Rozdział 14. W Podziemiach

Mimo że Albus nie miał żadnego planu ani żadnego wiarygodnego sposobu, żeby zrobić to, co, jak widział, musiało zostać zrobione, miał za to jedną rzecz – nadzieję. Wystrzelił z pokoju wspólnego pięć minut później ze Scorpiusem i Morrisonem na plecach, którzy szeptali do niego zdania w stylu „Co masz zamiar zrobić?", albo „Jakim cudem zdobędziemy te nasiona?".

Albus udawał, że ich ignoruje, idąc powoli przez lochy, starając się nie uczynić żadnego hałasu. Prawda była taka, że wiedział, iż jakby im powiedział, że nie ma zielonego pojęcia, co robić, porzuciliby swoją chęć pomagania mu.

- Czy nie powinniśmy byli wziąć peleryny? – usłyszał za sobą głos Scorpiusa.

Albus zamarł w miejscu i zwiesił nisko głowę. Jak mógł o tym zapomnieć?

- Cóż, teraz nie ma czasu, żeby się po nią wracać – powiedział. Zbliżali się do schodów wiodących do Wielkiej Sali, i Albus instynktownie czuł, że jeśli wróciliby się do pokoju wspólnego, już by tam ze strachu zostali.

- Dobra, teraz cicho – syknął do nich, kiedy wchodzili po schodach wiodących na pierwsze piętro.

Po tych słowach nastała złowieszcza cisza, tak jakby wszystkie hałasy, które były zazwyczaj plagą Hogwartu, ucichły na dźwięk tego polecenia. Mógł jedynie mieć nadzieję, że nie wpadną na żadnego nauczyciela albo na dozorcę, Irytka Poltergeista.

Zaczął skradać się przez salę wejściową, a Scorpius i Morrison przestali rozmawiać; zbliżali się już do korytarza prowadzącego na błonia. Gdyby tylko udałoby im się dostać niepostrzeżenie do cieplarni... później i tak będzie ich chronić ciemność nocnego nieba...

- CHŁOPCY! – dobiegł zza ich pleców głośny krzyk.

Cała trójka obróciła się na pięcie, a Albus poczuł się, jakby coś mu zatonęło w klatce piersiowej. Na ciemnym korytarzu było ciężko zauważyć, kto za nimi stał, ale po przejściu na oświetloną jego stronę, Albus zobaczył, że to był Neville.

Miał na sobie szkarłatno-złotą pidżamę, i trzymał coś, co wyglądało na małą filiżankę herbaty. Żeby dopełnić obrazu, na twarzy miał tak rozzłoszczoną minę, jakiej Albus jeszcze nigdy u niego nie widział.

- P.. p... profesorze Longbottom! – usłyszał za sobą bąkanie Scorpiusa.

Tyle razy Scorpius spacerował sobie po zamku w nocy, a musieli go złapać akurat dzisiaj?, pomyślał gorzko Albus. Ich szanse na to, żeby pomóc Mirze, były zrujnowane, Neville nigdy im nie uwierzy.

- Jest dziesiąta w nocy! – wrzasnął Neville. – Pierwszoklasiści mają być w pokojach wspólnych o ósmej trzydzieści! Przecież o tym wiecie!

Albus nie miał pomysłu, jak wyplątać ich z tej sytuacji. Potrzeba by było naprawdę niesamowitego kłamstwa...

- Panie profesorze, prosimy – usłyszał, jak zaczyna Morrison – tu chodzi o asyryjskie rośliny alarmowe. – powiedział.

Neville obrzucił trójkę uczniów speszonym spojrzeniem.

- Co z nimi nie tak? – zapytał.

Albus miał ochotę kopnąć Morrisona. Co za głupoty gadał. Zerknął na bok i zobaczył, jak Morrison stara się ostrożnie dobrać swoje następne słowa.

- My... chcieliśmy je zobaczyć. – wyjąkał. – Zna pan to uczucie, prawda?

Neville ciągle się na nich gapił z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Powoli uniósł brwi, ale nie odezwał się. Morrison wykorzystał okazję i mówił dalej.

- Znaczy się, spędziliśmy cały rok opiekując się nimi i hodując je... Karmiąc, podlewając, dbając o nie. I myślę, że dziś w nocy wydają nasiona... no i my po prostu chcieliśmy tam być. Wiem, że to brzmi dziwnie... ale człowiek po pewnym czasie zaczyna się przywiązywać.

