Znów kobiety w Europie.
W ostatniej chwili ominął kolejną kałużę. Ciężko było jednocześnie prowadzić konwersację i iść po mokrych ulicach Brukseli. Pomyślał o tym, w jakim stanie będą się znajdować jego buty po spacerze i na chwilę zamknął usta.
- Frytkę?
- Nie, dziękuję.
Beatrycze nie przejmowała się tym, że pół godziny temu przestało padać. Wiał zimny wiatr, ale Francis bardziej niż ona odczuwał każdy podmuch. Dla zasady nie zakładał czapki, a szalik stanowił tylko ładne i modne dopełnienie stroju.
Za to na jego przyjaciółce kiepska pogoda nie robiła wrażenia. Uśmiech nie schodził z jej ust.
Znali się od wielu lat i spędzali ze sobą dużo czasu. Zdawało się, że nic go nie zdziwi. Tego dnia jednak Belgijka przypomniała mu, że kobiety nie są do końca przewidywalne.
Zaprosiła go do Brukseli i jakoś tak się złożyło, że nie wylądowali w jego ulubionej francuskiej kafejce pachnącej czekoladą, ale w jednym z barów szybkiej obsługi. Gdy zobaczył menu, jego umysł od razu zaczął przeliczać każde danie na kalorie. W końcu wyszedł głodny i zniesmaczony widokiem Beatrycze pochłaniającej tłustego hamburgera i popijającej obiad lodowatym napojem. A frytki zostawiła sobie na drogę.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Są z majonezem.
- Lekarz nie mówił ci, by nie jeść za dużo tłuszczów? To może zaszkodzić twojej wątrobie, sercu, tętnicom.
Beatrycze uśmiechnęła się pobłażliwie, jakby zupełnie zapomniała, że znalazł ją dwa tygodnie temu na podłodze jej sypialni nieprzytomną i bladą jak kreda. Stwierdzono tylko lekką anemię. Wróciła po kilku godzinach z zaleceniem, by nie stresować się i dużo odpoczywać.
Może się martwił za bardzo, może był zbyt opiekuńczy, ale dręczyła go myśl, że kiedyś zabraknie mu jej pogody ducha i racjonalnych słów. Sam był typem człowieka bujającego w obłokach, a Beatrycze w łagodny sposób potrafiła go sprowadzić na ziemię.
Ostatnio rozdźwięk między mieszkańcami północnej i południowej części jej ziem przysparzał Belgijce wielu zmartwień. Flamandowie i Waloni coraz częściej mówili o podziale kraju, ignorowali sąsiadów mówiących innym językiem i kłócili się. Politycy nie byli w stanie dojść do zgody i gdyby nie król Albert II, Beatrycze nie miałaby z kim rozmawiać o przyszłości swego kraju.
- Czuję się dobrze.
- Możesz mnie oszukiwać, bym to ja poczuł się dobrze – powiedział szorstko Francuz.
- Naprawdę – zapewniła Beatrycze uśmiechając się – Tamto dwa tygodnie temu, to przypadek. Nic się nie stało.
- Nikt nie wie, co będzie, jak podzielą twój kraj.
Pochyliła głowę i na chwilę zapomniała o stygnących frytkach.
- Dziadkowie Vargas'ów i Beilschmidt'ów odeszli w zapomnienie. Jugosławia, Tolosa, Etruria... Trzeba coś zrobić.
- Będzie to, co los pokaże – powiedziała twardo – Aragonia przetrwała, Burgundia też. Są narody bez państw i państwa bez narodów. Nie mam na to wpływu.
- Ale...
Beatrycze położyła palec na ustach Francisa skutecznie uciszając go.
- Byłam w Wiedniu kilka dni temu. Tak szczęśliwie się złożyło, że spotkałam tam Feliksa Łukasiewicza.
- Feliks w Wiedniu? No, no... a nie wygląda na takiego co wyłazi często do wielkiego miasta.
- Francis – cicho zwróciła mu uwagę – Feliks to bardzo sympatyczny i uczciwy człowiek. A w Wiedniu przebywał, bo zapewne miał coś do omówienia z Ludwigiem i Roderichem. Elizavieta i Antonio też tam byli.
W odpowiedzi wzruszył ramionami. Wszystko, co się działo na wschód od granic jego państwa, było bez znaczenia. Ludzie mieszkający tam ciągle kłócili się między sobą, walczyli o jakieś historyczno-polityczne bzdety, pili barbarzyńskie trunki i mówili w barbarzyńskich językach. Co prawda ostatnio ich kultura osobista zaczęła rosnąć, ale wciąż to nie to samo, co na zachodzie.
- Niewielu naszych kolegów może poszczycić się równie burzliwą historią. Tyle lat bez ziemi... – westchnęła – bez państwa... A jednak przetrwał.
