Rozdział czternasty

-Chciałbym złożyć najszczersze gratulacje Zwycięzcy Siedemdziesiątych Czwartych Dorocznych Głodowych Igrzysk Peecie Mellarkowi i Katniss, jego uroczej i świeżo poślubionej żonie. Mieszkańcy Kapitolu pragną życzyć wam wszystkiego co najlepsze na nowej drodze życia

Czuję dreszcz słuchając głosu Prezydenta Snow'a i znowu wypełnia mnie to straszne przeczucie.

-Zgodnie z poprzednimi zapowiedziami retransmisja z wesela zostanie wyemitowana jutro o godzinie szóstej wieczorem. Wzywam wszystkich aby potem zostali przed telewizorami z powodu ogłoszenia bardzo specjalnego Ćwierćwiecza Poskromienia.

Kamera odsuwa się tak, że widzimy nie tylko jego twarz ale także wszechobecną różę w klapie jego marynarki. Od samego patrzenia na ekran telewizora czuję się chora. Nie żegna się w żaden sposób. Po prostu siedzi tam z krzywym uśmieszkiem na twarzy a ja czuję się tak jakby stał tuż przede mną i drżę na samą myśl.

Kiedy ekran gaśnie a w miejsce Snow'a pojawia się godło Kapitolu Peeta i ja spoglądamy na siebie. W jego oczach odbija się strach, który czuję. Teraz oboje siedzimy prosto i sztywno niczym deski. Trzymamy się za ręce ale widać wyraźnie, że wcześniejszy nastrój prysł.

Peeta wstaje ale kiedy idę w jego ślady prosi mnie gestem abym z powrotem usiadła. Bez słowa wychodzi z pokoju zmierzając w kierunku kuchni a ja patrzę za nim dopóki jego plecy nie znikają mi z pola widzenia. Kiedy zostaję sama patrzę na własne dłonie i staram się uspokoić. Kiedy wraca Peeta, łapie mnie na tym jak nerwowo bawię się obrączką. Opada na kanapę obok mnie i podaje mi kubek gorącej czekolady. Uśmiecham się najpromienniej jak mogę się do tego zmusić i odbieram naczynie z jego ręki.

Siedzimy w ciszy aż nasze kubki są puste a w kominku pozostały jedynie rozżarzone węgle. Peeta pochyla się do przodu opierając przedramiona na kolanach.

-Jesteś gotowa do snu?

Przytakuję skinieniem głowy a on wstaje i podaje mi dłoń. Powoli wspinamy się po schodach nie czując chęci na nic innego. Kiedy oboje jesteśmy przebrani, kładziemy się do łóżka i leżymy tam prawie godzinę stykając się ramionami ale nic nie mówiąc, aż Peeta w końcu się odzywa.

-On ma niesamowite wyczucie czasu, prawda?

Mija sekunda a potem mój śmiech głośny i ostry wcina się w ciszę wypełniającą dom. Wkrótce dołącza do mnie Peeta i odwraca głowę opierając się czołem o moje czoło. Oddychamy tym samym powietrzem i patrzymy sobie w oczy. Ogień, który czuliśmy wcześniej bezpowrotnie zgasł ale, ale jestem zaskoczona kiedy odkrywam, że wewnątrz mnie ciągle tli się żar spowodowany jego bliskością.

Peeta ostrożnie kladzie dłoń na mojej twarzy. Pochylając się nade mną świdruje mnie oczami. Nasze usta stapiają się ze sobą jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Nie nalega na nic więcej poza tą jedną pieszczotą i przyciąga mnie do siebie tak, aż opieram głowę o jego szeroką klatkę piersiową. Owijam ramię wokół jego torsu i zadzieram głowę, żeby pocałować go w szczękę. Peeta przyciąga mnie bliżej i leżymy tak przez kilka godzin zanim każde z nas zasypia.


Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do widoku samej siebie na ekranie telewizora. Jednak, patrzenie na Peetę po oglądaniu jego Igrzysk wydaje mi się starym hobby.

Więc, kiedy oglądamy materiał z naszego ślubu skupiam się na jego twarzy.

Czuję trzepotanie w żołądku kiedy Peeta bierze mnie za rękę. Mama i Haymitch wymieniają spojrzenie, które sprawia, że policzki zaczynają mnie piec kiedy zauważam je kątem oka. Kiedy Prim zaczyna chichotać patrzę na nią w sposób, który zwykle ją uciszał ale jak się okazuje tym razem nie działa. Peeta przesuwa kciukiem wkoło mojego kciuka a ja skupiam się z powrotem na ekranie.

Na ekranie Peeta i ja mówimy sobie 'tak'. Całujemy się. Widać także kilka minut wesela oraz to jak odjeżdżamy spod Budynku Sprawiedliwości w czymś co Effie nazywa limuzyną. Wszyscy oglądamy cały program bez względu na to, że byliśmy tam obecni. Wszyscy wiemy co się działo.

