Kochani - znowu wyszła długa przerwa, której zupełnie nie planowałam, kajam się w pas i Was najmocniej przepraszam. Niestety, miałam nieco zawirowań życiowych, przez które nie miałam czasu na pisanie :(

TrustNo1PL, Mangha, Darca, Cati3M, anulaqt, Lilieanne, Vega, Cimeriers, zubatek (jak to dobrze, że sobie już wszystko wyjaśniłyśmy :D), glum-glum, Vivien Alander, Raithorna, tenaaar, Ginuska, sevy90 - dziękuję Wam pięknie za komentarze. Dziękuję za zainteresowanie i wiadomości, rozmowy (:*), wspieranie na duchu. Naprawdę to doceniam i aż mi głupio, że tak zaniedbałam ten tekst. Ale, ale! Już zbliżamy się ku końcowi; jak się okazało, jestem beznadziejna w planowaniu i zamiast jednego rozdziału... wyszły cztery. Kolejne odcinki będą wklejane co tydzień, bo tekst już jest właściwie zakończony, pozostały już tylko kosmetyczne poprawki i korekta! A jest co poprawiać, bo tekstu jest naprawdę dużo. To akurat jest jeden z krótszych odcinków :) Pozdrawiam i zapraszam do czytania!

Beta: Ewa


Zaraza rozdział XII


Harry otworzył oczy i wziął głęboki wdech, czując zapach zakurzonych książek i ostrego, zimowego powietrza.

Znowu znajdował się w Czechach, w schronieniu. Usta chłopaka rozciągnęły się w szczęśliwym, rozleniwionym uśmiechu. Tak bardzo tęsknił za tym miejscem.

— Pobudka, panie Potter — powiedział Severus, pochylając się nad nim. — Ile jeszcze czasu zamierza pan marnotrawić w tej parodii szpitala?

Harry zmarszczył brwi. Przecież mnie uratowałeś, chciał powiedzieć, ale stracił głos i nie mógł wydusić z siebie żadnego słowa.

Ręka Severusa wsunęła się w ciemne, gęste włosy; palce głaskały skórę głowy w uspokajającym geście. Harry westchnął, całkowicie oddając się tej pieszczocie.

Umrę tutaj, próbował powiedzieć.

Półki z książkami zaczęły znikać jak plama ścierana rękawem; drewniana okładzina na ścianach płowiała i wygładzała się niczym naciągane płótno. Nie leżał już na łóżku, tylko na zimnej podłodze. Światło niewiadomego pochodzenia było coraz bardziej oślepiające i sam Severus znikał, stapiał się z bielą.

— Obudź się — warknął Severus. — Obudź się w końcu, śmieciu.

I wtedy Harry otworzył oczy naprawdę.

Ręka w jego włosach nie należała do Severusa; obce palce zacisnęły się i pociągnęły za poczochrane i wilgotne pasma.

— Pij — rozkazał Frankie, podtykając pod usta Harry'ego szklaną fiolkę. Strzępem świadomości rozpoznał po zapachu skoncentrowany eliksir uspokajający i kiedy tylko ciecz znalazła się w jego ustach, wypluł ją natychmiast. — Kurwa! Lubisz sprawiać problemy, trzysta dwadzieścia siedem, co? — wycedził strażnik i brutalnie docisnął głowę Harry'ego do podłogi. — Jeśli nie chcesz załatwić tego po dobroci, zrobimy to inaczej.

Kopniak wymierzony w żebra był nagły i powodował skręt wnętrzności. Harry zaskamlał z bólu i zwinął się w kłębek, próbując się w ten sposób osłonić przed kolejnymi ciosami.

— Frankie, już wystarczy. — Dobiegł do niego zdenerwowany głos Buckleya. — Zostaw go, poradzę sobie.

Odgłos oddalających się kroków wcale nie uspokoił Harry'ego; dyszał ciężko, przerażony i kompletnie zdezorientowany. Był obolałą, trzęsącą się kupą gówna, niczym więcej, tonął we własnym pocie i łzach. Mimo tego utkwił butny i pełen nienawiści wzrok w Buckleyu, który przykucnął tuż przy nim. Na wyprasowanej twarzy magomedyka jawił się cień obrzydzenia.

— Straciłeś przytomność w izolatce. To się dzieje z pacjentami, którzy nie są posłuszni, panie Potter. — Harry wydał z siebie skrzek, który w zamierzeniu miał być śmiechem. Buckley zmrużył niebezpiecznie oczy i kontynuował: — Nie cieszyłbym się, gdybym był na twoim miejscu. Omal nie zabiłeś człowieka.

Harry zakaszlał, czując uporczywe kłucie w klatce piersiowej. Oddychał szybko i płytko, nie będąc w stanie dostarczyć wystarczającej ilości tlenu do płuc.

Buckley westchnął z widoczną rezygnacją.

— I co mam zrobić z takim pacjentem, Potter? Bez powodu rzuciłeś się na jednego z zasłużonych pracowników tej placówki. Próbowałeś go zabić. Wiesz, co to dla ciebie oznacza, prawda?

— To morderca — wyrzęził Harry i zadygotał z wściekłości, kiedy magomedyk przybrał zaskoczony wyraz twarzy. — Zamordował moją przyjaciółkę, powiedział mi to prosto w twarz! Zabił aurora i nie poniósł żadnych konsekwencji!

Oczy Buckleya robiły się coraz większe.

