania Danii i broń, która skierowała się w jego stronę. – Kto ci to zrobił?
- Stój! – wrzasnął ochroniarz, ale Norwegia nawet na niego nie spojrzał. – Stój albo cię zastrzelę!
Nagle czyjaś ręka chwyciła Norwegię za ramię i ścisnęła mocno.
- Puszczaj! – zawołał, próbując się oswobodzić, ale był zbyt słaby.
- Przestań – usłyszał. Szwecja wbijał straszne spojrzenie w jego twarz, zaciskająca rękę mocniej na ramieniu Norwegii. Potem skierował wzrok w bok, na drugiego ochroniarza. Norwegia również tam spojrzał i dopiero teraz zrozumiał.
Drugi mężczyzna trzymał bladego z przerażenia Petera i przystawiał mu pistolet do głowy.
- Jeśli myślicie, że nic mu nie będzie nawet jak strzelę, to możecie tego gorzko pożałować – powiedział, ze złośliwą satysfakcją przypatrując się nagle oklapłemu Norwegii i nagle pobladłemu Szwecji. Berwald, dotknięty strasznym przeczuciem, spojrzał pytająco na stojącego niedaleko Islandię. Gdy ten ledwo zauważalnie skinął głową, oczy Szwecji pociemniały ze zgrozy.
- Nie zrobiliście im tego – powiedział, choć znał prawdę. Wyzwolony tylko się roześmiał.
- Zrobiliśmy to każdemu z was – odpowiedział i natychmiast spoważniał. - A teraz wszyscy pod ścianę! – wrzasnął.
Tym razem usłuchali.
- Ty i ty – odezwał się znowu ochroniarz, wskazując na Ukrainę i Norwegię. – Nie wolno wam tu być. Pójdziecie z nami, reszta zostaje.
- Dokąd ich zabieracie? – zapytał Dania, kiedy Ukraina i Norwegia posłusznie podeszli do Wyzwolonych, którzy wciąż nie przestawali grozić bronią.
- Nie twój interes – odpowiedział ten, który mierzył do Petera. Stanął przy drzwiach wyjściowych i ruchem głowy nakazał swojemu towarzyszowi, by je otworzył. Ten wyciągnął kartę magnetyczną i zbliżył ją do czytnika przy zamku. Drzwi szczęknęły cicho i rozwarły się na oścież.
Wtedy nagle powietrze przeciął krzyk Korei.
- Peter, na ziemię!
Chłopiec w porę skulił się, na ile mógł, by nie dostać w głowę rzuconym z wybitego okna kawałkiem stali. Trzymający go mężczyzna odruchowo uniósł ręce, by chronić twarz, dzięki czemu Sealandia zdołał się wyswobodzić.
Drugi z ochroniarzy puścił drzwi, ale nie zdążył pomóc swojemu towarzyszowi, gdy niespodziewanie Ukraina wpadła na niego z impetem, wbijając mu łokieć w bok. Mężczyzna zwinął się z bólu, ale nie wypuścił broni. Zdołał kopnąć dziewczynę w kolano, na co krzyknęła i upadła.
- Ty cholerna… - syknął i przystawił jej pistolet do skroni.
- Zablokujcie drzwi! – ryknął Dania widząc, jak nieoczekiwanie otwarte wyjście powoli się zamyka, a tuż obok Ukraina jest w niebezpieczeństwie. Ruszył w stronę dziewczyny, choć wiedział, że nie zdąży.
Tuż obok niego śmignął Islandia, który w biegu rzucił się na podłogę i ślizgiem dotarł prawie pod same drzwi. Wyciągnął zdrową rękę, ale wciąż był za daleko.
- Nie! – zawołał, gdy ciężkie skrzydło musnęło czubki jego palców.
Wtedy poczuł, jak coś go przygniata do ziemi, niemal miażdżąc mu żebra. To Peter doskoczył do Islandii i potykając się o niego, wetknął rękę między drzwi. Stęknął, gdy skrzydło przytrzasnęło mu ramię.
- Nie tak prędko – warknął ten z ochroniarzy, który wcześniej groził Sealandii. Wyciągnął rękę z pistoletem i wymierzył w leżące pod drzwiami państwa. Z jego skroni ciekła krew. - Nie myślcie, że ze mną pójdzie wam tak łatwo.
Głośny jęk jednak odwrócił jego uwagę. Jego towarzysz zachwiał się nad Ukrainą i nagle upadł, prawie ją zgniatając. Za nim, z uniesioną nad głową gaśnicą, stał zdyszany Norwegia. Dania, który właśnie do nich dobiegł, popatrzył na niego zaskoczony.
- Znowu gaśnica była pod ręką? – zapytał z przekąsem, wyciągając rękę do Ukrainy.
Nim Norwegia odpowiedział, padł strzał. Sealnadia krzyknął, gdy kula świsnęła mu nad głową i wbiła się w drzwi.
- Chybiłem. Ale następnym razem zrobię to jak trzeba. – rzucił drugi ochroniarz. Przesunął ramię w bok, celując w kolejne państwa. – Mamy prawo was unieszkodliwić, jeśli tylko nas zaatakujecie. Więc od kogo by tu zacząć? Może od ciebie? – wymierzył do Ukrainy, która skuliła się obok Danii. Potem lufa przesunęła się w stronę Norwegii. – A może od ciebie? W końcu to wy zaatakowaliście mojego kolegę. Ale wiecie co? Pierwszy będzie ten, który to wszystko zaczął.
Uniósł lekko broń, kierując ją w stronę okna, przez które przeciskał się Korea.
- To będzie nauczka dla reszty, że nie wolno rzucać w ludzi ciężkimi przedmiotami – powiedział jeszcze, a potem wystrzelił.
Ktoś krzyknął, prawdopodobnie Ukraina. Korea powoli zsunął się z parapetu, jego ciało gruchnęło o podłogę, na rozbite wcześniej szkło. Po chwili dźwignął się z jękiem na łokciach.
- Żyję? – wystękał z niedowierzaniem. Spojrzał w stronę strzelającego i głośno wciągnął powietrze.
Kilka kroków przed nim, zwrócony do niego tyłem, stał Szwecja. Jego lewa ręka zwisała bezwładnie wzdłuż ciała, rękaw koszuli był poszarpany, a z dłoni ciekła krew.
- Zwariowałeś?! Twoja ręka jest… – zawołał do niego Yong Soo, ale Berwald nie słuchał. Ruszył w stronę zaskoczonego Wyzwolonego.
- Nie zbliżaj się do mnie! – krzyknął ochroniarz, przerażony wyrazem twarzy Berwalda. Wystrzelił ponownie, ale kula pofrunęła nad głową Szwecji i wbiła się w ścianę pod rozbitym oknem. Tynk posypał się Korei na głowę.
