Rozdział XIII
Tak, nie mamy już bananów
Czując się jak ostatnia kretynka, także przez to, że Ron się w końcu o wszystkim dowiedział, Ginny pragnęła jedynie paść na kanapę w pokoju wspólnym, mając nadzieję, że będzie się mogła podąsać.
Niestety, kiedy tylko weszła w do środka okazało się, że Hermiona juz na nią czeka.
- Nie będę cię osądzać - powiedziała na wstępie szatynka. - Nawet jeśli to Draco Malfoy. Chcę się jedynie upewnić, czy nie popełnisz okropnego błędu.
- Nie martw się - odparła z westchnieniem Ginny. - Bo największy popełniłam właśnie przed chwilą.
Padła na kanapę tuż obok Hermiony.
- O Boże - zdenerwowała się Hermiona. - Coś ty zrobiła? - Ginny wydawało się, że dodała jeszcze "znowu", ale Hermiona była zbyt uprzejma, żeby to wypowiedzieć głośniej.
- Powiedziałam mu, że go kocham - odparła Ginny, po czym się rozpłakała.
- Och, Gin - powiedziała z otuchą Hermiona, klepiąc ją delikatnie po plecach. Ginny zauważyła, że Hermiona nie otwierała się fizycznie przed innymi ludźmi niż Harry, na którym wisiała niemal non-stop. Chociaż na początku też go obchodziła łukiem, jak samiczka obwąchująca przyszłego partnera. Już przez to jednak dawno przeszli i na dzień dzisiejszy demonstratywnie nie potrafili się od siebie odkleić. Lecz teraz, gdy Hermiona poklepywała ją po plecach, Ginny przypomniała sobie, że jej przyjaciółka miała kiedyś problemy z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi.
- Powiedział ci coś nieprzyjemnego, tak? - Zapytała ze współczuciem.
- Nie - wyszlochała Ginny. - Nawet nie miał szansy, żeby cokolwiek powiedzieć. Patrzył na mnie zszokowany, a później McGonagall wysłała go na szlaban.
Hermiona wyglądała na zdezorientowaną.
- To nic ci nie powiedział?
- Na pewno za to pomyślał, że jestem idiotką - zawyła Ginny. - Ty też tak pewnie myślisz, a Ron to już w ogóle!
- Nikt nie myśli, że jesteś głupia - odpowiedziała jej Hermiona. - My się tylko o ciebie martwimy.
- No, teraz już nie musicie się o nic martwić - stwierdziła Ginny. - Bo po tym, co mu powiedziałam, Draco Malfoy będzie się prawdopodobnie trzymał ode mnie nie bliżej niż dziesięć stóp, czy to z umową, czy bez niej.
- A tak, o to też miałam cię zapytać - przemówiła Hermiona.- Co to w ogóle za umowa, co?
Ginny zmrużyła podejrzliwie oczy.
- Jak to: miałaś mnie zapytać?
Hermiona zarumieniła się, wzruszając ramionami.
- Cóż, nie staraliście się z Malfoyem rozmawiać zbyt cicho, więc przypadkowo podsłuchałam początek waszej rozmowy, ale Harry mnie odciągnął i przypomniał, że to bardzo nieładnie, - znów spiekła raka.- Tak gorliwie mnie ochrzanił później, że w życiu byś nie pomyślała, że jest zatwardziałym wrogiem Dracona od siedmiu lat.
- Nie mogę ci powiedzieć - wyjaśniła w końcu Ginny. - Nie wolno mi.
- Malfoy nie ma prawa...
- To nie Draco - poprawiła ją. - Tu w ogóle nie chodzi o niego w tym wszystkim. Nie wolno mi rozmawiać o tym i kropka.
Hermiona nadęła usta i pokiwała zrezygnowana głową.
- No dobra. Jesteś pewna?
- Całkowicie.
- A więc została nam jeszcze jedna rzecz to omówienia.
- Jaka? - Zapytała Ginny, zmieszana.
- Podejrzewam, że Draco Malfoy nie różni się tak bardzo od twoich wyobrażeń o nim - zaczęła Hermiona. - A dodając jeszcze do tego twoją szaleńczą miłość do niego, to pomyślałam, że przyda wam się jakaś antykoncepcja.
- Antykoncepcja - powtórzyła powoli Ginny.