— Jest gorzej, niż myślałem — odparł mężczyzna i wstał; zaczął niespiesznie krążyć po pomieszczeniu, stawiając równe, opanowane kroki. — Wiesz, dlaczego tutaj jesteś? Już pierwszego dnia dałeś nam do zrozumienia, że nie nadajesz się do życia w społeczeństwie i jak dobrą decyzją okazało się umieszczenie ciebie tutaj. Jesteś agresywny, niezrównoważony i potrafisz być niebezpieczny, co właśnie udowodniłeś. Cóż, gdybyś był po prostu mordercą, odpowiednie służby umieściłyby cię w Azkabanie, jednak… jesteś tutaj, w tym szpitalu. Wiesz dlaczego, Potter? Ponieważ jesteś chory — wypowiedział te słowa nadzwyczaj spokojnie, w ogóle nie zwracając uwagi na coraz bardziej rozwścieczonego Harry'ego, który trząsł się jak w febrze. — Naszym obywatelskim obowiązkiem jest doprowadzenie ciebie do względnej stabilności psychicznej. Ale jak mamy to zrobić, skoro nie chcesz współpracować?

— Nie jestem chory! Wiem, co mówię!

— Graham Ray jest magomedykiem najwyższego stopnia i profesjonalistą, był wielokrotnie nagradzany za swoje zasługi w zakresie czarodziejskiej medycyny. Jego zadaniem jest ratowanie życia ludzkiego, nie jego odbieranie. Współpracowałem z nim przez wiele lat i mogę potwierdzić…

— Widziałem to wszystko — wtrącił Harry, tracąc resztki opanowania. — Przejrzyj moje wspomnienia, do jasnej cholery! Widziałem laboratorium i ludzi, których tam trzymał! Widziałem śmierć… straszną śmierć. Próbował wypędzić ze mnie duszę, by Voldemort mógł przejąć moje ciało, ale zabił go! Wdziałem to wszystko na własne oczy! Byłem tam!

Twarz Buckleya nie wyrażała niczego, kiedy mu przerwał:

— Jeszcze jedna sprawa. Twierdzisz, że widziałeś rzeczy, które… tak naprawdę nigdy nie miały miejsca. Harry — przemówił nagle łagodniej, ponownie kucając przy nim i kładąc dłoń na jego ramieniu. Chłopak nie był w stanie strząsnąć ręki. — Tylko pomyśl, jak bezsensownie to brzmi: wypędzenie duszy? Na Merlina, to niemożliwe i niewykonalne dla człowieka. Ale rozumiem doskonale, że to manifestacja twojego umysłu i trochę to zajmie, zanim otrząśniesz się z szoku. Każdy – przysięgam, każdy! – miałby bałagan w głowie po czymś takim. Chciałem poczekać, aż twój stan będzie na tyle ustabilizowany, by móc ci to wszystko powiedzieć, jednak… Teraz widzę, że nie ma sensu czekać.

Nastała cisza przerywana ciężkim i szybkim oddechem Harry'ego; czuł, jak szaleńczo bije jego serce. Nic nie rozumiał.

— O czym…

— Harry Potter, chłopiec, który przeżył — parsknął z politowaniem Buckley. — Przeżył, by wypełnić misję swojego życia. Harry… to ty zabiłeś Czarnego Pana.

Jego oddech gdzieś uciekł.

— Co?

— Zabiłeś największego czarnoksiężnika tego stulecia. Kto wie, jakie konsekwencje musiałeś ponieść? Przez ten cały czas dźwigałeś na barkach ogromne brzemię. — Buckley podniósł rękę i kciukiem potarł bliznę w kształcie błyskawicy na spoconym czole Harry'ego, który nie poruszył się nawet odrobinę. — Chłopiec, który postradał zmysły. Ale nie obawiaj się, Harry. Pomożemy ci.


Harry nie miał ani krzty siły, by oponować przed takim traktowaniem, był zbyt obolały i styrany, by walczyć. Nie protestował, kiedy został zaciągnięty przez strażnika do skrzydła sanitarnego, gdzie ściągnięto z niego ubranie i wepchnięto go pod strumień lodowatej wody. Jego skóra naciągała się i dostawała dreszczy, przez co nabyte obrażenia były jeszcze trudniejsze do zniesienia. Znowu został uderzony, kiedy odmówił połknięcia eliksiru uspokajającego – i następną dawkę przyjął bez cienia sprzeciwu.

Miał dość. Zastanawiał się, czy nie lepiej by było oddać się temu wspaniałemu uczuciu odurzenia – zostać pochłoniętym przez sny i marzenia, całkowicie się odciąć od rzeczywistości. To było tak bardzo kuszące, ale jednocześnie słyszał w swojej głowie: nie poddawaj się. Jesteś silny.

Gdzie twoja odwaga? Czy to też ci odebrano?

To tylko utwierdziło go w przekonaniu, jak bardzo był słabym człowiekiem.

Czas nie miał znaczenia w tym miejscu – nie wiedział, ile mogło go minąć od momentu wyjścia z izolatki. Został przetransportowany do pokoju, gdzie znajdował się już Andy. Chociaż Harry był półprzytomny, doskonale widział, jak bardzo mężczyzna był wstrząśnięty.

Zamknął oczy i próbował o wszystkim zapomnieć; marzył, by obudzić się za kilkaset lat, gdy nie pozostanie z tego miejsca nic więcej niż popiół i gruz.

Czyjeś palce delikatnie odgarnęły mu włosy z twarzy i Harry nie zastanawiał się już, czy było to prawdziwe, czy tylko śnił.


Harry wykrzywił wargi w uśmiechu, którego Severus nigdy wcześniej nie widział.

Ucałuj swój koszmar na dobranoc — wybełkotał nieprzytomnie, po czym zaczął się mościć wygodniej na ugniecionym posłaniu; senność zwalała go z nóg. Świat wirował zbyt szaleńczo, by mógł panować nad swoimi słowami, czy nawet myślami.

Po chwili milczenia do jego uszu dobiegł cichy głos Severusa:

Nie zapomnę.

Był już na granicy snu, gdy coś ciepłego i suchego musnęło jego wargi.