Mężczyzna więcej nie strzelił. Potężny zamach, który wziął Berwald, wytrącił mu broń z ręki, kolejny cios rozbił mu wargę. Nim się otrząsnął poczuł, jak na jego szyi zaciskają się śliskie od krwi palce.
- Nikt nie będzie groził mojej rodzinie – usłyszał tuż przy uchu, każde słowo było wymawiane z naciskiem. Uniósł spojrzenie na twarz Szwecji i struchlał z trwogi.
„Potwór…", zdążył pomyśleć, nim na jego głowę spadł grad ciosów.
Pozostali patrzyli ze zgrozą na rozgrywającą się przed ich oczami scenę.
- On go zabije… - powiedziała cicho Ukraina. Zakryła usta dłonią, gdy nos Wyzwolonego złamał się z głośnym chrzęstem.
- Przestań! – zawołał Korea, który wciąż leżał na potłuczonym szkle. – Chcesz go zatłuc?!
Szwecja jednak nie reagował. Jak w amoku uderzał na oślep, a gdy zmaltretowany ochroniarz stracił przytomność i wyślizgnął się z jego zakrwawionej ręki, zaczął go kopać.
Wtedy poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę. Spojrzał za siebie.
- Już wystarczy – powiedział Dania ze śmiertelną powagą. Berwald strząsnął jego dłoń.
- Nie mów mi, co mam robić! – warknął wściekle. Schylił się, chwycił bezwładne ciało za przód koszuli i uniósł, gotów uderzyć ponownie.
- Nie wolno nam zabijać ludzi! – Dania nie dawał za wygraną. Złapał Szwecję za zranioną wcześniej rękę i ścisnął mocno, próbując go powstrzymać. Berwald syknął z bólu, szarpnął się, ale bezskutecznie. Pobity ochroniarz ponownie wysunął mu się z rąk i opadł na podłogę. – Słyszysz?! Nie wolno nam!
- Teraz już wolno!
Dania zgrzytnął zębami. Pociągnął mocno za zranioną rękę Berwalda i szarpnięciem odwrócił go do siebie. A potem wymierzył mu w twarz cios, który siłą dorównywał tym z czasów dzielących ich wojen.
- Opanuj się, ty ślepy kretynie! – wrzasnął na niego. Chwycił go za koszulę tuż pod szyją i potrząsnął mocno. – Straciłeś rozum?!
- Groził wam, groził Peterowi! – odparował Berwald. – Straszył, że go…
- Teraz ty go straszysz!
Wzrok Szwecji uciekł w bok, w stronę drzwi, pod którymi wciąż leżał Sealandia i Islandia. Obaj patrzyli na Berwalda z przestrachem, ale przerażenie w oczach Petera najbardziej go zraniło. Poczuł, jak cała energia go opuszcza, a ręce, które zaciskał na ramionach Danii, opadają bezwładnie.
- Prze… przepraszam, ja… - powiedział w końcu. Dania jeszcze przez chwilę przyglądał się jego twarzy i dopiero potem go puścił.
- Uspokoiłeś się? To dobrze – odpowiedział i wyciągnął do niego rękę. – Pokaż tę dłoń, jesteś ranny.
- Czy on… żyje? – zapytał jeszcze Berwald, nie mając odwagi spojrzeć na leżące na podłodze ciało.
- Żyje – odpowiedziała Ukraina, która uklękła przy pobitym. Wyraźnie odetchnęła z ulgą. – Mocno krwawi, ale żyje. Jeśli nie będziemy go za bardzo ruszać, to wyjdzie z tego.
- W jednym z pokojów na końcu korytarza widziałem środki opatrunkowe – odezwał się Dania. Norwegia skinął głową i ruszył we wskazanym przez niego kierunku.
Islandia podał Sealandii jakiś przedmiot, by ten mógł zablokować nim drzwi. Był to najzwyklejszy w świecie kran, którym wcześniej rzucił Korea.
- Jakoś mi się to niezbyt dobrze kojarzy – mruknął Islandia, ale zaraz pokręcił przecząco głową, zauważając pytające spojrzenie Ukrainy. Wolał nie dokładać jej zmartwień i nie wspominać brata. Peter zaś zmarszczył brwi, jakby usilnie starał się przypomnieć sobie coś ważnego.
- Czy wy dwaj moglibyście nie rzucać przedmiotami, które do tego nie służą? Uwzięliście się jeden z drugim, czy co? – narzekał głośno Dania, lekko popychając Berwalda, by usiadł na podłodze.
- Nie mogłem przecież wpaść wam na ratunek nieuzbrojony – zaperzył się Korea, który klęknął obok Ukrainy, by pomóc jej przy nieprzytomnym ochroniarzu. – Wziąłem, co było pod ręką.
- Miałeś kran pod ręką? – zapytał Islandia.
- Zabrałem z łazienki.
- Wyrwałeś kran…? Dobra, nieważne – Dania pokręcił głową. – Ważniejsze jest, jak udało ci się wyjść na okno. Wspiąłeś się po ścianie?
- Zrobiłem to, co powinienem zrobić wcześniej zamiast was wszystkich dźwigać – odparł Korea, odbierając od Norwegii środki opatrunkowe i podając je Ukrainie. – Podstawiłem szafkę z jednej z sal.
- Czyli jednak ciężko było ci podnieść Ukrainę – mruknął Norwegia, na co Yong Soo sapnął obrażony.
- Dobrze, że choć jedna osoba poza mną tutaj myśli – skomentował Dania, odwijając rękaw Szwecji. Choć dobry humor zdawał się mu wracać, nagle zmartwiał. – Twoja ręka…
Ramię Berwalda od łokcia w górę było straszliwie rozorane, kula przeszła przez ciało rozrywając skórę i mięśnie, ale właściwie tylko powierzchniowo. Rana, choć wyglądała paskudnie, nie była zbyt głęboka.
W gorszym stanie była dłoń, która właściwie przyjęła na siebie impet kuli. Jej wnętrze było odarte ze skóry i pozbawione fragmentu ciała między kciukiem i palcem wskazującym. Cudem było to, że Berwald mógł nią poruszać, a nawet zaciskać z taką siłą, z jaką to robił na gardle Wyzwolonego.
„To właściwie niemożliwe", pomyślał Dania, byle jak opatrując ranę przyniesionymi przez Norwegię bandażami. Później zajmą się tym jak należy.
Wtedy uderzyła go pewna myśl.
„To niemożliwe dla normalnego człowieka. A skoro Berwald wciąż jest w stanie ruszać tą ręką, to może oznaczać, że…".
Nie zdążył dokończyć myśli, gdy rozległ się głuchy głos Norwegii.
- Co ci się stało w rękę?
