Szczęście nie jedno ma imię
Na dzień przed drugim zadaniem Turnieju Trójmagicznego na korytarzach Hogwartu, w jego murach, na dziedzińcach wyczuwało się aurę oczekiwania. Każdy uczeń, gość, czy nauczyciel nie myślał już o niczym innym, jak tylko o zbliżającym się konkursie. Sami uczestnicy czuli ekscytacje, ale również niepokój. Pierwsze zadanie nie było łatwe i nie należało do najbezpieczniejszych. Czego mieli się spodziewać tym razem? Nie wiedzieli. Domysły, jakie snuli na podstawie wskazówki z jaj nie były zbyt precyzyjne. Ogólnie mówiąc – wszystko było możliwe.
Hermiona spędzała ostatnie wolne chwile relaksujący się w łazience prefektów, o której „poinformował" ją Riddle. Nie mogła ukryć, że od początku swojego pojawienia się w 1943 roku nie marzyła o niczym innym, jak tylko o tej wannie wielkości basenu. Chciała być wypoczęta przed jutrzejszym zadaniem. Chciała oczyścić myśli, a gdzie lepiej to zrobić jak nie w kąpieli?
Dziewczyna odepchnęła się od ściany i leniwie pokonała długość zbiornika, po czym z gracją wyszła z wody. Zawinęła leżący nieopodal ręcznik wokół swojego ciała i podeszła do lustra, by przyjrzeć się swojemu odbiciu.
Mokre lekko kręcone kosmyki okalały jej twarz, a kropelki wody płynęły po policzkach, szyi i dekolcie by zniknąć w puchowym materiale ręcznika. Wyglądała lepiej niż przez ostatni czas. Była mniej zmęczona, mniej zastraszania, mniej stłamszona. Zawarli z Riddlem cichy pakt o nieagresji, który jak na razie działał bez zarzutów. On nie dręczył jej za pomocą klątwy, ona nie rzucała mu wyzwań. Dalej każdej nocy wracał do jej sypialni, ale poza tym prawie nie spędzali ze sobą czasu. Oczywiście nie licząc tych momentów, gdy byli na zajęciach, czy na posiłkach. Musieli utrzymywać pozory. W oczach wszystkich dalej byli naczelną parą Hogwartu. W zasadzie dziewczynie to nie przeszkadzało, biorąc pod uwagę uczucia, jakimi darzyła młodego Riddle'a. Chciała jednak, żeby to nie było tylko udawane. Między sobą mieli wiele wzlotów i upadków. Dużo szczęśliwych, jak również dużo tragicznych chwil. Hermiona marzyła o tym, by wreszcie udało jej się jakoś dotrzeć do chłopaka. Przełamać jego barierę ochronną, dostać się pod skórę. Czasem… czasem miała wrażenie, że jest już blisko, jak na przykład w momentach, kiedy mówił jej i tylko jej, że należy do niego. Może to brzmiało, jakby traktował ją przedmiotowo, jednak sam fakt, z jaką zaborczością to mówił, dawał nadzieję na to, że jednak jest dla niego ważna. Oczywiście to nie było nic na tyle silnego, żeby traktował ją jak równą sobie, żeby zdjął klątwę, żeby jej zaufał. Panna Black podejrzewała, że on sam nie rozumiał, co do niej czuje i ile dla niego znaczy. Nie chciał jej, ale nie mógł od niej odejść. Nie chciał jej kochać, ale nie mógł znieść myśli o tym, że ktoś inny mógłby to zrobić. Nie chciał jej uczuć, jednak nie chciał dopuścić do tego, żeby obdarzyła nimi kogokolwiek innego.
Jednak w tamtym momencie to nie miało aż takiego znaczenia. Hermiona wiedziała, że przyjdzie jeszcze moment, w którym będzie musiała zawalczyć, o tego człowieka. Dalej miała nadzieję i wiedziała, że zrobi wszystko by osiągnąć swój cel. Jednak jeszcze nie w tym momencie.
Nie spieszyła się, kiedy wracała do pokoju wspólnego Slytherinu. Nie musiała. I tak wszyscy schodzili jej z drogi, bo wiedzieli, że podczas turnieju jest ona nietykalna. Riddle był zdeterminowany by wygrać, a jak na razie ona była mu do tego potrzebna. Dlatego też, gdy z przeciwka wyszła na nią grupa ślizgonek Hermiona nawet nie zwróciła na nie uwagi. Nie była to najlepsza decyzja, ponieważ nagle została brutalnie zatrzymana przez jedną z dziewczyn. Walburga Black przycisnęła ją do ściany i niedelikatnie wbiła swoją różdżkę w jej szyje. Hermiona nie próbowała się nawet wyrywać, jednak zdecydowanie daleko jej było do poddania się. Wyzywające spojrzenie, jakie posłała swojej „krewnej" mogło zabijać. Prawie żałowała, że rzeczywiście tego nie robiło.
- No i czemu się szczerzysz?
