ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Ostatnie wspomnienie Tonks

Ikshtat faktycznie dała im nadzieję, ale wciąż nie wiedzieli, gdzie szukać Tonks. Harry, żeby czymś się zająć, postanowił, że zabierze się w końcu za reaktywację Gwardii Dumbledore'a. I tak był najwyższy czas, by zacząć coś w tym kierunku robić. Razem z Ronem i Hermioną przygotowywali plakaty do rozwieszenia w Hogwarcie, a on sam wygłosił małą mowę zachęcającą w pokoju wspólnym w obecności większości Gryfonów. Do akcji reklamowej włączyła się też Luna Lovegood i Susan Bones, co stanowiło znaczącą pomoc, bo dziewczyny mogły rozpropagować spotkania w swoich domach. Tym sposobem data pierwszego spotkania została ustalona na piątkowe popołudnie, za dwa tygodnie.
– Dlaczego dopiero za dwa tygodnie? — zdziwił się Ron. — Chyba im szybciej zaczniemy, tym lepiej!
– Od kiedy ty się tak palisz do nauki, Ron? — zainteresowała się Hermiona.
Siedzieli w pokoju wspólnym i omawiali szczegóły organizacyjne.
– To żadna nauka! — zaprotestował gorąco chłopak. — To będzie prawdziwe, wojenne szkolenie!
— Na twoim miejscu bym się tak nie napalał — mruknął Harry. Wiedział, że to, co przyjacielowi teraz wydaje się fajną zabawą, już wkrótce okaże się ciężką pracą. Wakacyjny kurs wycisnął z niego siódme poty, dobrze to pamiętał.
— Więc na co czekamy? — ponownie zapytał rudzielec.
— Aż nasza kampania reklamowa dotrze do wszystkich zainteresowanych — wyjaśniła Hermiona.
— Poza tym chciałbym wcześniej poćwiczyć tylko z wami — dodał Harry. — Żebyście mieli już jakieś pojęcie i mogli mi trochę pomóc w prowadzeniu tych zajęć. Szczerze mówiąc, nadal sobie tego nie wyobrażam.
— Ostatnio radziłeś sobie doskonale — przypomniała mu Ginny.
— To zdecydowanie trudniejsze rzeczy, Gin.
— Poradzimy sobie — pocieszyła go dziewczyna. — Jesteś świetnym nauczycielem, Harry.
Harry wbił wzrok w stół. Przypomniała mu się Cho, która kiedyś powiedziała to samo.
— Dzięki. Ale to będzie naprawdę trudne.
— A ktoś nie mógłby ci pomóc? — zapytała Ginny.
— Wy mi pomożecie, to naprawdę wiele dla mnie znaczy — odpowiedział.
— Oczywiście, że ci pomożemy. Damy z siebie wszystko, Harry — zapewniła Hermiona. — Ale może Ginny ma rację?
— Właściwie, co wy sugerujecie? — przeraził się nagle Ron i zerwał z fotela.
— Teraz rozmawiamy z Harrym, nie z tobą — oświadczyła Ginny i pokazała bratu język.
— No, nie! — zawołał Ron z oburzeniem. — Że ta smarkula wymyśla jakieś głupoty — tu wskazał na siostrę — to się nie dziwię, ale ty, Miono? Po ostatnich zajęciach z transmutacji?
— To niemożliwe — uciął dyskusję Harry. — Będziemy sobie musieli poradzić sami.
— I poradzimy! — oświadczył bojowym tonem Ron.
Dziewczyny nic nie powiedziały, tylko wymieniły między sobą smutne spojrzenia, a Harry pomyślał, że mimo całego żalu, jaki ma do Malfoya, naprawdę chciałby, żeby chłopak poprowadził te zajęcia razem z nim. Ale to było zupełnie niemożliwe.