Albus pozwolił sobie na kolejne spojrzenie w bok i rzucił Morrisonowi zniesmaczone spojrzenie. Słyszał wiele naciąganych tłumaczeń w ciągu swojego życia, ale to przewyższało je wszystkie. Odwrócił się z powrotem do Neville'a, oczekując na karę, ale ku swojemu głębokiemu zdumieniu zauważył szeroki uśmiech na okrągłej twarzy nauczyciela zielarstwa.

- Oczywiście, oczywiście! – wykrzyknął. – Rozumiem to w zupełności, panie Vincent. Wiecie – dodał poufałym tonem – naprawdę niewielu ludzi szanuje rośliny same w sobie. Zielarze rozumieją jednak, że są one równie żywe jak my. To tak, jakby opiekować się niemowlęciem, prawda?

Morrison chciał przemówić, ale tym razem odezwał się Scorpius, który wydawał się załapać pomysł kolegi.

- Wiedzieliśmy, że pan to zrozumie, panie profesorze. Poważnie, ile razy w życiu będziemy mieli okazję zobaczyć coś tak interesującego jak asyryjskie rośliny alarmowe wydające nasiona?

W tym momencie Neville wyglądał, jakby był już blisko popłakania się z radości.

- Zawsze wiedziałem, że będzie więcej takich uczniów jak ja. Nie sądziłem co prawda, że to będzie wasza trójka, ale macie w sobie prawdziwą pasję!

Albus zamrugał głupio powiekami. Nigdy w życiu by nie pomyślał, że taki kit może przejść.

Neville rozejrzał się niespokojnie, i szeptem powiedział:

- Myślę, że wasza trójka może tam sobie pójść i popatrzeć, jeśli chcecie. Niektóre z nich już wydały nasiona, ale powinno być jeszcze kilka takich, które zakwitły z opóźnieniem.

- Dziękujemy, panie profesorze – powiedzieli chórem, po czym minęli go i poszli w kierunku błoni.

- Czekajcie! – usłyszeli, jak za nimi woła. – Tylko nie dajcie się złapać, bo dyrektor mnie zabije! I nie wchodźcie do cieplarni, popatrzcie sobie przez okna!

- Dobrze, tak zrobimy! – odkrzyknęli do niego, po czym przeszli przez ogromne drzwi prowadzące na błonia.

- To była – powiedział Scorpius, kiedy schodzili po trawiastym zboczu – najlepsza ściema, jaką ktoś kiedykolwiek wymyślił.

Morrison zachichotał cicho i powiedział:

- Miałem przeczucie, że nas puści, jeśli wspomnimy o tych piekielnych roślinach. No to co teraz? – dodał do Albusa, który szedł pięć kroków przed nimi.

- Idziemy zebrać nasiona, a później na ścieżkę z warzywami przy chatce Hagrida. – powiedział.

Szli dalej po pokrytych trawą pagórkach w kierunku cieplarni i w końcu znaleźli się przed nimi, gapiąc się na miejsce, w którym ukryte były nasiona. Neville jednak niepotrzebnie im przypominał, żeby nie wchodzili do środka, jako że drzwi były zamknięte przy pomocy ciężkich i grubych zamków, które zwisały dookoła klamek.

Albus kopnął łańcuchy i wydał z siebie cichy jęk.

- No to teraz koniec – powiedział.

Scorpius podszedł do cieplarni z uśmieszkiem na twarzy.

- I czego szczerzysz zęby? – zapytał Morrison, próbując otworzyć zamek własnymi palcami.

Scorpius delikatnie odepchnął go z drogi i wyciągnął różdżkę.

- Zaufaj mi, to zadziała. – powiedział. Dotknął dwukrotnie srebrnego zamka i rzekł: - Alohomora!

Przez ułamek sekundy Albus myślał, że zaklęcie podziałało, jako że łańcuchy delikatnie się poruszyły. W następnym momencie jednak gorzko się rozczarował. Łańcuchy zwinęły się po prostu ciaśniej, tak jakby wiedziały, że ktoś próbuje się ich pozbyć.

- Muszą mieć na sobie jakieś zaklęcia przeciwwłamaniowe – nachmurzył się Scorpius.

- Och, popatrzcie na mnie, to ja, Scorpius Malfoy, dużo czytam i znam bezużyteczne zaklęcia, zaufajcie mi, to zadziała – Albus usłyszał Morrisona, przedrzeźniającego w sposób dość udany ironiczną wypowiedź Scorpiusa.

