Dzień czternasty
Wciąż go nie ma.
Ani śladu profesora.
Ani śladu strażników.
Jestem przerażona.
Czuwałam całą noc, czekałam, mając nadzieję na jego powrót. Ale on nie wracał.
Musi być wczesny poranek, loch jednak wciąż jest pogrążony w ciemności.
Przerażające.
Pomieszczenie z każdą mijającą sekundą wydaje mi się coraz mniejsze i mniejsze. Czy zamknie się na mnie?
Próbuję normalnie oddychać. Czuję jak ogarnia mnie czysta panika.
Ta cisza.
Niemal bolesna.
Kiedy był tutaj profesor Snape, cisza irytowała, teraz zaś stała się nie do zniesienia.
Jestem sama.
Zupełnie sama.
Strach ściska mi gardło i czuję, jak łzy wypełniają mi oczy. Minęło tak wiele czasu, od kiedy ostatnio płakałam.
Bez względu na to, co się działo i jak okropną sytuację stworzyli strażnicy, osadzając nas razem, tak było jednak łatwiej, ze względu na jego obecność. Mogłam na niego liczyć, polegać na nim. Był dla mnie skałą, opoką.
A teraz odszedł.
W końcu pozwalam tym słowom wybrzmieć w mojej głowie.
Umarł?
On?
Nie. Nie. Nie.
Dlaczego mieliby go zabijać? Mało prawdopodobne, by to zrobili. Gdyby chcieligo zamordować, zmusiliby mnie, żebym na to patrzyła, prawda?
Gdzie on jest?
Może przydzielili mu inny loch, żeby go torturować?
Czy wróci?
Wciąż ani śladu Snape'a.
Chwila.
Jakaś okropna myśl zaczyna mi kiełkować w głowie.
Zwątpienie.
Co jeśli moje wcześniejsze obawy okazałyby się prawdą?
Może on naprawdę pracuje dla śmierciożerców?
Świadomość, jak bardzo jest toprawdopodobne, mrozi mi krew w żyłach.
Merlinie.
Wydawał się bardzo przekonany do uczenia mnie oklumencji. Widocznie chciał zdobyć dostęp do mojego umysłu, żeby wydobyć z niego informacje, których potrzebował. A potem sobie poszedł.
Wstaję, nie mogąc wysiedzieć w miejscu.
Jestem kłębkiem nerwów.
Wykorzystał mnie?
Czy teraz rozmawia z Voldemortem, przekazując mu wszystkie informacje, które ode mnie uzyskał?
Nie wiem, która z tych możliwości jest bardziej okropna.
Snape okazujący się złym człowiekiem czy Snape martwy.
Boli mnie brzuch.
Naprawdę boli.
Ale nie jest to ten rodzaj bólu, co przy okresie, on już minął. Dzięki Bogu.
Po prostu chce mi się jeść.
Co jest właściwie sporym niedomówieniem.
Umieram z głodu.
Zwijam się w kulkę i przyciskam głowę do materaca.
Głośny dźwięk wyrywa mnie z moich rozmyślań.
Natychmiast podnoszę się na równe nogi, a do lochu wchodzi strażnik.
Tym razem nie ma z nim nikogo.
Patrzę z przerażeniem, jak zamykają się za nim drzwi, a on unosi na mnie dziwne spojrzenie.
Nie wiem, jak je powinnam zinterpretować.
- Gdzie jest profesor Snape? – pytam.
- Profesor Snape jest obecnie nieosiągalny.
- Gdzie on jest? Wszystko z nim w porządku?
Przewraca oczami.
- Powinnaś więcej słuchać, a mniej gadać.
Mimowolnie cofam się o krok i wzdrygam się, kiedy moje plecy dotykają ściany.
Strażnik uśmiecha się.
- Wyjaśnijmy sobie, po co tu jestem.
Czekam w ciszy.
- Otrzymałem zadanie przekonania cię do zmiany stron.
Prawie parskam śmiechem na te słowa, ale na szczęście powstrzymuję się w ostatniej chwili.
- Dostałem pozwolenie – kontynuuje mężczyzna – na zrobienie wszystkiego, żeby odnieść sukces. Rozumiesz?
- Chcecie, żebym dla was p-pracowała? Dlaczego? Jestem tylko zwykłą szlamą, prawda? Tacy jak ja z pewnością nie mają wstępu do waszych kręgów?