Zanim jednak doszło do pierwszego spotkania GD, po szkole gruchnęła wieść, że „profesor Tonks się odnalazła". Co prawda Harry pomyślał, że musiał przeoczyć moment, w którym reszta uczniów dowiedziała się, że Tonks w ogóle zniknęła, ale zaraz doszedł do wniosku, że w wcale go to nie obchodzi. W tej chwili chciał tylko wiedzieć, czy to prawda. Natychmiast pobiegł do Lupina, ale mimo długiego dobijania się do jego kwater, nie doczekał się reakcji. Skontaktowanie się z McGonagall też okazało się niemożliwe.
— Skoro wszyscy nagle tak poznikali, musi coś w tym być — zaopiniował Ron.
— Byleby mieli dla nas dobre wieści — mruknął Harry.
— Złe roznoszą się znacznie szybciej niż dobre. Już byśmy coś wiedzieli — stwierdziła Hermiona.
— Niekoniecznie — skrzywił się Harry. — Nie teraz, kiedy Zakon taką wagę przykłada do tajemnicy. Zauważ, że o śmierci Moody'ego nadal nikt nic nie mówi.
— Właśnie, co z pogrzebem? — szepnęła dziewczyna.
— Już się odbył. Chciałem w nim uczestniczyć, ale McGonagall uznała, że to zbyt ryzykowne. To była cicha uroczystość, nawet nie wiem gdzie. W każdym razie chodziło głównie o zmylenie śmierciożerców i...
Hermiona położyła palec na ustach.
— Wystarczy tego gadania. Już i tak za dużo powiedzieliśmy. W Hogwarcie nigdy nie wiesz, kto cię słucha.
— Słuszna uwaga, panienko. — Jakiś czarodziej w starodawnych szatach ukłonił się Hermionie z obrazu, na którym właśnie się pojawił. — A o czym mówiliście?
— Lepiej poszukajmy kogoś, kto coś wie — zaproponował Ron, ignorując portret.
— Tylko kogo? — westchnął Harry.
— A co chciałbyś wiedzieć, młody człowieku? — zainteresował się ten sam czarodziej z portretu.
— Słyszałeś coś może o Nimphadorze Tonks?
Mężczyzna zrobił bardzo ważną minę i poprawił swoją szatę.
— Owszem słyszałem, wiele słyszałem...
— Mieliśmy na myśli: ostatnio — uściśliła Hermiona.
— Bardzo ostatnio — przytaknął czarodziej z jeszcze większym zadowoleniem. — Właśnie została przywieziona do Hogwartu. Podobno jacyś mugole, którzy się nią opiekowali, przeczytali ogłoszenie w gazecie i skontaktowali się Tedem Tonksem. Jest nieprzytomna.

Natychmiast udali się do skrzydła szpitalnego, ale, jak łatwo się było domyślić, nie zostali tam wpuszczeni. Poza tym jednym, napotkanym portretem nikt nic nie wiedział i byli zmuszeni po prostu czekać. Cierpliwość jednak została nagrodzona, bo po dwóch godzinach drzwi się otworzyły.
— Nie macie żadnych prac domowych? — zapytała surowo McGonagall, ale Harry zauważył ulgę w jej oczach.
— Chcieliśmy się dowiedzieć, pani profesor...
— Obudziła się — odpowiedziała dyrektorka, wchodząc mu w zdanie.
Harry kątem oka dostrzegł, jak przyjaciele przytulają się do siebie radośnie. On jednak nie był taki skory do entuzjazmu. Nie wiedział dlaczego, ale miał przeczucie, że coś jest nie tak.
McGonagall spojrzała na niego uważnie, jakby podejmując jakąś decyzję i, po przedłużającym się milczeniu, odezwała się ponownie:
— Myślę, Harry, że powinieneś coś zobaczyć. Panna Granger i pan Weasley niech wracają do wieży.
Teraz Harry miał już naprawdę złe przeczucia. Czyżby Tonks nie żyła, a McGonagall nie chciała tego powiedzieć przy całej trójce? Posłał spanikowane spojrzenie przyjaciołom, a Hermiona uśmiechnęła się do niego słabo, najwyraźniej myśląc o tym samym.