Scorpius rzucił mu paskudne spojrzenie, po czym powiedział:

- No dobra, musi być jakiś sposób, żeby się tam dostać, skoro Mirze się udało.

Ale Albus był już przygotowany na odpowiedź na to pytanie. Właśnie zauważył szeroko otwarte okno, na szczycie prawej ściany cieplarni. Wskazał na nie ręką.

- Dostała się do środka wspinając się przez okno? – zapytał z niedowierzaniem Morrison.

- Nie. – odpowiedział Albus. – Nie weszła do środka. Sprawiła, że nasiona wyleciały. Otworzyła za pomocą magii okno, po czym wylewitowała nasiona w swoim kierunku. My musimy zrobić to samo.

Wiedział, że z każdą upływającą sekundą ich szanse malały. Ale nie miał zamiaru teraz się poddać. Nie będzie takim tchórzem, żeby znowu porzucić swoich przyjaciół w potrzebie...

- To co konkretnie lewitujemy? – zapytał Scorpius, stojąc teraz dokładnie pod oknem.

Albus zerknął przez brudną szybę i zobaczył małą, przezroczystą szklankę wypełnioną maleńkimi czarnymi nasionami. Znajdowały się zaraz obok roślin; nietrudno było domyślić się wzajemnego związku.

- Tę małą, szklaną filiżankę – powiedział, wskazując w jej kierunku.

Scorpius uniósł różdżkę i wycelował ją przez szybę, po czym powiedział:

- Wingardium Leviosa.

Ku niezmiernej uldze Albusa, tym razem zaklęcie podziałało. Mała szklanka uniosła się znad stołu i zaczęła wznosić się w powietrze.

- Uważaj, żeby się nie przechyliła – powiedzieli jednocześnie Morrison i Albus.

Scorpius ostrożnie przeprowadził szklankę przez okno, i obniżył ją do poziomu ich rąk. Wepchnął z powrotem różdżkę do szaty i pochylił się, wąchając nasiona.

- Fuj – powiedział, po czym skrzywił się, jakby się krztusił. – Stary, jesteś pewien, że chcesz to zrobić? – zapytał.

Albus podszedł i wziął z filiżanki maleńkie nasionko. Podniósł je palcami i dalej się mu przyglądał.

- Tak, jestem pewien. Po prostu... po prostu wyobraźcie sobie, że to fasolka wszystkich smaków Bertiego Botta... taka o smaku asyryjskiego nasiona alarmowego. – stwierdził.

Wzruszył ramionami i skinął na Morrisona, żeby również wziął sobie nasiono.

Morrison i Scorpius wyjęli sobie po nasionku i także zaczęli się im przypatrywać.

- To co, przeżuwamy je? – zapytał Morrison.

- Sądzę, że po prostu trzeba je połknąć w całości – powiedział Scorpius.

Wymienili między sobą spojrzenia, po czym jednocześnie włożyli sobie do ust maleńkie czarne nasiona.

Okropny smak nasiona na języku w trakcie jego przełykania sprawił, że Albus miał ochotę zwymiotować, ale powstrzymał się z obawy przed tym, że i tak wtedy będzie musiał wziąć następne nasiono. Usłyszał, jak dwójka jego przyjaciół charcze obok, i domyślił się, że im również nie za bardzo spodobał się ten smak. Jednak jak tylko połknął nasiono, poczuł się tak, jakby miał w sobie energię całego świata. Czuł się, jakby już miał nigdy nie być zmęczony. Było tak, jakby spał przez wiele lat, i został nagle obudzony rozdzierającym uszy hałasem, co sprawiało, że niemożliwością było zasnąć ponownie.

- Czy wy też nagle czujecie się tacy... rozbudzeni? – zapytał Morrison kilka sekund później.

Zarówno Scorpius jak i Albus przytaknęli.

- Chyba to znaczy, że działają – wymamrotał Albus. – A teraz chodźcie, nie mamy za dużo czasu.

Poszli do chatki Hagrida i obeszli ją dookoła, zbliżając się do ogromnej ścieżki z warzywami kilka minut później. Skradali się po niej po cichu, uważając, żeby nie podeptać kwiatów po bokach. Przez moment Albus rozważał przebudzenie Hagrida i poproszenie go o pomoc, ale uświadomił sobie, że Hagrid prędzej będzie próbował ich powstrzymać niż im pomóc. Nachmurzył się na myśl o tym. Z pewnością tej nocy złamał już mnóstwo szkolnych reguł.

