Betowała moja kochana Panna Mi!

Dziękuję za to, że jesteście, nawet jeśli pozostawiacie po sobie jedynie rosnącą ilość wejść :) Zapraszam na kolejny rozdział!


14. Nigdy się nie poddawaj

Kap.

Kap.

Kap.

Niczym tykanie zegara odmierzającego czas, było słychać głośne kapanie wody. Harry na w pół siedział, a na w pół leżał, oparty o skałę, w którą uderzał leniwie głową. To był koniec. Był zbyt wyczerpany, by wciąż próbować wydostać się z tego zimnego więzienia. Wolał raczej pozwolić swoim myślom wrócić do przeszłości i rozpamiętywać bitwę o Hogwart. Gdzie popełnił błąd? Nie miał pojęcia. Co jeszcze mógł zrobić, dlaczego Ginny… Nie! Nie myśl o niej ZNOWU! Zacisnął oczy i zmusił się do powrócenia myślami do czasu, kiedy leżał na wilgotnej trawie, udając martwego, podczas gdy Voldemort krążył wokół, jak zwykle z niego kpiąc. Wówczas miał chociaż po swojej stronie przyjaciół. Co odparł Neville, gdy Voldemort powiedział, by do niego dołączył? Oświadczył, że prędzej piekło zamarznie. W takim razie powinien tutaj być. Albo lepiej nie... musiałby do niego dołączyć.

Harry uniósł ciężkie powieki i spojrzał na Czarnego Pana, który znowu siedział na jego głazie i robił coś, czego Harry nie mógł z tej odległości dostrzec. Właściwie i tak go to nie obchodziło. Unikali się od kilku godzin, częściowo z powodu ostatnich żenujących wydarzeń. Harry wiedział, że zrobił z siebie durnia i Voldemort po prostu to wykorzystał. Nie było żadnego powodu, by przejmował się takimi głupotami, ale gotujący się w nim gniew sprawiał, że był niespokojny. W tej chwili to już jedynie pragnienie zemsty utrzymywało go przy zdrowych zmysłach, nawet jeśli samo było czymś żałosnym.

― Uspokój się ― wymamrotał, zmuszając się do wstania. Wiedział, że jego ruch zwróci odpowiednią uwagę. Spokojnie ruszył w kierunku swojego wroga. Niemal czuł chłodne spojrzenie, którym obrzucił go Voldemort, gdy się zbliżał. Kiedy już znalazł się w zasięgu jego ręki, pochylił się, pokazując, że już dłużej się go nie boi. Och nie, nie bał się go w najmniejszym stopniu. Niemal przyjemnie było mieć świadomość, że miejsce zajmowane dotychczas przez strach przed Czarnym Panem było teraz puste. Harry zastanawiał się, co je teraz zastąpi.

― Nienawidzę cię ― wysyczał, patrząc, jak wąskie szparki oczu Voldemorta niebezpiecznie się rozszerzają.

― Zejdź mi z oczu, bachorze. ― Było jedyną odpowiedzią.

Harry wyprostował się, wytrzymując jego spojrzenie.

― Gardzę tobą ― warknął, mając nadzieję, że Voldemort znowu go zaatakuje, by mógł się nieco wyżyć.

― To odwzajemnione, Potter. Jesteś żałosnym, cyklofrenicznym* nieukiem.

Cóż, nie do końca tego właśnie oczekiwał.

― Co…?

― Szykujesz dla mnie dzisiaj jeszcze jakieś miłosne wyznania?

― CO?!

― Idiota.

Harry zagotował się ze złości.

― Znowu ze mnie drwisz?

― Uspokój się, Potter. Twój głos jest irytujący.

Harry pochylił się ponownie i zacisnął dłonie w pięści przed twarzą Voldemorta.

― Uderz mnie ― warknął, wysuwając wyzywająco bladą brodę.

Zimne palce owinęły się w żelaznym uścisku wokół jego nadgarstka.

― Uderz mnie!

Chłód płynący z tego dotyku posłał wzdłuż jego kręgosłupa dreszcze.

Voldemort, wykrzywiając usta, odsłonił końcówki swoich spiczastych zębów, jednak wciąż nie zareagował.

― Nie planowałeś przypadkiem zobaczyć mojego martwego ciała?! Spójrz, wciąż żyję! ― splunął, pozostawiając kropelki śliny na sinej twarzy. ― UDERZ MNIE! ― ryknął, zaciskając drugą pięść.

Voldemort wrzasnął.