- To prawda, jednakże Czarny Pan tym razem jest skłonny zrobić wyjątek. Dla ciebie.
Na wspomnienie Voldemorta wstrząsa mną dreszcz. Teraz wydaje mi się to bardziej realne.
Po kilku chwilach potrząsam głową.
- Tracisz czas.
- Tego rodzaju odpowiedzi po tobie oczekiwałem – mówi, wyjmując z szaty różdżkę.
Spinam się, ale próbuję to ukryć.
- Zacznijmy jeszcze raz – mówi, przyglądając mi się. – Pomożesz nam?
Nie.
Nie.
Nie.
To słowo widzę w mojej głowie wyraźnie, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie potrafię jej wypowiedzieć. Otwieram usta, ale wzrok skupiam na różdżce. Stoję jak sparaliżowana.
Nie chcę już nigdy więcej czuć bólu. Jestem taka chora i zmęczona.
Strażnik uśmiecha się i podchodzi do mnie.
- Sytuacja jest jasna, dziecko. Po prostu się zgódź, a wszystko już będzie w porządku. Zostaniesz zabrana do pokojów u góry, dostaniesz własną łazienkę i przyzwoity posiłek.
Zamykam oczy i biorę głęboki oddech.
- Gdzie jest profesor Snape? – pytam słabym głosem.
- Wszystko z nim w porządku. On już przystał na nasza propozycję.
Natychmiast otwieram oczy.
- C-co?
- Zabrało nam to całą noc, ale w końcu dotarło do niego, że to właściwa decyzja.
- On… - urywam, bo nie mogę tego wypowiedzieć.
- Teraz wszystko zależy od ciebie. Dokonaj dobrego wyboru. Jak profesor Snape.
O Boże.
Zostałam zupełnie sama.
- Co powiesz, dziewczynko?
Mój wzrok powoli pokonuje drogę do jego twarzy.
- Nie.
- Co to było? – podchodzi bliżej.
- Nie – powtarzam, tym razem z większą siłą.
Trzęsę się z paniki, strachu, rozczarowania, wściekłości, bólu.
Nie wiem, jak długo będę w stanie to wszystko znieść, ale nie zdradzę moich przyjaciół ani Zakonu. Nie zdradzę dobrych ludzi.
Strażnik wzdycha.
- Ile masz lat?
- Siedemnaście.
W sumie nawet nie wiem, dlaczego mu odpowiadam.
Jestem taka zmęczona.
- Jesteś zbyt młoda, by umrzeć, dziewczyno – odpowiada. – Co powiedzieliby twoi rodzice? Chcesz ich zranić? Jeśli cię zabijemy, ciało zostawimy im na progu. Chcesz tego?
Niedobrze mi.
Żołądek mi się skręca i w duchu cieszę się, że niczego nie jadłam.
Kręcę głową.
- Jesteś całkiem ładna, wiesz?
Co?
Przesuwam się nieco, bo bliskość strażnika jest dla mnie krępująca i niepokojąca.
- Przepraszam za ścięcie Twoich włosów, ale to była konieczność – drąży, zbliżając się do mnie o krok.
- Nie. – To wszystko, co jestem w stanie z siebie wykrztusić. – Proszę.
Nawet nie wiem, o co mnie pyta.
- Cóż to by był za wstyd, gdyby twoje życie skończyło się w ten sposób.
Próbuję go odepchnąć, ale on jest silniejszy.
Nigdy wcześniej nie byłam tak przerażona. Nigdy dotąd nie byłam sama ze strażnikiem. Nie w ten sposób.
Nagle cofa się i oddala ode mnie, a ja znów mogę oddychać.
Ale to jeszcze nie koniec.
Jego różdżka wskazuje na mnie.
- Crucio.
Uderzam ciałem o podłogę.
Szlocham, kiedy jest już po wszystkim.
Jak długo to trwało?
Godzinę? Więcej?
I jak wiele ciosów Cruciatusem?
Trzy? A może dziesięć?
Nie jestem pewna. Mój umysł nie pracuje należycie. Nie potrafię myśleć jasno.
Wygląda na to, że zimna podłoga stała się moim najlepszy przyjacielem. Nie mogę się nawet podnieść.