- Gdzie może być wejście? – zapytał Morrison. – Ta ścieżka z warzywami jest ogromna!

- Ciichoo! – syknął na niego Scorpius. – Mów szeptem, baranie. Hagrid śpi wewnątrz chatki.

Morrison otworzył usta, żeby coś odwarknąć, ale zamilkł na widok wyrazu twarzy Albusa. Albus poprowadził ich do krawędzi ścieżki, dokładnie tam, gdzie tulipany zaczęły zmieniać kolor na złoty wiele miesięcy temu.

- Rozejrzyjmy się tutaj – wymamrotał w ciemność.

- Lumos! – szepnęli wszyscy trzej. Dwie różdżki wystrzeliły z siebie paciorki światła, ale różdżka Albusa zamigotała tylko przez chwilę, po czym zgasła. Ciągle jeszcze tego nie załapał. Usłyszał, jak Scorpius podśmiewa się z niego za jego plecami, ale zignorował go.

Zamiast tego poszedł za Morrisonem, podczas gdy dwa światła skanowały okolicę w poszukiwaniu zamaskowanych drzwi, albo czegoś innego równie podejrzanego. Wyglądało jednak na to, że to przegrana sprawa. Wszystko, co było w zasięgu wzroku, to były przezroczyste, twarde jak skała tulipany rozsiane po ścieżce, a kilka warzyw, jakie Hagridowi udało się wyhodować, pokrywało pozostałe miejsca. Jednak właśnie wtedy, kiedy już zaczynał tracić nadzieję, usłyszał ciche „Aha!".

Albus odwrócił się i popatrzył parę metrów za siebie. Zobaczył, jak Scorpius stoi blisko krawędzi ścieżki, na niezwykle ciemnej kępie w pobliżu lasu. Wskazywał zapaloną różdżką na ziemię i lekko się uśmiechał.

Albus i Morrison pobiegli w jego kierunku i spojrzeli na ziemię. Była tam ukryta mała, kwadratowa klapa, pokryta mchem i innymi roślinami. Wyglądała na niezwykle cienką i była bardzo dobrze zakamuflowana. Albus nie mógł nikogo winić za to, że nie zauważono jej wcześniej. Jedynym powodem, dla którego była widoczna dla niego, było to, że była delikatnie uchylona.

- Zostawiła klapę otwartą, tak, żeby miała jak wrócić – powiedział Scorpius. –Jestem prawie pewny, że nadal jest tam na dole.

Albus przełknął głośno ślinę.

- No dobra... w porządku... teraz już nie ma odwrotu.

Odsunął małe drzwi na bok i zobaczył małe wejście, które wyglądało, jakby mogła się tam zmieścić jedynie jedna osoba. Na boku znajdowały się głębokie wyżłobienia, tak jakby drabina, po której schodziło się w dół. Albus ześlizgnął się na drabinopodobną ścianę i zaczął się obniżać.

- Idźcie za mną, nie jestem pewien, jak głęboko sięga ta drabina – powiedział.

Zaczął się zsuwać pod klapę, czując przy tym jakieś złowrogie przeczucie. Było bardzo chłodno, co wiele znaczyło, biorąc pod uwagę fakt, że był czerwiec. Co gorsza, w pionowym przejściu było jeszcze ciemniej niż na zewnątrz, co oznaczało, że musiał raczej wyczuwać rękami głębokie żłobienia, pełniące rolę szczebli drabiny, zamiast je widzieć.

- Poświećcie tu na dół swoimi różdżkami! – zawołał po dwóch pełnych minutach schodzenia.

Morrison i Scorpius posłuchali i wycelowali swoje różdżki w dół, dając Albusowi możliwość ujrzenia zakurzonej podłogi kilka stóp pod sobą.

- Hej, do zejścia nie ma tak daleko! – zawołał.

Zeskoczył kilka ostatnich stóp na dół i znalazł się na solidnym gruncie. Usłyszał, jak Scorpius jęczy, również schodząc w dół. Po paru minutach, cała trójka stała na pogrążonej w ciemności ścieżce, świecąc swoimi dwiema różdżkami. Jakieś kilka stóp przed nimi, można było zauważyć duże, kamienne drzwi, delikatnie rozchylone. Tkwił w nich zamek, a w nim mały srebrny kluczyk.

