* ,,I wszędzie, dokąd, obłąkany,

Uciekał, gnany zmorą trwóg,

Tam Jeździec ścigał go Miedziany

I ciężko dudnił kopyt stuk."

Remus kopnął swoją torbę i buntowniczo popatrzył spod opadającej grzywki na czarnowłosego nastolatka stojącego na przeciwko. Szarooki cierpliwie zniósł mordercze spojrzenie blondyna, na ustach błąkał mu się nieco rozbawiony choć pełen wyrozumiałości uśmiech. Remus zaklął głośno i dosadnie, w wyrazie sprzeciwu kopiąc teraz Blackowe łóżko.

-Remusie.-odezwał się w końcu młody dziedzic.-Zdemolowanie dormitorium w niczym ci nie pomoże...a nawet zaszkodzi.

-Nie traktuj mnie jak dziecko!-wrzasnął Lunatyk, a w oczach stanęły mu łzy.-Mam piętnaście lat nie pięć! Przestańcie się trząść nademną jak nad jajkiem. Jestem facetem! Nie bezradną panienką w opałach.

Syriusz opadł królewsko na łóżko Jamesa i westchnął ciężko. Teraz już wiedział czym była podyktowana przynajmniej część złości Lupina.

-Luniu, nikt nie traktuje cię jak dziecko. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi, przywyknij, że martwimy się o ciebie.-szepnął w ciszy jaka nagle zapadła w dormitorium.

Remus oklapł w sobie, zupełnie jakby ktoś spuścił z niego powietrze i usiadł na dywanie, tocząc bezradnym wzrokiem po zaśmieconej przestrzeni.

-Powinienem sam sobie radzić.-mruknął tak cicho, że Black ledwo go usłyszał.-Jestem za słaby na wszystko. Jak mogę pragnąć..kogokolwiek skoro...

Zaciął się i zacisnął zęby, próbując powstrzymać gryzące go łzy. Siedzący tak na podłodze z poszarzałą twarzą wydał się nagle Syriuszowi bardzo samotny. W tej chwili szarooki zrozumiał, że duszę jego przyjaciela targają tak silne demony, że niełatwo będzie stawić im czoło. Postanowił jednak spróbować. Zsunął się z łóżka i uklęknął przy przyjacielu. Remus nie podniósł głowy z uporem wpatrując się we własne dłonie.

-Remusie...-głos Blacka zabrzmiał bardzo miękko.-Spójrz na mnie.

Blondyn nie miał zamiaru się ugiąć. Nawet gdy Syriuszowa dłoń spoczęła pod jego brodą leciutko unosząc ją do góry. Oczy Lupina wciąż pozostały spuszczone.

-Luniu.-szepnął delikatnie Black, w jego głosie pobrzmiewały perswazyjne nutki.-Patrz na mnie.

Powoli, jakby z ogromnym trudem bursztynowe oczy odnalazły te szare, które były ciepłe jak nigdy. Dwa bliźniacze jeziora płynnego aksamitu.

-Remusie Johnie Lupinie. Pomimo, że jesteś tak strasznym idiotą jesteśmy twoimi przyjaciółmi. I zawsze będziemy cię kochać. Znam cię prawie pięć lat i wiem, że jesteś najlepszym przyjacielem, najwspanialszym człowiekiem jakiego dane mi było mi spotkać. I kto tego nie dostrzega jest głupcem. Nic nas nie obchodzi, że jesteś wilkołakiem i nikogo nie powinno to obchodzić. Liczy się twoje serce i dusza. W końcu znajdziesz kogoś kto je doceni. Na razie masz nas.

Z ust Remusa wydarł się szloch. Jednak ramiona Syriusza już tam były, by mocno go objąć, sprowadzając do domu.

-Dziękuję ci.

Black jedynie mocniej go przytulił.


Isabelle otuliła się mocniej swetrem. Przed chwilą rozstała się z Aurielem. Spotkania z nim zawsze pozostawiały po sobie nieskończone morze smutku, goryczy i żalu. Jednak gdzieś tam było też zrozumienie, nawet sympatia, wdzięczność. Tak wiele skrajnych emocji, jednak brakowało jej tych najważniejszych. Bellatrix, która kroczyła tuż przy jej boku zdawała się zatopiona we własnych, niewesołych myślach.

-Bello?

Ciche pytanie wyrwało jej się mimo woli. Czarnowłosa obróciła beznamiętną twarz w jej stronę.

-Co?

Nie speszyła się niemiłym tonem Blackówny.

-Czym jest miłość?

Brwi Belli uniosły się w górę i z ust wyrwał jej się pogardliwy śmiech.

-Na Salazara Isabelle. Co to za pytanie?

Izzy uśmiechnęła się łagodnie, patrząc na zapadający za oknem zmierzch.