Jeden rzut oka na Skrzydło Szpitalne upewnił go w jego najgorszych przypuszczeniach. Tonks leżała nieruchomo, Lupin pochylał się nad jej posłaniem, zaś na drugim końcu sali stała myślodsiewnia Dumbledore'a, a tuż obok niej Ikshtat. Więc jednak!
— Ty musisz być Harrym Potterem! — Na dźwięk znajomego, trochę jeszcze zaspanego, dziewczęcego głosu Harry drgnął. — O raju, wyobrażałam sobie ciebie niemal identycznie!
Stał pośrodku sali kompletnie zdezorientowany. Blada dziewczyna, teraz o mysim kolorze włosów, przypominający ten z czasów, kiedy w zeszłym roku miała depresję, uśmiechała się do niego z posłania. Z pewnością była to Tonks, ale zachowywała się... dziwnie.
— Tonks? — zapytał niewyraźnie. — Jak się czujesz?
— Jesteś słodki, wiesz? — ucieszyła się z sobie tylko znanego powodu. — Pamiętaj, żeby nigdy nie mówić do mnie po imieniu.
— Tak, zapamiętam — mruknął Harry, wciąż nie wiedząc, co tu się właściwie dzieje.
— Dora, połóż się, musisz teraz dużo odpoczywać. — Lupin położył dłoń na ramieniu dziewczyny i próbował nakłonić ją do ponownego położenia się.
Spojrzała na niego z konsternacją.
— Nadal nie powiedziałeś mi, kim jesteś! Nowym nauczycielem, którego zatrudnił Dumbledore?
— Tak, można tak powiedzieć — potwierdził Remus z rezygnacją w głosie.
Harry poszukał wzrokiem McGonagall, chcąc, żeby pomogła mu zrozumieć, co się stało i wtedy zobaczył jeszcze jedną znajomą twarz, tuż obok Ikshtat.
— Bill? — zawołał.
— Profesor McGonagall mnie wezwała — wyjaśnił najstarszy brat Rona.¬¬¬¬¬¬¬¬
— Potrzebowaliśmy konsultacji, bo Tonks ma pewne luki w pamięci — dodała wyjaśniająco dyrektorka.
— Ależ wszystko doskonale pamiętam! Mogę wam to udowodnić — wtrąciła Tonks, znów usiłując podnieść się na posłaniu, ale Lupin jej na to nie pozwolił, więc warknęła: — Och, w porządku! Jesteś gorszy niż magomedyk!
McGonagall skinęła na Harry'ego i odeszła dalej tak, by Tonks nie mogła słyszeć wyjaśnień. Zatrzymała się przy myślodsiewni i kiedy do niej podszedł, podjęła opowieść przyciszonym głosem.
— Pięć lat temu na jednej z jej pierwszych aurorskich akcji miał miejsce poważny wypadek i, tak samo jak teraz, Nimphadora przez parę dni pozostawała w śpiączce. Magomedycy ze Św. Munga sugerują, że pewne partie mózgu mogły wtedy zostać uszkodzone i od tego czasu, zapamiętywane przez nią rzeczy były zapisywane w innych jego partiach, które z kolei teraz zostały zniszczone. Dlatego została jej tylko pamięć sprzed pięciu lat. Nie mają jednak potwierdzenia, bo nie udało się im zdiagnozować, jakie właściwie zaklęcie spowodowało obrażenia.
— Więc po to ta myślodsiewnia? Czy można wydobyć z kogoś wspomnienia, skoro on nic nie pamięta?
— Dobre pytanie — pochwalił go Lupin.
Harry odruchowo spojrzał na łóżko, w którym leżała Tonks, ale wyglądała jakby spała.
— Poppy podała jej coś na uspokojenie i teraz śpi — wyjaśnił Remus. — A wracając do twojego pytania, jeśli ktoś ma amnezję, to znaczy, że wspomnienia wciąż w nim tkwią, ale jego mózg zablokował do nich dostęp. Jest nadzieja, że również teraz tak jest, a magomedycy się mylą.
— Czyli Ikshtat może zebrać te wspomnienia, złożyć i potem będzie można pokazać je Tonks? — Spojrzał na milczącą kobietę, która mieszała różdżką w myślodsiewni.
— Niezupełnie — odezwała się, nie patrząc na niego. — Jak słusznie zauważyła twoja przyjaciółka przy naszym poprzednim spotkaniu, jestem Zaklinaczką Ostatniego Wspomnienia, a to z pewnością nie obejmuje pięciu lat wstecz. Poza tym takie eksperymenty mogą być niebezpieczne.
— Rozumiem — westchnął Harry. — To tak, jak ze zmieniaczem czasu...
— Tak, w pewnym sensie — odpowiedziała McGonagall, a coś w jej wzroku kazało Harry'emu przypuszczać, że nie powinien rozwijać tego tematu.
— Udało nam się jednak dostać do jej ostatniego wspomnienia i wiemy już, co dokładnie wydarzyło się na Wzgórzach Cheviot. Znamy też zaklęcie, które spowodowało śpiączkę i brak pamięci.
— Będziecie umieli to odwrócić?
— Jeszcze nie wiemy — odpowiedział Remus, ale Harry wyczuł w jego głosie determinację.
— Czy mogę jakoś pomóc?
Remus położył mu dłoń na ramieniu.
— Nie, Harry. Ale profesor McGonagall chciała, abyś zobaczył to, co się wydarzyło. Oboje zgadzamy się co do tego, że to może ci się przydać.
— Aha — odpowiedział tylko, bo bardzo go to zaskoczyło. Miał oglądać ostatnie wspomnienie Tonks? Po co?
Zanim jednak zdążył dojść do jakiś konkretnych wniosków, odezwała się dyrektorka:
— Bill pójdzie z tobą. Gotowy?
Harry skinął tylko głową i w chwilę potem czuł już, jak opada w dół. Wylądował na stromej, skalistej ścieżce, a tuż obok niego Bill. Chciał zapytać, dlaczego to on ma z nim oglądnąć owo wspomnienie, ale wzrok właśnie przyzwyczaił mu się do ciemności i rozpoznał sylwetki Tonks i Moody'ego. Wspinali się do góry.
— Postaraj się zwracać uwagę na szczegóły i jak najwięcej zapamiętać. Co prawda, zawsze będziesz mógł tu wrócić, ale nie sądzę, byś rzeczywiście jeszcze kiedyś to zrobił — powiedział Bill.
— W porządku — zgodził się szybko Harry i ruszył za oddalającą się parą aurorów. Zaczynał rozumieć, dlaczego miał oglądnąć akurat to wspomnienie. To tutaj przecież horkruks został zniszczony. Może pozwoli mu to zrozumieć pewne rzeczy?