Dopiero po chwili Dania zdał sobie sprawę, że nie chodzi o Berwalda. Spojrzał na Islandię, który zwiesił głowę, i przypomniał sobie, że rzeczywiście wcześniej coś w jego sylwetce go zastanawiało. Teraz zrozumiał, co to było.
Islandia nie miał dłoni.
- Miałem wypadek…
- To moja wina – przerwał Islandii Berwald. Jego głos był schrypnięty, a wzrok wbijał w swoją zakrwawioną rękę, jakby rana jej zadana była zadośćuczynieniem za tę dłoń straconą przez przyjaciela.
- Nie, nie twoja, nic przecież nie zrobiłeś…
- I dlatego właśnie to moja wina! – zawołał Szwecja. Szybko jednak się zreflektował, mając wciąż przed oczami przerażenie, jakie wzbudził swoim wcześniejszym zachowaniem. Potem, już spokojniejszy, pokrótce opowiedział im o listach, które powinni dostać Peter i Tino, o propozycji wymiany ich życia na życia pozostałych Nordyków i strasznych konsekwencjach, jakie miały miejsce po jego odmowie.
- To nie twoja wina – powiedział po długiej chwili milczenia Islandia. Uniósł kikut ręki na wysokość twarzy. – To wina Wyzwolonych. Od początku chcieli nas zastraszyć, byśmy byli posłuszni, aby łatwiej było nas wykorzystać.
- Moment, chyba się pogubiłem – odezwał się Korea. Zwrócił się do Islandii i Petera. – Skoro po wybuchu byliście bezpieczni, to dlaczego się tutaj znaleźliście?
- To był mój pomysł – odpowiedział Islandia. – Nikt nie miał pojęcia, gdzie się znajdujecie, ani gdzie Wyzwoleni przeprowadzają swoje eksperymenty. Podejrzewałem, że to jedno i to samo miejsce, więc jeśli znaleźlibyśmy laboratoria stowarzyszenia, to odnaleźlibyśmy was i innych zaginionych oraz moglibyśmy powstrzymać Wyzwolonych. Więc razem z Peterem poddaliśmy się im w zamian za informacje o państwach, które się ukrywają.
- Co takiego? – odezwał się Dania. – Zgłupieliście kompletnie?
- Oczywiście nie powiedzieliśmy im wtedy całej prawdy. Udawałem też, że zaraziłem się chorobą personifikacji, bo myślałem, że wtedy najłatwiej będzie do was trafić…
- Wysmarowałem go pastą do butów! – zawołał Sealandia, dumny ze swojego pomysłu.
- To, że Peter wpadł na coś tak głupiego, to jeszcze rozumiem – skomentował Norwegia. – Jestem też w stanie zrozumieć, że mój brat się na to zgodził. Ale kompletnie nie wierzę w to, że Wyzwoleni są aż tak naiwni.
- Bo nie byli – odpowiedział Islandia. Nagle spochmurniał. – Nabrali się tylko na początku, kiedy Peter miał uciec i dać znać pozostałym, gdzie szukać laboratoriów. Nie udało mu się, ale nie martwiłem się tym, bo liczyłem na to, że trafi się kolejna okazja. Nie przewidziałem tylko jednego…
- Zdepersonifikowano was – bardziej stwierdził, niż zapytał Berwald. Po jego słowach w korytarzu zapadła grobowa cisza.
- Tak myślę – odpowiedział po długiej chwili Islandia. – Nie pamiętam, uśpiono mnie, a zaraz po wybudzeniu z narkozy zabrano nas tutaj.
- Jeśli to, co mówił wcześniej ten ochroniarz, jest prawdą – odezwała się cicho Ukraina – to tutaj zamknięto wszystkich zdepersonifikowanych. I jesteśmy jeszcze my, którzy chorowaliśmy…
- Czyli wszyscy, którzy już są dla nich bezwartościowi – dokończył jej myśl Korea. – Cholera!
Nagle z podłogi poderwał się Peter. Był blady, a jego oczy rozszerzały się ze strachu.
- Co się stało? – zapytał Berwald. Syknął, gdy Dania mocniej zacisnął bandaż na jego ręce, ale całą uwagę skupił na synu.
- Musimy uciekać – powiedział. Potem pociągnął za ramię Islandię, podrywając go z podłogi. – Szybko!
- Najpierw wyjaśnij, co się dzieje – powstrzymał go Norwegia.
- Oni coś planują… - Peter zaniepokojony popatrywał na uchylone drzwi. – Podsłuchałem rozmowę tego całego dyrektora Wyzwolonych. Nie wiem dokładnie, o co chodziło, ale nie podobało mi się to… Chcą zmusić Rosję, by zaatakował Amerykę, tyle zrozumiałem.
- Vania? Vania jest w niebezpieczeństwie? – zapytała Ukraina, nagle pobielała na twarzy.
- Jak to chcą go zmusić? – dopytywał Dania, ale przerwał mu Korea, wstając z klęczek.
- To może poczekać. Chłopak ma rację, powinniśmy uciekać, póki ci dwaj są jeszcze nieprzytomni. Wszyscy mogą się ruszać? – pytanie skierował właściwie do Berwalda, ale ten już był na nogach.
- Weź kartę do drzwi – przypomniał Islandia, gdy Ukraina ostatni raz sprawdzała, w jakim stanie są dwaj ochroniarze. – Może jeszcze się przydać. I broń.
Potem wyszli, zamykając za sobą drzwi.
Klatka schodowa była ciemna, wąskie okna ledwo wpuszczały odrobinę światła. Schody były stalowe, każdy krok odbijał się metalicznym echem, a powietrzu dało się wyczuć lekki zapach technicznego smaru.
- To na pewno szpital? – zapytał Peter, biegnąc za Berwaldem. – Jakieś to dziwne…
- To tylko wyjście ewakuacyjne – odparł Dania. – Wygląda na schody pożarowe czy coś takiego. Główne wyjście może być z innej strony.
Zeszli kilka pięter, mijając kilkoro drzwi identycznych jak te, które zamykały ich więzienie. Dania z ciekawości sprawdził na kilku z nich kartę magnetyczną, ale żadne z nich się nie otwierały.
Gdy zeszli ze schodów, ruszyli krótkim korytarzem, który kończył się ciężkimi drzwiami, zamkniętymi na głucho. Dania przesunął kartą po czytniku, jednak drzwi nie reagowały.
- Co jest? – mruknął, przesuwając ponownie. Czytnik popiskiwał cicho, błyskała czerwona diodka, jednak poza tym nie było większego efektu. – Dlaczego to nie działa?
- Daj mi to – wtrącił się Korea, wyrywając mu z rąk kartę. Jednak mimo jego usilnych starań, drzwi wciąż pozostawały zamknięte. – Cholera!
- I co teraz?