-Chcę tylko wiedzieć.

-Nie pytaj mnie o takie rzeczy. Skąd mam wiedzieć?

Irytacja Bellatrix wywołała jej zdziwienie.

-Spokojnie Bella. Tak tylko pytam.

Bellatrix zarzuciła dumnie głową, patrząc wyniośle na grupkę młodszych uczniów z Hufflepuff'u. Na widok jej spojrzenia spuścili wzrok na własne buty usiłując nie rzucać się w oczy. Ich pokorna reakcja wywołała falę tryumfu w czarnowłosej. Isabelle skrzywiła się tylko i pociągnęła za sobą niższą przyjaciółkę.

-Wiesz gdzie podziewa się Edmund?

Bella wzruszyła ramionami.

-O ile wiem miał się spotkać z Rabastanem w pobliżu posągu Ernesta Zuchwałego.

-Poszukam ich. Idziesz ze mną?

-Nie dziękuję.-odparła trochę zbyt chłodno.-Wolę zostać tutaj.

Isabelle przyzwyczajona, że przyjaciółka miewa swoje humory zostawiła ją bez słowa. Bella westchnęła, gdy Lestrange odeszła. Pytanie Izzy ją rozstroiło. Bo w końcu...czym była miłość?


* ,,I w bladym blasku ukąpany,

Wysoko wyciągając dłoń,

On, Jeździec goni go Miedziany,

I dźwięcznie w bruk łomoce koń.

I wszędzie, dokąd, obłąkany,

Uciekał, gnany zmorą trwóg,

Tam Jeździec ścigał go Miedziany

I ciężko dudnił kopyt stuk."

Pamiętał jak po raz pierwszy przeczytał Jeźdźca Miedzianego z Bellatrix. Słowa porwały go falą i wiele nocy przeleżał powtarzając bez końca słowa wiersza tego utalentowanego mugola. A teraz zdawało mu się, że sam jest ścigany przez miedzianego jeźdźca, którego imię-miłość. Przygniatał mu serce, a czasem zdawało mu się, że słyszy stuk kopyt za sobą. Być może sam oszalał. Widząc codziennie osobę, której oddał serce, oddaloną jednak niewidzialną ścianą. I czuł się jak najgorszy tchórz, bo gdy przechodziła nie potrafił otworzyć ust i wypowiedzieć tych dwóch najprostszych, a zarazem najtrudniejszych w świecie słów. Tak więc Jeździec ścigał go Miedziany. I ciężko dudnił kopyt stuk.


Catie poderwała głowę słysząc czyjeś ciche kroki. Doskonale wiedziała, że gdyby Huncwoci chcieli ją odwiedzić nie skradaliby się w ten sposób. Również dyrektor chodził w określony, znajomy sposób. Chód nieznajomego był lekki, sprężysty choć może nieco niepewny. Catie wychyliła się lekko, jedynie by zobaczyć czy nieznajomy niesie ze sobą zagrożenie. Krzak, który musnęła zaszeleścił. Niesłyszalnie.

-Kim jesteś?

Zdziwiona Catie cofnęła się do tyłu, obronnym gestem wyciągając przed siebie ręce.

-Pokaż się!

Głos nieznajomego był niski, głęboki jak dźwięk wydany przez spiżowy dzwon. Nieznane dreszcze przebiegły po kręgosłupie Catie wywołując mrowienie, które co ze zdziwieniem zauważyła, było dość przyjemne i ekscytujące. Pod wpływem nieznanego impulsu wyszła zza ściany drzew stając twarzą w twarz z wysokim, ciemnowłosym chłopakiem. Jaki tam chłopak, pomyślała patrząc na jego mocną szczękę, grubą bliznę przecinającą policzek, niezliczone srebrne kreski na dłoniach. Kiedy dotarła do jego oczu zbladła. Usta nieznajomego przeciął gorzki uśmiech.

-Nie rób ani kroku więcej.-rzekł spokojnie ściskając jednak w dłoni laskę tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie.-I wyjaśnij kim jesteś.

-Raczej ty powinieneś się tłumaczyć.-Catie odzyskała już panowanie nad sobą i z wolna poczęła budzić się w niej irytacja.-Co robisz w moim lesie?

-Nie wiedziałem, że to twój las.

Rozbawienie w głosie stojącego przed nią ciemnowłosego obudziło w niej złość.

-Ten odcinek należy do mnie. Dyrektor mi go dał.

-Ty jesteś tą specjalną utrzymanką?-spytał zaciekawiony robiąc krok na przód.

Catie instynktownie cofnęła się krok w tył marszcząc brwi. Słowo ,,utrzymanka" nie przypadło jej do gustu.

-A ty to kto?-warknęła napastliwym tonem.

-Mam na imię Auriel.