Była gryfonka nie mogła zrozumieć, jak napastnik może być tak nieprzygotowany do ataku. Sama już nie była pewna, czy to wynikało z pośpiechu, czy jednak po prostu z głupoty. Hermiona była weteranką. Wojna, która toczyła się w jej czasach pozbawiła ją resztek naiwności i nauczyła, że zawsze trzeba być czujnym. Szalonooki Miody miał rację, gdy w każdym widział swojego wroga. Oczy trzeba mieć dookoła głowy, a różdżkę zawsze w pogotowiu. Teraz w 1943 roku młodzi czarodzieje nie mieli pojęcia, czym jest wojna, czym jest walka. Żyli beztroskim życiem. Od wakacji do wakacji. Cieszyli się miłością i rodziną. Nie mieli pojęcia, co ich czeka. Owszem mieli świadomość o istnieniu wojny w końcu Grindewald trząsł Europą, ale było to na tyle daleko, że nie wypływało znacząco na ich życie. Nie bali się wojny, nie czuli jej okrucieństwa. Wręcz przeciwnie. Uważali, że może ona wyzwolić, że walka za sprawę jest piękna i słuszna. Byli też tacy, co się do niej wręcz palili. Młodzi i głupi. Beztroskie dzieci uważające śmierć setek, tysięcy czarodziejów i mugoli za zwykłą zabawę. Dlatego też Tomowi udało się tak szybko znaleźć zwolenników i zbudować armię. Czarodziejska młodzież 1943 roku była, jak glina. Każdy mógł ją ukształtować na własne widzimisię. Trzeba było tylko nauczyć ich przebiegłości. I właśnie jej brakowało przyszłej matce Syriusza. Nim Walburga zdążyła zrobić cokolwiek różdżka Hermiony była w jej dłoni, a jej napastniczka wylądowała na przeciwległej ścianie trąc obolałą potylice i próbując dosięgnąć swojej broni, która poturlała się po betonowych płytach korytarza. Żadna z towarzyszek Walburgi nie śmiała się ruszyć i w jakiś sposób wtrącić się w starcie między obiema pannami Black. Z resztą dobrze wiedziały, że zadzieranie z Hermioną nie mogło skończyć się dobrze. Były świadome tego, że dziewczyna jest przywiązana i zależna od Riddle'a, ale doskonale wiedziały, jaką silną wiedźmą była. Z resztą Riddle by z nią tak nie walczył, gdyby nie była naprawdę groźna. Nie miałaby tyle jego uwagi i szacunku, bo mimo wszystko, każdy wiedział, że Hermiona była wyjątkowa. Intrygowała, jak nikt inny i to nie tylko Riddle'a. Mało kto chciał to przyznać, ale każdy wiedział, że pomimo pogardy, jaką podobno czuli do niej członkowie domu węża, wielu miała okręconych wokół palca. Bardzo prawdopodobne było to, że nawet sama zainteresowana tego nie dostrzegała, ponieważ była zbyt pogrążona w swojej apatii, ale ludzie wiedzieli, czuli. Dlatego też, gdy kasztanowłosa wcisnęła czubek swojej różdżki w policzek Walburgi, tak jakby skóra miała zaraz poddać się temu naporowi, żadna z pozostałych dziewczyn nie zareagowała. Ba, część nawet postanowiło uciec. Być może któraś była na tyle inteligentna by dać znać Riddle'owi, a może nie?
- Może lepiej ty mi powiesz, siostrzyczko, gdzie się podział twój uśmiech?
Usta Hermiony zdobił naprawdę brzydki uśmiech. Chyba uczyła się uśmiechać od najlepszych. Chyba uczyła się bycia niebezpieczną i przerażającą. Nie była świadoma, jak dużo przejęła od Toma, jak bardzo ją zmienił. Jednak w takiej chwili jak ta, nie mogła go za to winić, a wręcz przeciwnie – była mu wdzięczna. W jej głowie kłębiły się setki naprawdę paskudnych klątw, którymi mogłaby potraktować swoją napastniczkę. Wiedza, jaką posiadła on momentu, w którym związała się z Riddlem była spektakularna, ale również daleka od "dobrej". Jednym z efektów klątwy, a być może już więzi było to, że Hermiona chciała zrozumieć. Co takiego pociągającego było w zakazanej sztuce? Co takiego miała w sobie czarna magia, że udało jej się spaczyć i opętać umysł tak potężny, jak umysł Toma? Dlatego zaczęła czytać. Zgłębiała tajniki tej dziedziny magii, której zawsze się bała, którą się brzydziła. Hermiona zawsze chłonęła wiedzę, jak gąbka, nawet, jeżeli jej zamiarem nie była nauka. A może tak tylko myślała? Może tylko szukała pretekstu by zgłębić tę dziedzinę wiedzy, którą zawsze omijała szerokim łukiem, a podświadomie pragnęła wiedzieć na ten temat wszystko? Dziewczyna zawsze lubiła konkurencję. Lubiła zawody. Jeżeli chodziło o zdobywanie i posiadanie wiedzy nie miała sobie równych. Zawsze była najlepsza. Aż przeniosła się do 1943 roku i spotkała Toma Riddle'a. Błyskotliwego, przystojnego i cholernie mądrego prefekta naczelnego, który okazał się być godnym przeciwnikiem. Jednak miał nad nią przewagę, a była to właśnie czarna magia. Natura Hermiony nie pozwoliła jej tego tak zostawić, dlatego teraz, gdy Walburga otwarcie wypowiedziała jej wojnę na usta dziewczyny cisnęły się same najgorsze klątwy. Była wściekła. Przecież miała mieć spokojny, relaksujący wieczór przed drugim zadaniem turnieju, a ta wywłoka zaprzepaściła wszelkie próby, jakie podjęła, by to osiągnąć. Hermiona naprawdę chciała skrzywdzić Walburgę. Chciała jej pokazać, że nie można jej atakować, że nie można jej przeszkadzać, że nie można jej grozić, bo to grozi strasznymi konsekwencjami. Chciała pokazać, że nie traktuje swoich wrogów z pobłażaniem, że nie tylko umie się bronić, lecz także mścić w wyszukany i bolesny sposób. Już miała rzucać zaklęcie, którym niegdyś, w jej dawnym życiu, Harry potraktował Dracona, gdy dostrzegła ruch na końcu korytarza.