Nie włączyliśmy telewizora po to by obejrzeć ślub.

Na ekranie pojawia się godło Kapitolu i wszyscy zamieramy bojąc się nawet poruszyć.

Po raz drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin musimy znosić obecność Prezydenta Snow'a w naszym domu dzięki ekranowi telewizyjnemu. Stoi na środku wielkiej sceny, która jest podobna, jeżeli nie ta sama, do sceny na której kilka miesięcy temu Peeta udzielał wywiadu. Obok niego stoi mały chłopiec ubrany w nieskazitelnie biały garnitur trzymający w dłoniach drewnianą skrzynkę. Jest prawdopodobnie jednym z niewielu, jeśli nie jedynym, dzieci które mogło wyjść na tamtą scenę nie bojąc się o własne życie.

Nie słucham kiedy przemawia na temat buntu sprzed siedemdziesięciu pięciu lat. Spędziłam zbyt wiele dni stojąc w palącym słońcu na placu w centrum miasteczka słuchając jak Burmistrz Undersee mówił o tym samym. Nigdy nie lubiłam słuchać tych wyjaśnień a teraz kiedy czyni je Prezydent Snow, brzmią jeszcze gorzej.

Potem wyjaśnia dlaczego Ćwierćwiecze Poskromienia jest takie ważne. Mówi coś na temat tego, że wszyscy powinni pamiętać o ludziach, którzy zginęli w powstaniu dystryktów trzy czwarte wieku temu. Pochylam głową i wpatruję się we własną dłoń zamkniętą w bezpiecznym uścisku dłoni Peety. Dopiero kiedy Snow opowiada ze szczegółami o Pięćdziesiątym Ćwierćwieczu Poskromienia zaczynam słuchać.

Spoglądam na Haymitcha, zwycięzcę wydarzenia, o którym mówi człowiek na ekranie. Sięga do kieszeni po piersiówkę ale jej tam nie znajduje. Prim uśmiecha się jakby chciała powiedzieć mu, że jest jej przykro ale nie jest. On stara się do niej uśmiechnąć najlepiej jak może a potem wstaje z miejsca i podchodzi do okna nie patrząc na człowieka na ekranie, skoro nie może się upić i zignorować go w ten sposób.

-A teraz...-Moja głowa odwraca się w kierunku ekranu. - Obchodzimy trzecie Ćwierćwiecze Poskromienia.

Spogląda na chłopca, który otwiera trzymaną w rękach skrzynkę. Kamera robi najazd i widzimy wypełniający ją rząd małych pożółkłych kopert. Prezydent wyjmuje tę z numerem 75. Wszyscy patrzymy z zainteresowaniem na to jak wyjmuje z niej kawałek papieru.

Podobieństwo między tą kopertą a kopertą towarzyszącą kwiatom jakie nam przysłał jest dla mnie uderzające. Nasza koperta nie była zniszczona przez czas i warunki atmosferyczne. Nawet skrawek papieru, który trzyma między palcami jest taki sam jak tamten sprzed kilku dni. Czuję jak dłoń Peety zaciska się wokół mojej dłoni kiedy on również zauważa te podobieństwa

-W siedemdziesiątą piątą rocznicę jako przypomnienie buntownikom tego, że ich działania zniszczyły całe rodziny, rodzeństwo wybranych trybutów mieszczące się w przedziale wiekowym między dwunastym a osiemnastym rokiem życia zostanie także wysłanie na arenę.

Czuję gwałtowną falę mdłości. Czuję się jakby prezydent patrzył tylko dla mnie. Mówił tylko do mnie. Coś takiego zawsze mogło zostać zaplanowane. Ostrzeżenie kryło się w liściku przysłanym razem z kwiatami. Sam liścik był ostrzeżeniem.

W jakiś sposób nie doceniłam do czego zdolny jest ten człowiek.

Spoglądam na Peetę, który nie ma rodzeństwa w stosownym wieku. Spoglądam na Prim: słodką, miłą, niewinną Prim, która ma akurat tyle lat ile potrzeba, i jest idealną amunicją. Jestem pewna, że Ćwierćwiecze Poskromienia zaplanowano niedawno a nie lata temu. Nie, to zostało zaplanowane specjalnie dla mnie.

Wiem, że wyjdę na arenę. Wiem, że będę walczyć z całych sił żeby to moja młodsza siostra wygrała, będę walczyć o to, żeby wróciła do domu. Jedno spojrzenie na Peetę uświadamia mi, że on zdaje sobie z tego sprawę. Ból w jego oczach mówi mi, że on tego nie chce, że jest oburzony. Ale rozumie, że muszę to zrobić i, że nic mnie nie powstrzyma.

Prezydent Snow także zdaje sobie z tego sprawę. Wie, że to jedyny sposób aby wyeliminować zagrożenie które dla niego stanowię. Wie, że Primrose jest dla mnie większą słabością niż Peeta.