— Al? — odezwała się w pewnej chwili Tonks.
— Cicho, dziewczyno! Jesteśmy na akcji! — mruknął jej w odpowiedzi Moody.
— Remmy strasznie się na mnie zdenerwował, że idę — poskarżyła się, mimo upomnienia.
— Mogłaś nie iść — burknął auror.
— Ale ja chciałam — odpowiedziała nieco buntowniczo dziewczyna.
— To teraz nie gadaj, tylko patrz pod nogi, bo nie będę cię zbierał z dołu.

Dopiero po tej uwadze Harry zdał sobie sprawę, jak wysoko się już znajdują. Przez dobrą chwilę szli w milczeniu, słychać było tylko szybkie oddechy, spowodowane wspinaczką. Jemu samemu też zrobiło się gorąco.
— Nie mogli po prostu się tam aportować? — zastanowił się na głos, między jednym a drugim sapnięciem.
— Widać nie mogli. Może Voldemort stworzył tam pole antyaportacyjne. Nie martw się, zaraz będziemy.
— Skąd wiesz? — zdziwił się Harry.
— Byłem tu już z McGonagall i Remusem. Chcieli, żebym wyjaśnił im pewne kwestie, związane z łamaniem klątw.
— Rozumiem.
Harry nie zdawał sobie sprawy, że brat Rona jest aż takim specjalistą w tej dziedzinie. Z drugiej strony przyszło mu do głowy, że jeszcze chwila i nie da rady iść, tymczasem Bill wcale nie wyglądał na zmęczonego, a szedł tędy już drugi raz w ciągu krótkiego czasu. Widać praca u Gringotta nieźle szkoliła kondycję.

— Jesteśmy na miejscu — zakomunikował szeptem Moody.
— Ależ tu uroczo — skwitowała Tonks.

Konfiguracja skał, które półkolem otaczały polankę, w przedziwny sposób układała się w kształt mrocznego znaku. Harry'ego przeszedł dreszcz. Miejsce ewidentnie emanowało mroczną energią.
Widać było, że aurorzy kierują się ściśle określonymi wskazówkami, bo po chwili podeszli do niewielkiego wypustu. Bill skinął na Harry'ego, żeby również się zbliżyli.
— Teraz będą ściągać zewnętrzną klątwę — poinformował go starszy brat Rona. — Przyjrzyj się uważnie. Nigdy nie wiadomo, co może ci się przydać.
Harry obserwował działania dwójki aurorów. Był z siebie bardzo dumny, ponieważ większość zaklęć pamiętał z zajęć z Mayson.
— Strasznie długo to trwa — zauważył, kiedy Tonks i Moody na chwilę przestali recytować inkantacje. — Na razie wciąż detonują pierwszą klątwę.
— Chyba nie sądziłeś, że Sam—Wiesz—Kto zastosuje zwyczajne bariery, dla czegoś bardzo dla siebie cennego, prawda?
Harry przytaknął i zaczął się zastanawiać, czy Bill wie, że tym bardzo cennym „czymś" jest jeden z siedmiu kawałków duszy Voldemorta.

