Aidi: Ta ekipa jeszcze długo pociągnie ;) Roxie... Niby twardzielka, ale naprawdę łatwo ją zranić... James Potter to typowy Potter : Cassi? Super zdrobnienie :3 Haha chyba jedną rzecz udało ci się przewidzieć, ale cii... przekonasz się już za chwilkę... Serio? Dziękuję, kochana! Pozdrawiam!
Zapraszam na nowy rozdział, Potterowi Ludkowie!
Nastolatkiem być
Środa rano
Jak co dzień wstała przed swoimi współlokatorkami, które były strasznymi śpiochami i zaczęła się ubierać.
Miała niesamowicie dobry humor... Dlaczego? Przez małe ziarenko nadziei, które zaczęło kiełkować w jej piersi, a do którego nigdy by się przed sobą nie przyznała.
James zerwał z Amy.
Co wcale ją nie obchodziło! Zwykły fakt. Ludzie bez przerwy się schodzili, a później rozstawali. I wcale nie odczuwała przyjemnego zadowolenia, gdy poprzedniego dnia tak bardzo swobodnie z nią rozmawiał na kolacji i treningu...
Coś ją ciągnęło do niego od samego początku, ale nic z tym nie mogła zrobić, gdyż chłopak był zajęty. Okłamywała samą siebie. Mówiła, że jest okropny i egoistyczny... Zwykły podrywacz i szpaner.
Ale teraz...
Postanowiła się umalować. Szalony pomysł. Ona nigdy się nie malowała. Ale chciała poczuć się bardziej atrakcyjna.
Nałożyła odrobinę tuszu, błyszczyku... Widok w lustrze bardzo ją zadowolił.
Rozpuściła włosy, które zazwyczaj nosiła związane - wchodziły jej tylko w oczy i nie pozwalały się na niczym skupić. Ale gra warta była miotły.
Z ubraniem nie miała co zrobić... Zwykły mundurek... Ale podciągnęła lekko spódniczkę - nad kolana, szaleństwo!
Skąd te wszystkie zabiegi? Oczywiście nie dla Jamesa! On nadal był idiotą! Po prostu, czasami dziewczyna chcewyglądać lepiej.
Spakowała się szybko i pobiegła na wczesne śniadanie.
O cholera.
Zapomniała o Chrisie.
Od pewnego czasu, czyli niedzieli, zawsze jadali razem śniadanie. Chłopak zaczął się przed nią powoli otwierać, a ona... polubiła go. Uwielbiała go rozweselać i z nim rozmawiać, a to, że był wyjątkowo atrakcyjny, nie miało dla niej - oczywiście - znaczenia.
Zastanawiała się, jak zareaguje na jej widok. Wiedziała, że to dość niewielka zmiana, ale dla niej było to coś... dziwnego. Chciała dodać sobie pewności siebie, ale teraz, gdy zbliżała się do Cormaca, który był pogrążony w lekturze, nie wiedziała, czy to dobry pomysł.
Raz się żyje.
– Hej, Chris! – wskoczyła na ławkę koło niego i zaczęła nakładać sobie tosty. – Co tam?
– To znowu ty – burknął, nie podnosząc głowy znad książki. – A miałem nadzieję, że w spokoju zjem dzisiejsze śniadanie.
Mimo jego słów Nora wiedziała, że się cieszy. Coraz lepiej potrafiła go rozszyfrować.
– Ta... Oj, przyznaj się. Uwielbiasz mnie. – Uśmiechnęła się promiennie.
Chłopak w końcu uniósł głowę.
– Jeżeli myślisz, że... – Zamarł.
To była najdziwniejsza chwila w życiu Nory. Christopher pewnie chciał ją obrazić, ale oniemiał i wbił w nią wzrok.
– Coś się stało? – Uniosła brwi i uśmiechnęła się delikatnie, w duchu dusząc się ze śmiechu.
– Yyy... Eee... – Chłopak pokręcił kilka razy głową i znów na nią spojrzał. – Wyglądasz... inaczej.
– Inaczej? – powtórzyła powoli, przeciągając samogłoski. – Inaczej, czyli źle?