- Dziewczyno – mówi strażnik. – Zmieniłaś zdanie? Cruciatus już mi się znudził. Może powinniśmy spróbować czegoś innego?
Nie reaguję.
Czy ja się w ogóle jeszcze boję?
Może Cruciatus w jakiś sposób uszkodził moją zdolność odczuwania.
Nagle drzwi się otwierają i spinam się, oczekując wejścia innego strażnika.
Ale to nie jest żaden z nich.
To… dziewczyna.
Spoglądam na nią zaskoczona, a ona wygląda na równie zdziwioną.
Z jej postawy wnioskuję, że tak samo jak ja jest tu więźniem. Ale sprawia wrażenie, jakby przebywała tu dłużej niż ja.
Merlinie, ona jest w moim wieku.
Strażnik chwyta jej ramię i popycha ją na ścianę.
Potem spogląda na mnie.
- Ma na imię Rose.
- C-co ona tu robi? – pytam.
- To zależy od ciebie – odpowiada. – Jeśli zrobisz, co ci każemy, przeżyje. Jeśli nie…
Napotykam przestraszony wzrok dziewczyny. Wygląda na tak przerażoną, że nie jest w stanie mówić. Jej usta się nie poruszają, ale oczy błagają. Ona żebrze o moją pomoc.
- Nie… nie róbcie tego – szepczę do strażnika. – Ze mną możecie zrobić, co tylko zechcecie.
On tylko potrząsa głową.
Cisza.
Merlinie. Merlinie.
- Zatem – zaczyna – czy przejdziesz na naszą stronę i będziesz nam pomagać ze wszystkich sił?
- J-ja nawet nic nie wiem! Myślicie, że znam wszystkie informacje, ale tak nie jest! Nie wiem nic!
Teraz już naprawdę panikuję. Co powinnam powiedzieć, żeby ocalić tę dziewczynę?
- To nie do mnie należy ocena. Jeśli nasz mistrz uważa, że masz potencjał, to go masz.
Kręcę głową.
To wszystko jest szalone.
Strażnik wzdycha z irytacją, po czym lekko potrząsa różdżkę, wskazując nią dziewczynę. Ta krzyczy, kiedy na jej szyi pojawia się długie cięcie. Zaczyna krwawić, ale na szczęście żyła pozostaje nienaruszona.
Zmuszam się do oderwania od niej wzroku.
- Nie mogę.
- To twoja ostatnia szansa – ostrzega mnie strażnik. – Ty albo jej życie.
- Nie mogę! – krzyczę.
- Avada Kedavra.
Tak po prostu.
- Nie! – wyrzucam z siebie okropny szloch, kiedy ciało dziewczyny uderza o ziemię.
Jest martwa.
Zszokowana zakrywam usta dłonią.
- C-co ty zrobiłeś? – szepczę. – To nie była jej wina…
Nie jestem w stanie nawet płakać, wydaję z siebietylko jakiś dziwny odgłos.
Ledwie zdaję sobie sprawę z tego, że strażnik do mnie podchodzi.
Klęka przy mnie.
Próbuję wstać, ale mi się nie udaje. Jestem żałosna.
Znów wskazuje mnie różdżką, więc zamykam oczy w oczekiwaniu na uderzenie zaklęcia.
Merlinie, nie chcę umierać.
Nie chcę, żeby ten ohydny loch był ostatnią rzeczą, jaką zobaczę w życiu.
Nie chcę być sama.
Kiedy tak czekam, dociera do mnie, że nic się nie dzieje.
Ale…
Otwieram oczy i spoglądam w dół. Widzę, jak powoli rozpina moją bluzkę.
- Nie! – protestuję, łapiąc materiał, próbując zrolować go na brzuchu.
Nagle jest już na mnie, zapiera się kolanami o ziemię po moich obu stronach. Próbuję go odepchnąć, ale moje ręce są tak słabe, że właściwie nie mogę nimi nawet poruszyć.
Następną rzeczą jaką słyszę jest dźwięk rozdzieranego materiału, kiedy siłą rozpina bluzkę. Guziki latają wszędzie.
Szamoczę się.
Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Jestem o krok od bycia zgwałconą w tym brudnym lochu z martwą dziewczyną leżącą zaledwie kilka kroków ode mnie?
Spoglądam na nią i zauważam, że jej oczy są wciąż otwarte.