Jestem tylko zwykłą siedemnastoletnią dziewczyną z najbiedniejszego dystryktu w kraju. Mój ojciec może i był przywódcą powstania zanim zginął a ja poślubiłam najbardziej kochanego przez wszystkich zwycięzcę igrzysk. To wszystko prawda. W głębi duszy nadal jednak jestem małą zagubioną dziewczynką, która jest gotowa zrobić wszystko aby jej rodzina przetrwałą zimę.

Jestem zwykłą siedemnastoletnią dziewczyną, która ma w sobie coś co przeraża Prezydenta Snow'a i mówię sobie, że to oznacza, że jestem czegoś warta.


Prim pogodziła się ze swoim losem łatwiej niż przypuszczałam.

Spędzamy całe dnie stłoczeni przy ognisku, które zbudował w ogrodzie Peeta, i gdzie dzieli się z nami wszystkim co według niego powinnyśmy wiedzieć.

Uczę Prim chodzenia po drzewach. Chociaż nie jest tak silna jak ja, jest ode mnie szybsza. Kiedy zaczyna rozumieć co ma robić udaje jej się wspiąć wyżej niż mnie, ponieważ jest też lżejsza. Korepetycje z tego jak oporządzać martwą zwierzynę nie idą jej tak łatwo. Jest tak miła, że ledwie może się zdobyć na to, żeby przeganiać muchy, więc zabicie małego leśnego zwierzątka stanowi dla niej nie lada problem. Mam nadzieję, że nadrobi to zdolnościami w zbieraniu.

Mama i Prim zmuszają mnie abym przeczytała ich notatki na temat leczniczych roślin i kuracji. A ja pluję sobie w brodę, że nie przywiązywałam do tego wcześniej większej uwagi kiedy leczyły pacjentów w naszym domu. W głębi duszy mam jednak nadzieję, że nie będę musiała korzystać z tej wiedzy.

Nie robimy nic innego poza przygotowywaniem naszych ciał do wysiłku do jakiego zostaną zmuszone za kilka miesięcy. Myślę, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie da się przygotować na to naszych umysłów.

Haymitch pomaga nam bardziej niż myślałam, że będzie do tego zdolny. Chociaż daje Prim niezłe fory podczas walki wręcz, ze mną właściwie się nie powstrzymuje. Szybko zdobywam kilka siniaków ale za każdym razem dowiaduję się gdzie popełniłam błąd który do nich doprowadził. Uważa też na to gdzie mnie uderza ponieważ wie, że tych siniaków nie może zobaczyć ktoś postronny. Nikt nie może się domyślić co robimy.

Zostały dwa dni do Dożynek. Jesteśmy w ogrodzie na tyle daleko, że nikt nas nie zobaczy. To zwykłe ćwiczenia, kolejna sesja walki wręcz z Haymitchem. Uchylam się w prawo kiedy powinnam uchylić się w lewo. Widzę co się stanie kiedy to nadchodzi ale jest już za późno. Ostry ból rozbitej wargi sprawia, że się cofam i przykrywam ją dłonią. Kiedy opuszczam dłoń jest zakrwawiona i wiem, że nie będę mogła wyjść z domu dopóki jej nie wyleczę. Reakcja Haymitcha jest taka jakiej się spodziewałam.

Jednak Peeta reaguje w zupełnie nieprzewidywany sposób.

Jest już późno. Już dawno zjedliśmy kolację i zbliża się pora, o której normalnie kończymy. Myślę, że tak właśnie będzie i niczego bardziej nie pragnę niż gorącej kąpieli i możliwości zapadnięcia w sen w moim łóżku. Więc kiedy widzę jak Peeta podwija rękawy i podchodzi do swego mentora zaciskając pięści, nie jestem pewna co mam o tym myśleć.

-Dobra, Haymitch. Pokażmy Katniss co mogła zrobić aby uniknąć rozbicia wargi.

Starszy mężczyzna chrząka i cofa się o ąga przed siebie ramiona w obronnym geście.

-Nie martw się chłopcze, to szybko się zagoi i nie długo znowu będzie śliczna.

Ledwo ma czas zablokować cios, który Peeta wymierza w jego głowę.

Mija minuta i oni po prostu się biją. Na początku obaj mają równe szanse ale po chwili, widać gdzie kryją się ich mocne strony. Mimo wieku, Haymitch jest szybszy, głównie z powodu tego, że jego przeciwnik ma protezę. Peeta jest bardziej umięśniony więc jego ciosy są bardziej bolesne.

Cieszę się z tego, że Prim poszła już spać. Wiem, że gdyby była świadkiem tego co ja, błagałaby ich żeby przestali. Ja nie mogę tego zrobić. Nie chcę aby żadnemu z nich stała się krzywda, ale wyczuwam ich potrzebę wyładowania nagromadzonej w nich złości.