Harry uniósł ociężałe powieki. Odetchnął głęboko, starając się zapanować emocjami wściekle kotłującymi się w środku.

— Wariuję — powiedział do zaciemnionego sufitu, powoli uspokajając się.

— Żadna nowość — odparł niespodziewanie Andy, przez co Harry drgnął z zaskoczenia; mężczyzna był całkowicie przytomny mimo późnej pory. — To się dzieje w tym miejscu.

Usłyszał skrzypnięcie, szuranie bosych stóp po posadzce i po chwili poczuł, jak jedna strona posłania się ugina pod wpływem ciężaru.

— Dlaczego siedzisz na moim łóżku? — spytał Harry, a kiedy nie dostał odpowiedzi, spróbował ponownie: — Czemu nie śpisz?

— Nie mogłem zasnąć. Kiedy byłeś nieprzytomny, zostałeś częściowo uzdrowiony, więc jutro znowu wychodzimy na zewnątrz. Z jakiegoś powodu stwierdzili, że musisz być na chodzie. Nie rozumiem tego. Skoro jesteśmy tutaj, powinni nas trzymać w zamknięciu.

Harry przesunął ręką po torsie – i faktycznie, część obrażeń wyleczono, nie czuł już nieznośnego bólu; w zasadzie, miał się całkiem nieźle, nie licząc spustoszenia w umyśle.

— Zawsze tak wszystko analizujesz?

— Poszedłeś do Buckleya i zaraz po tym usłyszeliśmy krzyki — kontynuował Andy, a Harry próbował pozbyć się dziwnego wrażenia, że ten starał się go w jakiś sposób… pocieszyć. — Wpakowali cię do izolatki i pobili, prawda? — Skinął głową, ale było zbyt ciemno, by mężczyzna mógł to zauważyć, więc potwierdził cichym „tak". — Ostrzegałem cię.

— Powiedzieli mi, że to ja zabiłem Voldemorta i przez to zwariowałem. Ale to nieprawda — wyszeptał Harry po chwili ciszy i dodał po namyśle: — wiem, bo widziałem. Pamiętam.

Andy westchnął ze zrezygnowaniem.

— Jakie to dla nich wygodne, co? Chłopiec, który przeżył i przy okazji postradał zmysły. — Harry mimowolnie stężał. Dokładnie to samo powiedział mu Buckley. — Bardzo wygodne.

— Dlaczego mnie po prostu nie zabiją? Voldemorta nie ma, bo to oni go zniszczyli. Nic nie zrobiłem. Nie jestem już do niczego potrzebny. — Andy zamilkł. Harry w ciemnościach dostrzegł kontur sylwetki mężczyzny, złapał za materiał piżamy na jego plecach i pociągnął w swoją stronę. — Powiedz mi, do cholery. Ty coś wiesz! Tym ciągłym wymigiwaniem się od odpowiedzi doprowadzasz mnie do szału!

— Czasami lepiej jest żyć w nieświadomości — zaśmiał się sucho Sturgis, ale pozostał na swoim miejscu. Harry puścił jego ubranie. — Poza tym, ja nic nie wiem. Mogę się jedynie domyślać.

— Więc? Co myślisz?

— Twoja śmierć byłaby bardzo niewygodna. Jesteś Harrym Potterem. Jesteś symbolem, dlatego nie mogą cię zabić. Ale widziałeś za dużo, więc trzymają cię w zamknięciu. Znaczna część czarodziejskiej społeczności ci ufa…

— Nie powiedziałbym. Kiedy miałem piętnaście lat, gazety posądzały mnie o szaleństwo, bo mówiłem prawdę — prychnął chłopak, teraz dostrzegając ironię sytuacji.

— Nie przerywaj mi. Ludzie ci ufają — podkreślił Andy. — I zgaduję, że świat dowiedział się o śmierci Sam-Wiesz-Kogo. Wątpię, by to przeszło bez echa, nie mogliby trzymać tego w tajemnicy. Jak myślisz, co by było, gdyby wyszło na jaw, że to oni – magomedycy, Ministerstwo – za tym stoją?

— Ludzie zaczęliby zadawać pytania — wymamrotał Harry, powoli zaczynając rozumieć.

— Dokładnie. Zaczęliby zadawać pytania: w jaki sposób? Nie odpuściliby, dopóki nie dostaliby swoich odpowiedzi. Dlaczego? To dopiero byłaby kłopotliwa sytuacja! Od początku było wiadome, że to twoje zadanie. Od kiedy ukończyłeś naukę w Hogwarcie i zniknąłeś z życia publicznego, gazety nie przestawały pisać o twojej walce na froncie…

Harry nie wytrzymał i zaczął się śmiać.

— Gdyby tylko wiedzieli, jaka jest prawda! Wydajesz się być dobrze poinformowany.

— Wierz mi, trudno było to przeoczyć — odparł Andy. — Ale… właśnie tego od ciebie oczekiwano: pozbycia się Czarnego Pana. Już raz to zrobiłeś, prawda? Tak jak mówiłem, zamknęli cię tutaj, bo widziałeś za dużo. Nie mogą pozwolić na to, by pewne rzeczy ujrzały światło dzienne. Wygodniej jest im powiedzieć, że zabiłeś Czarnego Pana i przez to oszalałeś, że jesteś… uszkodzony. Kiedy jesteś uważany za wariata nie stanowisz wielkiego zagrożenia. Pamiętasz?

Harry wypuścił powietrze z płuc z lekkim drżeniem.