— Udało się! — zawołała Tonks, kiedy po założeniu Potrójnego Wyłomu, skomplikowanego czaru podważającego klątwę, ciemność rozjarzyła się zielonym światłem, sygnalizującym unieszkodliwienie pierwszej przeszkody.
— Najgorsze przed nami — zauważył ponuro Moody, rozglądając się podejrzliwe dookoła i Harry nie mógł oprzeć się wrażeniu, że szklane oko aurora, zarejestrowało jego obecność.

Górską ciszę znów wypełniały tylko inkantacje, wypowiadane miarowymi, przyciszonymi głosami. Harry poczuł się zmęczony i coraz trudniej mu było się skupić na używanych przez aurorów zaklęciach, zwłaszcza, że żadne z nich nie przynosiło skutku.
— Jak długo już tu jesteśmy? — zagadnął Billa.
— Jakieś dwie godziny, może trochę więcej.
— Jakim cudem, w takim razie, udało się wam już raz oglądnąć to wspomnienie? — zdziwił się Harry. Kiedy szli do skrzydła szpitalnego, portret poinformował ich, że Tonks właśnie się odnalazła. Wprawdzie czekali dość długo na McGonagall, ale na pewno nie na tyle, by owo wspomnienie mogło zostać już odwiedzone chociaż raz.
— Czas w myślodsiewni płynie inaczej — wyjaśnił Weasley. — Kiedy wrócimy do Hogwartu zobaczysz, że w rzeczywistości nie minęła więcej niż godzina.

— To nie ma sensu — obwieściła zniechęconym głosem Tonks. — W życiu nie uda się nam odkryć, jaki to rodzaj siatki.
— Chyba masz rację. Będziemy musieli wrócić po pomoc. — Aurorzy odsunęli się od skalnej półki, nad którą cały czas się pochylali.

— Moody od razu powinien zabrać kogoś z doświadczeniem łamacza klątw — podsumował Bill.
— Jak ciebie?
— Chociażby. Albo Mayson. Kogokolwiek z naszych zaufanych ludzi. Nie jesteśmy aurorami, ale się na tym znamy. Takie siatki wysyłają specjalne wibracje, na podstawie których można zebrać wiele informacji. Po rodzaju tych tutaj, stosunkowo łatwo można domyślić się, że jest to siatka polimorficzna.
— Polimorficzna? — zapytał Harry.
— Obserwuj dalej — odpowiedział tylko Bill. — Zaraz zobaczysz.

— Zmarnowaliśmy tyle czasu — zaczęła marudzić Tonks, zbliżając się do ścieżki, którą tutaj przyszli. Nagle potknęła się o wystający korzeń i, gdyby nie aurorski refleks, spadłaby w przepaść. —
Compages!1 — krzyknęła, usiłując wycelować w coś, co utrzymałoby jej ciężar i zawisła na grubej linie wiążącej jej różdżkę ze skałą.
— Na wrota Azkabanu, Tonks! — ryknął przerażony Moody i pomógł dziewczynie stanąć na nogi.
— A niech to licho — jęknęła Dora. — Trafiłam w to. — Jej różdżka wciąż była związana z fragmentem skały, nad którym pracowali ostatnie godziny.
— Jesteś najbardziej niezdarnym aurorem, jakiego znam — burknął Szalonooki i wycelował różdżką w miejsce wiążące. —
Luxi!2
— Patrz! — pisnęła dziewczyna.

Dzięki doświadczeniu, nabytemu na wakacyjnym szkoleniu, Harry rozpoznał, że maska została zdjęta.

— Niesamowite — szepnęła Tonks.
— Dwa przypadkowe zaklęcia usunęły maskę — zauważył Moody.
— Udało się nam!