- Musimy wrócić na górę – odpowiedział zasapany Norwegia z wyraźną niechęcią. Bieg po schodach do końca go wyczerpał i niezbyt cieszyła go myśl o tym, że musiałby ponownie wejść tam, skąd przyszli. – Może tamci dwaj mieli dwie karty albo jakieś klucze, to by nawet było logiczne. Nie przeszukaliśmy ich, więc teraz...
- Nie możemy – zaprotestowała Ukraina. Wszyscy spojrzeli na nią zaskoczeni – akurat z jej strony najmniej spodziewali się sprzeciwu. Dziewczyna pokręciła głową, jakby chciała podkreślić swoje słowa. – Nie możemy wrócić. Musimy wydostać się na zewnątrz i ostrzec mojego brata. On… Jeśli tego nie zrobimy, może się stać coś strasznego.
- Ale nie możemy wyjść – ostro odpowiedział Dania. – Chyba że chcesz wyskoczyć przez okno na górze.
- Dobry pomysł.
Wszyscy spojrzeli na Koreę.
- Na półpiętrach są okna – powiedział, palcem wskazując sufit. - Można spróbować się przez nie przecisnąć.
- Nie da rady, te są węższe od tego, przez które udało wam się przejść.
- Są wąskie, ale ktoś niewysoki da sobie radę.
Mówiąc to spojrzał na Petera, który gapił się w sufit, gdzie wcześniej wskazywał palec Yong Soo. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wszyscy na niego patrzą.
- Co? – zapytał zdezorientowany. – O co chodzi?
- Nie ma mowy – zawyrokował Berwald. – Nie zgadzam się.
- Ktoś z nas powinien stąd wyjść i ostrzec tych na zewnątrz. My w tym czasie wrócimy na górę po klucze. Nic mu nie się nie stanie.
- A co jeśli tam też czekają Wyzwoleni? – nie dawał za wygraną Szwecja.
- Wątpię, już by tu weszli, żeby sprawdzić, co zajmuje tak dużo czasu ich kolegom. Poza tym – odezwał się Dania – możemy dać mu to.
Na jego wyciągniętej ręce znalazła się broń.
- Proszę – Ukraina zwróciła się do Berwalda, który zacisnął szczęki.
- Tato – odezwał się Peter czując, że zbierające napięcie w jakiś sposób dotyczy jego osoby. Stanął przed ojcem i spojrzał na niego tak patrzył jak wtedy, gdy chciał, by w końcu uznano go za państwo. – Nie bardzo wiem, o co chodzi, ale zrobię to. Namówiłem Islandię, by wysmarował się pastą do butów, więc dam sobie radę. Nie jestem dzieckiem.
Berwald położył mu zdrową rękę na ramieniu i mocno je ścisnął. Potem z udręczeniem skinął głową.
- No dobra – powiedział Dania, uśmiechając się krzywo. – Ma ktoś jakąś gaśnicę pod ręką?


Peter przeskoczył niewysoki murek, który oddzielał parking od podjazdu dla karetek i pognał na przełaj przez trawnik. W ręki ciążył mu pistolet, którym wcześniej Dania wybił szybę w oknie.
- Strzelaj, gdy tylko ktoś spróbuje cię zaatakować – powiedział mu wtedy Berwald, gdy podsadził go na parapet.
- A co będzie, jak kogoś zranię?
- Strzelaj na boki, niech się wystraszą. Wtedy uciekaj.
Mimo to Sealandia nie był pewien, czy w przypadku jakiegoś zagrożenia byłby w stanie użyć broni. Zbyt bardzo się bał.
Musiał odnaleźć Tina i jego grupę. Musiał przekazać im, że Wyzwoleni chcą wykorzystać do czegoś Rosję i Amerykę, musiał powiedzieć im, że listy były w większości sfałszowane. A przede wszystkim musiał powiedzieć im, gdzie znajduje się laboratorium Wyzwolonych. Te informacje mogły zmienić wszystko.
Czując ciężar niesionej wiedzy, zamyślił się i potknął o jakąś kępę chwastów. Nie upuścił jednak broni.
- Uważaj, bo zrobisz sobie krzywdę.
Peter poderwał się z ziemi i niezbyt pewnie uniósł pistolet w stronę niewysokich krzaków, rosnących pod murem szpitala.
- Jestem uzbrojony! – krzyknął. Jego głos się załamał i przeszedł w pisk. – Wyłaź albo będę strzelać!
- Jasne, jasne – dobiegło z zarośli. – Tylko głowy sobie nie odstrzel. Gdzie ty mierzysz, w niebo?
Krzaki zatrzęsły się, gdy wyszła z nich postać z uniesionymi rękami. Usta Petera otwarły się z zaskoczenia.
- Ty jesteś… - wyjąkał, a broń w jego rękach opadła. – Skąd się tutaj wziąłeś?
- Przyszedłem zatrzymać pewnego kretyna, zanim zrobi coś naprawdę głupiego. Widziałeś go może? – Gdy Peter potrząsnął głową, mężczyzna westchnął. – Oczywiście tylko ja mogę go znaleźć, bo któż inny… No nic, będę szukał dalej. Nie idź przez bramę, ani główną, ani te dwie z boku. Wyzwoleni tam stoją. Spróbuj tędy, tam jest stary park. Umiesz wejść na mur, nie? Niedługo powinieneś trafić na swoich, ale lepiej się pospiesz.
- Ale… - Sealandia wciąż nie mógł otrząsnąć się z szoku. – Jak… Ty żyjesz?
Mężczyzna, który zdołał już oddalić się o kilka kroków, spojrzał na niego przez ramię i uśmiechnął się szelmowsko.
- Żyję. Totalnie.


- Wiedziałem, że tak będzie – syknął Holandia, popatrując wściekle na Rodericha. – Cały budynek obstawiony przez Wyzwolonych! Masz nas za idiotów?
Niewielka grupka państw stała pod murem otaczającym szpital, ukryta w zaroślach pobliskiego parku. Przyszli tu za radą Rodericha, ale przez to znaleźli się w naprawdę niewygodnej sytuacji.
- To na pewno da się wyjaśnić – ujęła się za Austrią Węgry.
Gdy dzień wcześniej Elizaveta otrzymała wiadomość od Rodericha, nie posiadała się z radości. Austria żył, był cały i zdrów. A jeśli żył, to mógł posiadać informacje na temat zaginionych Liechtenstein, Belgii i pozostałych.
- To pułapka – zawyrokował wówczas Holandia. – Próbuje nas wywabić z kryjówki, by Wyzwoleni z łatwością mogli nas wyłapać.
- Napisał, że ma ważne informacje o stowarzyszeniu i chce je nam przekazać osobiście. Prosi o spotkanie, nie o przyjęcie z otwartymi ramionami – przekonywała Węgry. – Na pewno zdaje sobie sprawę, że Wyzwoleni mogą go śledzić. Jest ostrożny.