— To już się dzieje. Widzę… czuję, jak powoli szaleję. Ale przecież ci cholerni magomedycy nie mogą tego robić tak bezkarnie! Skoro świat wie, że jestem tutaj, że leczę się… Cholera! Jedna osoba widziała na własne oczy, jak zostałem porwany z laboratorium. Zniknąłem! Ta osoba musi mnie szukać, więc dlaczego…

— Nikt do tej pory po ciebie nie przyszedł? Dlaczego nikt nie interweniuje? Wierz mi, ja też zostawiłem za sobą swoich bliskich — powiedział Andy dziwnie pustym głosem. — Też musieli mnie szukać. Prawda jest taka, że już nawet nie jestem pewien, czy w ogóle żyją. Mogę się jedynie domyślać, czy skorumpowane Ministerstwo się z nimi nie rozprawiło. — Nagle Harry'emu zrobiło się zimno; a co, jeśli Sturgis miał rację? Co, jeśli po jego porwaniu zapolowano na resztę członków Zakonu? — Pamiętasz, co mówił Mats? Odpowiedni ludzie już zadbali o właściwą politykę tego szpitala. Poza tym… jaki jest obraz za oknami? Co widzisz, spoglądając na zewnątrz?

— Nic — odpowiedział bez większego zastanowienia.

— Właśnie. Nic, żadnych zabudowań, jedynie łyse i białe wzgórza. Możemy być gdziekolwiek. Nie możemy być pewni, czy wciąż jesteśmy na terenie Anglii i nie zdziwiłbym się, gdyby ta placówka była na terenie nienanoszalnym. Jeśli dodać do tego – tak jak było wspomniane – odpowiednią politykę… wszystko i wszystkich można ukryć. Wystarczy powiedzieć, że nie życzysz sobie wizyt. Wystarczy powiedzieć, że nie ujawniają miejsca położenia tego szpitala ze względu na twoją prywatność i delikatność sprawy – w końcu jesteś niezrównoważony psychicznie, potrzebujesz terapii i odpoczynku! Wystarczy papier, który podpisałeś; przecież zwykłe zaklęcia skanujące potwierdzą jego autentyczność. To nieważne, że formalnie zgodziłeś się na pobyt w tym miejscu pod wpływem Imperiusa. Już jest pozamiatane, podpis to podpis. W świetle prawa na wszystko się zgodziłeś.

Harry docisnął dłoń do oczu, czując narastający ból głowy.

— Dobra, dobra! Rozumiem. Ale to nie wyjaśnia jednej rzeczy… Voldemorta się pozbyli, więc Harry Potter nie jest im do niczego potrzebny. Dlaczego po prostu mnie nie sprzątną, tak jak jego?

— Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Jesteś symbolem. Gdybyś zginął pod ich skrzydłami, mieliby piekło. A tymczasem mają cię w garści, posiadają bohatera czarodziejskiego świata na wyłączność, czego chcieć więcej? Nie mogłeś zginąć, nie mogłeś zniknąć, jesteś zbyt cenny – to polityka! Poza tym, do tego wszystkiego dochodzi jeszcze twoja wiedza.

— Moja wiedza? — Zaskoczony Harry poderwał głowę. Andy potwierdził cichym mruknięciem.

— Miałeś już przedsmak tego, co cię czeka. Uczestniczyłeś już w terapii indywidualnej, a raczej… w przesłuchaniu. Pozostawią cię przy zdrowych zmysłach tak długo, jak uznają to za konieczne. Być może stwierdzili, że jeszcze do czegoś się przydasz i coś z ciebie wyciągną. A potem, cóż… kojarzysz Charliego?

— Charlie?

— Wysoki, chociaż wiecznie zgarbiony, ciemne włosy. Siódemka. Z tego co zauważyłem bardzo cię polubił, aż syczy na twój widok.

— Merlinie! — wykrzyknął Harry, przypominając sobie irytującego faceta, który prawie zawsze stawał za nim w kolejce po jedzenie. — Mamrota ma na imię Charlie? To jego masz na myśli?

— Mamrota…? — powtórzył słabo Andy. Po kilku sekundach niezręcznej ciszy parsknął, chociaż słychać było, że próbował się powstrzymać.

— To nawet nie jest zabawne — burknął Harry, czując się głupio.

— A jak pasuje! Niech mnie, że też mi coś takiego do głowy nie wpadło. Jestem ciekaw, jak zareaguje na swoje nowe imię! Może też zacznie na mnie syczeć? Zawsze to jakaś odmiana.

— Przestań! Czemu w ogóle zacząłeś o nim mówić?

Andy odetchnął głęboko i porzucając żartobliwy ton, odparł:

— Kiedyś był normalny. W sensie… nie zachowywał się tak jak teraz. Jest siódemką, więc też w czymś podpadł. Magomedycy wyciągnęli z niego co trzeba i rozprawili się z nim po swojemu. Zrobili Charliemu papkę z mózgu, od tamtej pory nie potrafi złożyć ani jednego sensownego zdania. Ba, zdania, w ogóle przestał mówić zrozumiałym dla ludzi językiem.

— Boże… — wyjęczał Harry, opadając bez życia na łóżko. — Trzeba stąd wiać jak najszybciej.

— Myślisz, że nie próbowałem? Stąd nie ma wyjścia. Każdy kąt jest obstawiony strażnikami, wszystko co robisz jest monitorowane. Nawet teraz mogą nas podglądać. A może nie, nie wiem, nikt tego nie wie. Łatwo tutaj nabawić się paranoi, tak swoją drogą.

— Ale strażnicy nie mają przy sobie różdżek… gdybyśmy tylko się zbuntowali… nie wszyscy, chociaż połowa. Dalibyśmy radę. Jakoś.