– Inaczej... bardzo ładnie. – Obdarzył ją swoim wyjątkowym, rzadkim, szczerym uśmiechem.
Nora pomyślała, że taka reakcja dobrze wróży jej dzisiejszej misji...
Ale po chwili nie było dziewczynie do śmiechu.
Zagłębiła się w rozmowie z Chrisem, którego - jak co poranek - musiała otworzyć. Chłopak zawsze na początku udawał nieprzyjemną osobę, ale później, po kilku jej żartach, zaczynał z nią normalnie rozmawiać.
Z magicznego sklepienia delikatnie przedzierały się przez chmury promienie słoneczne, padając plamami na stoły. Gorące potrawy przyjemnie pachniały, zachęcając do ich skosztowania.
Na sali nie znajdowało się za wiele osób. Dziewczyny znajomi wstawali o wiele później, ale - jak miała się przekonać - dzisiaj miało być inaczej.
– Możesz mi przypomnieć, dlaczego zgodziłem się wstać wcześniej?
Fred wywrócił tylko oczami.
– Bo w sobotę mamy mecz. Musimy być w formie.
James jęknął. Jego kuzyn był psychopatą! Nie dość, że organizował miliony dodatkowych treningów, zmuszał go do biegania co wieczór, to jeszcze wymyślił sobie, że ich dwójka będzie biegać także rano.
Potter żałował, że nie zaprosił Nory... Z nią ta tortura mogłaby być przyjemniejsza.
– Słyszałeś o tej nowej uczennicy? Cast coś wspomniała na kolacji, że jest w Hufflepuffie – Fred próbował go zagadnąć, gdy wchodzili po schodach do zamku.
– Nie... Pewnie to jakaś oferma... – James nie miał teraz głowy do jakichś nowych uczennic. Był wykończony po bieganiu i miał ochotę na bekon. A głodny i zmęczony facet to nie za dobre połączenie.
– Czy ja wiem... Puchoni mówili, że to niezła laska. – Fred się do niego wyszczerzył. – A ja jestem niezłym kapitanem drużyny! Szkoda, że była zbyt zmęczona, aby pojawić się na kolacji. Po raz pierwszy nie mogę się doczekać lekcji.
James chciał mu już odpowiedzieć, ale weszli do Wielkiej Sali, a tam... stanął zszokowany.
Najpierw zauważył, że Nora wyglądała niesamowicie pięknie.
Śmiała się na cały głos, potrząsając swoimi długimi włosami i spoglądając na kogoś z radością w oczach, która tylko dodawała jej uroku.
Chłopak zrobił krok do przodu, jakby dziewczyna go przyciągała, ale zamarł, gdy zauważył, kto jej towarzyszył.
Było tak, jakby wymierzyła mu cios w twarz.
Wtorek wieczorem
Po tym jak Iskierka dostała szału, Roxanne została przetransportowana do Szpitala, gdzie mieli zająć się jej ręką. Czuła lekkie otumanienie, ale nie przeszkadzało jej to w rozglądaniu się.
Szkoła miała swój urok. W niczym nie przypominała Hogwartu. Teren został otoczony wielkim zakamuflowanym murem i bramą, przez którą udało im się przejść. Wychodziło się na okrągły dziedziniec - na którym nie znajdowało się nic oprócz piasku. Budynki szkoły leżały na skałach. Tak - na skałach. Cały teren był przepiękną, rozległą i bardzo dziką doliną. Szkoła składała się z kompleksu niewielkich budynków. Wyróżniały się tylko trzy budowle, które miały odrobinę większą powierzchnię. Jeden: Pawilon jadalnia, jak wyjaśniła Roxanne pewna uczynna pielęgniarka, dwa: Terenówka hala sportowa, Trzy: Ogłaszalnia aula. Roxie nie miała pojęcia, dlaczego ci ludzie komplikują tak sprawy i nie mogą w jakiś oczywisty sposób nazwać głównych ośrodków… Rumuni - kto ich zrozumie?