- Mugolski wynalazek - odparła z uśmiechem Hermiona. - Społeczeństwo czarodziejów nigdy tego nie zaakceptowało, ale nie wynalazło też substytutu. Nie wiem, czemu właściwie, widocznie potrzeba nam małżeństw z rozsądku.
Hermiona wyjęła z plecaka małe pudełeczko.
- Co to? - Wyszeptała Ginny.
- To są, moja droga, prezerwatywy - odparła Hermiona, kładąc pudełeczko na kolanach Ginny. - I zabezpieczą cię, jak już dojdziecie do... Pewnego momentu z Malfoyem, do tego, żeby nie zrujnowało ci życia.
- A co... Co się z nimi robi? - Zapytała Ginny. - Połyka?
- Nie - odpowiedziała łagodnie Hermiona. - No... Są dla niego. Ty... Wy, znaczy... - Hermiona była czerwona jak burak. - W środku jest instrukcja - wymamrotała, otwierając pudełeczko i podając Ginny małą, poskładaną karteczkę.
Ginny rzuciła na nią okiem, szybko czytając, po czym zrobiła się bardziej czerwona niż draperie na ścianach w pokoju wspólnym. Hermiona odwróciła wzrok, próbując na nią nie patrzeć.
- Hermiono - wysyczała Ginny, patrząc na nią zeskandalizowana. - To nie... Nie myślisz, że to trochę za wcześnie?
Hermiona uniosła brew.
- Czemu "za wcześnie"?
- Nie wiem! - Wybuchła nagle Ginny. - Nie wiem nawet, co on do mnie...
- Nie daję ci tego, bo nie wiesz, co on czuje do ciebie - powiedział mocą Hermiona. - Boję się twojego zachowania. A ostrożności nigdy nie za wiele.
- Hermino, nie mogę - odrzekła rudowłosa. - Nie mogę, a... Draco tego nie... Jak myślisz?
- Harry zakłada - upewniła ją cicho Hermiona.
- Ale Harry... On się wychował u mugoli, prawda? To nie było dla niego nic nowego...
- Gwarantuję, że jeśli wyjaśnisz Draconowi, iż jeśli to założy, to nie zajdziesz w ciążę, to ją założy - rzekła szatynka.
- Jak ja... Co ja, mam mu tym rzucić w twarz i powiedzieć, żeby założył, zanim pójdziemy do łóżka? - Zapytała Ginny, czując, że ta rozmowa prowadzi do nikąd.
- Też... - odrzekła powoli Hermiona. - Albo sama mu to założysz w trakcie... Zabawy - dodała, szukając odpowiedniego słowa.
- W trakcie zabawy - powtórzyła powoli Ginny, przypatrując się pudełeczku w swoich dłoniach.
- Powinnaś poćwiczyć - przemówiła Hermiona. - Bo on zapewne się na tym nie zna.
Oczy Ginny zrobiły się okrągłe jak spodki.
- Poćwiczyć?!
Hermiona przez chwilę patrzyła na nią zmieszana, po czym potrząsnęła głowa, odchrząkując.
- Nie to - zakładanie prezerwatywy!
- O! - Wykrzyknęła Ginny z ulgą. - O - powtórzyła skonsternowana. - Ale jak?
- Użyj tego - poradziła jej Hermiona, wyciągając z plecaka banana. Ginny spojrzała na nią wątpiąco, ale starsza dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Nie mów tylko Ronowi, kto ci to dał.
Tym razem zasłon wokół łóżka nie zasłoniło zaklęcie, lecz drżąca ręka Ginny. Wślizgnięcie się do domu Slytherina przyszło jej łatwiej, niż myślała. Gdy już znała hasło, nie było jej trudno przejść przez pokój wspólny niezauważoną. Lochy były zaopatrzone w tak wiele zakamarków i cieni, że pokój wspólny sam zapraszał do tego, by się ukryć.
A i w Slytherinie nikt nie kładł się wcześnie spać; nikt poza Draco Malfoyem.
Draco właśnie odrabiał swój szlaban, wyznaczony mu przez Dumbledore'a, a Ginny zastanawiała się, co ją napadło, żeby tu w ogóle przyjść. Ciągle mogła sobie pójść i Draco by się nigdy nie dowiedział, że tu była, że tkwiła na jego łóżku z prezerwatywami w plecaku i prawie niczym pod szatą szkolną.