— Nie radziłbym. Sporo pacjentów jest przekupionych – chodzi mi głównie o jedynki i dwójki, ale znajdzie się też kilku z innych numerów – donieśliby na ciebie natychmiast. Są gotowi zrobić wszystko za lepsze jedzenie, wygodniejsze łóżko i odrobinę rozrywki. A jeśli nie wywiążą się z umowy czeka ich izolatka albo trzynastka. To miejsce przypomina więzienie bardziej, niż mógłbyś się tego spodziewać. — Sturgis westchnął ciężko i przechylił się do tyłu; teraz półleżał, opierając ciężar ciała na łokciach. Harry podkulił nogi, robiąc mu miejsce. — Poza tym, naprawdę sądzisz, że nawet we trójkę – ty, ja i Mats – dalibyśmy radę? Karmią nas kiepskim żarciem, każdy z nas regularnie traci na wadze. Szprycują nas eksperymentalnymi eliksirami i nie zawsze mamy szansę się ich pozbyć. Tłumią w nas magię, pozbyli się naszych różdżek. Jesteśmy słabi, z dnia na dzień jest coraz gorzej.

— Żadnej możliwości, żadnego wyjścia…

— Przejebane, co? — mruknął mężczyzna i Harry nie mógł się powstrzymać; zaśmiał się i odrzucił głowę do tyłu. Gapił się na ginący w ciemnościach sufit i myślał o tym, jak bardzo chciałby posiadać przy sobie różdżkę, by móc powybijać wszystkich w pień.

— Tu już nawet nie wypada płakać.

— Cieszysz się jak idiota, a jutro mogą cię zabić. Cóż za optymizm, Potter! Albo, jak wolisz, obłęd! — rzucił rezolutnie Andy, samemu poddając się absurdalności tej sytuacji. Uspokoili się dopiero po dłuższej chwili, od czasu do czasu parskając; wtedy Sturgis spoważniał: — Co zrobiłeś, że wpakowali cię do izolatki? Dałeś im powód?

Harry zagryzł wargi, zastanawiając się, czy w ogóle powinien odpowiadać.

— Próbowałem zabić Grahama Raya. Prawie mi się udało.

— Co? Jak? — wydukał zdumiony Andy.

— Dusiłem go. No i niestety, wpadli strażnicy…

— Szkoda.

— Cholera, też żałuję. Równie dobrze mogłem spróbować skręcić mu kark, chociaż nigdy wcześniej tego nie robiłem i pewnie bym coś schrzanił…

— Miałem rację — przyznał, podnosząc się i ponownie siadając na brzegu łóżka. — Masz jaja.

— Dziękuję. Andy? — zaczął Harry na pozór niewinnie. Mężczyzna momentalnie spiął się, zupełnie jakby przewidział jego pytanie. — Dlaczego tutaj jesteś?

— Historia za historię, co? Cóż, z zawodu jestem magomedykiem. Jeszcze zanim wszystko to na dobre się rozpoczęło, współpracowałem z tymi ludźmi. No i cóż… za dużo zobaczyłem, nie spodobało mi się to, postanowiłem przekazać tę widzę dalej… Złapali mnie, zanim zdążyłem się ukryć. Całe szczęście zdołałem ci wysłać wiadomość.

— Jak się dowiedzieli, że ich zdradziłeś?

Andy odpowiedział dopiero po dłuższej chwili:

— Użyto na mnie Veritaserum? — prychnął. — No i wydało się: nie pomogłem im cię schwytać, wręcz przeciwnie, przeszkadzałem. Domyśliłem się, że pod Grahama podszył się jeden z twoich ludzi i nie powiadomiłem o tym odpowiednich osób, nie zareagowałem natychmiast i puściłem was wolno. Narobiliście niezłego rabanu przy ucieczce ze szpitala, dzięki czemu miałem możliwość przekazać informacje dalej. Po przesłuchaniu straciłem świadomość, następnie obudziłem się zakuty w pasy… Podobno ciągły wieloletni stres, masakra w Staines i ta w świętym Mungo odbiła się na moim zdrowiu psychicznym. Trafiłem na obserwację i jak widać zostałem na dłużej. Cóż, siedząc tutaj dowiedziałem się o sobie wielu ciekawych rzeczy.

— Czyli wychodzi na to, że jesteś tu z mojego powodu — powiedział cicho Harry, czując ciężar winy w środku.

— I tak, i nie. — Sturgis wzruszył ramionami. — Prawda jest taka, że trafiłbym do tego miejsca prędzej czy później, bo w przeciwieństwie do nich mam moralność... a przynajmniej jej szczątki. Nie jestem złym człowiekiem. Sam sobie na taki los zapracowałem — odparł zamyślony, gapiąc się w dal. — Teraz pozostaje czekać. Jesteśmy unieszkodliwieni i uziemieni; jedynie, na co możemy sobie pozwolić, to nadzieja – że ktoś zareagował i zaczął działać. Tyle nam pozostało. I starać się nie zwariować, to najważniejsze.

Harry wdał z siebie zmęczone westchnienie; Andy na ten dźwięk odwrócił głowę w jego stronę.

— Powinniśmy iść spać — stwierdził, zbierając się w sobie i wstając. Harry rozłożył się plackiem na łóżku i rozprostował zdrętwiałe nogi. — Kto wie, co przygotowali nam na dzień dobry — rzucił z przekąsem Andy.

Coś w środku podpowiadało mu, że Sturgis nie powiedział mu wszystkiego – całość przebiegła zbyt gładko, by Harry mógł wyzbyć się wszelkich podejrzeń, jednak nie odezwał się już ani słowem. Ich rozmowa wyjaśniła wiele kwestii i zaczynał wszystko powoli rozumieć, jednak wiedział, że to wciąż było zbyt mało.

Wbrew pozorom, atmosfera wcale nie zelżała. Harry odwrócił się w stronę ściany i uważnie wsłuchał się w równy, kontrolowany oddech mężczyzny.


Jak się okazało, Andy nie pomylił się nawet o jotę: rankiem znowu wypuszczono ich na zewnątrz.