Aby dostać się do szpitala musiała wejść pod dużą górę, a z poharataną i krwawiącą ręką - nie było to łatwe. Reszta jej grupy została zabrana w inne miejsce, ale dziewczyna nawet tego nie zarejestrowała. Próbowała odciąć się od osób, idących za nią - pewnego przystojniaka i jego histeryzującej dziewczyny. Nie mogła nawet spojrzeć w ich kierunku. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Gdzie się podziała jej twarda postawa? Gdzie podziała się pewność siebie? Znając moje szczęście, poszła na macierzyński.
Dotarła. Szpital w bardzo dziwy sposób przypominał ich zwykłe Skrzydło Szpitalne… Może każdy szpital tak ma? A może Hogwart jest na tyle genialny, że wszyscy go naśladują?
Posadzono ją na twardym materacu i zajęto się jej raną.
Kątem oka zauważyła znajomą czuprynę…
– Haroon! – wykrzyknęła. – Nic ci nie jest?
Hindus siedział na sąsiednim łóżku i wyglądał o wiele lepiej niż przed godziną.
– Ci mili ludzi – Wskazał na krzątającą się przy jego nodze pielęgniarkę. – bardzo mi pomógli.
Dziewczynie spadł kamień z serca. Widząc jego uśmiechniętą, lekko bladą, ale przytomną twarz i słysząc łamaną angielszczyznę w jego wykonaniu, mogła się tylko uśmiechnąć.
Chciała kontynuować rozmowę, ale przerwało jej zamieszanie przy drzwiach – w kierunku których nie patrzyła, gdyż bohaterski chłoptaś i jego pannica tam przysiedli…
Wpadł do pomieszczenia pewien mężczyzna. Bardzo rozczochrany, bardzo zdenerwowany i bardzo rudowłosy - choć już odrobinę siwiejący - mężczyzna. Na jego widok wszyscy, którzy byli do tego zdolni, wstali, aby okazać mu szacunek; choć on nawet na nich nie spojrzał, zajęty rozglądaniem się.
Charles Weasley. Jej ukochany wujek. Jej autorytet od najmłodszych lat. Charlie nigdy się nie ożenił - jego jedyną miłością były smoki, a później Roxanne. Niektórym wydawało się dziwne, że ta dwójka jest ze sobą tak blisko, ale jej rodzice dobrze wiedzieli, co robią, wybierając go na ojca chrzestnego. Roxie przypominała takiego małego smoczka - szalona, rozbrykana, zawsze w ruchu, pełna radości, ale także uporu i szorstkości. Idealnie się ze sobą dogadali. On zabierał ją na wakacje i uczył o smokach, ona podtrzymywała go na duchu i kochała. I tak jakoś razem funkcjonowali.
Gdy Charlie usłyszał, że jego siostrzenica została bohaterką, która przeprowadziła swoich towarzyszy przez doliny aż do szkoły, pękał z dumy. To był oczywiście test, ale ona zdała go najlepiej z nich wszystkich. Ale później usłyszał, że ta banda idiotów - gdy wyraźnie dał zakaz - przyprowadziła pod bramę smoka i że jego siostrzenica została ranna, wybuchł gniewem. Nikt nie krzywdzi jego rodziny. Pobiegł do Szpitala najszybciej, jak mógł.
– Gdzie ona jest? – wybuchł, nie zważając na oszołomione miny pracowników.
– Tutaj, wujku. – Usłyszał dobrze znany schrypnięty głos. Dziewczyna siedziała na łóżku w rogu niewielkiej sali i do niego machała. – Przestań się wyżywać, staruszku. Nic mi nie jest. Widzisz? Tylko cztery Super Magiczne Szwy. Bywało gorzej.
Podszedł do niej i mocno przytulił, uważając na zranione ramię. Roxie próbowała się wyrwać, ale nie pozwolił na to; musiał się upewnić, że nic jej nie jest.
– Flamel! Cioran! Do mnie! – krzyknął nagle. Roxanne wzdrygnęła się lekko i odwróciła wzrok, gdy uczniowie do nich podchodzili.
– Flamel, melduj. Jakie obrażenia? – zwrócił się rzeczowym głosem do chłopaka, który ją uratował.
Jules, na którego Roxie musiała niestety spojrzeć, zasalutował lekko.