Znowu byłam samolubna, nie pomyślałam o tym jaki efekt na najważniejsze mi osoby będzie miał fakt, że Prim i ja znajdziemy się na arenie. Chociaż Peeta jest mi bliski od lat, Haymitch jest nowym dodatkiem do listy. Tylko ślepiec nie zauważyłby jak bardzo uwielbia moją młodszą siostrę ale nie waham się stwierdzić, że czuje nić przywiązania także do mnie.

A więc patrzę na nich. Na chłopca, który do mnie wrócił, a teraz dowiedział się, że i tak może mnie stracić czy to mu się podoba czy nie. I na mężczyznę, który większość życia spędził sam a teraz może stracić rodzinę, której niedawno stał się częścią.

Obaj poświęcili cały swój czas i uwagę aby nas przygotować. I teraz kiedy gubią się wśród ciosów jakie sobie wymierzają widzę wyraźnie ich wewnętrzny niepokój.

Haymitch trzyma Peetę za kołnierz koszulki, jego kurtka od dawna leży zapomniana na ziemi kilka metrów dalej. Nie odzywają się ale ich oczy i intensywność ich walki wyrażają wszystko co mogliby powiedzieć. Kiedy Peeta owija ramię wokół pasa Haymitcha i odpycha go nagle moją uwagę przykuwa pas nagiego ciała w miejscu gdzie jego koszula podsunęła się do góry.

Sposób w jaki jego mięśnie napinają się i rozluźniają przy niektórych ruchach budzi we mnie dziwne uczucie którego niemal się wstydzę. Przez chwilę tarzają się po ziemi ale kiedy staje się jasne, że żadnemu z nich nie uda się obezwładnić drugiego, nareszcie przestają. Obu brakuje oddechu. Leżą na ziemi wpatrując się w ciemniejące niebo. Nie potrafię oderwać wzroku od wznoszącej się i opadającej klatki piersiowej Peety. Jego czoło jest mokre od potu, który przykleił do niego także jego blond loczki.

Z nosa wycieka mu kropelka krwi i Peeta ociera ją wierzchem dłoni łapiąc przy okazji moje spojrzenie. Moje usta otwierają się lekko i przełykam ślinę patrząc jak wstaje. Podchodzi do mnie na tyle blisko, że widzę jego pociemniałe oczy i nagle czuję się jakbym właśnie przebiegła kilka kilometrów. Im ciężej oddycham tym gwałtowniej porusza się moja klatka piersiowa.

Unoszę dłoń żeby zetrzeć krew rozmazaną pod jego nosem. Jego oczy zamykają się pod moim dotykiem i czuję ucisk w żołądku. Peeta łapie mnie lekko za nadgarstek i zaczyna ciągnąć w kierunku domu. Kiedy zamykają się za nami tylne drzwi słyszę głośny, suchy śmiech Haymitcha.

Kiedy tylko przekraczamy próg Peeta pochyla się, obejmuje moje kolana ramieniem i bierze mnie na ręce. Oddycham szybko a jego poczynania pozbawiają mnie tchu. Czuję ostry zapach potu emanujący z jego skóry i jestem zaskoczona tym jak szybko uderza mi on do głowy.

Gdy dochodzę do siebie odkrywam, że Peeta pokonał schody prowadzące na piętro. Kiedy tylko przekracza próg sypialni stawia mnie na podłodze. Bierze w dłonie moją twarz i atakuje moje usta z dzikością na jaką nigdy przedtem się nie zdobył. Czuję lekkie pieczenie z powodu rany ale nie zwracam na to zbytniej uwagi. Za plecami czuję chłodne gładkie drewno ściany, do której mnie przyciska nie przestając mnie całować. Zajmuje mi to chwilę, ale odkrywam, że oddaję mu pocałunki z takim samym entuzjazmem, taką samą żarliwością, taką samą nagłą potrzebą.

Czuję jak jego dłonie opuszczają moją twarz i przesuwają się w dół. Lekko naciska na moje ramiona sprawiając, że puszczam jego szyję. Jego dłonie nadal zsuwają się w dół a potem odnajdują i mocno chwytają moje nadgarstki. Jego gorące pocałunki na mojej szyi sprawiają, że wiję się pod nim w sposób, którego wstydziłabym się w każdej innej sytuacji. Nie potrafię opanować drżenia kiedy czuję jak ssie skórę na moim obojczyku. Jak przez mgłę uświadamiam sobie, że uniósł moje dłonie nad głowę i mocno je tam trzyma.

-Peeto...- Mój głos zmienia się w zduszony szept a on niemal warczy w odpowiedzi.

Jedna z jego rąk puszcza moje ręce i zahacza moją nogę o jego biodro. Jego bliskość przypomina mi naszą noc poślubną. Kiedy żar wewnątrz mnie podsyciło to że czułam go twardego i przyciśniętego do mnie. Gdy on przesuwa przeszkadzający mu kołnierzyk mojej koszuli i całuje odkrytą skórę, ostrożnie przyciskam biodra do jego bioder. Nie jestem pewna co właściwie robię, ale w odpowiedzi słyszę zduszony jęk Peety i czuję przypływ żaru w żołądku.