Nagle Beatrycze zagrodziła mu drogę i posłała ogromny uśmiech. Mężczyźni widzący ich razem daliby się pokroić, żeby tak piękna kobieta uśmiechała się do nich. Francis od razu poczuł się dowartościowany.
- Skoro Feliks się nie złamał, to ja też dam z siebie wszystko. Nie będę użalać się nad sobą i zastanawiać się, co by było gdyby.
Francuz miał wątpliwości, ale powstrzymał się od wygłaszania ich. Jego wieloletnia przyjaciółka umiejętnie zmieniła temat i szybko zapomniał o tej rozmowie.
Szalejące kolorowe światła przyprawiały o migrenę. Dziewczęta ubrane we frywolne szkolne mundurki irytowały ją samą swoją obecnością. Jakże nienawidziła tych obscenicznych przyjęć, na które Lovino spraszał swoich kumpli.
Mogło być gorzej, powtarzała sobie cicho. Mogli wylądować w willi bezwstydnego Włocha gdzieś pod Neapolem, a stamtąd to by nawet zaufani przyjaciele nie wyciągnęliby jej bez szkody dla umysłu.
Zmierzyła krytycznym spojrzeniem zebrane w klubie towarzystwo. Mężczyźni zajęli najwygodniejsze kanapy z widokiem na parkiet poniżej. Dokładnie naprzeciwko jej w głębokim fotelu Lovino Vargas rozsiadł się jak król. Drobna blondyneczka w bluzce ze zbyt głębokim dekoltem szeptała mu coś do ucha, a on ją gładził po udzie.
Nieco z boku Feliciano dał się kompletnie ogłupić dwóm szatynkom wyglądającym jak bliźniaczki i w zastraszającym tempie pochłaniał kolejne drinki. Na kolanach Iwana Bragińskiego siedziała śliczna jak lalka dziewczyna z włosami splecionymi w grube warkocze. Do półprzytomnego Francisa przytulała się równie śliczna i równie młodo wyglądająca hostessa o ciemnej cerze i długich nogach. A Francis śmierdząc alkoholem jak gorzelnia przytulał się do niej – Michelle Monaco.
- Monique... – wyksztusił – Monique, takie dobre z ciebie dziecko...
Zawsze, gdy upijał się, nazywał ją Monique. Moment ten oznaczał, że Francuz powinien zostać odstawiony od źródła swej chwilowej radości i przetransportowany w wygodne i ciemne miejsce ze szklanką wody i tabletkami od bólu głowy czekającymi na stoliku nocnym.
Jednak Michelle nie przyszła tu ze względu na niego. Feliciano prosił ją, by dotrzymała mu towarzystwa i przypilnowała, by nie zrobił nic głupiego. Wieczny chłopiec na trzeźwo miał dużo uroku osobistego i dar przekonywania nawet największych ponuraków, by się oderwali od codzienności i zabawili trochę. Zerkając na niego doszła do wniosku, że najpóźniej za pół godziny trzeba go zabrać do hotelu. Także miał dosyć. Pozostałymi nie przejmowała się.
- Cześć...
Tok jej myśli przerwała obecność kolejnej hostessy o perfekcyjnej gotyckiej urodzie i nijak nie pasującym do niej frywolnym stroju niegrzecznej gimnazjalistki. Pochyliła się i zaglądnęła Michelle w oczy oblizując przy tym czerwone, wilgotne wargi.
- Wydajesz się być... raczej znudzona obecnym towarzystwem – uwodzicielsko zawiesiła głos – Chętnie ci pokażę, jak bawią się duże dziewczynki...
Michelle zmarszczyła brwi. Ciężki zapach perfum dziewczyny irytował ją bardziej niż próba podrywu.
- Słyszałaś o czymś takim jak przestrzeń osobista? – zapytała zimno.
Tamta cofnęła się.
- Nie wiesz, co tracisz – fuknęła jak kotka.
- Nic nie tracę.
- Suka! – dziewczyna wysyczała ostatnie słowo i odwróciła się od niej obrażona.
Starszy Vargas ryknął śmiechem zarażając Iwana i Francisa. Feliciano jak zwykle nie wiedział, o co chodzi.
- W ogóle nie umiesz się rozerwać! – zawołał ucieszony Romano, po czym dopił jednym haustem kolorowego drinka.
Chciała wrócić do domu i zdjąć wreszcie soczewki kontaktowe. Zamrugała skupiając wzrok na młodszym z braci zastanawiając się, jak odkleić go od dwóch szatynek zanim straci przytomność.
- Może i ty powinnaś wziąć coś z baru – zasugerował z uśmiechem Iwan.
- Wzięłam – Michelle pokazała wysoką szklankę.
W wodzie migotały różowo kostki topiącego się lodu.
- Może coś mocniejszego?
- Prowadzę – odpowiedziała twardo.