– Rana na dłoni, ale już opatrzona. Kilka siniaków, jednak mogło być gorzej, prawda? Żyjemy. – Spojrzał na Weasley i delikatnie się uśmiechnął.
Jego dziewczyna złapała go za rękę i także obdarzyła ją uśmiechem.
Był to typ eterycznej młodej kobiety, czyli zupełne przeciwieństwo Roxanne. Wyższa od niej, ale nie za wysoka. Szczupła, ale widać, że musiała dużo ćwiczyć. Urodę miała delikatną i zwiewną - usta pomalowane czerwoną szminką, czarne brwi, czarne, jedwabiście gładkie włosy i tego samego koloru oczy. Prawdopodobnie Rumunka na co wskazywał jej charakterystyczny lekko ciemnawy kolor skóry. Robiła wrażenie mimo zapłakanych oczu. A najgorsze było to, że wydawała się sympatyczna. I idealnie pasowała do swojego chłopaka.
Jules opowiedział Charliemu, Cioran i Haroonowi, który dołączył do ich towarzystwa, co się dokładnie wydarzyło. Kilka razy robił przerwy i spoglądał na Roxanne, jakby chciał, żeby coś dopowiedziała, ale ona milczała i tylko unosiła brwi. Przekaz był jasny: Nie zadzieraj ze mną, chłoptasiu.
Po kilku minutach, które dziewczynie wydawały się wiecznością, skończył swoją opowieść i otrzymał pochwałę od Charliego za szybką reakcję.
– No cóż… Cieszę się, że nic ci nie jest – zwrócił się do swojej siostrzenicy. – Muszę wracać do moich zajęć. Eleno, pójdziesz ze mną? Potrzebuję pomocy z tymi ziołami, którymi się ostatnio zajmowałaś. A ty, Flamel, oprowadź Roxanne po szkole. Jej grupa już dawno wyruszyła, a jak teraz do nich dołączy, to nic się nie dowie.
Wyszedł szybko, ciągnąć za sobą Rumunkę, która zdążyła tylko posłać pozostałej trójce zrozpaczone spojrzenie.
Haroon Khan musiał zostać tej nocy w Szpitalu, ale Roxie puścili od razu.
Wyszła za Julesem na dwór. Była zdziwiona, gdy zdała sobie sprawę, że jest już ciemno. Straciła zupełnie poczucie czasu.
Próbowała nie patrzeć na chłopaka. Ale mu się to nie podobało. Stanął przed nią, zagradzając jej drogę i położył ręce na ramionach dziewczyny.
– Hej! Miło by było, gdybyś mi podziękowała lub coś… – Próbował spojrzeć jej oczy, ale uparcie patrzyła na swoje sznurówki. – Zrobiłem ci coś? Znamy się od kilku minut, a ty się zachowujesz, jakbym cię dźgnął końcem miotły…
Cisza. Nie miała zamiaru z nim rozmawiać.
– Wiesz, jestem bardzo cierpliwym człowiekiem. Nadal nie chcesz nic mówić? – Odgarnął włosy w istnie potterowski sposób, który sprawił, że trochę zmiękła. – Zawsze możemy wrócić do tego smoka, żeby dokończył to, w czym mu przeszkodziłem. Na pewno będziesz bardzo smaczna. Ale to twój wybór. – Wzruszył nonszalancko ramionami. – Ja mogę tutaj stać przez całą noc…
– Na gacie Merlina! Nic nie zrobiłeś. – Westchnęła i wyrwała mu się. – Miałam dosyć ciężki dzień. – Zaczęła wspinać się po pierwszej z brzegu ścieżce. – A zresztą… Iskierka by mnie nie zjadła.
– A jednak umiesz mówić! – Uśmiechnął się, a Roxanne po raz kolejny poczuła ból w piersi. On jest taki… idealny. Zamknij się! – To tak, buntowniczko. Po pierwsze: to jest smok - on zawsze ma ochotę cię zjeść; po drugie: idziesz w złym kierunku. – Nie czekając na nią, odwrócił się na pięcie i sobie poszedł.
Roxie przeklęła pod nosem i pobiegła za nim. Stwierdziła, że to niesprawiedliwe, iż Bóg obdarza ludzi takimi długimi nogami. Jules w ogóle był wysoki; wyglądała przy nim jak krasnal.