Harry powłóczył nogami za resztą pacjentów zmierzających w kierunku stołówki i starał się dorównać ich krokom, by nie pozostać w tyle. Zmęczenie znowu dawało o sobie znać i dobijało go, nieważne, ile godzin w nocy przesypiał – wydawało się to ciągle niewystarczające. Był już na tyle zdesperowany, by zdecydować się na drzemki popołudniami, kiedy ruch na głównej sali nie był zbyt wielki, jednak coś w środku mu podpowiadało, że to nie był dobry pomysł. Kto wie, na ile taka chwila nieuwagi mogła okazać się niebezpieczna? W tym miejscu powinien mieć oczy dookoła głowy, co i tak było trudne, jeśli wziąć pod uwagę znaczne osłabienie jego organizmu i nieustanne rozproszenie myśli. Z każdym dniem było coraz gorzej i miał coraz mniej sił. Harry wyobrażał sobie, że całe jego ciało jest pokryte dziurami, przez które wylewała się życiowa energia.

Andy szedł tuż przed nim i niespokojnie rozglądał się dookoła.

— Gdzie jest Mats? — wymamrotał w kierunku Harry'ego, obracając się na tyle na ile mógł. — Widziałeś go?

Harry wzruszył ramionami.

— Może nie przeliczyli go? — podsunął szeptem. Andy w zamyśleniu kiwnął głową, rezygnując z dalszej rozmowy z powodu strażnika, który zaczął intensywnie im się przyglądać. Harry nie podzielał jego zaniepokojenia – Matsowi również przypadł w udziale apartament i wychodzenie z niego na zewnątrz należało do rzadkości (nie licząc ich samych – i to było dopiero dziwne).

Odebrali po porcji paskudnej owsianki i rozwodnionej herbaty, po czym zajęli swoje stałe przy długim stole. Harry był już w połowie opróżniania swojej miski, kiedy siedzący obok niego Andy nagle się wyprostował; w jednej chwili jego twarz zrobiła się niemal biała.

W centrum stołówki stał wyraźnie ponury i znudzony strażnik; był doskonale widoczny, kiedy tak górował nad siedzącymi pacjentami.

Harry zmarszczył brwi. Zdał sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widział, by podczas posiłków ktokolwiek z personelu wychodził na środek sali.

Szmer panujący w stołówce stopniowo cichnął.

— Komunikat — oznajmił strażnik obojętnym tonem. — Zero dwieście dziewięćdziesiąt dwa, DM, kod siódmy. Dwieście dziewięćdziesiąt dwa, odizolowany. — Harry prędko odwrócił głowę w stronę Andy'ego, który z kolei wpatrywał się przerażająco pustym wzrokiem w strażnika. — Powtarzam, dwieście dziewięćdziesiąt dwa, odizolowany. Pacjent przeniesiony na inny oddział ze względów bezpieczeństwa, kod trzynaście.

Właśnie wyczytano numer Matsa Drossela. Harry nie mógł oddychać, zupełnie jakby ktoś uderzył go prosto w splot słoneczny.

Hałas nagle powrócił – krótkie, ostre szurnięcia krzeseł po podłodze, ciche skrzypnięcia i podenerwowane szepty. Harry w końcu odetchnął, ale za nic nie mógł oderwać oczu od Andy'ego; mężczyzna nie przestawał się gapić w dal, chociaż strażnik zdążył już usunąć się pod ścianę.

Mats Drossel został przeniesiony do trzynastki. Zabili go.

Rzeczywistość zapukała do umysłu Andy'ego dopiero po kilku chwilach, spuścił głowę, jego ramiona opadły. Dłoń trzymająca łyżkę zaczęła się trząść.

Harry nie miał pojęcia, ile czasu trwali w tym bezruchu. Język w jego ustach wysechł na wiór i nie był w stanie wypowiedzieć chociażby jednego słowa. Właściwie nie znał Matsa – ale wystarczyło jedno spojrzenie na twarz Andy'ego, by wypełniła go wściekłość i totalnie obezwładniający żal.

Nie zdradzaj się, podpowiadał rozsądek. Nie reaguj. Harry domyślał się, że właśnie te same myśli kłębią się w umyśle Andy'ego, widział kątem oka jak obaj są bacznie obserwowani przez strażników, którzy tylko czekali na ich reakcje. Nie daj im tego, nie pozwól.

Inni pacjenci zaczęli wstawać od stołów; cała reszta, jak gdyby nigdy nic, powróciła do rutyny codziennego dnia, odnosiła tace i kierowała się w stronę sali głównej. Tymczasem świat Andy'ego zawalił się i nie mógł nic z tym zrobić, ani Harry, ani tym bardziej on sam.

Andy wzdrygnął się, gdy czyjaś wielka ręka chwyciła go mocno za ramię.

Herrenrasse*, Sturgis — wysyczał pochylony za mężczyzną Martin z obłędną satysfakcją, niemal dotykając wargami jego ucha. — W końcu zutylizowali dziennikarzynę.

Harry'emu serce podskoczyło do gardła, ale zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, Andy rzucił się z furią na Martina, przewracając tacę z niedokończonym jedzeniem oraz krzesło, na którym wcześniej siedział.

— Andy! — wrzasnął chłopak i próbował powstrzymać Sturgisa, jednak ten odepchnął go z całej siły. Harry zatoczył się i wpadł na stół, głośno strącając kolejne tace.

W kolejnej sekundzie mężczyźni tarzali się po podłodze. Zapanował chaos, część pacjentów odskoczyła, część podbiegła bliżej, by mieć lepszy widok na bójkę. „Przestań!" Harry'ego zlało się z innymi krzykami. Został złapany za materiał piżamy na plecach i czyjeś ramiona owinęły się wokół jego tułowia, odciągając go jak najdalej; mógł tylko bezradnie obserwować, jak Andy w amoku wymierza cios za ciosem, siedząc okrakiem na Martinie, który… w ogóle się nie bronił. Mężczyzna był od niego wyższy i szerszy, silniejszy, jednak pozwalał, by Sturgis zamieniał jego twarz w krwawą miazgę.