Wtedy coś we mnie eksploduje.
Nie mam pojęcia, skąd bierze się we mnie ta siła. Jeszcze przed chwilą byłam przecież zupełnie do niczego.
A teraz kręcę się pod nim, kopię, biję go i gryzę.
Zachowuję się jak zwierzę.
A jednak on wciąż jest górą. Oczywiście, że tak.
- Masz całkiem przyjemne ciałko. Nic dziwnego, że profesor miał problemy z utrzymaniem rąk przy sobie – szepcze.
Odrażające.
- Puść mnie! – wrzeszczę. Gardło już mnie boli od krzyku.
On jednak nie reaguje.
Nagle czuję jego zimne ręce na swoim brzuchu, czuję jak przesuwają się ku górze, dotykają mnie.
Jedną ręką unosi moją spódniczkę do góry i wówczas coś we mnie pęka.
Gryzę go w drugą rękę, żeby go rozkojarzyć, a w następnej chwili uderzam kolanem w jego męskość. Kopnięcie jest tak mocne, że mam pewność, że pozostanie mi po nim ślad.
Skręca się i stacza ze mnie, wydając z siebie krzyk bólu. Jego ręce wędrują do bolącej części ciała.
Odpełzam od niego i zatrzymuję się dopiero przy ścianie.
Czekam.
Strażnik wygląda, jakby strasznie cierpiał.
Odchrząkuje, a po kilku chwilach udaje mu się wyprostować.
- Skończymy… innym razem. Nie myśl, że ujdzie ci to płazem. Tylko sobie wszystko utrudniłaś.
Wyrywa mi się westchnienie ulgi. Nie dbam o to, że może to zauważyć.
- Za karę nie dostaniesz dzisiaj jedzenia.
Z tymi słowami opuszcza loch.
W tym momencie jedzenie akurat obchodzi mnie najmniej. Myślę tylko o tym, co niemal się stało.
Łzy spływają mi po policzkach. Kładę się na ziemi, próbując jakoś poskładać porwaną bluzkę.
Bezskutecznie.
Przyciskam dłoń do ust, żeby stłumić łkanie.
Jak do tego doszło?
Gdzie jest Zakon? Dlaczego nas nie uratowali?
Zamykam oczy, próbując zignorować obraz lochu i ciała martwej dziewczyny.
Mijają godziny.
Nawet się nie ruszam. Od wyjścia strażnika pozostaję w tej samej pozycji.
Boję się otworzyć oczy.
Nie chcę zobaczyć tej dziewczyny. Wiem, że powinnam ją czymś przykryć, ale nie mogę się poruszyć. Dlaczego ją tu zostawili?
Nagle znów słyszę ten potworny dźwięk.
Dźwięk otwieranych drzwi.
Postanawiam nie otwierać oczu. Mam nadzieję, że to tylko wyobraźnia płata mi figle.
Błagam, niech to będzie moja wyobraźnia.
Drzwi się zamykają.
Czuję czyjąś obecność.
Wstrząsa mną dreszcz. Próbuję powstrzymać łzy cisnące mi się do oczu.
- Panno Granger.
Oddech więźnie mi w gardle.
- Panno Granger.
Ten zimny, jedwabisty głos.
To naprawdę on?
Słyszę odgłos zbliżających się kroków, potem dotyk ręki na ramieniu. Wzdrygam się i otwieram gwałtownie oczy.
Nie mogę w to uwierzyć.
To on.
Profesor Snape.
- Pan… żyje – udaje mi się wykrztusić.
Mam straszną ochotę go uściskać z samej radości, że jednak żyje.
- Jest pan t-tutaj – szepczę, uśmiechając się.
- Jestem tu – odpowiada. Potem jego wzrok przesuwa się na dziewczynę leżącą przy jego materacu. – Co się stało?
Szybko podchodzi do niej i pochyla się. Po kilku chwilach odwraca się do mnie.
- Nie żyje – mówi.
Przytakuję, a łzy przesłaniają mi widok.
- To moja wina.
- To znaczy?
- P-powiedział, że zabije ją, jeśli odmówię pomocy im i…
Profesor Snape bierze głęboki oddech, a na jego twarzy odmalowuje się zrozumienie. Wstaje, podnosi swoją szatę z materaca i delikatnie okrywa nim dziewczynę.