Szli przez kilka chwil w milczeniu.
Chłopak miał ją oprowadzić, ale jak na razie jedynymi ciekawymi rzeczami w okolicy były skały i… skały! Wow.
Roxanne stwierdziła, że nie potraktowała sprawiedliwie Flamela. Uratował jej życie, a ona przez swoje głupie serce traktowała go okropnie. Postanowiła, że postara się być miła; dziewczyny uczucia nie miały znaczenia. Nie była typem laski, kradnącej chłopaków. Miała swój honor.
– Jules – zagadnęła cicho. Chłopak spojrzał na nią i uniósł jedną brew. – Przepraszam. I… dziękuję.
– Jak miło. A za co dziękujesz i przepraszasz?
Roxie miała ochotę go pobić. Mógł być przystojny, uroczy i mega wysoki, ale w tym momencie przesadził. Ale… musiała go przeprosić.
– Za bycie jędzą i podziękować za uratowanie życia. – Ledwo jej te słowa przeszły przez gardło. Nienawidziła się tak upokarzać.
Chłopak zrównał z nią krok.
– Ok, Roxanne Weasley. Wybaczam ci. Coś mi się wydaje, że będziemy się dobrze dogadywać… – Obdarzył ją uroczym uśmiechem, na który Roxie odpowiedziała uniesieniem brwi.
Niech sobie w to wierzy, chłopaczyna.
Nora była pewna, że James oszalał.
Nie potrafiła znaleźć innego wytłumaczenia.
Opanował go jakiś szał.
Podbiegł do niej i zaczął wrzeszczeć. Wykrzykiwał, że nie jest już jego przyjaciółką, że zraniła go… A później zaatakował Chrisa… na razie słownie. Fred musiał go przytrzymywać, żeby się na niego nie rzucił.
Nora miała łzy w oczach. Cieszyła się, że na sali było tak mało osób. Chłopak każdym słowem sprawiał jej przykrość.
Cormac nałożył na twarz swoją stałą maskę i siedział niewzruszony. Pozwalał Potterowi się wygadać.
– James! Uspokój się, stary! – Fred próbował zapobiec bójce. – Nawet nie wiesz, o co chodzi!
– Ja nie wiem?! Ja nie wiem? – Chłopak przy każdym słowie pluł i wymachiwał pięściami. – Moja najlepsza przyjaciółka spiknęła się z moim największym wrogiem! – wykrzyczał na całe gardło, a później się trochę opanował. Nadal dyszał z wściekłości, ale zmienił ton, na o wiele groźniejszy, bo cichszy i bardziej jadowity. Spojrzał Norze w oczy. – Nie jesteś warta niczyjej przyjaźni. Jesteś zwykłym śmieciem – powiedział i wypadł z Wielkiej Sali.
Zapadła cisza.
Fred i Chris spojrzeli ze zmartwieniem, i niestety, z litością w oczach na dziewczynę.
W Norze zawrzała krew.
Nikt więcej nie będzie jej obrażać.
Wstała na równe nogi i ignorując chłopaków, pobiegła za Jamesem.
Dopadła go na najbliższej klatce schodowej.
– Czego ty jeszcze chcesz? – zapytał, odwracając się do niej.
Spoliczkowała go. Chłopak zastygł w szoku. Nie spodziewał się tego. Cios uciszył go na chwilę.
– Jamesie Syriuszu Potter, byłeś moim przyjacielem i nie powinieneś do mnie mówić w taki sposób! – Głos jej zadrżał na ostatnich słowach. Wzięła głęboki oddech. – Straciłeś moją przyjaźń i nigdy jej nie odzyskasz. Nie jestem twoim przydupasem i mogę mieć własną opinię o ludziach i nawet jakbym się umawiała z Chriem… to nie twój interes! – wykrzyczała mu w twarz i odwróciła się, aby odejść.
Potter jej na to nie pozwolił.
– A więc, to tak? Nic mi do tego? Może ciebie po prostu chcę chronić, a ty… Chyba mi nie powiesz, że chodzisz z Cormaciem? To totalny dupek.