- Nie ufam mu.
- Wie, gdzie uwięziono kilkoro państw.
Zapadła cisza. Holandia zacisnął palce na trzymanym papierosie i złamał go w bezsilnej złości.
- To też może być podstęp – odezwał w końcu, choć Węgry wyczuła w jego głosie odrobinę wahania. Uczepiła się jej kurczowo, pragnąc przekonać zarówno Holandię, jak i resztę, by zgodzili się na spotkanie z Austrią.
Musiała się z nim spotkać. Musiała wiedzieć, dlaczego stało się to wszystko.
- Możliwe – powiedziała. – Ale jest szansa, że dowiemy się czegoś o przetrzymywanych, gdzie mogą być i czy damy radę im pomóc.
- Islandia obiecał, że się tym zajmie. Dużo ryzykuje, nie możemy pozwolić, by poszło to na marne.
- Jeśli o niego chodzi, to… Chyba nic z tego nie będzie – odezwał się nagle Tino. Gdy wszyscy spojrzeli na niego pytająco, westchnął ciężko. – Nie dostałem żadnej wiadomości od Islandii. To za długo trwa. Być może już… - urwał. Strach ścisnął mu gardło.
Białoruś przerwała ciężką ciszę, która zapadła po tych słowach.
- Wystarczy, że na spotkanie z tym zdrajcą pójdzie tylko jedna osoba, prawda? – zapytała, podchodząc do Elizavety i stając naprzeciw niej, za nic sobie mając błysk niezadowolenia w jej oczach na dźwięk słowa „zdrajca". – Twierdzisz, że ma informacje o zagubionych, tak?
- Prawdopodobnie.
- W takim razie spotkam się z nim – obwieściła Natalia, odwracając się do pozostałych.
- To głupota – zaprotestował Litwa. – Nie powinnaś iść sama, to zbyt niebezpieczne.
Białoruś go zignorowała. Patrzyła na Holandię, świdrując go wzrokiem.
- Może wiedzieć, co się dzieje z moim bratem – powiedziała. Choć nie uważała, że musi się komukolwiek z czegokolwiek tłumaczyć, to z jakiegoś powodu czuła, że Holandia powinien zrozumieć.
- Może też wiedzieć coś o Belgii – dodała Węgry. – I Liechtenstein.
- Dlaczego więc chce nam to przekazać osobiście? Wysłał ci wiadomość, nie mógł w ten sposób przekazać swoich informacji? – zapytał Chiny.
- Pewnie bał się, że to zignorujemy – wtrącił Japonia. – Ale mimo wszystko coś tu nie pasuje…
- Nie interesuje mnie to – przerwała mu Białoruś. – Nie mam czasu czekać, aż nas znajdą. Kiedyś w końcu do tego dojdzie, a ja przedtem muszę wiedzieć, że mojemu bratu nic się nie stało.
- Jeśli Austria wie, gdzie znajdują się porwani, to łatwiej będzie nam znaleźć Wyzwolonych – wtrącił Estonia. Choć niezbyt podobało mu się, że znów mógłby znaleźć się pod ostrzałem stowarzyszenia, to jednak szybko przekalkulował możliwe zyski. – Będziemy mogli wymyślić plan, jak ich powstrzymać.
- Islandia i Peter też zaryzykowali i być może potrzebują teraz pomocy – odezwał się Tino. – Białoruś ma rację. Nie możemy dłużej zwlekać.
Holandia westchnął cierpiętniczo i sięgnął po kolejnego papierosa. Tym razem zapalił.
- Nawet jeśli pójdzie tylko jedna osoba – zaczął po chwili – to wciąż ryzykujemy wszyscy. Głosy są sprzeczne, dlatego zrobimy głosowanie. Kto uważa, że powinniśmy olać zdrajcę i czekać na wieści od Islandii?
Sam uniósł rękę, a za nim podążyli Chiny, Japonia i Litwa. Seszele, która po leczeniu ran wciąż była zbyt słaba, nie brała udziału w dyskusji.
- Cztery głosy. Kto za tym, żeby iść?
- To bez znaczenia, bo i tak pójdę – burknęła Białoruś, ale posłusznie uniosła rękę. Razem z nią zgłosili się Finlandia, Estonia i Węgry. Szwajcaria powstrzymał się od głosu.
- Cztery głosy na cztery – powiedział Holandia. – Nic z tego…
- Zmieniam głos – powiedział nagle Vash i uniósł rękę. – W normalnych okolicznościach bym tego nie robił, ale to trudno nazwać normalnością…
- Nie zmieniasz głosu, tylko dopiero go oddajesz – mruknął Estonia.
- Więc co wybierasz? – zapytała głośno Węgry.
- To chyba oczywiste – odpowiedział ze śmiertelną powagą Szwajcaria. Wolną ręką lekko dotknął bandażu zakrywającego oczy. – Pójdę na spotkanie z Austrią.
Ostatecznie jednak z Roderichem spotkali się tylko Białoruś, Węgry, Holandia i Litwa. Holandia uważał, że musi mieć baczenie na zdrajcę, uznał też, że lepiej będzie, żeby Szwajcaria się do tego nie mieszał. Nie potrzebował więcej zbyt osobiście zaangażowanych w sprawę osób, zabrał więc ze sobą Litwę, który choć początkowo strasznie się opierał, to ostatecznie zgodził się pójść z nimi.
Oczywiście Holandia miał tez swój plan: przed ich grupą wyruszyć miała druga, dla bezpieczeństwa. Finlandia, Estonia i Japonia mieli sprawdzić miejsce spotkania, obserwować je i informować go o ewentualnym zagrożeniu.
Roderich koniecznie chciał zobaczyć się z nimi niedaleko zamkniętej kliniki, w której miały odbywać się eksperymenty na personifikacjach. Twierdził, że tam właśnie przetrzymywane zaginione państwa. To cholernie nie podobało się Holandii i jak się okazało, słusznie.
Główne wejścia do budynku otoczone były przez ludzi Wyzwolonych, przed którymi z trudem udało im się skryć w pobliskim zaniedbanym parku.
- Więc o to ci chodziło. Mamy szczęście, że Eduard poinformował mnie o sytuacji zanim wpakowaliśmy się w ich łapy – powiedział wówczas Holandia i wyciągnął broń, jedną z niewielu, jakie zostały z zapasów Szwajcarii. Odbezpieczył ją i wymierzył do Austrii. – Chciałeś nas wystawić?
- Nieprawda! – zawołała Węgry, ale Roderich położył jej uspokajająco rękę na ramieniu. Potem spojrzał Holandii w oczy.