- Black!
Tom wyszedł zza rogu, a jego szaty powiewały za nim od tempa jego chodu. Jego kroki rozniosły się głośnym echem po hogwarckim korytarzu. Był już blisko, już sięgał po swoją różdżkę, gdy dostrzegł spojrzenie Hermiony. Czekoladowe oczy nie wyrażały zwykłej miękkości, dobroci, czy ostatnio obecnego smutku. Te oczy płonęły złością, nienawiścią. Wiedział, że nie może teraz interweniować. Cokolwiek zrobiła Walburga, musiała sobie zasłużyć na ten gniew, a on? A on chciał wiedzieć, na co stać tę zagadkową dziewczynę, która pojawiła się znikąd i cały czas układała świat na swoją modłę. Widział rządzę w oczach kasztanowłosej, widział tę potrzebę zadawania cierpienia, którą tak doskonale znał i pomimo tego, że zupełnie ona nie pasowała do tej dziewczyny, był gotowy jej na nią pozwolić. Z czystej ciekawości. Chciał wiedzieć, na co było stać dziewczynę, którą jak do tej pory z trudem naginał do swojej woli. Ona była wojowniczką, była przez to na swój sposób inna, oderwana od rzeczywistości. Zawsze była gotowa do ataku. Różdżka w jej dłoni pojawiała się w mgnieniu oka, a pojedynkowała się, jak nikt inny. Nie miał pojęcia, gdzie zdobyła swoje doświadczenie, ale obserwowanie tego, jak walczyła, jak robiła uniki i jak wyprowadzała kontrataki, sprawiało, że chciał pokazać jej szczyt swoich możliwości, żeby i ona mogła w pełni się rozwinąć. Dlatego też zatrzymał się w pół kroku, pół gestu, a na jego usta wypłynął szelmowski uśmiech. Uniósł swoje dłonie w pojednawczym geście z lekkim skłonieniem głowy. Dał jej wolną rękę i w tym momencie uwaga dziewczyny wróciła do jej przeciwniczki.
- Chciałabym zrobić ci krzywdę, która zapewniłaby mi to, że już nigdy nie będę musiała na ciebie patrzeć, ale w takim przypadku musiałabym cię zabić, a jeszcze nie chce wylądować w Azkabanie, więc sprawię, żebyś cierpiała. Nie będzie to chwila, moment. Możesz mi wierzyć.
Brutalność, jaka nagle zrodziła się w Hermionie, dziwiła ją samą, ale nie mogła sobie jej odmówić. Naprawdę chciała, żeby Walburga zapłaciła jej za wszystkie przytyki i ataki. Miała dość tego, że wszyscy nią pomiatają i uważają za nikogo.
- Sectumsempra.
Hermiona widziała jak na ciele Walburgi otwierają się nowe rany, a krew wypływała z nich w ilościach, które lada moment mogły zagrozić życiu. Jednak czarownica wiedziała, że jej intencją nie była śmierć, a cierpienie. Dlatego też rzuciła kolejne zaklęcie, które miało leczyć rany do stanu, w którym ciało miało szanse na przetrwanie. Jednocześnie rzuciła kolejny czar, który zapewnił, że cały proces ranienia i leczenia, będzie trwały i cykliczny. Kusiło ją by dodać coś jeszcze do jej klątwy, jakąś niespodziankę, jednak ostatecznie uznała, że na ten moment musiało wystarczyć to, co już zapewniła drugiej ślizgonce. Odstąpiła na krok od Walburgi i pozwoliła jej się bezwładnie osunąć po ścianie. Jeszcze chwile przyglądała się bladej i cierpiącej twarzy swojej ofiary, po czym brutalnie złapała dziewczynę za podbródek i zmuszając ją do patrzenia w jej oczy wycedziła:
- Jeżeli komukolwiek powiesz, albo jeszcze raz wejdziesz mi w drogę, nigdy więcej nie zaznasz więcej mojej łaski. Uwierz mi, to co cię aktualnie spotkało, jest najmniejszą z hipotetycznych kar. Zrobię z twojego życia piekł było pierwsze i ostatnie ostrzeżenie. Zrozumiano?