– A właśnie, że chodzę! – wykrzyczała kłamstwo i odbiegła, szlochając.
W Smokolandii już środa
Roxanne otworzyła oczy, ziewając przeciągle. Jak zwykle śniły jej się smoki, ale ostatni sen był taki realny… Dziwni ludzie, z dziwnymi akcentami, skały zamiast szkoły, Iskierka i niesamowity przystojniak…
Usiadła na łóżku - i jak to często bywa - zdała sobie sprawę, że to nie był sen.
Ich grupa wiekowa, czyli uczniowie z wymiany i miejscowa piątka, dostała przytulny domek do dyspozycji, uwieszony na skale. Pokoje, zazwyczaj dwu lub trzyosobowe, znajdowały się na piętrze. Na dole dwie duże toalety - dla pań i panów osobno - kuchnia, jadalnia i salon. A to wszystko urządzono w kolorach niebieskich, żółtych i czerwonych - hura flaga Rumunii (!). Nie był to Hogwart, ale Roxie mogła to znieść.
Na szczęście dostała dwuosobowy pokój, który miała dzielić z Samanthą. Bardzo się z tego powodu cieszyła, bo nie wytrzymałaby z Przeklętą Różową Trójką w jednym pomieszczeniu. Ów dziewczyny zamieszkały w pokoju na drugim końcu korytarza. Miejscowe uczennice - które uczyły się w Smoczej Szkole od dwunastego roku życia - Elena Cioran i Isabelle Quesada, miały już swoje stałe kwatery. Rumunka i Hiszpanka okazały się bardzo ciepłymi osobami. Roxie próbowała znienawidzić Cioran, ale nie potrafiła…
Chłopcy podzieli się podobnie. Hektor, Tobey i André razem, a Hisato i Haroon w osobnym pokoju. Julesa już poznała, ale oprócz niego był jeszcze jego najlepszy kumpel i zarazem brat bliźniak Eleny - Cristian Cioran, którego Roxie nie miała okazji poznać. Niestety zapoznała się już z ostatnim członkiem ich klasy.
Nigdy nie sądziła, że spotka człowieka, który wzbudzałby w niej takie obrzydzenie. Fabian Milano to chyba najbrzydszy Włoch, jakiego w życiu widziała. Niski, gruby, pryszczaty, z czarnymi, tłustymi oczami i świńskim urokiem osobistym. Najgorsze było to, że on sam uważał siebie za jakiegoś boga. Ubierał obcisłe spodnie i rozpięte do połowy koszule. Jego oddech śmierdział czosnkiem, a on wyglądał, jakby miał ochotę się z tobą zabawić… ale bez twojej zgody. Roxanne postanowiła na niego uważać.
I tak prezentowała się ich cała szczęśliwa gromadka.
Roxie wstała z łóżka i stwierdziła, że chyba pora rozpocząć dzień.
Cudem będzie, jeżeli przeżyję tę wymianę….– pomyślała i zaczęła się szykować.
– Chris!
Krzyk Eleonory Zabini mógłby obudzić całą szkołę.
Biegła, próbując wypatrzeć chłopaka.
Ale namieszałam! Ale namieszałam! Niech mnie jakiś hipogryf rozmiażdży! Jestem głupia! Głupia! Powinnam sobie kupić jakąś maszynę do filtrowania słów. Jak mogłam powiedzieć Potterowi, że chodzę z Chrisem? Nawet dla mnie jest to niedorzeczne. Ale pod wpływem emocji, jak zwykle palnęłam głupstwo! Jak Potter się dowie, że jednak nie chodzę z Cormaciem, to mnie zniszczy!
Dlatego teraz szukała wszędzie starszego Gryfona, który zniknął błyskawicznie ze śniadania.
Dopadła go pod obrazem Grubej Damy i wciągnęła w zacienioną wnękę.
– Co…? – Wytrzeszczył oczy, gdy ją spostrzegł. – Eleonora. Czego? Znudziło ci się już głaskanie Pottera po główce? – warknął i próbował ją wyminąć. – Nie dość ci wrażeń? Chcesz jeszcze ze mną pogrywać?