- Rozumiem, co teraz musisz sobie myśleć – zaczął. – Ale musimy się pospieszyć. Tam są wasi przyjaciele…
- I my mamy ci tak po prostu uwierzyć? – parsknął Holandia.
- A niby dlaczego Wyzwoleni ochranialiby tę klinikę? Nie byłoby ich tu, gdyby była opuszczona, tak jak wszystkim wmawiają.
- Skąd to niby wiesz?
Roderich zagryzł na chwilę wargi.
- Z pewnego źródła – odpowiedział w końcu.
- Z pewnego źródła – powtórzył Holandia, wykrzywiając usta w grymasie. - Więc kto według twojego pewnego źródła jest tam uwięziony?
Austria milczał. Węgry już otwierała usta, by powiedzieć coś w jego obronie, gdy wtem odezwała się komórka Holandii.
- Co się dzieje? – rzucił do telefonu, nie przestając mierzyć do patrzącego ponuro Rodericha.
- Znaleźliśmy Sealandię – odezwał się Eduard. W jego głosie dało się słyszeć napięcie. - Wpadł na nas tuż za szpitalem.
- Co takiego?
- Uciekł z budynku. W środku uwięzionych jest jeszcze kilka osób, także Islandia. Peter mówi, że wszyscy są zdepersonifikowani.
- Jak to zdepersonifikowani?
Węgry dała Holandii znak, by przełączył na głośnomówiący. Widziała po jego zaciętej minie, że dzieje się coś niedobrego.
- Tego jeszcze nie wiemy, ale musimy szybko ich stamtąd wydostać. Peter twierdzi, że Wyzwoleni chcą do czegoś wykorzystać uwięzionych i Rosję, który znajduje się teraz na terenie szpitala…
- Do czego chcą go wykorzystać? – zapytała Elizaveta. – I co to ma wspólnego z uwięzionymi?
- Nie mamy czasu na pogaduchy – odparł ostro Eduard. – Pospieszcie się i przyjdźcie pod podjazd dla karetek, ten drugi, na tyłach budynku E. Uważajcie, bo Wyzwoleni się kręcą.
Potem się rozłączył. Holandia spojrzał na Rodericha i dopiero teraz opuścił broń.
- Wygląda na to, że nie kłamałeś o uwięzionych – powiedział. – Ciekawe, jak długo będziemy mogli ci ufać.
- Ta rozmowa może poczekać – odezwała się Elizaveta. Podeszła do muru i zręcznie się po nim wspięła. Rozejrzała się za ewentualnym zagrożeniem i wyciągnęła rękę do Holandii. – Pospieszmy się.
- Zaczekajcie – odezwał się nagle zaniepokojony Litwa.
- Przestań się trząść, nic ci nie grozi – sapnął Holandia. Potem łypnął złowrogo na Rodericha. – Przynajmniej na razie.
- Nie o to chodzi – Toris potrząsnął głową. – Białoruś zniknęła.


Natalii wystarczyła wiadomość, że jej brat znajduje się na terenie szpitala, by szybko opuściła swoich towarzyszy. Teraz tylko by jej przeszkadzali.
W biegu wyciągnęła sprężynowy nóż, który zawsze nosiła ukryty pod ubraniem. Przypadła do niewielkich zarośli niedaleko bocznej bramy i z bezpiecznej odległości obserwowała pilnujących jej trzech Wyzwolonych.
- Jak sytuacja? – usłyszała. – Rosja dalej siedzi w tamtych krzakach?
- Tak. Cały czas obserwuje główne wejście do kliniki. Na razie nie wygląda na to, żeby coś kombinował.
- Podejrzane… Nie spuszczaj z niego oka, na pewno coś knuje.
Jeden z mężczyzn sięgnął do kieszeni kurtki po paczkę papierosów. Nim odpalił jednego, usłyszał jakiś szmer. Rozejrzał się czujnie, ale niczego nie zauważył. Może mu się tylko wydawało.
Białoruś przeszła przez mur z dala od bramy. Choć początkowo planowała zaatakować tych ludzi spod bramy, nie miała na to czasu. Musiała odnaleźć brata, a teraz przynajmniej wiedziała, w którym mniej więcej miejscu go szukać.
I znalazła go.
Nie skrywał się zbytnio. Siedział na widoku i wpatrywał się w wejście do szpitala, jakby rozkoszował się pięknym krajobrazem. Usłyszał Natalię, gdy była jeszcze dość daleko i spojrzał w jej stronę. Na jego twarzy rozlał się uśmiech.
Wyglądało na to, że nic mu się nie stało. Białoruś odetchnęła z ulgą i biegiem ruszyła w jego stronę.
- W końcu cię znalazłam! – zawołała, gdy do niego dotarła. Przyklęknęła obok niego w trawie i objęła go za szyję. – Myślałam, że zrobili ci krzywdę. Kiedy zniknąłeś…
- Też przyszłaś na to popatrzeć? – przerwał jej nagle, zupełnie niewzruszony. Coś w jego głosie ją zaniepokoiło.
- Na co? – odparła, odsuwając się lekko. Rosja nie patrzył na nią. Wbijał wzrok w budynek szpitala.
- Na fajerwerki.
Wyciągnął przed siebie włącznik z jednym przyciskiem, przypominający niewielkiego pilota. Wtedy Białoruś zrozumiała.
- Nie! – krzyknęła, chwytając brata za rękę. Przez jej umysł niewiadomo dlaczego przebiegła myśl o Holandii, Estonii, Węgrach i pozostałych, którzy nie mieli pojęcia o niebezpieczeństwie. – Tam są ludzie!
Rosja odepchnął ją z całej siły. Białoruś upadła na plecy, trzymany dotąd w ręku nóż wypadł jej z dłoni. Dźwignęła się na kolana i spróbowała wyrwać bratu włącznik. Ivan uniósł rękę z pilotem nad głowę i wstał.
- Mordercy powinni ponieść karę – powiedział. Z jego twarzy znikł uśmiech.
Czas nagle zwolnił.
Gdzieś ktoś krzyczał. Białoruś kątem oka dostrzegła, biegnącego w ich stronę Litwę, ale wiedziała, że nie dotrze na czas. Nie rozumiała wykrzyczanych przez niego słów, instynktownie wyczuła niebezpieczeństwo. Poderwała się z ziemi, próbując pociągnąć Ivana na ziemię.
Padły strzały.
Rosja zachwiał się, wolną rękę oparł na ramieniu siostry. Natalia patrzyła na niego, nie rozumiejąc.
- Nie pozwolę… - powiedział Ivan tuż przy jej uchu. Nagle odepchnął Białoruś i odwrócił się do niej tyłem. Uniósł rękę z włącznikiem w wyzywającej pozie, jakby chciał sprowokować tych, którzy wcześniej strzelali. Natalia krzyknęła.