- Dobra chłopaki, jesteście gotowi? – zapytał przyjaciół Albus.

Rzucili mu spojrzenie, które, jak wiedział, oznaczało „nie", ale jednak niechętnie poszli za nim w kierunku drzwi. Mocno je popchnął i popatrzył, jak rozwierają się na oścież. W tej samej sekundzie prawie całkowicie oślepł.

Znaleźli się w dużym pomieszczeniu, o wiele zbyt szerokim, żeby iść wzdłuż krawędzi, i o wiele zbyt długim, żeby iść do przeciwległej ściany. Było ono wypełnione całkowicie srebrzystą mgłą, tak gęstą, że Albus czuł, jak go szczelnie otula. Po raz pierwszy w ciągu tej nocy poczuł się przytłoczony ciężarem niebezpieczeństwa, w którym przecież realnie rzecz biorąc się znajdował. Stał tutaj, w Podziemiach Mgły Merlina, miejscu, które nigdy wcześniej nie zostało odnalezione przez żadnego żyjącego czarodzieja czy też czarownicę, i był otoczony Mgłą, która może spowodować epidemię na skalę światową, jeśli tylko opuści te lochy. Miał bardzo dziwne przeczucie, że gdyby nie nasiono, które przed chwilą połknął, już by zemdlał.

- Och... och, no dobra, to nie powinno być takie trudne – Albus szybko skłamał. – Mirra musi gdzieś tu być.

Scorpius odwrócił się do niego, i nawet przez gęstą mgłę zobaczył przerażony wyraz jego twarzy, kiedy powiedział:

- Czy ty sobie jaja robisz? Te podziemia pewnie rozciągają się pod całym Zakazanym Lasem! Nie mogę tego zrobić!

- Ja też nie – zaskrzeczał Morrison.

I jak tylko to powiedzieli obydwoje zwalili się na ziemię z obrzydliwym hukiem.

- Nie! – krzyknął Albus, przykucając obok nich, potrząsając, mając nadzieję i niemal się modląc, żeby wszystko było w porządku. Jeśli stałoby się im coś złego, to byłaby tylko i wyłącznie jego wina...

Ciągle nimi potrząsał, ale ich głowy tylko kiwały się z boku na bok. Albus tego nie rozumiał. Dlaczego nasiona zadziałały na niego, a na jego przyjaciół już nie? Dlaczego on wciąż był rozbudzony i czujny, a Scorpius i Morrison zapadli w głęboki sen?

Obydwoje wciąż oddychali, ale ich oddech był płytki i cichy, jakby we śnie toczyli z góry przegraną bitwę. Przyciągnął obydwóch w pobliże olbrzymich kamiennych drzwi i położył w pobliżu kamiennej drabiny. Ale nie mógł jeszcze wyjść... z tyłu został jeszcze jeden jego przyjaciel.

Przebiegł z powrotem przez drzwi w stronę wielkich podziemi. Nie wiedział dlaczego mgła na niego nie działała, ale miał dziwne przeczucie, że Mirra leżała gdzieś w ogromnej kamiennej komnacie, nieprzytomna czy też pogrążona we śnie, jak zwał, tak zwał, i była bardzo bliska śmierci...

Zaczął biec przez podziemia, dbając o to, żeby co kilka minut zerkać przez ramię. Nie chciał stracić z oczu drzwi, które, jak miał nadzieję, będą jego drogą ucieczki. Zwolnił tempo po kilku minutach, złowieszcza mgła stawała się teraz wyraźnie gęstsza... tak jakby uznała jego porażkę, i w zamian odbierała mu życie...

Upadł na kolana i pogrążył twarz w dłoniach... ale nie mógł zostawić swoich przyjaciół na pewną śmierć... zaczął czołgać się cal po calu na kolanach, pełznąc przy pomocy rąk, i nagle, tak jakby nigdy nie brał żadnego nasiona, poczuł się bardzo śpiący. Tak jakby im mniej miał nadziei, tym bardziej czuł się zmęczony.

Kolana poślizgnęły mu się na czymś cienkim i poczuł, jak upada twarzą na podłogę. Na czym u licha można się poślizgnąć w kamiennych lochach? Spojrzał w dół, wytężył wzrok przez gęstą mgłę i zobaczył czarny błysk na podłodze pod sobą. Podniósł luźny kosmyk włosów i z nagłym skurczem serca uświadomił sobie, że był zaledwie kilka cali od ciała Mirry...