Białe, niesamowite oczy sprawiały wrażenie jakby przenikały jej duszę na wskroś. Choć przecież nie mogły nic widzieć.

-Jestem Catie.


Tęsknota,

może to ona nas ze sobą związała,

lecz tęsknota,

serce me strzaskała,

szukałem cię wytrwale,

wśród nocy i zawiei,

lecz wiatr nic mi nie rzekł,

i zrzekłem się nadziei.

S.B.

Białe dłonie spoczęły na tym, krótkim liściku odkładając na bok białe róże. Z kąciku oka spadła samotna łza, cicha i pełna żalu. Opadłszy znikła, a smutne oblicze zamarzło w wyrazie beznamiętnego pogodzenia z losem. Przypominała białą lilię, jeszcze świeżą i piękną, ale taką, której sok ściął bezlitosny mróz. I trwa jeszcze choć już szron pokrył zieleń. Patrzyła jak skrawek pergaminu płonie, obraca się w popiół i niknie. Nie czuła goryczy. Przeszywał ją jedynie żal, starszy niż sam czas. Tęskniła za tym co utraciła, za tym czego mieć nie mogła, a czego tak bardzo pragnęła. Czuła żal za czymś czego nigdy nie miała, nie doznała, nie posiadała. Za czymś co zostało zniszczone zanim się narodziło.

Nie tęsknij już,

nadzieją się nie łudź,

odejdź, nie pragnij,

serca już nie budź,

co nigdy nie wzrosło,

już wzrosnąć nie może,

i w tej śnieżnej zamieci,

nam nic nie pomoże.

I.L

Patrzyła jak sowa walczy z wiatrem i nie mogła powstrzymać głuchego szlochu, który w niej narastał.


Patrzył na swoich przyjaciół. Patrzył na nich i czuł jak Jeździec Miedziany przestaje galopować po jego sercu. Wiedział jednak, że wróci i będzie go ścigał po kraniec świata. Bał się tego, a jednocześnie nie żałował. Traktował tę miłość jak dar. A narazie.

Narazie...

Ma piętnaście lat, jest młody i pełen życia. Ma wspaniałych przyjaciół. Rodzinę. Jest tutaj. Żyje. Unosi się w tym nieprzerwanym kręgu życia i czuje radość. Jest tam gdzie powinien być. I choć nie wie gdzie poniosą go wody świata, to jednego jest pewien.

Panowie Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz...

Czwórka przyjaciół.

I choć słyszy w oddali stukot kopyt to wie, że da sobie radę mając ich przy swoim boku.


Krople deszczu przemieszanego ze śniegiem spadają nieubłaganie na granitową płytę. W panującej tu ciszy brzmią jak śmiertelne wystrzały. Nieustanne, miarowe tempo go uspokaja. Czuje przy swoim boku milczącą obecność przyjaciela. W naciągniętym na głowę kapturze wygląda trochę niebezpiecznie i inaczej niż zwykłe, ale on wie, że to wciąż jego przyjaciel. Syriusz uśmiechnął się patrząc na Lupina, któremu mokre włosy przylepiły się do czoła. Mokre miały całkiem inny odcień złota. Obaj czerpali pociechę ze swojej bliskości. Remus wyjął w końcu różdżkę i wyczarował nad nimi ochronną bańkę powietrza. Syriusz odrzucił kaptur w tył i wyjął z ciemnego futerału swoje ukochane skrzypce. Nie wiedział dlaczego dla Remusa tak ważne było by zagrał przy grobie zmarłego kilka miesięcy temu chłopaka. Jednak blondyn nalegał. A on lubił spełniać jego prośby.

Patrząc spod rzęs jak młody Black gra zastanawiał się nad tym gdzie płynie ich życie. W otoczeniu drzew, pod ciemnym niebem pojął, że znalazł miejsce do którego pasuje. Pozwolił by uniosła go muzyka. A deszcz przestał padać na wyryte w granicie słowa.

Jak długo będę miał u Ciebie dług Kyli Cello?

Jak wiele razy będę tu przychodził i pytał nieba co dalej?

Poczuł, tak jak wiele razy przedtem, obecność zmarłego chłopca i wiedział. Po prostu wiedział, że Cello się ucieszy. I mógłby przysiądz, że widział jak Cello podchodzi do niego i się uśmiecha, mrużąc ze szczęścia oczy na znajome nuty melodii.

Czasami są takie chwile, które zostają w nas na zawsze. Przypadkowe spotkania pozostawiające po sobie olbrzymie pokłady wdzięczności. Melodia się skończyła. Wstał. Podszedł do czarnowłosego i razem odeszli. Nie odwrócił się.

Nadszedł czas by wrócić do żywych. I stawić czoło Jeźdźcowi.

/ * fragmenty ,,Jeźdźca miedzianego" Aleksandra Puszkina