Po czym odwróciła się na pięcie i nie czekając na odpowiedź, odeszła w stronę pokoju wspólnego, gdzie Riddle. Zaklaskał, gdy już była tuż przed nim, ale nie zareagowała, tylko minęła go bez słowa i skierowała swoje kroki najpierw do dormitorium Slytherinu, a potem do swojej sypialni.
Chciała mieć tylko wolny wieczór. Spokojny wieczór, bez żadnych ekscesów. Czy to było tak wiele? Czy oczekiwała za dużo? Rzuciła się na łóżko i ukrywszy twarz w poduszce wykrzyczała w nią wszystko, co myślała na temat tej sytuacji. Była sfrustrowana, zmęczona, zła, a jedyne, czego chciała to być wypoczętą. Gwałtownie podniosła się do pozycji siedzącej i w pośpiechu zaczęła zdejmować z siebie ubrania. Czuła się jakby parzyły ją w skórę. W momencie, w którym miała zdejmować z siebie bieliznę do jej pokoju wszedł nie kto inny jak Tom Riddle. Rozejrzał się szybko po pomieszczeniu i jeszcze raz spojrzał na zamarłą bez ruchu ślizgonkę, a na jego wargi wypłynął uśmiech.
- Nie przeszkadzaj sobie.
Hermiona dopiero po tych słowach, zdał sobie sprawę z tego jak właśnie wygląda i co właśnie robi. Rumieniec wystąpił nie tylko na jej twarzy, całe ciało przybrało lekko różową barwę, być może kolor byłby wyraźniejszy, jednak dziewczyna uciekła szybko do łazienki, uciekając przed wzrokiem intruza. Jej wcześniejsza kąpiel wydała jej się już nieaktualna, dlatego po chwili namysłu weszła pod prysznic i brutalnie zaczęła szorować swoje ciało. Czuła się brudna i zawstydzona. Poznawanie czarnej magii w teorii było czymś zupełnie innym, niż stosowanie jej w praktyce i... cieszenie się tym. Oparła głowę o zimne kafelki, a pod jej powiekami zaczęły zbierać się łzy. Czuła, jak policzki pieką ją z uczuć, które ją zawładnęły. Już nie chodziło tylko o to, że Riddle ją przyłapał. A może chodziło tylko o to? Bała się, że zobaczy jej zadowolenie, tak samo jak zobaczył jej niemal nagie ciało. Hermiona zakręciła wodę, odepchnęła głęboko i po chwili wyszła już w pełni ubrana. Minę miała butną, jednak skóra dalej ją zdradzała, była cholernie zawstydzona.
- Czego chcesz?
Nie siliła się na uprzejmości. Wiedziała, że są zbędne. Riddle zaśmiał się cicho, pokręcił głową i rozłożył ręce w poddańczym geście.
- Spokojnie, nie mam zamiaru skończyć jak Walburga. – uśmiech grał na jego idealnie wykrojonych ustach, a iskierki rozbawienia i podziwu tańczyły w jego granatowych oczach. Niespiesznie pokonał odległość, jaka ich dzieliła, ale nie dotknął Hermiony. Zatrzymał się na pół kroku przed nią, mierząc wzrokiem od stóp do głów. Jakby widział ją po raz pierwszy, jakby oceniał ją po raz pierwszy. Sięgnął po pukiel jej lekko wilgotnych włosów i obrócił go w palcach.
- Zaimponowałaś mi. Musze przyznać, nie sądziłem, że cię na to stać. Zawsze wydawałaś się taka delikatna. Taka paskudnie dobra. Nie dziwię się już, dlaczego wątpiłaś w to, że kiedykolwiek możesz zostać przydzielona do Slytherinu. Co to było za zaklęcie? Nigdy o nim nie słyszałem.
- A co ty możesz na ten temat wiedzieć? – zrobiła krok do tylu, żeby odsunąć się od bruneta, żeby opuścił jej strefę prywatną, jednak ten złapał ją za ramie i przyciągnął do siebie jeszcze bliżej. Hermiona opierała się ramionami o jego szeroką klatkę piersiową, walcząc sama ze sobą by nie ulec czarowi tego mężczyzny. Czuła jego obezwładniający zapach, naprawdę chciała się w nim zatracić, ale widziała, że nie mogła.
- Powiem ci coś, o czym nigdy nie mówiłem. Widzisz w domu węża od dawien dawna trwały zakłady, która ze ślizgonek będzie kiedyś panią Riddle. Chcieli wiedzieć, której uda się mnie zdobyć, czy raczej, na którą się zdecyduje. Wszystkie się do mnie wdzięczyły, szczebiotały i zachęcały, bym je wziął tu i teraz. Liderką zawsze była Walburga, a potem pojawiłaś się ty i całe zakłady szlag trafił. Co nie zmienia faktu, że widzą twoją inność. Tobie nie zależy. Wręcz wydajesz się być mną niezainteresowana, a jednak trwasz u mojego boku, a co najgorsze wydajesz się być go godna. Jesteś silna, niebezpieczna, szalenie inteligentna, twoja wiedza jest równa mojej. Naprawdę całe kółko hazardowe padło, a powodem jesteś ty.