Podczas rozmowy z Hermioną i ćwiczeń na bananie doszła do ważnego spostrzeżenia: pragnęła Dracona. Nie była to dla niej całkowita nowość, ale uderzyło ją to teraz ze zdwojoną siłą. Zostało tylko kilka tygodni roku szkolnego, a kiedy ów się skończy, Draco zapewne wyjedzie i ona go już nigdy nie ujrzy. To było dla niej nie do zniesienia i Ginny musiała zaakceptować prawdę, która ją tak przerażała: pragnęła go i nie obchodziło jej, czy ją kochał, czy też nie. Chciała być w jego ramionach, chciała należeć do niego, choćby przez chwilę. W innym przypadku zawsze by powracała myślami do tego pierwszego razu, kiedy kogoś pokochała i żałowała. Poza tym nawiedzało ją uczucie, że jeśli kocha, to powinna coś zrobić dla tej swojej miłości i dla siebie.
To oznaczało, że powinna czekać tam, gdzie właśnie siedziała, z myślami i wątpliwościami kotłującymi w jej głowie. Zechcę ją w ogóle? Głupie pytanie, on miał kilkanaście lat, a ona była chętna. Ale czy zechce czegoś więcej niż tylko jej chętnego, ciepłego ciała? Ginny miała nadzieję, że może choć trochę ją lubił. Na pewno go pociągała, ale ciągle odnosiła wrażenie, że sobie tego nie życzył. Najpierw całował ją aż do utraty tchu, a później odpychał, patrząc na nią z dystansem, czasem nawet złością.
Drań miał na pewno zmienny charakter. Ginny uśmiechnęła się łagodnie. Kilka tygodni temu nie byłoby dla niej jeszcze to stwierdzenie tak gorzkim, najwyżej przepełnionym nienawiścią, którą pałała od lat do rodziny Malfoyów. Teraz pomyślała to z czułością. Znała już Dracona, wiedziała, co się kryje pod tym złośliwym głosem, który od lat doprowadzał Rona do furii. Był rozpuszczony, arogancki, czasami zimny; jednocześnie był także lojalny, wrażliwy, zaangażowany we wszystko co go dotyczyło i miał świetne poczucie humoru. I był dla niej niezwykle czuły.
Z chwilą, gdy to pomyślała, w komnacie rozległy się kroki. Ginny wstrzymała oddech, mając nadzieję, że to nie jest jakiś Ślizgon, który kładzie się do łóżka i jednocześnie chcąc tego, bo nie czuła się gotowa na tyle, by spojrzeć Draconowi w twarz raz jeszcze. Kroki słychać było coraz bliżej łóżka i zatrzymały się, a ona pojęła, iż zrozumiał, że ona tu była, że czekała na niego. Kiedy ta wieczność przeminęła, zasłony rozchyliły się, a jego jasne włosy zalśniły w bladej poświacie świec.
Po chwili wahania Draco wszedł na łóżko i zasunął za sobą kotarę. Spojrzał na nią, oddaloną od niego kilka cali, skuloną po drugiej stronie łóżka. Ginny zapragnęła, żeby coś powiedział, ale tylko na nią patrzył, jakby nie chciał wierzyć, że tutaj była, prawdziwa, z krwi i kości. Kiedy zajęło ją podejrzenie, Ginny otworzyła w końcu usta:
- Draco...
Przycisnął dłoń do jej ust i lekko pokręcił głową. Przesunął rękę, obejmując jej policzek i głaszcząc z niezwykłą czułością kciukiem jej usta. Po chwili wziął jej twarz w swoje dłonie, przesuwając po niej palcami, jakby uczył się jej na pamięć.
- Zwalniam cię ze służby; nie jesteś już moją niewolnicą - powiedział cicho i ochryple, jakby mówienie przechodziło mu z trudem.
Dokładnie zrozumiała, co miał na myśli, mówiąc to i poczuła, jak ogromny ciężar został jej zdjęty z pleców. Wiedział, czemu tutaj była, zrozumiał, co mu się tak bardzo bała powiedzieć. To jej pozostawił podjęcie decyzji, chcąc się upewnić, czy nie robi tego na polecenia Bractwa albo warunków spisanej przez nich umowy. To miało być tylko ich, miało być czymś, czego oboje pragnęli.
- Draco... - wymamrotała znowu, a on potrząsnął głową, przytulając ją mocno do siebie.
- Pocałuj mnie, głupia - odparł cicho rozkazującym tonem, ale w jego szarych niczym zachmurzone niebo oczach widniała prośba.