Jego dłoń zaciska się mocniej na moim udzie przyciskając mnie do niego jeszcze bliżej. Nie mogę oddychać, czuję jakby na mojej klatkę piersiowej znalazło się coś ciężkiego. Peeta wypuszcza moją dłoń, którą nadal trzymał nad moją głową i oplata moją drugą nogę wokół swojego biodra. Krzyżuję nogi w kostkach za pasem Peety i zamieram na chwilę kiedy czuję jego dłonie na krzywiźnie moich pośladków. Jego usta znowu mnie całują i roztapiam się w jego uścisku.

Jego siła nie powinna mnie zaskakiwać. Zawsze wiedziałam, że Peeta jest silny. Ale to w jaki sposób udaje mu się przemierzyć pokój tyłem, właściwie na jednej nodze i ze mną w ramionach, nie przerywając pocałunku wydaje mi się niesamowite. Przytrzymuje mnie przy swoim ciele a potem pozwala sobie opaść tyłem na miękki materac łóżka. Odwraca nas na bok, tak, że jego ciało znajduje się nade mną. Intensywność z jaką wpatruje się we mnie kiedy odsuwa głowę powinna sprawić, że poczuję się niezręcznie, ale tak nie jest. Zamiast tego dodaje mi odwagi, której nawet nie potrzebowałam.

Sięgam palcami do brzegu jego koszulki, która po chwili ląduje gdzieś za jego ramieniem. Mimo wielu okazji kiedy widziałam Peetę bez koszulki widok jego szerokiej klatki piersiowej sprawia, że natychmiast chcę jej dotknąć. Wyciągam przed siebie dłoń i przesuwam nią po jego mięśniach w dół do jego brzucha doceniając ich strukturę. Przygryzam dolną wargę i szybko zdaję sobie sprawę, że to błąd przypominając sobie o ranie. Peeta pochyla się i całuje ją delikatnie a jego delikatność okazuję się moją zgubą.

Oplatam go mocniej nogami i przyciągam do siebie jego tors tak, że kompletnie mnie zakrywa. Wydaje mi się, że stapiamy się ze sobą w kolejnym pocałunku. Kiedy jego usta się oddalają niespodziewanie robi mi się zimno i czuję pustkę. Rozluźniam uścisk nóg ale trzymam je ugięte w kolanach na wysokości jego bioder, zatrzymując go w miejscu. Mam zamknięte oczy nie chcąc tracić tej chwili i dlatego jestem zaskoczona dotykiem jego ust na skórze mojego brzucha. Sapię głośno i czuję jak jego palce przesuwają w górę materiał mojej koszuli. Znowu całuje mój brzuch a potem każdy skrawek skóry odkryty przez jego podążające w górę palce.

Kiedy czuję jak jego usta odsuwają się od mojej skóry a dłonie zatrzymują, otwieram oczy i spoglądam na Peetę. Patrzy w dół, w miejsce gdzie spoczywają w tej chwili jego dłonie wsunięte lekko pod materiał mojej koszuli tuż pod moją piersią. Czuję ich lekkie drżenie, kiedy unosi głowę i spogląda na mnie jak gdyby pytał o pozwolenie. Chociaż miło było patrzeć na Peetę sprzed kilku sekund, zdecydowanego i pewnego siebie, ten, którego widzę teraz, ostrożny i nie zdecydowany, wydaje mi się jeszcze bardziej uroczy.

Pochylam się do przodu i powoli kładę dłonie na jego dłoniach sprawiając, że przestają drżeć. Kiedy powoli unoszę jego dłonie do góry, jego oczy ciemnieją i pojawia się w nich ta sam żar, który był w nich przed chwilą. Zdejmuje ze mnie koszulę i po chwili ląduje ona gdzieś za nim. Leżę przed nim jedynie w starych, ubłoconych, podartych spodniach i zwykłym jasnoniebieskim staniku. On zdaje się wchłaniać mnie oczami i ostrożnie przesuwa dłonie wzdłuż moich boków od ramion aż do bioder sprawiając, że wyrywa mi się westchnienie.

Powinnam czuć się niezręcznie. Powinnam starać się uniknąć jego wzroku. Jednak nic takiego nie czuję. Ponieważ teraz, w tym momencie, wszystko wydaje się właściwe.

W nagłym przypływie odwagi unoszę się na tyle, żeby móc wsunąć dłoń na plecy i rozpiąć stanik. Kiedy zsuwam go z ramion Peeta nieświadomie przygryza dolną wargę. Ten odruch wzmacnia tylko żar, który w sobie czuję. Odrzucam tę część garderoby na podłogę i ściągam go na dół do kolejnego gorącego pocałunku. Uczucie jego nagiej klatki piersiowej przyciśniętej do mojego nagiego ciała jest przyjemniejsze niż myślałam.