— To bardzo stara maska — odezwał się Bill. — Od dawna nie używana, stworzona przez starożytnych czarodziejów. Skomplikowana inkantacja, pozwala uczynić z dwóch dowolnie wybranych zaklęć pole kamuflujące. Dziś nikt już tego nie potrafi.
— Poza Voldemortem, jak widać — mruknął Harry.
— Na to wygląda — odpowiedział Bill, próbując otrząsnąć się z niemiłego wrażenia po brzmieniu imienia Sami—Wiecie—Kogo. — Patrz teraz uważnie.

— Definitio!3 — Moody wycelował różdżką w jarzący się w tej chwili mdłym światłem, wyrzeźbiony symbol węża. Chwilę później auror zachwiał się i oparł o ścianę. Z jego ust wąskim strumyczkiem zaczęła sączyć się krew.
— Moody! — krzyknęła przerażona Tonks
— Wszystko… dobrze — wystękał Szalonooki, ocierając rękawem szaty wargi.
Perlista sfera pojawiła się wokół horkruksa.

— Co się stało? — zapytał nerwowo Harry. Zdawał sobie sprawę, że to tylko wspomnienie i nic nie może zrobić, ale nie czuł się z tym najlepiej. Z Moodym najwyraźniej było źle.
— Nie sprawdzili, czy zaklęcie odkrywające nie uruchamia sekwencji klątwy. — wyjaśnił Bill. — Uruchamiało.

— Wracamy! — zarządziła Tonks, usiłując wesprzeć mężczyznę na sobie.
— Nie — zaprotestował, krzywiąc się z bólu. — Siatka.
— Nic mnie nie obchodzi siatka! — zawołała aurorka z desperacją w głosie. — Jesteś ranny.
— To… nic. Musimy…
— Wrócimy tu później.
— Będzie trzeba zacząć wszystko od nowa. — Mężczyzna uwolnił się z uścisku Tonks i stanął na własnych nogach. — To siatka polimorficzna, na pewno to zrozumiałaś. Jeśli nie będziemy działać wystarczająco szybko, wszystko pójdzie na marne.

— Po czasie, jaki wyznaczył ten, który zakładał siatkę, sekwencja zaklęć odnowi maskę w nowej kombinacji inkantacji. Szansa, że udałoby im się drugi raz ją rozbroić, właściwie nie istniała. To bardzo zaawansowana magia — wtrącił Bill.

— Co chcesz zrobić? — zapytała Tonks. Twarz miała bardzo bladą, a głos jej drżał. Widać było, że się nerwowana i nie wie, jak się zachować. — Wygląda na prostą siatkę z homogenicznym warkoczem inkantacji, ale nie wierzę, że Sam—Wiesz—Kto tak po prostu użył czegoś podobnego. W tym musi tkwić jakiś haczyk…
— Musimy podjąć to ryzyko, dziewczyno — odpowiedział Szalonooki z determinacją. — Czasem, żeby wygrać, trzeba coś poświęcić, nawet jeśli wygląda to jak błysk szaleństwa. Gtowa?
Tonks zagryzła wargę i wolno skinęła głową. Zaczęli przeplatać inkantacje. Z tego, co Harry potrafił ocenić, wszystko szło dobrze. Dopiero w ostatniej chwili, przy końcowym splocie oczy Tonks rozszerzyły się z przerażenia, twarz zbladła a złoty snop światła łączący jej różdżkę i horkruks pociemniał.
— Pożegnaj... Remusa — zdołała wykrztusić, a perlista sfera siatki zamigotała i zgasła.
Excipo!4 — Moody zareagował natychmiast. — Foculus!
Siła wybuchu sprawiła, że nawet Harry'ego i Billa odepchnęło do tyłu. Moody upadł nieprzytomny, tak samo jak Tonks.