Nora nic nie odpowiedziała, tylko wybuchła płaczem i uwiesiła mu się na szyi. Chłopak najpierw zamarł, ale później niepewnie ją objął i zaczął pocieszać.
– Hej… No już… Nie płacz. Nic się nie stało. Nie jestem wcale na ciebie zły… Dlaczego płaczesz? Potter to dupek…
– Ni–iee o to chodzi… – zachlipała. – Jestem taką idiotką! – zawyła i mocniej się w niego wtuliła.
– Ej… Chyba nie może być aż tak źle. Co ci powiedział? – Poklepał ją nieporadnie po głowie i próbował ignorować fakt, że moczy mu cały sweter.
– Nie – mruknęła, pociągając nosem. –Chodzi o to, co ja mu powiedziałam…
– A co mu powiedziałaś?
– Że ze sobą chodzimy! – wybuchła, zalewając się nową partią łez.
Ręka, którą głaskał ją po plecach, zamarła.
Nora powoli uniosła głowę, spodziewając się ujrzeć na jego obliczu wściekłość. Ale Chris ją zaskoczył. Zaczął się śmiać!
Śmiał się tak mocno, że musiał oprzeć się o ścianę, aby nie stracić równowagi. Łzy radości poleciały mu po policzkach.
– Christopher, zwariowałeś? – Była w takim szoku, że przestała płakać. – Czemu się śmiejesz?! To zła wiadomość! On się dowie, że kłamałam, a wtedy zniszczy mi życie… – Podbródek znów jej niebezpiecznie zadrgał.
Chris nachylił się i pocałował ją w czoło.
– Chyba, że nie dowie się, że kłamałaś.
Tamara powoli nachyliła się nad chłopakiem, łaskocząc go włosami w policzek...
– A więc mówisz, że chcesz się zabawić? – mruknęła seksownym głosem. – Proszę bardzo. Ale potrzebuję czegoś w zamian…
Albus spojrzał z politowaniem na przyjaciółkę.
– Czyli będziecie tylko udawać parę, ponieważ mój brat jest idiotą, tak?
Nora kochała go za to. Zawsze potrafił wszystko idealnie skomentować.
– Aha – mruknęła, podkreślając diagram na transmutację.
Od godziny siedzieli w bibliotece i odrabiali zadania. Zrezygnowali na razie z badań, gdyż przy natłoku zadań nie mieli na to czasu. Potrzebowali odrobiny odpoczynku.
– Ale wiesz, że jest to bardzo głupie, niedojrzałe i nienormalne zachowanie, prawda? – drążył Al.
Dziewczyna w końcu uniosła głowę, uśmiechając się w dość drapieżny sposób.
– Wiem. Ale nie pozwolę wygrać Jamesowi tej potyczki! Jeszcze się przekona, że ze mną lepiej nie zadzierać.
– James! – Fred dopadł kuzyna po lekcjach, jak stał przed schowkiem na miotły. Chłopak miał trochę nieprzytomny wzrok, ale Weasley pomyślał, że to pewnie przez poranną kłótnię. – Pamiętasz, jak ci mówiłem, że nowa uczennica jest niezłą laską? Tak? Zgadnij komu udało się zaprosić ją na randkę? – Wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale po chwili mina mu zrzedła.
Drzwi od schowka otworzyły się i wyszła stamtąd Tamara. Dziewczyna uśmiechnęła się w słodko i pocałowała Jamesa w policzek. Później przeniosła wzrok na Weasley'a.
– Frank! Jak miło ciebie widzieć! Co do naszej randki… Nieaktualne. Nie obraź się, ale wiesz… Ja i James… – Obdarzyła go sztucznym uśmiechem i zwróciła się do jego kuzyna. – James, możemy to kiedyś powtórzyć, skarbie. Dzięki za wszystko, co mi powiedziałeś.
Odwróciła się na pięcie, stukając obcasami w posadzkę i oddaliła się korytarzem.
Atmosfera zgęstniała.
Chłopcy mierzyli się spojrzeniami.
Fred pierwszy się złamał. Odwrócił wzrok i odszedł.
James jednego dnia utracił dwójkę najlepszych przyjaciół…