Nie pragnąc niczego innego, Ginny pochyliła się i przycisnęła usta do jego ust, obejmując go za szyję. Radość, jaką ją opływała, gdy go całowała, była większa, niż gdyby wygrała mistrzostwa w szachach czarodziejów, zjadła wszystkie czekoladowe żaby, a wszystkie burze i zajęcia z eliksirów raz na zawsze zostały odwołane. Poczuła na ustach jego język i otworzyła je dla niego, głaszcząc jego jedwabiście gładkie włosy i chcąc go zapamiętać na całe życie.
Jeden, długi, upajający pocałunek za drugim, długim upajającym pocałunkiem. Zaczęła odpinać swoją szatę i zrzuciła ją z siebie, po czym zajęła się szatą Dracona. Rozdzielili swoje usta, by ściągnąć mu ją przez głowę, bowiem za dużo roboty było z rozpinaniem, a następnie zaczęła odwiązywać jego krawat.
- Czekaj... - wymamrotał, zamykając jej dłonie w swoich. Każda z jej rąk uniósł do ust i wyciskał na jej nadgarstkach namiętne pocałunki desperata.
- Czemu? - Zapytała bez tchu.
- Nie mogę ci niczego obiecywać - powiedział, a w jego głosie zabrzmiał ból.
- Nie chcę obietnic - wyszeptała, wyrywając jedną dłoń z jego rak, by móc go pogłaskać po twarzy.
- Zasługujesz na nie - uparł się zawzięcie. - Nie jestem znowu taki szlachetny i nie mogę poczynić ci przysiąg, nawet najmniejszych.
- Gdybym zechciała szlachetnego faceta, to chyba bym go nie szukała w Slytherinie, co? - Wytknęła mu sucho, wyciskając pocałunek w kąciku jego ust. Nie mogła się powstrzymać, żeby nie wyciągnąć języka i nie spróbować jego skóry.
Draco złapał mocno oba jej nadgarstki i odsunął ją od siebie na tyle, by spojrzeć jej w oczy.
- Nawet nie zaczęłaś szukać - odparł zimno. - Nie powinnaś...
- Kochać cię? - Zapytała cicho. Poczuła łzy w oczach i nie wyrwała mu się. Mogła sobie jedynie wyobrażać, jak bezradnie wyglądała w jego oczach, a on nie wiedział, jaka malutka się czuła, będąc przy nim. Nie bała się jednak. Trzymał ją mocno, ale nie boleśnie. Draco Malfoy, który uzyskał tytuł "najgorszego chłopca" w całym Hogwarcie był jedyną osobą, która potrafiła przyprawić Ginny o szybsze bicie serca i szybki oddech w tym samym czasie. Musiała, po prostu musiała doświadczył go całego.
Jej słowa podziałały na niego tak, jak ciepły kocyk ofiarowany przemarzniętemu, rozpłakanemu dziecku. Obserwował ją ostrożnie, mierząc ją wzrokiem tak, była pewna, jakby wiele dla niego znaczyła. Ludzie mówili mu ciągle rzeczy, które nie miał żadnego znaczenia dla nich, nie wkładali w to żadnych uczuć. Miłość jego ojca była bolesna i okradała Dracona z ludzkich uczuć, pozostawiając go krwawiącego i przerażonego, oferując mu jedynie gorycz i okrucieństwo jako broń do walki z tym, co ofiarowało mu życie. Jego przyjaciele byli fałszywi, a z tego, co wiedziała, nigdy nie chodził z żadną dziewczyną na poważnie. Czy był w ogóle ktoś, kto nie kochał go, bo musiał, ale dlatego, że był sobą, że był Draconem?
- Tego nie powinnam? - ciągnęła dalej, czując, jak łzy spływają jej po policzku. - Bo jeśli tak, to mi się nie udało.
Przełknęła szloch, a on zwolnił ucisk na jej dłoni, rysując teraz kciukiem koła na jej przegubie, jakby chcąc wyczuć puls.
- Mi też nie... - mruknął i pocałował ją, lub to ona go pocałowała, a może tylko spotkali się w połowie, nie wiedziała, jak to później opisała w swoim pamiętniku. Nie pamiętała, kto uczynił pierwszy krok. Ale tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia, liczył się sam pocałunek, to, że w jednym momencie był czuły, w następnym szorstki, łagodny, gwałtowny, i że po fragmencie odkrawał jej duszę, przyłączając ją już na zawsze do niego, do Dracona Malfoya.