Jego palce przesuwają się z moich policzków w dół aby poznać moje nowo odkryte ciało. Pod jego znanym, a jednocześnie tak obcym w tej sytuacji, dotykiem moje ciało wygina się w łuk. Po chwili jego dotyk, chociaż cudowny, przestaje mi wystarczyć. Przez mgłę wypełniającą mój umysł zaczynam myśleć, że nie powinnam być osamotniona w tych nowych doznaniach. W momencie kiedy Peeta pociera mój sutek kciukiem i palcem wskazującym przestaję myśleć o czymkolwiek. Syczę i zamykam usta wokół jego dolnej wargi. Studiując moją reakcję, wyciąga dłoń w kierunku drugiego sutka i powtarza to co zrobił z pierwszym. Unoszę się lekko i zamykam usta wokół jego ucha. Biodra Peety szarpią się nieco kiedy zaczynam ssać.

Pochyla głowę i całuje mnie w szyję, obojczyk i to miejsce gdzie mój mostek znika między piersiami. Znowu czuję, że pyta mnie o pozwolenie i daję mu w najlepszy z możliwych sposobów. Wyginam się ku niemu przyciskając biodra do jego bioder. W odpowiedzi on zaczyna delikatnie całować i skubać zębami skórę mojej piersi podczas gdy jego dłoń delikatnie pieści drugą pierś.

Gdyby nie to, że nadaj jestem w swojej skórze, rozciągniętej i napiętej wokół tego co teraz czuję, jestem pewna że mogłabym się rozpaść na miliony kawałków.

Kiedy wreszcie czuję, że odzyskałam kontrolę nad własnym ciałem zaciskam mocno dłoń na boku Peety. Przesuwam paznokciami po skórze w dole jego pleców a on w odpowiedzi przyciska się do mnie jeszcze bardziej. Jestem zaskoczona tym, że moja dłoń wcale się nie trzęsie kiedy przenoszę ją rozporek jego spodni.

-Katniss...

Jego głos jest szorstki i przypomina szept. Kładzie głowę tuż pod moimi piersiami i czuję jego gorący oddech na skórze mojego brzucha. Unoszę wolną dłoń i przeczesuję nią jego włosy. Wsuwam je za jego ucho i wzdycham drżąco.

-Peeto...- Ton mojego głosu jest zabawny, i nie jestem pewna, ze kiedykolwiek go takim słyszałam. Czuję uśmiech Peety zanim jego głowa unosi się aby mógł na mnie spojrzeć. Ledwie mogę znieść sposób w jaki na mnie patrzy ale nie przerywam tego co robię. Unosi się do góry i całuje mnie w ramię podczas kiedy ja zsuwam spodnie z jego bioder. Gdy ostrożnie przesuwam tyłem dłoni po wypukłości w jego bieliźnie Peeta wydaje z siebie dźwięk, którego prawdopodobnie nigdy nie zapomnę.

W mgnieniu oka moje spodnie dołączają do jego spodni na stosie zrzuconych przez nas ubrań. Peeta obejmuje mnie ramieniem w talii i odwraca nas tak, że leżymy na boku twarzami do siebie. Nadal się całujemy a jego ręka przesuwa się na moje plecy tuż nad brzeg mojej bielizny. Przesuwa dłonią po moim pośladku a potem zahacza palce o gumkę na wysokości moich bioder.

-Katniss, ja...- Patrzy na mnie spod półprzymkniętych powiek i nadal ma na twarzy rozmazaną krew. Nie sądzę jednak aby kiedykolwiek przedtem wyglądał piękniej niż teraz. Pochylam się i całuję go delikatnie zanim skończy myśl. - Nie chcę robić niczego czego ty...czego ty nie chcesz robić.

Nie wiem jak zbieram się na odwagę i wsuwam dłoń między nasze ciała Biorąc go do ręki. Pocałunki, które składam na jego obojczyku i uchu są mokre i urywane. Zahaczam palce o jego bieliznę i zaczynam ją zsuwać.

-Chcę tego, Peeto.

Wciąga mnie do kolejnego pocałunku a jego dłonie idą za przykładem moich i zsuwają ze mnie majtki. Kiedy oboje jesteśmy nadzy i leżymy wtuleni w siebie Peeta delikatnie gryzie moją szyję a ja wzdycham.

-Jesteś taka piękna. - Szepcze a potem śmieje się cicho. - Niech Bóg ma w swojej opiece każdego kto zdecyduje się zapukać teraz do naszych drzwi.

Uśmiecham się i przerzucam nogę przez jego udo. Mam zamiar powiedzieć mu, że jeżeli Effie, albo ktokolwiek inny, teraz nam przerwie sama dopilnuję żeby tego pożałowali. Słowa więzną mi w gardle kiedy na niego spoglądam. Peeta odsuwa kosmyk włosów z mojej twarzy i zaczesuje go za ucho. Przełykam ślinę i kładę dłoń na jego sercu kiedy on układa się w odpowiedniej pozycji.