Plecy Rosji szpeciły wielkie plam krwi, ciemne strugi spływały w dół płaszcza.
Kolejne strzały. Ivan zrobił krok do tyłu, jakby chciał wesprzeć słaniające się ciało. Natalia chwyciła go za płaszcz, próbując pociągnąć na ziemię. Ktoś obok niej, pewnie Litwa, uwiesił się na wzniesionej ręce Rosji i pchnął go na dół.
Wtedy nastąpił wybuch.
W kilku miejscach eksplozja wyrwała dziurę w murze, okna wypadły z brzękiem. Nad budynkiem wzniosła się chmura dymu i pyłu.
- Ty skończony idioto! – usłyszała Natalia, gdy zdezorientowana hukiem wpatrywała się w zniszczone wejście do szpitala. Spojrzała w bok i zamarła.
To nie Litwa pomógł jej wcześniej. Nad powalonym ciałem Ivana pochylał się Feliks, który wściekle potrząsał Rosją, zaciskając pięści na jego płaszczu.
- Ty zaślepiony debilu! – krzyczał. – Tam jest Ukraina!
- Co?
- Twoja siostra! Ona żyje i jest w tym szpitalu!
Gdzieś z oddali dobiegł ich dźwięk kolejnych wybuchów. Ziemia trzęsła się, gdy waliły się kolejne piętra wyższych budynków, a nad całą kliniką rozpostarła się łuna pożaru.
- Ja tego nie wysadziłem… - wystękał Ivan. Porzucony pilot leżał daleko w trawie. – Ja…
Na twarzy Rosji powoli pojawiało się przerażenie, gdy nagle zrozumiał, jak strasznie został wykorzystany.
- Co ja najlepszego narobiłem?


- Uwaga! – wrzasnął Dania, ale jego krzyk zagłuszył huk, który rozległ się gdzieś ponad nad ich głowami. Przywarł do ściany, przyciskając do niej niesionego na plecach nieprzytomnego Norwegię. Z pięter wyżej posypał się gruz i pył, gdzieś pod nimi szalał pożar sprawiając, że metalowa konstrukcja schodów niebezpiecznie drżała.
- Dalej! – krzyknął Dania, ponaglając idących przed nim Koreę i Ukrainę. – Musimy wrócić na górę, nim ogień tutaj dotrze!
„Lub wysadzone zostanie kolejne piętro", dodał w myślach. Odwrócił się jeszcze i zaklął. Islandia, który do tej pory szedł za nim, zrezygnowany usiadł na trzeszczących schodach i oparł się o pękający mur. Puste spojrzenie wbił przed siebie.
- Weźcie go! – zawołał do pozostałych, podając im bezwładne ciało Norwegii. Ukraina bez pytania dźwignęła go na plecach. Dania podszedł do Islandii i szarpnięciem postawił go na nogi.
- Weź się w garść! – wrzasnął na niego, a gdy tamten na niego nie spojrzał, chwycił go za twarz. – Zrobiliśmy, co było w naszej mocy. Nie możesz się teraz zacząć mazać!
- Ale Berwald… To moja wina, że on… - zaczął Islandia. Obok nich gruchnął kolejny kawałek muru.
Dania zaklął ponownie i bez ceregieli pociągnął Islandię w górę schodów. Jeśli nie dotrą na swoje piętro i nie spróbują uciec na drugą stronę okna, zginą.
Tak jak Berwald.
Po tym jak rozstali się Peterem, przez dłuższą chwilę zastanawiali się, czy jest sens, aby na górę wracali wszyscy. Korea jednak stwierdził, że nie powinni się rozdzielać, tym bardziej, że któryś z ochroniarzy mógł już odzyskać przytomność.
- Nawet jeśli większość z nas nie byłaby w stanie ich obezwładnić – argumentował, zezując na rannego Berwalda i Islandię - to zawsze lepiej jest mieć przewagę liczebną.
Ruszyli więc wszyscy razem. Gdzieś koło szóstego piętra Norwegia nagle potknął się, upadł do przodu i omal nie stoczył się ze schodów. Uchronił go przed tym Berwald, który odruchowo chwycił go zranioną ręką. Syknął, gdy ciało przyjaciela uderzyło w ranę.
- Co się dzieje? – zawołał Dania, który szedł na przedzie i znajdował się półpiętro wyżej.
- Norwegia stracił przytomność! – odkrzyknęła Ukraina, która szybko podbiegła do Szwecji. Poklepała po twarzy wspartego na Berwaldzie Norwegię i kilka razy zawołała jego imię. Bez rezultatu. – Musimy go położyć na czymś płaskim. Bardzo słabo oddycha.
I wtedy gdzieś daleko zatrzęsła się ziemia. Straszny huk wstrząsnął budynkiem, aż zadzwoniła konstrukcja schodów.
- Co to było? – zapytał Islandia.
- O Boże – wyrwało się Ukrainie, która nagle zbladła.
- Teraz to naprawdę przydałaby się nam gaśnica – powiedział powoli Dania po chwili ciszy, podczas której stali znieruchomiali ze strachu. Wskazał na wąskie okienko, przez które widać było czerwoną łunę pożaru. – Mam złe przeczucia. Pospieszmy się.
Zbiegł kilka stopni i zabrał Norwegię z rąk Berwalda. Potem przerzucił jego nieprzytomne ciało przez ramię.
- Później się nim zajmiemy – powiedział. – A teraz biegiem na górę!
Kolejny wybuch nastąpił już wkrótce i tym razem eksplozja miała miejsce gdzieś w okolicach parteru. Wszyscy podziękowali w duchu Korei za jego pomysł: jeśli ktoś z nich by tam został, mógłby już nie żyć.
Potem eksplodowało coś nad ich głowami, przez szczeliny stalowych schodów posypał się na nich tynk i siwy pył. Mieli coraz mniej czasu.
Gdy do celu mieli jeszcze kilka pięter, nastąpił wybuch, który zerwał część schodów tuż pod nimi. Podmuch eksplozji wstrząsnął schodami, ciężka żeliwna konstrukcja zaczęła się rozpadać pod idącymi, których osmalił żar. Syczało topiące się linoleum.
Dania upadł, a Norwegia zsunął mu się z pleców.
- Biegnijcie dalej! – wrzasnął do próbujących się pozbierać Korei i Ukrainy. Potem przestał się nimi przejmować, gdy z góry zaczęły na niego spadać ciężkie metalowe części. Doczołgał się do leżącego opodal Norwegii i ramieniem zakrył mu głowę, by ją chronić. Potem wykręcił się, na ile mógł, i spojrzał za siebie w poszukiwaniu Szwecji i Islandii. Wtedy krzyknął.