Słaby wzrok Harry'ego nie dostrzegł momentu nadejścia ciosu, dopóki nie wyleciał w powietrze, zatrzymując się boleśnie dopiero na przeciwległej ścianie.

― Boże ― jęknął, osuwając się na ziemię. Nogi strasznie mu się trzęsły, kiedy starał się złapać oddech, niezgrabnie wstając. Podświadomie potarł bolące miejsce na barku i karku. Skąd ten drań miał w sobie tyle siły? Cholera! Znowu kontrolował swoją magię! Znowu był niebezpieczny.

Harry poczuł się jeszcze gorzej niż wcześniej. Osłabło jednak nie tylko jego pragnienie zemsty; stracił również nadzieję na to, że coś miałoby się w przyszłości zmienić.

― To wszystko, na co się stać? ― wrzasnął do mężczyzny, który znowu siedział na skale, wyglądając na niezainteresowanego.

Harry potknął się.

― Mówię do ciebie!

W końcu otrzymał odpowiedź w postaci zimnego śmiechu.

― Dlaczego się w końcu nie poddasz, Potter?

Harry uniósł brodę w buntowniczym geście, patrząc na mężczyznę płomiennym wzrokiem.

― Tego właśnie chcesz, co nie? Zobaczyć mnie na kolanach! Kompletnie złamanego!? Pozwól więc, że ci coś wyjaśnię! NIGDY SIĘ NIE PODDAM, ZAPAMIĘTAJ TO! Byłem już w dużo gorszych sytuacjach niż ta, a się nie poddałem! Nie ma więc mowy, bym zrobił to teraz! Nie chcesz mi pomóc? WSPANIALE! Nie możesz znieść mojej obecności? ŚWIETNIE! Chcesz zostać sam? TO FANTASTYCZNIE! KTO POWIEDZIAŁ, ŻE CZEGOKOLWIEK OD CIEBIE POTRZEBUJĘ!?

Harry'ego aż rozbolało gardło od tych krzyków, ale warto było, choćby ze względu na samą ulgę, jaką czuł. Tak, to było niemal tak dobre jak pojedynek!

Voldemort posłał mu tylko wściekłe spojrzenie, po czym powiedział:

― Twój głos jest irytujący, bachorze.

Jednak tym razem to Harry go zignorował, wracając do swojego stałego miejsca pracy. Wspiął się po wilgotnej ścianie, przytrzymując się kamienia i kopiąc w szczelinie.

Nie podda się, jeśli tylko istniała szansa, że dzięki temu zobaczy na twarzy Riddle'a rozczarowanie !

Nie podda się!

NIE podda się!

Nie! Nie! Nigdy!

Zaczerpnął oddech, czując wywołane małą ilością tlenu zawroty głowy. Jego palce były wciąż poranione i bolały, gdy trzymał kamień, ale nie miał zamiaru teraz rezygnować.

Nagle czyjaś obecność zakłóciła ciszę, która dotychczas przerywana była jedynie przez jego ciężki oddech.

― Doszedłeś dalej, niż myślałem, Potter. Przyznaję, jestem dość zaskoczony.

Młodzieniec wytrzeszczył oczy i odwrócił się w stronę intruza.

― Co… tu robisz?!

Gdyby Harry miał określić minę Voledmorta, z całą pewnością właściwym opisującym ją słowem byłoby: "przebiegła".

― Jestem po prostu ciekawy. ― Jego kocie oczy śledziły spływający po głazie strumień wody. ― Nie masz szans ― wyszeptał cicho, ale Harry zdecydował się to zignorować, krzycząc:

― W tej chwili się stąd wynoś! To moja skała!

― Nie bądź durniem, Potter. Poza tym sam mnie tu zaprosiłeś.

― A ty odrzuciłeś moją propozycję!

― Co, jeśli zmieniłem zdanie?

Harry spochmurniał.

― Mało prawdopodobne. Dlaczego miałbyś to zrobić?

Voldemort przycisnął plecy do kamiennej ściany, szukając wygodniejszej pozycji, gdy sprawdzał odległość prowadzącą w dół.

― To raczej proste, bachorze. Jest w tobie tylko jedna wyjątkowa rzecz, której nigdy wcześniej jeszcze nie widziałem, a mianowicie zdolność przetrwania niemal wszystkiego, szczególnie rzeczy, które zabiłyby każdego innego człowieka. Więc kiedy Chłopiec, Który Przeżył mówi, że to droga na zewnątrz, kim jestem, by się z nim kłócić, nawet jeśli uważam, że to jedynie bardzo nieprzyjemny sposób popełnienia samobójstwa. Jeśli to przetrwasz, Potter, to ja również.