Nikt nie lubił jak inni się z niego wyśmiewają. Światu przybywa problemów, a ci czterej zamiast coś zrobić, bawią się jakby to była ostatnia impreza na Titaniku.
Iwan skinął głową i nie zabierał więcej głosu. Za to Francis wyraźnie się ożywił.
- Wiem, czemu Feli cię zaprosił!
- Ja to wiedziałem od początku – wtrącił złośliwie Romano.
- Wyglądasz jak Ludwig. Zachowujesz się jak Ludwig. Jesteś jak Ludwig w spódnicy!
Michelle wstała i wsadziła dłonie w kieszenie obcisłych czarnych spodni. Nie skomentowała słów Francuza.
- No ale Feli... – Francis objął młodszego kolegę ramieniem – Zapomniałbyś wreszcie o tym sztywniaku. Pewnie ciągle ci mówi, że nie ma czasu.
- Uhm... – Włoch pokiwał smutno głową.
- A on woli pałętać się z Łukasiewiczem po Wiedniu, kartofel jeden!
Iwan nagle wyprostował się.
- Po Wiedniu mówisz, da? – zapytał z tym prostodusznym uśmiechem przyklejonym do ust.
- Tylko po co? To najnudniejsze miasto na świecie.
Michelle omal nie przygryzła dolnej wargi. Gdyby to od niej zależało, Francis nie wziąłby kropli alkoholu do ust do końca życia.
Co on sobie myślał? Bragiński mimo upływu czasu pozostał wyczulony na wszelkie informacje dotyczące krajów z jego dawnej strefy wpływów. Jeśli Ludwig planował coś z Łukasiewiczem, to była ich sprawa. Ich i Unii. Iwanowi nic do tego.
Niedoinformowany lub źle poinformowany Rosjanin już niejednokrotnie bywał agresywny i kłopotliwy. Swoją paplaniną Francis mógł spowodować kryzys w stosunkach międzynarodowych.
Już niemal widziała czarne chmury zbierające się nad Europą. Optymizm nigdy nie był cechą jej charakteru, ale być może dzięki temu stała się bardziej wyczulona na konsekwencje pozornie błahych wydarzeń.
Świat tylko z pozoru wydaje się stabilny. Jeden ruch skrzydeł motyla i ogólny ład rozpada się na drobne kawałeczki. Wystarczy iskra, by wzniecić rewolucję. Wystarczy nieprzemyślany gest, by wywołać wojnę.
Nie używała brzydkich słów wyłącznie dlatego, że damie to nie przystoi. Przetransportowanie półprzytomnego mężczyzny z punktu A do punktu B na motocyklu mogła zaliczyć do sportów ekstremalnych. Feliciano wykazał się jednak na tyle dużą przyczepnością, że dojechali do hotelu bez większych przygód. Wolałaby jednak żeby ręce trzymał poniżej linii biustu – tak dla większej stabilizacji i komfortu jazdy.
Teraz dopiero mogła odprężyć się po męczącym wieczorze.
Pokonywała szybko opustoszałe przed świtem ulice. Światło mijanych latarni odbijało się w przyciemnionej powierzchni kasku, wiatr szarpał krótką kurtką. Chłód wnikał pod ubranie. Całym ciałem wyczuwała perfekcyjną pracę silnika. W takich właśnie chwilach cieszyła się jak małe dziecko.
Przyjaciele i sąsiedzi mogą mieć sobie wielką politykę, ambicje i pociąg do władzy, jednak mogła się założyć, że większość z nich już dawno nie czuła się szczęśliwa. Każdy z nich tkwił w ciasnym kręgu obowiązków i piętrzących się trudności. Nie dostrzegali, że im więcej mówią o wolności, tym bardziej stają się zniewoleni.
Zatrzymała się przy wyjeździe z miasta. Widziała z tego miejsca panoramę okolicy. Monako nigdy nie zasypiało. Nawet o tej porze tysiącami świateł barwiło niebo na pomarańczowy odcień, a tam, gdzie już nie sięgały światła, zaczynały się gwiazdy.
Odetchnęła kilkakrotnie zimnym powietrzem odsuwając od siebie niepokojące myśli. Nie martwić się na zapas. Liczy się tylko czysta informacja, nie domysły. Gdybanie to strata czasu i energii, którą można wykorzystać w konstruktywny sposób.
Uspokojona sięgnęła po komórkę.
- Ludwig, przepraszam, że dzwonię tak późno. W innych okolicznościach nigdy bym ciebie nie budziła, ale myślę, że powinieneś coś wiedzieć...
Miałam w tym miesiącu trochę kłopotów z dostawcą internetu, ale na szczęście problem został rozwiązany. Komentarze do opowiadań innych autorów zawsze można napisać na komórce, niestety załadować nowego rozdziału się nie da... Da?