Byli półpiętro niżej, uczepieni resztek schodów, które wyginały się pod ich ciężarem. Nie mogli się cofnąć, bo schody niżej zapadły się, nie mogli też zrobić kroku naprzód, gdzie spadający z góry gruz zerwał balustradę i niebezpiecznie powyginał stopnie, przez co zwisały niepewnie.
Berwald chwycił Islandię za ramię i nie bacząc na ból w ramieniu, z całej siły podrzucił go w górę. Schody zgrzytnęły niebezpiecznie, gdy Islandia upadł na nie. Kilka żeliwnych elementów odpadło i zleciało w dół. Potem do skoku sprężył się Szwecja.
Nie zauważył jednak lecącego z góry pręta.
Żelastwo uderzyło go w skroń w chwili, gdy skoczył do przodu. Zachwiał się i wyciągając do przodu ręce, upadł. Islandia krzyknął przeraźliwie, gdy dłoń Berwalda o milimetry minęła jego wyciągnięte z pomocą ramię.
Ramię pozbawione dłoni.
Szwecja runął w dół na zawalone schody i gruz. Przez unoszący się po eksplozji dym i pył nie widzieli, czy przeżył. Choć Islandia i Dania rozpaczliwie go wołali, nie dostali odpowiedzi.
Gdy w końcu dotarli na piętro, gdzie wcześniej byli uwięzieni, byli pozbawieni sił, ale nie tylko z powodu zażartej walki o życie. Ukraina płakała, ocierając okropnie poparzoną ręką twarz, Islandia wciąż patrzył się tępo przed siebie, a ruchy miał drewniane. Korea zaciskał wargi, dźwigając Norwegię po zamianie z Ukrainą, chociaż widocznie utykał na jedną nogę. Dania nie przestawał kląć w bezsilnej złości.
Jeden z ochroniarzy, ten, którego wcześniej obezwładnił Norwegia, zdążył do siebie dojść. Patrzył na zbliżające się do nich państwa, nie kryjąc przerażenia.
- Proszę, nie… - zaskomlał, gdy podszedł do niego Dania. Potem zaskrzeczał żałośnie, gdy ten szarpnięciem postawił go na nogi.
- Wy to zaplanowaliście? – zapytał Dania wściekły. Gdy nie uzyskał odpowiedzi, potrząsnął mężczyzną. – Taki był wasz pomysł? Chcieliście nas wysadzić w powietrze?
- Przestań – powiedział Korea, odkładając ostrożnie Norwegię na podłogę. – To już nie ma sensu, nie uda nam się stąd uciec. Jakikolwiek był ich plan, prawdopodobnie i tak tu umrzemy.
Dania odepchnął mężczyznę i objął głowę dłońmi, próbując się uspokoić. Wciąż nie mógł pozbyć się sprzed oczu widoku Berwalda niknącego w gęstej chmurze dymu.
- Z drugiej… strony… - wychrypiał ochroniarz, rozcierając gardło. Gdy wszyscy popatrzyli na niego, wskazał na ścianę z wybitym oknem. – Z drugiej strony też jest wyjście. Można spróbować uciec tamtędy, mam klucze… Ale musicie zabrać nas ze sobą, mnie i jego – brodą pokazał nieprzytomnego towarzysza. – Stowarzyszenie nas porzuciło na pewną śmierć. Mieli poczekać, aż stąd wyjdziemy… Ale teraz gotów jestem wam pomóc, tylko zabierzcie nas ze sobą…
Gdzieś pod nimi nastąpiła kolejna eksplozja. Ściany zadrżały, jakby dawały znać, że nie pozostało zbyt wiele czasu do namysłu.
Państwa popatrzyły po sobie. Nie mieli nic do stracenia.
Dania pomógł przejść przez wąskie okno Ukrainie, Islandii i ochroniarzowi, wraz z Koreą przenieśli też na druga stronę Norwegię i drugiego Wyzwolonego. Potem na parapet wdrapał się Yong Soo i wyciągnął rękę do Danii. Ten tylko pokręcił głową.
- Nie zmieszczę się – powiedział. – Jestem za wysoki.
- Daj spokój, dasz radę – Korea nie dawał za wygraną. – Chodź.
- Masz łeb na karku. Dopilnuj, żebyście wyszli z tego cało.
Potem odwrócił się i ruszył do drzwi, ignorując wołanie Korei.
Poradzą sobie bez niego.
Wyszedł na chwiejącą się klatkę schodową, żar w powietrzu odebrał mu oddech. Gdy chwycił pokrzywionej barierki, od razu odskoczył, tak bardzo była gorąca. Stal trzeszczała, gdy ostrożnie schodził w dół, do miejsca, gdzie schody urywały się nagle. Gdzieś z daleka dobiegał go huk eksplozji, ale miał nadzieję, że miały miejsce w innym budynku, z dala od uciekających.
Stanął nad wyrwą i spojrzał w dół, w gęsty jak mleko, gryzący dym.
A potem skoczył.


Budynek, na którym znajdowało się lądowisko dla helikopterów, ocalał. Ciężka maszyna siadła na dachu i po chwili wysypało się niej kilku ubranych na czarno ludzi. Za nimi wysiadł Jones. Rozejrzał się wokół, jakby kontemplował widok płonących budynków i dźwięk syren pożarowych unoszący się w powietrzu.
- Przeszukajcie budynek – rozkazał zebranym ludziom towarzyszący dyrektorowi Meyers. – Wszystkich, których znajdziecie, żywych czy martwych, natychmiast przewieziemy do laboratorium.
Potem stanął obok dyrektora, który z zachwytem przyglądał się katastrofie, którą spowodował.
- Jednak zaminowanie budynków na coś się przydało – odezwał się do niego. Gdy dyrektor nie odpowiedział, Meyers kontynuował. – Skąd pan wiedział, że Rosja spróbuje wysadzić klinikę?
- Rosja jest nieobliczalny i uwielbia przesadzać – odparł Jones. – Oczywiście, liczyłem się z tym, że może wpaść na inny pomysł na zemstę. Ale w ten sposób najlepiej mógł pokazać wszystkim, że wymierza sprawiedliwość. Zniszczenie kliniki to symbol.
- Nie uważa pan za okrutne faktu, że wysadził w powietrze siostrę, za którą chciał się zemścić?
Dyrektor spojrzał na niego uważnie, jakby coś w jego słowach go zastanowiło.
- Nie – odpowiedział po chwili. – To tylko zwykła ironia, która stoi za każdym symbolicznym czynem.
Spojrzał w dół, gdzie kilku ludzi wynosiło z gruzów jakiegoś człowieka na noszach. Z wysokości dyrektor nie potrafił rozpoznać, kto to, ale dostrzegł, że był okrutnie poparzony. Odwrócił się i ruszył z powrotem w stronę helikoptera. Z jego twarzy nie schodził uśmiech zadowolenia.