- Niby dlaczego? Przecież to nie tak, że kiedykolwiek miedzy nami będzie coś więcej niż rywalizacja. Nie ukrywajmy, trzymasz mnie przy sobie, bo bywam przydatna i nie możesz mnie rozgryźć. Kiedy nie będę potrzebna rzucisz mnie w kąt, jak nudną, szmacianą lalkę. Wtedy Walburga będzie mogła wziąć swoją nagrodę.
Jego śmiech prawdopodobnie rozniósł się po całym dormitorium domu węża. Był taki szczery, taki zdrowy, aż chciało się do niego przyłączyć. Hermiona jednak patrzyła na Toma spod byka nie rozumiejąc jego rozbawienia. Nie wiedziała, dlaczego prawie zatacza się ze śmiechu, dlaczego w kącikach jego oczu dostrzega łzy rozbawienia. Jej wcale ta sytuacja nie bawiła. Wręcz przeciwnie, jej rozdrażnienie z każdą chwilą się wzmagało. Jedyną rzecz, która powstrzymywała ją przed wybuchem, był fakt, że tak dawno nie widziała go tak ludzkiego i pomimo swojej złości jej serce topniało na ten widok. Żałosne prawda?
- Hermiona, posłuchaj – z trudem łapał oddech starając się wypowiedzieć te słowa. Oparł dłonie na biodrach i po chwili powiedział znowu:
- Jeżeli myślisz, że Walburga miała u mnie kiedykolwiek, jakiekolwiek szanse, to się grubo mylisz. Owszem byłaby dobrą partią. Z dobrego, bogatego domu z tradycjami i przekonaniami. Ale do cholery, nie znam bardziej tępej dziewczyny. Nie wytrzymałbym z nią nawet godziny.
Dziewczyna patrzyła z zainteresowaniem. Voldemort, którego znała w ogóle nie przypominał tego, którego miała właśnie przed oczami. Oczywiście Tom był zły i Hermiona wiedziała, że w końcu osiągnie stan jaszczurkopodobnego szaleńca z jej czasów, ale teraz, w 1943 roku wydawał się on zupełnie inny. Był na swój sposób potworny, ale był też ludzki. Był brutalny, ale umiał też odpuścić, sama była tego przykładem. Dziewczynę naprawdę zastanawiało, co tak naprawdę spowodowało, że stał się tym, którego znała. Przecież teraz miał przed sobą ogrom alternatywnych przyszłości. Co mogło pójść na tyle nie tak, żeby stworzyć krwiożerczego potwora?
Och. Przecież doskonale wiedziała. Horkruksy. Zgodnie z jej obliczeniami Tom zrobił już dwa: dziennik i pierścień Marvolo Gaunta. Hermiona była w posiadaniu medalionu Slytherina, więc była pewna, że cały proces tworzenia się opóźni.
Wtedy właśnie dotarło do niej, jaka była głupia. Miała rozwiązanie cały czas pod nosem, a nie umiała tego wykorzystać. Jeżeli tylko uniemożliwi Tomowi stworzenie horkrusków, to jest szansa na to, że będzie się go dało uratować. Zdawała sobie sprawę z tego, że proces się już zaczął, ale jednocześnie wiedziała, że miał plan, w jaki sposób chce to zrobić, czym mają być te przedmioty. Mogła temu zapobiec, a być może udałoby się jej odwieść Riddle'a od tego planu, jeżeli odnalezienie pożądanych przedmiotów okazałoby się niemożliwe.
Nieświadomie zaczęła się uśmiechać. Nowa nadzieja, jaką w sobie odnalazła, zdawała się być obiecującym początkiem.
- Dalej nie odpowiedziałaś mi na pytanie. – bawił się od niechcenia jej włosami patrząc uważnie na jej twarz.
- Mój przyjaciel użył to kiedyś na swoim wrogu. – odpowiedziała nieświadomie pogrążona we własnych myślach. Nie dostrzegła drobnego skurczu twarzy swojego towarzysza. Nie dostrzegła niczego.
Stali ramie w ramie na linii startu i spoglądali w stronę zakazanego lasu. Ich wyścig zaczynał się w puszczy od strony jeziora. Czy byli gotowi na to, co miało ich spotkać? Prawdopodobnie nie. Nie poznali jeszcze oficjalnych szczegółów zadania, więc niepewność ściskała ich serce, a adrenalina przejęła władze nad rozsądkiem.
Hermiona poczuła uspokajający uścisk na swojej dłoni. Podniosła oczy, by spojrzeć na swojego towarzysza. Jego twarz jak zawsze była nie przeniknioną maską. Nie znała jego uczuć, jedyne, co dostrzegała to determinacje w jego oczach. Westchnęła cicho łapiąc ostatni spokojny oddech przed konkurencją.