Jego oczy świdrują mnie z niewypowiedzianym pytaniem a ja przytakuję skinieniem głowy.

Mija następnych kilka chwil podczas kiedy niezgrabnie przesuwamy się uśmiechając się do siebie nieśmiało. Widać, jak bardzo jesteśmy niedoświadczeni ale nie pozwalamy temu nas wystraszyć.

Sypialnia jest zalana światłem księżyca. Nadaje ono wszystkiemu niebieskawo-srebrny blask ale rumieniec na mojej szyi i piersiach jest nadal wyraźnie widoczny.

Peeta pochyla się i całuje mnie w szyję a ja sapię lekko kiedy czuję jak we mnie wchodzi. On nieruchomieje i unosi głowę jakby chciał spytać czy wszystko jest w porządku. Kiwam głową i wiem, że to najprawdziwsza prawda. Uczucie, chociaż dziwne i obce nie jest nieprzyjemne. Bół którego się spodziewałam nigdy nie nadchodzi, jest mi po prostu trochę niewygodnie ale to uczucie mija kiedy czuję jak moje ciało rozciąga się aby go przyjąć.

Coś, prawdopodobnie instynkt, przejmuje kontrolę nad nami obojgiem. Wkrótce, kiedy już jestem przyzwyczajona do tego w jaki sposób nasze ciała są ze sobą połączone, nasze pocałunki stają się bardziej gorączkowe. Nasze pieszczoty są pospieszne ale także bardziej delikatne co odzwierciedla to co w tej chwili czujemy. Peeta zawisa nade mną opierając przedramiona po obu stronach mojej głowy i obsypując pocałunkami moją skroń, policzki i powieki.

Płomień, który czułam w sobie teraz przypomina bardziej niekontrolowany pożar. Kiedy zaczynam zaciskać się wokół niego, Peeta wsuwa dłoń między nasze ciała poszukując miejsca gdzie nasze ciała są ze sobą połączone. Dotyk jego kciuka doprowadza mnie na skraj wytrzymałości, moje oczy zaciskają się tak mocno, że wypływają z nich łzy. Jedną ręką ściskam pościel a drugą jego plecy.

Niespełna minutę później kiedy powoli schodzę ze szczytu, którego myślałam, że nigdy nie poczuję, oddech Peety staje się cięższy. Czuję jak mięśnie jego pleców napinają się a ruchy jego bioder stają się bardziej zdesperowane. Z jego ust wyrywa się cichy jęk a on od razu przygryza dolną wargę. Kiedy pochyla się tak, że może oprzeć się na łokciach jego ciało opada na moje i obejmuję jego plecy ramionami. Kiedy unosi głowę, żeby na mnie spojrzeć nachylam głowę do góry okazując moją potrzebę pocałunku.

Nie wiem jak długo tam leżymy, nasze ciała są zmęczone i zwiędnięte. Nie odzywamy się do siebie w ciszy przeżywając wspólnie to co właśnie między nami zaszło. Peeta ujmuje moją dłoń i bawi się moimi palcami. Odsuwam moją dłoń od jego i kiedy całuję spód jego nadgarstka on uśmiecha się do mnie w sposób który budzi w moim żołądku motyle.

W tym momencie dociera do nas, że w moim żołądku może i roi się od motyli ale nie ma w nim nic innego. Nagle słychać głośny jęk i Peeta unosi brwi patrząc w stronę mojego brzucha. Oboje zaczynamy chichotać w tym samym momencie a on odsuwa się ode mnie sprawiając, że natychmiast czuję chłód. Siada zakładając spodnie od piżamy, leżące do tej pory na podłodze obok łóżka. Odwraca się do mnie z uśmiechem.

-Naprawdę nie mam ochoty opuszczać tego łóżka, ale wydaje mi się, że chętnie byś coś zjadła.

Przewracam się na bok i kładę stopy na zimnej podłodze. Peeta jest już prawie na progu sypialni kiedy odzywam się do niego.

-W zasadzie, jeśli rozpalisz ogień ja zajmę się jedzeniem. Strasznie tu zimno.

Peeta potwierdza skinieniem głowy i wychodzi. Zakładam szlafrok wiszący do tej pory na drzwiach łazienki i idę w jego ślady. Schodzę po schodach na miękkich nogach między którymi czuję tępy ból. Przez chwilę zatrzymuję się i przyglądam temu jak Peeta rozpala ogień w palenisku. Uśmiecham się do siebie na widok zadrapań w dole jego pleców i idę do kuchni.

Kiedy mój wzrok pada na talerz stojący niedaleko kuchenki, wiem już co muszę zrobić.

Zaglądam przez próg do salonu czekając aż ogień w kominku zrobi się stabilny zanim przekraczam próg. Peeta nadal klęczy przy kominku najlepiej jak może ze swoją chorą nogą i jest odwrócony do mnie plecami. Denerwuję się bardziej niż w noc naszego wymyślnego kapitolińskiego wesela, bardziej niż wcześniej tego wieczora w naszej sypialni.