Pochylił się na tyle nisko, żeby poczuć jej oddech i uświadomił sobie, że ona także spała. Jednak oddychała o wiele płycej niż Scorpius i Morrison, najwidoczniej była tu o wiele dłużej, i Mgła zdążyła już zebrać na niej swoje żniwo.

- Zamierzam cię stąd wyciągnąć – oznajmił jej nieprzytomnemu ciału.

Leżała twarzą do góry, jej ręce i nogi były ułożone w sposób, który wskazywał na to, że upadła nagle. Rozejrzał się dookoła i zobaczył, że olbrzymie drzwi miał nadal w zasięgu wzroku. Nie udało jej się ujść daleko do momentu, kiedy Mgła zwaliła ją z nóg, i Albus bardzo wątpił, żeby udało jej się znaleźć to, czego szukała. No cóż, on sam z pewnością jej teraz tego nie umożliwi.

Poczuł się tak, jakby jego ciało wygrało walkę z ogarniającym je zmęczeniem. Teraz miał już wszystkich swoich przyjaciół, mógł iść. Podniósł ją za ramiona i pociągnął po kamiennej podłodze, zimna srebrna mgiełka otaczała go, jednak nie czyniła mu krzywdy.

Przeciągnął ją przez kamienne drzwi i ułożył obok pozostałej dwójki, która ciągle pogrążona była w głębokim śnie. Podszedł z powrotem do drzwi i popchnął je bardzo mocno. Drzwi zatrzasnęły się, pieczętując wejście do Podziemi i zapobiegając przesiąkaniu na zewnątrz ich zawartości.

Popatrzył w górę kamiennej drabiny i zobaczył nad sobą wyjście. Byli już tak blisko... teraz już tylko musiał wymyślić, jak wydostać stąd siebie i pozostałą trójkę...

Wiedział, że będzie musiał przenieść ich ciała za pomocą magii. Tak jakby planował to od bardzo dawna, wyciągnął różdżkę i wycelował nią w śpiącą przed nim gromadkę. Chciał wypowiedzieć formułę zaklęcia, ale uświadomił sobie, że jej przecież nie zna.

W pomieszczeniu wciąż była Mgła, i im dłużej nią oddychał, tym bardziej czuł, jak ogarnia go panika. Co też im mówił profesor Handit? O tworzeniu zaklęć przy pomocy łacińskiej etymologii?

- Mobilabodies! – stwierdził triumfalnie, machając różdżką. Nic się nie wydarzyło.

- Cholera – wymamrotał. – Mobilafriendus! – wykrzyknął. Kolejny raz nic się nie stało.

Wdychał teraz Mgłę w niebezpiecznie szybkim tempie. Poczuł, jak serce przyspiesza mu w piersi, i w tym samym momencie ogarnęła go senność.

- Mobilacorpus! – zawył w desperacji.

Wszystkie trzy ciała zaczęły się nagle unosić nad ziemią. Zaklęcie jakimś cudem podziałało. Szarpnął różdżką pionowo i wszystkie ciała nad ziemią uniosły się do pozycji stojącej. To było dziwne uczucie, kontrolować ruchami różdżką swoich przyjaciół, ale Albus był zbyt przejęty, żeby tym się zachwycać. Teraz jedyne, co musiał zrobić, to skoncentrować się i wspiąć w górę.

Zaczął wspinać się po kamiennych schodkowych szczeblach, zerkając na dół, żeby się upewnić, czy trzy unoszące się w powietrzu ciała podążają za nim. Najpierw unosił się Scorpius, później Morrison, a na końcu Mirra. Kilka razy zaczęli opadać, co sprawiało, że Albus musiał pogrzebać w szatach i wyciągnąć różdżkę, żeby wypowiedzieć zaklęcie ponownie.

Już zbliżali się do powierzchni... już widział gwiazdy ponad sobą... Wypełznął na świeże powietrze i ostatkiem sił machnął różdżką, żeby wciągnąć swoich pogrążonych we śnie i unoszących się lekko przyjaciół do bezpiecznego miejsca.

Ułożył ich płasko na ziemi pokrywającej ścieżkę z warzywami Hagrida i potknął się z niezmiernego zmęczenia. Zamknął klapę silnym pociągnięciem i opadł z głośnym hukiem na podłoże, oddychając tak słodko słodkim, świeżym powietrzem.