- Drodzy uczniowie, nauczyciele, goście i wy kochani uczestnicy. Przed nami drugie zadanie w tegorocznym Turnieju Trójmagicznym. Waszym zadaniem jest znalezienie kamienia, który widzieliście w podpowiedziach z jaj. Jednak nie myślcie, że to będzie łatwa droga! Każda para pobiegnie jedną z 3 wyznaczonych ścieżek. Na waszej drodze możecie spotkać przeróżne bestie, możecie zobaczyć rzeczy, których nigdy nie chcielibyście widzieć. Musicie współpracować. Musicie się bronić, ale cokolwiek by się nie działo, czegokolwiek byście nie zobaczyli, nie wolno wam się cofnąć, nie wolno wam spojrzeć wstecz.
Hermiona odetchnęła z ulgą. Miała rację odnośnie historii z mitologii, jednak wersja turniejowa była prostsza od tej, którą sobie wyobrażała. Była szansa na to, że wszystko będzie dobrze. Wystarczyło, żeby trzymali się razem.
- Gdyby któreś z was miało jakieś problemy, przypominam – zaklęcie Periculum.
Przedzieranie się przez coraz gęstsze zarośla, brocząc w bagnie, mając cały czas oczy dookoła głowy nie było łatwe. Hermiona już straciła rachubę, jeżeli chodzi o liczbę zaklęć, które posłała w dzicz. Miała wrażenie, że w ogóle nie posuwają się do przodu, a cały czas krążą. Była zmęczona, pogryziona i zła. Jej cierpliwość się kończyła, a przekleństwa same formowały się na ustach. Natomiast Riddle znosił wszystko, na pierwszy rzut oka – doskonale. Wyznaczał trasę, niemal ciągnął ją za sobą. Dziewczyna myślała, że jeszcze chwila i urwie jej dłoń, co jeszcze bardziej ją denerwowało. Miała ochotę rzucić wszystko w cholerę i się poddać, jednak wiedziała, że to nie w jej stylu.
Gdy potraktowała zaklęciem kolejnego z kolei stwora i myślała, że na jakiś czas mają spokój, usłyszała wołanie.
- Miona! Miona!
Zatrzymała się w pół kroku i zaczęła niespokojnie rozglądać. Ten głos był boleśnie znajomy, ale przede wszystkim nieodpowiedni.
- Hermiono! Gdzie jesteś?!
Pociągnęła za sobą Riddle'a gnając na oślep przed siebie. Musiała znaleźć źródło tego głosu. Jej serce kołatało się w piersi niespokojnie, a oddech niebezpiecznie przyspieszył. W żyłach nie płynęła jej już krew, a tylko adrenalina. Jej oczy błądził po otaczających ich zaroślach, a krzyki dalej roznosiły się z daleka. Nie wiedziała, co się dzieje, była przerażona.
- Cholera, Hermiono!
Kolejny głos, tak samo znajomy, jak ten pierwszy. Dobiegał z zupełnie innej strony. Dziewczyna zatrzymała się nie wiedząc, co ma zrobić. Krzyki stawały się coraz głośniejsze, coraz bardziej gorączkowe.
- Black do cholery, co ci się dzieje?
Poczuła silne, męskie ręce ściskające jej ramiona. Riddle patrzył na nią zaniepokojony. Gdy dotknął jej policzka była chorobliwie zimna, a jej skóra zbladła, przybierając niezdrowy żółto-zielony odcień. Hermiona chciała się wyrwać i biec dalej w kierunku głosów, jednak on jej nie pozwolił.
- Hej, nie wyrywaj się, nie pędź tak. Uspokój się, nic się nie dzieje.
- NIE SŁYSZYSZ ICH? JAK MOŻESZ MÓWIĆ, ŻE NIC SIĘ NIE DZIEJE?
Zaczęła krzyczeć i jeszcze bardziej szamotać się w uścisku Riddle'a. Musiała, jak najszybciej pomóc Harry'emu i Ronowi. Pewnie ktoś robił im krzywdę. Pewnie on robił im krzywdę.
- To jakaś kolejna twoja chora gierka, żeby uprzykrzyć mi życie? Nawet teraz nie mogłeś odmówić sobie tej przyjemności, żeby zniszczyć to, na czym mi zależy? Przecież oni mnie znienawidzą doszczętnie, bo to wszystko będzie moją winą. Ja ich na to naraziłam. To będzie moja wina, tylko, dlatego, że ty czerpiesz radość z przeobrażania mojego życia w koszmar! – wbijała paznokcie w jego ramiona próbując uwolnić się z jego uścisku. – PUSZCZAJ MNIE!
- Merlinie, uspokój się dziewczyno. O czym ty w ogóle mówisz?
Dopiero w tym momencie Hermiona dostrzegła prawdziwą troskę na twarzy Toma. Nie wyglądał na dumnego z siebie, nie miał tego wrednego uśmieszku, którym zawsze ją obdarzał w momentach swojego tryumfu nad jej osobą. Naprawdę był zaniepokojony.
- Nie słyszysz ich?
- Czego nie słyszę, Hermiono? – zapytał delikatnie, nieco poluźniając uchwyt na jej ramionach. – W lesie panuje cisza. Słychać tylko błoto pluskające pod naszymi butami i pękające gałązki.