Plecy Harry'ego oblał zimny pot, kiedy zauważył strażników przedzierających się przez tłum. Jego krzyki i próby uwolnienia spełzły na niczym, szpitalny personel dopadł do Andy'ego i oderwał go od Martina, który zawył niewyraźnie:

— Ten świr się na mnie rzucił! Chciał mnie…

— Nie! On sprowokował… — zaprotestował rozwścieczony Harry, ale zanim zdążył dokończyć zdanie, poczuł mocne uderzenie w klatkę piersiową.

— Nie wtrącaj się — warknął strażnik, odpychając chłopaka i innego pacjenta, który go trzymał. — Trzysta trzy! Zabierzcie go!

W Andy'ego wstąpiło rozjuszone, agresywne zwierzę, wierzgał się dziko i wykrzykiwał niezrozumiałe słowa. Tłum nagle rozstąpił się, dzięki czemu strażnicy mogli wynieść wyrywającego się mężczyznę. Harry nawet nie musiał zgadywać, gdzie go zabierają.

Martin wstał chwiejnie, przyjmując pomocną dłoń jednego z pacjentów. Jego twarz była umazana krwią, miał rozbity nos i wargę rozciętą w dwóch miejscach. Pole widzenia Harry'ego zalała czerwień, kiedy zauważył krzywy i ledwo widoczny uśmieszek skierowany w jego stronę. Zacisnął pięści. Chociaż rozum podpowiadał mu, żeby na to nie reagować, był gotów…

— Trzysta dwadzieścia siedem! Rusz się! — zawołał strażnik, sprowadzając chłopaka na ziemię.

— Pierdol się! — odszczeknął Harry. Nawet nie zdążył postawić kroku, kiedy ręka strażnika chwyciła go za piżamę na piersi i przyciągnęła do siebie.

— Wypad do pokoju, jeśli nie chcesz być drugi w kolejce — wysyczał mężczyzna. Harry zacisnął wargi i ledwie powstrzymał się od splunięcia mu w twarz; zamiast tego strząsnął rękę z obrzydzeniem i pozwolił się wyprowadzić ze stołówki. Tutaj nie miał najmniejszych szans.

Kiedy tylko zatrzasnęły się za nim drzwi od pokoju, opadł bez sił na swoje łóżko. Pochylił się i owinął ramionami brzuch, starając się uspokoić gwałtowny oddech. Miał ochotę rozwalić cokolwiek na drobne kawałeczki, adrenalina niemal rozsadzała mu serce i żyły, znowu czuł swędzenie w przedramionach. Kiwał się w przód i w tył, w przód, w tył, nie mogąc znaleźć ujścia dla swej frustracji. Chciał płakać, chciał wrzeszczeć jak najgłośniej, ale nie potrafił tego zrobić, był zablokowany.

Harry miał przeczucie, że to wszystko było zaplanowane – począwszy od ich wyjścia na zewnątrz po prowokację Martina.

Personel szpitala nawet nie potrzebował motywu, by robić z nimi co tylko zechcą; to była jedynie pokazówka w celu uświadomienia im, że każde najmniejsze działanie może obrócić się przeciwko nim samym.

Wstał i zaczął krążyć po pomieszczeniu, uderzając pięściami w ściany i kopiąc meble.

Mijały długie minuty. Harry zmęczony atakiem szału oparł się plecami o ścianę i następnie osunął się po niej na podłogę.

Mijały godziny.

Andy nie wracał.


— Próbowałeś uciec?

— Dwa razy. Jak widać, nie udało się.

— Kiedy to było?

— Niedługi czas po tym zdarzeniu. I ostatnio dwa miesiące temu, tak myślę.

— Dwa miesiące temu?

— Mhm.

— Co się działo… no, wiesz…

Prychnięcie

— Co robili ze mną po moich żałosnych próbach ucieczki? A co mogliby zrobić, jak nie wpakować do izolatki albo zastosować nową formę leczenia?

— Nową… formę leczenia?

— Do wyboru, do koloru – już wiesz, co kryje się za terminem terapia indywidualna, prawda? Bardzo pomocne w odzyskaniu rozumu są też kąpiele w lodowatej wodzie, zamykanie cię na bardzo długi czas sam na sam ze swoimi myślami, tymczasem gdy twój współlokator był… No i cóż, jeszcze to.

Szuranie, szelest

— O mój… co to…?

— Blizny. Siniaki.

— Co… Oni są kompletnie bezkarni! Nie mogę w to uwierzyć!

Śmiech

— Tak jak ci już mówiłem, nie cackają się ze świrami. Dobrze, że nie wpakowali mnie do trzynastki, bo tym właśnie grozi próba ucieczki. Och, właśnie, stąd jest tylko jedno wyjście – nogami do przodu. Łapiesz?

Szybki, głośny oddech

— Deirdre?

— Tego jest za dużo. Nie mogę. Nie mogę!

— Nie spodziewałaś się tego, co?

Trzask, stukot obcasów

— Są dwie możliwości. Albo po tym wszystkim wyczyszczą mi pamięć albo mnie zabiją, prawda? Harry!

— Tak myślę. Nie wiem.

— Merlinie… Przeprowadź wywiad, powiedzieli… Miałam tylko przeprowadzić z tobą wywiad! Nie chciałam… tego!

— Deirdre. Powiedzieli ci, dlaczego masz to zrobić? Z kim rozmawiałaś?

— Z kierownikiem ośrodka… z Buckleyem.

— Co ci powiedział? Deirdre?