— Wracamy. — Bill pomógł Harry'emu odzyskać równowagę i po chwili znaleźli się z powrotem w skrzydle szpitalnym. Tutaj wszystko było w porządku, ale Harry czuł się bardzo słabo i zrozumiał, co miał na myśli brat Rona, mówiąc, że nie sądzi, żeby chciał raz jeszcze odwiedzić to wspomnienie.
Tonks w dalszym ciągu spała, a Lupin rozmawiał przy jej łóżku z Molly Weasley.
— Mama? — zdziwił się Bill.
— Pani Weasley! — ucieszył się Harry.
Uśmiechnęła się do nich smutno.
— Jak się masz, Harry, kochaneczku?
— W porządku — odpowiedział bez przekonania, starając również się uśmiechnąć.
— Pozdrów ode mnie Rona i Ginny.
— Nie zobaczy się pani z nimi? — zdziwił się.
— Przyszłam tylko zobaczyć się z Remusem — odpowiedziała kobieta. — Bill, wszystko w porządku? Jak tam Fleur?
— Dobrze, dziękuję, mamo. A u was?
— Chwała Merlinowi, też. Profesor McGonagall prosiła, byście poszli do jej gabinetu.
Bez słowa ruszyli do wyjścia, ale kiedy wychodzili, Harry usłyszał jeszcze wzburzony głos Molly:
— Remusie, nie możesz do tego tak podchodzić! Dora nigdy nie chciałaby, byś zostawiał ją w takim momencie.
— Nie chcę jej zostawić, przecież wiesz, Molly — odpowiedział zrezygnowanym głosem Lupin. — Ale to moja wina. To kara za to, że pozwoliłem na nasz związek. Dora jest młoda i zdrowa, po co jej ktoś taki jak ja?
— Jak możesz tak mówić? — Pani Weasley zdawała się wstrząśnięta. — Ona cię kocha!
— Już o tym nie pamięta — zauważył Remus, a Harry'emu ścisnęło się serce.
— Chwilowo!
— Na szczęście nie pamięta — podkreślił Lupin. — Będzie mogła zacząć wszystko od nowa, beze mnie.
— Nie pozwolę ci na to, Remusie Lupin. Odzyskamy wspomnienia Tonks…
Więcej Harry już nie usłyszał, bo za bardzo się oddalili. Czuł się jednak strasznie. Gdzieś w głębi serca kiełkowało w nim poczucie winy, że ktoś cierpiał, gdyż on nie potrafił zrobić samodzielnie tego, co do niego należało.