Dziewczyna przetarła twarz wierzchem dłoni. Była zmęczona i ewidentnie jej podświadomość się z nią bawiła w daleki od przyjemnego sposób.
- Przepraszam Tom, ja… - przełknęła ślinę dając sobie czas na wybranie odpowiednich słów – Wydaje mi się, że słyszałam coś, czego nie powinnam. Myślę, że to na swój sposób część zadania… Prawie się temu poddałam. Dziękuję, że mnie powstrzymałeś.
- Jesteśmy zespołem pamiętasz?
Uśmiech, który jej posłał był najszczerszym uśmiechem, jaki dotychczas widziała.
- Chyba się zbliżamy do końca.
W lesie zrobiło się zimno i ponuro. Patrzyli uważnie gdzie idą i na co stawiają swoje stopy, ponieważ każdy krok był niebezpieczny i niepewny. Tom wyszedł na pół kroku przed Hermionę, żeby oczyścić ścieżkę. Byli już wyczerpani. Nie mieli pojęcia, jak poszło innym zawodnikom, tylko raz zobaczyli na niebie czerwoną flarę zaklęcia Periculum. Ich trasa nie była łatwa, więc można było podejrzewać, że ich przeciwnicy też lekko nie mieli. Z jakimi lękami mieli się mierzyć? Nie wiedziała. Była natomiast pewna, że to, co ją spotkało, było straszne. Rozerwanie starej rany, rozdrapanie, zakażenie. Czuła się tak, jakby paskudna, śmierdząca ropa wyciekała z jej krwawiącego serca. Nie chciała się przyznawać przed samą sobą, jak bardzo bolało ją tamto wydarzenie. Nie chciała, bo wiedziała, że już nigdy nie uda jej się odzyskać tego, co straciła. Dlatego wiedziała, że w tej chwili ważnym było to, żeby skupiła się na tym, czego doświadczała teraz. Musiała się postarać, bo jeżeli utrata wszystkiego, co miała kiedyś miałaby pójść na marne, to jej życie naprawdę straciłoby wszelki sens.
Spojrzała ukradkiem na jej towarzysza. Widziała jego zdeterminowanie i gotowość na wszystko. Właśnie to uświadomiło jej, jak bardzo była w dupie. Nie było szansy na to, że uda jej się spełnić swoje zadanie. Od początku była na przegranej pozycji, a teraz? Teraz jej szanse nie były większe od zera. Była w nim zakochana, a jednocześnie go nienawidziła. Nie ufał jej. Nic na niego nie miała. Nie poczyniła żadnych postępów, a wręcz przeciwnie. Jej sytuacja z chwili na chwilę była coraz gorsza. Gdy miała jakiekolwiek szanse, to poddała się więzi i postanowiła żyć chwilą i beztroską. Zamiast działać, kiedy miała go okręconego wokół palca, pozwoliła siebie okręcić. A potem już było tylko gorzej, popadła w depresje, dała się związać klątwą, która odbierała jej niemal wolną wolę. Jak niby mogła teraz coś osiągnąć?
Czarne scenariusze przewijały się w jej głowie, z każdą chwilą czuła coraz większe zrezygnowanie. Widziała, że tego nie dało się już uratować. Przegrała. Była beznadziejna. Wiedziała, że przez jej głupotę w przyszłości zginą setki, tysiące niewinnych istnień. To ona była za to odpowiedzialna, to wszystko była jej wina. Czuła, że to ją przytłacza. Wstydziła się siebie, czuła do siebie odrazę. Odebrała wielu rodzinom szanse na szczęście. Przez nią i tylko przez nią rodzice umierali w wojnie osierocając własne dzieci, które i tak mogły nie przetrwać czasów wojny. Miała na swoim sumieniu życie starców, dorosłych, młodzieży. To wszystko była jej wina, bo nie umiała działać, kiedy powinna. Łzy piekły ja w oczy, a oddech wiązł w gardle od prób powstrzymywania płaczu. W tym momencie jedyne, o czym marzyła to, to żeby Turniej Trójmagiczny rzeczywiście okazał się taki niebezpieczny i zabójczy. Chciała odejść z tego świata i już nie cierpieć, bo wiedziała, że przegrała wszystko, co mogła.
Zatrzymała się. Nie mogła, nie chciała iść dalej. Poczuła zimno, obezwładniający smutek. Poczuła, jakby całe szczęście zostało z niej wyssane. Było za późno, kiedy się zorientowała. Spojrzała przed siebie widząc oddalającą się sylwetkę Toma, a kątem oka obserwowała wysoką, czarną postać. Dementor. Wiedziała, że nie ma siły, żeby wyczarować patronusa. Wiedziała, że to już koniec. Ostatkiem sił zawołała chłopaka. Nim sylwetka dementora przesłoniła jej widok zobaczyła, jak Riddle się odwraca i podnosi różdżkę.