Harry zamrugał. A potem jeszcze raz. Co to, do diabła, było?

― Czy ty… próbujesz mi powiedzieć, że jesteś w stanie zaakceptować moje warunki?

Voldemort zaszydził z nieskrywanego zdziwienia Harry'ego.

― Twój entuzjazm jest... zaraźliwy, Potter. Mam nadzieję, że twoje szczęście również.

Harry w końcu zrozumiał, że się na Voldemorta gapi, jednak nie potrafił zapanować nad swoim zdziwieniem.

― Mówisz poważnie? ― zapytał z niedowierzaniem.

Czarny Pan parsknął i Harry zaczął zastanawiać się, jak ktoś mógł brzmieć przy tym tak nienagannie.

― Zawsze, bachorze. Starczy nam powietrza zaledwie na kilka godzin. Co prawda mogę żyć bez niego nieco dłużej niż ty, jednak nie zwiększy to zbytnio moich szans na ratunek. Więc jeśli tak bardzo chcesz nas utopić, wolę chyba taką śmierć.

― Możesz się mylić ― powiedział cicho, gdy złość zupełnie go już opuściła i spojrzał na Voldemorta, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Cóż, nie zobaczył niczego nowego; jednak mógł poczuć, że atmosfera gwałtownie się zmieniła. Rzucił krótkie spojrzenie na krwistoczerwone oczy mężczyzny, nim ten się wyprostował i położył dłoń na kamieniu.

― Racz trzymać się swojej złudnej nadziei, chłopcze. I raczej przygotuj się na ostatnią kąpiel w swoim życiu.

oOo

Londyn, Departament międzynarodowej współpracy magicznej

19 Grudnia 2000, późna noc

― Zabiłeś ją ― wyszeptał gardłowo, zmuszając się do spojrzenia w twarz Mistrza, gdy ten wrócił do pokoju. Było tak samo jak ostatnim razem, kiedy wrócił z Rumunii. Patrzył na zimne, nieruchome ciało dziewczynki i jedyną rzeczą, jaką widział, było wspomnienie pustych ciał jego towarzyszy. Byli martwi, zanim zdołał otrząsnąć się z szoku. Na szczęście, nim spotkał go taki sam los, co ich, udało mu się wykrztusić swoje imię oraz to, dla kogo pracował. Natychmiast radykalnie zmieniło to zachowanie Mistrza. Chociaż i tak nic nie mogło zmienić faktu, że Draco obawiał się jego obecności niemal tak bardzo, jak bał się Czarnego Pana.

Cichy głos zachichotał delikatnie, przerywając jego myśli.

― No i cóż z tego? Dlaczego cię to obchodzi, mój chłopcze? Jesteś Śmierciożercą, prawda? Czy twoim zadaniem nie jest zabicie tak wielu mugoli, jak tylko to możliwe, ilekroć masz na to szansę?

― Nie, ty cholerny dziwaku ― mruknął do siebie, patrząc w ziemię. Kątem oka dostrzegł szybki ruch, ale było za późno na reakcję. Mistrz był za szybki. Nagle pojawił się tuż za nim, jedną dłoń zaciskając na jego szyi, podczas gdy drugą złapał jego pięść z różdżka. Znowu rozbrzmiał cichy głos, a zimny oddech połaskotał jego ucho.

― Przypominasz mi swojego drogiego, wężowego Mistrza. Pamiętam, że nazywał mnie w ten sposób. Ale gdy się połączymy, będziesz również moim sługą. Lepiej uważaj na język.

Draco wiercił się, próbując uwolnić się od lodowatego uścisku.

― O czym ty mówisz?! ― Szarpnął nieco mocniej. ― Odejdź ode mnie!

Ostre zęby otarły się o jego kark.

― Och, tak Draco, to tylko kwesta czasu, nim twój Mistrz do mnie dołączy. Szybko nauczy się, jak doceniać moje zdanie. Dopilnuję tego.

Oczy Draco nabiegły łzami, gdy czuł zimne usta przesuwające się po jego szyi.

― Proszę… proszę, nie rób tego. Nie rób ― wyszeptał słabo.

Chichot nie był już dłużej delikatny. Był zimny. Mroźny.

― Nie jesteś zbyt odważny, prawda? Och, mój młody czarodzieju, nie masz pojęcia, jak trudno ci się oprzeć.

Usta wróciły do jego ucha, kompletnie go unieruchamiając. Nie potrafił się ruszyć, jedynie słuchał.