W gabinecie dyrektorskim McGonagall przeglądała właśnie jakieś księgi. Kiedy weszli poprawiła okulary i oparła się wygodniej w fotelu.
— Usiądźcie, proszę.
Harry i Bill zajęli wskazane miejsca.
—Chciałam cię prosić, Bill, o przygotowanie raportu dla Zakonu i spisanie wszystkich rzeczy, które mogą przydać się magomedykom, którzy będą usiłowali pomóc Tonks.
— Oczywiście, właśnie miałem się tym zająć.
Kobieta skinęła głową i spojrzała na Harry'ego.
— Jest coś, o co chciałbyś zapytać, Harry?
Było mnóstwo takich rzeczy. Wiedział jednak, co ma na myśli dyrektorka i spróbował skupić się na swoich wątpliwościach dotyczących właśnie oglądniętego wspomnienia.
— Czy to ostatnia klątwa sprawiła, że Tonks straciła pamięć?
— Można tak powiedzieć, chociaż niezupełnie — odpowiedziała. — Czy wiesz, co robi zaklęcie Excipo?
Pokręcił głową. Nigdy wcześniej nie słyszał tej inkantacji.
— To czar wymagający bardzo dużego doświadczenia i magicznej mocy. Jeśli nie rzuci się go poprawnie... może dać pewne skutki uboczne.
— I właśnie ono spowodowało uszkodzenie mózgu?
— Tak właśnie podejrzewamy.
— Ale przecież chyba Moody nie chciał zrobić jej krzywdy?
— Z całą pewnością nie — zaprzeczył Bill. — Problem jednak polegał na tym, że druga klątwa zabezpieczająca siatkę poważnie go zraniła. Nie miał już siły na należyte utrzymanie inkantacji. Nie powinien używać tak trudnego zaklęcia. Gdyby jednak nie ono... Tonks już by nie żyła.
— Właściwie od jakiegoś czasu tego typu zaklęcia nie są pochwalane przez Ministerstwo. Nie wolno ich nauczać — odezwała się cicho McGonagall.
— Ale wciąż niektórzy potrafią ich używać — zauważył Bill.
— Tak — przyznała dyrektorka i westchnęła. — Moody ocalił życie Tonks. Widzisz, Harry, Excipo sprawia, że czarodziej, który je rzuca, przejmuje na siebie moc klątwy, jaka trafiła inną osobę. Ostatni splot siatki, która chroniła horkruksa, był również zabezpieczony, a to właśnie Nimphadora go podważyła.
— Więc... poświęcił się dla niej? — zapytał Harry.
— Była jego ulubienicą — odpowiedziała dyrektorka, patrząc na swoje dłonie.
— Prawdopodobnie i tak nie miał szans po obrażeniach, jakie zadała mu druga klątwa zabezpieczająca siatkę — dodał ze smutkiem Bill.
— Rozumiem — powiedział cicho Harry i przed oczami stanął mu Dumbledore po wypiciu eliksiru chroniącego medalion.
Przez chwilę w gabinecie panowało milczenie, jakby chcieli raz jeszcze uczcić pamięć i bohaterstwo aurora. Harry odruchowo spojrzał na portret dyrektora, ale pozostawał pusty. To jednak uświadomiło mu, że nie zapytał o bardzo ważną rzecz.
— Mówiła pani, że ho... — urwał, nie wiedząc, czy może mówić otwarcie, ale gdy McGonagall przyzwalająco skinęła głową, uświadomił sobie, że sama przed chwilą nazwała rzeczy po imieniu. Najwidoczniej Bill również był wtajemniczony. — Horkruks został zniszczony. W takim razie, wiadomo już, jak tego dokonać, tak?
McGonagall splotła dłonie i westchnęła ciężko.
— Niestety nie. To, co stało się na Wzgórzach Cheviot nadal jest dla mnie tajemnicą. Nie mieliśmy jeszcze oficjalnego spotkania Zakonu w tej sprawie, ale choć nieraz już omawialiśmy sprawę horkruksów, nikt nigdy nie wspominał o podobnej możliwości. Myślę, że Moody wykorzystał swój aurorski instynkt i użył zaklęcia poświęcenia całkowicie intuicyjnie. Udało mu się.
— Poświęcenia? — zapytał Harry.
— Nikt wcześniej o tym nie pomyślał — odezwał się Bill.
— I nie chcę, by kiedykolwiek później ktokolwiek brał to pod uwagę — zauważyła ostro McGonagall.
— Ale musi pani przyznać, pani profesor, że to było genialne.
— Tak, rzeczywiście — przyznała. — Ale mam nadzieję, że uda się nam odnaleźć inny sposób. Zostały jeszcze cztery horkruksy. Wciąż nad tym pracujemy.
— Na czym polegało to zaklęcie? — chciał wiedzieć Harry.
— Przypuszczam, że w ułamku sekundy po tym, jak Alastor ocalił Tonks, uświadomił sobie, co ostatnim razem pokonało Sami—Wiecie—Kogo.
Harry znów musiał poradzić sobie ze wspomnieniem zielonego światła i krzykiem swojej matki, rozlegającym się w jego głowie, a to nigdy nie należało do rzeczy łatwych. McGonagall musiała to zauważyć, bo skinęła głową i powiedziała:
— Tak, Harry. Mówię o miłości i poświęceniu. Moody użył zaś ognia Foculusa, by wykorzystać moc poświęcenia. To rzeczywiście było genialne. Płomienie tego zaklęcia, czerpiącego moc z aktu poświęcenia, spaliły horkruksa.
Harry czuł się strasznie przytłoczony informacjami, jakie zdobył. Samo obejrzenie wspomnienia nie należało do rzeczy przyjemnych. Przecież patrzył, jak Szalonooki umiera! A wiedza na temat tego, co dokładnie się stało, sprawiła, że poczuł się jeszcze gorzej. Jak on sam, ze swoją wiedzą, miał podołać ciążącemu na nim zadaniu? Czuł się słaby i bardzo, bardzo głupi, a świadomość, że to od niego zależą losy tej wojny jeszcze pogarszała sytuację.
— Podejrzewam, że czujesz się wykończony — zauważyła z troską dyrektorka. — Powinieneś odpocząć.
— Chyba rzeczywiście położę się teraz do łóżka — odpowiedział i podniósł się z fotela. — Mogę już odejść?
— Jeśli nie masz już więcej pytań, to chyba wszystko.
— Dobranoc, pani profesor. Dobranoc, Bill — pożegnał się.
— Dobranoc — odpowiedzieli mu zgodnie i Harry opuścił gabinet. Już dawno nie czuł tak wyraźnie ciężaru spoczywającej na nim odpowiedzialności.

(1) Compages — łac. wiązanie, spojenie;

(2) Luxi — od łac. luxare — rozwiązać;

(3) Definitio — łac. definicja;

(4) Excipo — od łac. excipere — przechwycić; Foculus — łac. ogień ofiarny;