Kiedy do niego podchodzę cieszę się, że po latach spędzonych w lesie moje kroki są wlaściwie bezszelestne. Nie odwraca się kiedy klękam obok niego i stawiam talerzyk na podłodze przed nami. Przyglądam się uważnie jego twarzy kiedy patrzy na przyniesiony przeze mnie chleb.

Jego źrenice rozszerzają się nieco ale nic nie mówi tylko unosi bochenek i odrywa spory kawałek z jednej strony. Trzyma go przed sobą a moja dłoń drży kiedy dołącza do jego dłoni. Peeta przysuwa nasze dłonie bliżej ognia i chociaż jego spojrzenie jest skupione na trzymanym przez nas chlebie ja wpatruję się w jego twarz. Jego koncentracja jest niewzruszona a jego oczy wydają się być bardziej niebieskie niż kiedykolwiek przedtem.

Czubki moich palców stają się cieplejsze i Peeta cofa chleb zanim się oparzę. Chleb okazuje się idealnie opieczony. Kiedy mi go podaje i odgryzam kęs z jednej strony zauważam, że to ten sam rodzaj chleba, który uratował mi życie wiele lat temu. Peeta bierze chleb do ust i oboje rozkoszujemy się tą chwilą. Kiedy kończymy, Peeta obejmuje dłonią mój policzek i moje usta wyginają się w uśmiechu, który odwzajemnia. Patrzy na mnie błyszczącymi oczami i być może to tylko złudzenie, ale wygląda na szczęśliwszego niż kiedykolwiek.


Myślę o tej chwili sprzed dwóch dni. O tym jakie wszystko było wtedy idealne. O tym jak cudownie czułam się mogąc dać ten moment Peecie. O tym jak bardzo chciałabym, żeby życie było sprawiedliwe, żeby rozkosz, którą czułam w tamtej chwili mogła nadal trwać.

Przestępuję z nogi na nogę podczas kiedy ludzie wokół mnie ustawiają się w szeregu. Prim stoi gdzieś z przodu wśród reszty trzynastolatek. Moja matka patrzy na wszystko z boku, gdzieś w tłumie. Haymitch siedzi na scenie z Peetą na którego nie mogę patrzeć.

Otwierają się drzwi Budynku Sprawiedliwości i wychodzi z nich Effie w jaskrawoniebieskim kostiumie i idealnie dopasowanej do niego peruce. Patrzę jak przekracza scenę a znajomy odgłos stukania jej obcasów sprawia, że moje usta wykrzywiają się w lekkim uśmiechu. Rozpoczyna przemowę ale ja nie potrafię się skupić.

Palące słońce uderza w moją głowę a jego blask jest świetną wymówką do tego, że spuszczam wzrok i wbijam go w ziemię. Moje dłonie, splecione za plecami, zaczynają się pocić i wycieram je o sukienkę. Na placu zapada straszna cisza, do której zdążyłam się już przez lata przyzwyczaić. Cisza oznacza, zakończenie przemowy Effie i wzrost napięcia wśród tłumu.

Spoglądam w górę w momencie kiedy dłoń Effie znika w kuli zawierającej nazwiska dziewcząt. Widzę błysk bólu na jej twarzy zanim wraca na nią jej zwykła maska. Chociaż się stara, nie udaje jej się powstrzymać załamania głosu kiedy wyczytuje moje imię.

Zaskoczony tłum wstrzymuje oddech ale ja zrobiłam krok do przodu jeszcze za nim Effie skończyła czytać. Prim wystąpiła przed szereg kilka rzędów przede mną i łapię ją mocno za rękę a potem obie wspinamy się na scenę. Nie płacze i przez to ja sama mam ochotę się rozpłakać. Nie powinna znajdować się w sytuacji gdzie musi okazać taką siłę.

Czuję dłoń Peety na moich plecach, jej ciepło pali mnie przez jedwabisty materiał sukienki. Zanim na niego spojrzę spoglądam w prawo i widzę jego drugą dłoń na ramieniu Prim. Chociaż ja mam kamienną twarz i staram się zachować spokój jego oczy są zaczerwienione i wygląda jakby za chwilę miał wpaść w histerię. Opieram się o niego przez moment, ale wiem, że nie uda mi się go pocieszyć.

Jestem tak skoncentrowana na Peecie, że głos Effie zmienia się w szum w tle. Kiedy wreszcie odwracam się w kierunku tłumu serce wpada mi do żołądka. Z tłumu idzie ku nam trybut, jedyny z rodzeństwa który nadal jest w stosownym wieku. Z tłumu dobiega do nas okrzyk wściekłości jego starszego brata i ja sama muszę przełknąć szloch.

Na starej, zużytej scenie dołącza do nas Rory Hawthorne, zgarbiony i z oczami wlepionymi w ziemię.