Cisza

— Harry. Wiesz, ile tutaj już jesteś?

— Osiem miesięcy? Dziewięć?

— Macie dostęp do gazet albo radia?

— Skądże!

— To skąd wiesz, ile czasu tutaj jesteś?

— Dzięki moim oczom. Pamiętasz? Opowiadałem ci o tym zaklęciu, które rzucił na mnie Severus. Wtedy, w Czechach. Nie? Właśnie, tak mnie słuchasz! Chodzi mi o tymczasową korekcję wzroku, mniej-więcej po miesiącu zaklęcie trzeba poprawić, inaczej znowu ślepnę. Jak widać zależy im, bym widział doskonale co ze mną robią. To jedyny moment, kiedy mam styczność z magią… jaka szkoda, że zawsze podczas inkantacji jestem nieprzytomny, cholerne względy bezpieczeństwa. Nie wiem czemu po prostu nie dadzą mi okularów, to mniej kłopotliwe. Może zapominają? W każdym razie, to mój jedyny kalendarz. Dzięki temu wiem ile czasu już tutaj siedzę, ale zawsze mogło mi się coś poplątać. To co, miałem rację? Dziewięć miesięcy?

— Tak, według oficjalnych informacji, dziewięć. Wiele się zmieniło przez ten czas, wiesz, Harry? Świat się zmienia. Masz w ogóle jakieś informacje z zewnątrz? Jakiekolwiek?

Śmiech

— Oszalałaś? Jesteśmy zamknięci na cztery spusty, jesteś pierwszą osobą z zewnątrz, którą w ogóle widzę. Jestem ostatnim pacjentem w tym szpitalu!

— Jak to, ostatnim?

— Nikogo więcej nie przyjęto. Nie ma pacjenta numer trzysta dwadzieścia osiem. Trzysta dwadzieścia siedem jest ostatni, to ja!

— Przez dziewięć miesięcy nikogo nowego nie przyjęto?

— Nie!

— …odizolowali się. Totalnie. Mieli rację, odizolowali się.

— Kto? Kto miał rację?

Szmery

— Harry… co wiesz o—

Zakłócenia. Ostre, urywane dźwięki

— …o czym? Nowy porządek? Co to…

— Cholera!

Zakłócenia

— Andy miał ra…

Trzask

— …to naprawdę się dzieje…

Cisza

Trzask

— Cholera, taśma musiała się skończyć.

Śmiech

— Co za pech.

— Już, naprawione. Co było potem?

— Potem? Mówisz o Andym?

— Tak, tak. Wrócił?


Dźwięk gwałtownie otwieranych drzwi wybudził Harry'ego ze snu; zatrząsł się, czując nieprzyjemny podryg serca w klatce piersiowej.

Frankie rzucił leżącemu pod ścianą chłopakowi pogardliwe spojrzenie i puścił Andy'ego, który zwalił się z nieprzyjemnym łoskotem na podłogę. „Pierdolone świry", wymruczał pod nosem strażnik, po czym szybko cofnął się i zatrzasnął za sobą drzwi.

— Andy! — zawołał Harry, podczołgując się do mężczyzny, który w ogóle się nie ruszał. Drżącymi rękoma przewrócił go delikatnie na plecy. Twarz Andy'ego była pokryta zeschniętą krwią z nosa i ust.

Harry z rosnącą gulą w gardle podwinął materiał piżamy, by móc zobaczyć jego tułów – i tutaj nie było lepiej, obok starych blizn i siniaków można było dostrzec świeże, czerwonawe ślady powstałe na wskutek licznych uderzeń. Klatka piersiowa Andy'ego powoli unosiła się i opadała pod wpływem oddechu, z ust wydobył się cichy jęk cierpienia. Harry prawie podskoczył; był pewien, że mężczyzna jest nieprzytomny.

— Rosie — wyrzęził słabo Andy, otwierając czerwone i załzawione oczy.

— Dasz radę się podnieść? — zapytał Harry na przekór sobie łamliwym głosem. Andy nawet nie zwrócił na niego uwagi, wciąż mamrotał do siebie to jedno… słowo? Imię? — No, dalej! Nie możesz tu leżeć. Proszę!

Przetransportowanie na łóżko półprzytomnego mężczyznę kosztowało go nie lada wysiłku, ale w końcu to zrobił. Miał pustkę w głowie, nie wiedział, czy powinien w jakiś sposób starać się pocieszyć Andy'ego, który teraz zdawał się żyć we własnym świecie. I tak wątpił, by cokolwiek do niego dotarło w tym stanie. Z ciężkim westchnieniem zdjął poszewkę ze swojej poduszki, zmoczył ją wodą i oczyścił jego twarz z zakrzepłej krwi.

Andy na zmianę gwałtownie się wybudzał i niespokojnie zasypiał, mamrotał niezrozumiałe słowa pod nosem, kręcił się i wzdychał z bólu. Mogło minąć tak kilka godzin, ale Harry nie był pewien, w tym miejscu już dawno utracił zdolność postrzegania czasu. Ściemniło się, ale nikt do tej pory nie raczył do nich przyjść.

Harry zaczynał już przysypiać, kiedy do jego uszu znowu dotarło jęczenie Sturgisa. „Nie złamią", usłyszał.

— Andy? — rzucił ostrożnie. Odpowiedział mu przyspieszony oddech i coraz bardziej rozpaczliwe, płaczliwe stęknięcia. Harry wygramolił się z łóżka i kucnął przy posłaniu Andy'ego.

Mężczyzna zwinął się w kłębek, w kółko powtarzając te same słowa.

Rosie. Nie złamią mnie.


*Herrenrasse (niem.) – rasa panów


Dziękuję i do zobaczenia za tydzień! (o ile jakieś kataklizmy się nie zwalą na moją głowę :D)