Nie wydaje mi się, żebym jeszcze kiedykolwiek była w stanie dotknąć to ubranie.
Potem przenosi swoją uwagę na mnie, ostrożnie mnie obserwując.
- Co jeszcze się wydarzyło?
Jeszcze mocniej przyciskam do siebie bluzkę i nie odpowiadam.
- Panno Granger?
Wtedy coś zauważam.
Wygląda… inaczej.
Czyściej. Ma inne szaty. Wprost lśni czystością.
- A co się działo z panem? – pytam zdziwiona. – Dlaczego pan…
Nie daje mi od razu odpowiedzi.
- Więc to prawda? – Spinam się.
Próbuję się od niego odsunąć z przerażeniem wypisanym na twarzy.
- Jest pan po ich stronie!
- Granger, uspokój się.
- Ufałam panu. – Nie mogę nic poradzić na drżenie głosu. – Skąd pan to oglądał? Podobało się panu przedstawienie?
- Nie wyciągaj pochopnych wniosków – mówi stanowczo.
Biorę głęboki oddech, próbując się uspokoić.
- Powiedzieli mi, że przeszedł pan na ich stronę.
- Panno Granger, to kłamstwo.
- Więc gdzie pan był? B-byłam tu całkiem sama. Całkiem sama.
Wzdycha.
- Zabrali mnie do pokoju i spędzili noc na przekonywaniu mnie do zmiany stron.
- I… przy okazji sprawili panu nową fryzurę i ogolili?
- Byli uparci i przekonujący.
Próbuję się ruszyć, ale przeszywa mnie okropny ból.
- Gdzie cię boli? – pyta. Jest skoncentrowany, kiedy wędruje wzrokiem po moim ciele.
Śmieję się krótko.
- Wszędzie.
- Granger, powiesz mi w końcu, co się stało?
Odwracam od niego wzrok.
- Przyszedł strażnik. Był sam.
- Zapewniali mnie, że nikt nie zrobi ci krzywdy w trakcie mojej nieobecności.
Wyczuwam jego złość.
Cisza.
- Co zrobił? – pyta powoli.
- Crucio, głównie.
- Głównie?
- A potem… p-potem próbował czegoś innego, a… a ja byłam taka słaba i z-zmęczona i nie potrafiłam go powstrzymać, nie mogłam… nie mogłam nic zrobić.
- Panno Granger – mówi zbolałym głosem.
Wiem, o co chce zapytać, ale nie ma odwagi.
Szybko potrząsam głową.
- Do niczego nie doszło. – Zmuszam się do słabego uśmiechu. – Myślę, że unieszkodliwiłam go na cały dzień.
Wyraźnie odpręża się na te słowa i zbliża się do mnie.
- Chodź.
Przekłada mnie na materac, po czym cofa się o krok, wciąż uważnie mi się przyglądając.
- Dlaczego im pan odmówił? – pytam cicho.
- Widzę, że wciąż mamy pewne problemy z wzajemnym zaufaniem – mówi tylko.
- Nie chciałam o tym myśleć… I w pierwszej chwili nie myślałam, ale… potem… - milknę.
- Naprawdę myślałaś, że byłbym w stanie zdradzić Zakon, zdradzić dyrektora?
Chciałabym móc powiedzieć, że nie. Ale nie wiem.
Już niczego nie jestem pewna.
- Rozumiem – mówi po chwili ciszy.
- Co… co z nią zrobią? – pytam, spoglądając na tę biedną dziewczynę.
- Nie zostawią jej tu, nie martw się.
- Była taka młoda – szepczę. – Znał ją pan? Uczęszczała do Hogwartu?
Spina się.
- Powinnaś odpocząć.
- To wszystko moja wina.
- Granger…
- Powinnam była coś zrobić. Patrzyła na mnie i…
- Wśród ofiar nigdy nie brakuje niewinnych.
Cisza.
- Odpocznij choć trochę – odzywa się ponownie.
- A wciąż pan tu będzie, kiedy się obudzę?
Zadając to pytanie, czuję się jak małe dziecko.
- Masz moje słowo – odpowiada.
Przytakuję i zamykam oczy, modląc się, żeby wszystkie te potworne wspomnienia dzisiejszego dnia zniknęły z mojej głowy.