― W dzisiejszych czasach ciężko jest być wampirem. Naprawdę, nie bawi mnie już dłużej picie krwi mugoli. Jest jak woda. Może ugasić pragnienie, ale jest pozbawiona smaku i zapachu. Natomiast krew czarodziei jest czymś zupełnie innym. Cóż, ty na przykład smakujesz jak słodkie mleko. Chociaż masz nieco stłumiony smak, nawet mi się on podoba, pewnie ze względu na to, że od tygodni jestem na mugolskiej diecie.

Ostre zęby przerwały cienką skórę jego małżowiny usznej i zimny język zlizał kilka kropli krwi. Już dłużej tego nie wytrzyma. Poczuł, że w każdej chwili może zemdleć, nieważne, jak bardzo starał się utrzymać przytomność.

― Jednak to smak Czarnego Pana jest oszałamiający. Niezapomniany. Smakuje taką mocą i władzą, że czuję się, jakbym naprawdę żył. To lepsze niż Ognista Whiksy. ― Draco nie miał pojęcia, czy zastygł z przerażenia czy szoku. Uścisk ręki na szyi rozluźnił się i chłopak osunął się na ziemię, drżąc niekontrolowanie. Kilka minut minęło, zanim był w stanie znowu się odezwać.

― Ty… ty… ugryzłeś… go?

Cień okrył jego twarz. Draco spojrzał na niego przerażony.

― Tak. Zaskoczony?

Dlaczego Czarny Pan go za to nie zabił?!

― Dlaczego mi to mówisz? ― sapnął, próbując wstać, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. ― Zabije mnie za tę wiedzę.

Mistrz wyglądał na niemal smutnego, klękając przy nim i delikatnie ujmując jego twarz.

― Och, nie. Nie sądzę, Draco. Nie martw się. Potrzebuje cię. Kiedy dowie, że tu jestem, będzie potrzebował każdego poplecznika, jaki tylko mu został, by trzymać mnie od siebie z daleka. Ale to na nic. Chcę, byś mu to powiedział. Powiedz, że przyjdę go odzyskać. Będzie wiedział, co mam na myśli.

Jego oczy błysnęły czerwienią, gdy się wyprostował.

― Oczywiście musimy poczekać, aż jakimś cudem się pojawi. Tak czy inaczej, wiem, po co przyszedłeś. Oczywistym jest, że wciąż jest zaginiony. Ale wróci. Jestem pewien. Nie ma mowy, by ten śmieszny chłopak ― Potter, tak się nazywa, prawda? ― mógł go zniszczyć. Więc kiedy już wróci, przekaż mu moją wiadomość. Do tego czasu możesz zostać. I tak musisz zebrać o mnie jakieś informacje, by móc mu je przekazać, mam rację?

Draco potrząsnął głową, by oczyścić umysł i w końcu zmusił się do wstania. Jego ucho boleśnie pulsowało, ale nie potrafił stwierdzić, dlaczego jego twarz była mokra od łez.

― Nie jesteś tym, z kim Czarny Pan chciał negocjować ― odparł bezmyślnie Draco. ― Nie jesteś Królem Wampirów!

Piękne rysy Mistrza wykrzywiły się w zaskoczeniu i rozczarowaniu.

― Ach, ależ jestem, chłopcze. Jestem Mistrzem, Eminencją! ― powiedział głośno, sprawiając, że jego głos potoczył się echem po pomieszczeniu. ― Choć masz w pewnym stopniu rację; to nie ze mną chciał pracować. Przejąłem tę funkcję, co jest naturalne w społeczeństwie wampirów. Ale nie martw się o to. Nauczysz się, jak czerpać przyjemność z mojej obecności.

Draco zacisnął palce na różdżce, wskazując nią na niego.

― Czarny Pan cię zabije. A ja gorzko za to zapłacę, jeśli dam ci odejść bez żadnej walki. Sectumsempra!

Kilka rzeczy wydarzyło się na raz. Draco w końcu otrząsnął się ze stanu otępienia na tyle, by uzmysłowić sobie, że Mistrz miał różdżkę. To nie powinno być możliwe. Wampiry nie używały różdżek, ich magia z nimi nie współgrała. A zamiary Mistrza były oczywiste, zwłaszcza gdy niesamowicie szybko wyciągnął ją z rękawa i zablokował jego zaklęcie - co też było niemożliwe. Po trzecie, wskazał na niego różdżką i rzucił zaklęcie, którego używali tylko czarodzieje. Jakim cudem...?

Crucio!

Draco zgubił tor swoich myśli, ogarnięty niewyobrażalnym bólem.

A później krzyczał i krzyczał, dopóki w końcu nie otoczyła go ciemność.