Potem wszystko zadziało się bardzo szybko. Błysk światła niemal ją oślepił, a po chwili, nim zdążyła się ogarnąć silne męskie dłonie poderwały ją do pozycji stojącej. Nie pamiętała, kiedy upadła na kolana. Jak przez mgłę docierał do niej, jak wciska w jej rękę różdżkę i każe rzucać zaklęcia. Za drugą rękę ją ciągnął zmuszając do biegu. Słyszała, jak do niej mówił, ale nie pojmowała znaczenia jego słów.
- Black, do cholery ogarnij się wreszcie! Jesteś mi potrzebna! – kolorowe promienie zaklęć latały na prawo i lewo. Zewsząd otaczały ich węże, a w głębi lasu czaiły się sylwetki kolejnych dementorów. – Hermiono, proszę!
Świadomość powoli do niej wracała, a mięśnie zaczynały działać poprawnie. Ich sytuacja była beznadziejna.
Zaczęła miotać zaklęciami, jak oszalała. Cały czas wypatrywała również kamienia, który miał być zakończeniem ich zmagań. Widziała ulgę na twarzy Toma, gdy wreszcie się obudziła.
- Chyba to widzę!
Hermiona spojrzała w kierunku, który wskazywał młody Riddle. Rzeczywiście można było dostrzec mdłą poświatę przebijającą się między gałęziami. Przyspieszyli chcąc, jak najszybciej dotrzeć do celu. Niestety na ich drodze stanął mur stworzony z dementorów. Gonili ich z tyłu, stali przed nimi. Byli w potrzasku.
- Dawaj, Black! Niech ten głupi trening w pokoju życzeń nie pójdzie na marne.– ścisnął jej dłoń dodając odwagi, a na jego ustach pojawił się szelmowski uśmiech. – Próbujemy razem. Na trzy.
Zacisnęła oczy i skupiła się na najszczęśliwszych wspomnieniach, jakie miała.
Widziała siebie wraz z rodzicami, jak śpiewała kolędy przy choince w wigilijny wieczór. Widziała sowę oraz list z Hogwartu, w którym dowiedziała się, że jest czarownicą. Widziała też siebie, gdy patrzyła w granatowe oczy i widziała w nich miłość.
- Raz... Dwa... TRZY!
- EXPECTO PATRONUM!
Dwa świetliste kształty uderzyły w mur dementorów skutecznie go rozrywając. Feniks i wąż w harmonii walczyły z ciemnymi postaciami. Nim Hermiona zrozumiała, co się stało Tom ciągnąc ją za sobą dopadł do kamienia. W momencie, kiedy jego palce zacisnęły się wokół zimnego przedmiotu poczuli charakterystyczne szarpnięcie w okolicach pępka.
Z hukiem wylądowali na ziemi. Nim się pozbierali otoczył ich tłum ludzi i zaczęli wymachiwać nad nimi różdżkami. Zatroskane twarze zlewały się w jedną, a przekrzykujące się głosy były tylko niezrozumiałym szumem. Hermiona i Tom nie do końca wiedzieli, co się dzieje. Z nimi było wszystko w porządku, więc, o co był cały problem? Próbowali coś powiedzieć, dowiedzieć się, o co chodzi, ale nie było im to dane. Sytuacja stawała się coraz bardziej groteskowa. Oni byli w jej centrum, ale nie mieli pojęcia, dlaczego.
Wtedy na horyzoncie pojawił się nie kto inny jak Albus Dumbledore. Nie był dyrektorem, jednak wszyscy doskonale wiedzieli, jak potężnym i mądrym czarodziejem był. Całe magiczne społeczeństwo patrzyło z szacunkiem na tego człowieka. Dlatego tylko on mógł opanować tę beznadziejną sytuację i zaprowadzić spokój.
- CISZA! – zbiegowisko zamarło i ucichło w pół gestu i pół słowa. Dumbledore pokonał tłum, żeby dostać się do pary ślizgonów, która dalej zdezorientowana siedziała na ziemi.
Profesor Transmutacji otaksował ich wzrokiem znad okularów - polówek, po czym zaoferował swoją dłoń Hermionie, by mogła wstać.
- Panie profesorze, co się dzieje?
- Nie teraz moje dziecko. Najpierw pójdziecie do skrzydła szpitalnego, a potem spotkamy się w gabinecie profesora Dippeta, zrozumiano?
Dziewczynie cisnęła się na usta setka pytań, ale wzrok Dumbledore'a skutecznie ją powstrzymał od ich zadania. Kiwnęła tylko głową i ciągnąwszy Riddle'a za sobą odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę zamku.
Zamek wydawał się opustoszały, gdy szli jego korytarzami. Ich kroki niosły się echem, ono odbijało się od ścian i przenosiło dalej.
- Myślisz, że wygraliśmy?
- Naprawdę tylko to cię interesuje? Mogliśmy zginąć!
- Mogliśmy, przez ciebie.
Hermiona zamilkła. Nie mogła znaleźć kontrargumentu na to oskarżenie, bo wiedziała, że Riddle ma w pewnym sensie rację. To przez nią on się odwrócił i rozpętał się chaos. Prawdopodobnie gdyby ta sytuacja nie zaistniała to wszystko byłoby dobrze. Z resztą, ona od początku tego zadania była tym słabym ogniwem. Była podatna na wszystko, co było przewidziane, jako zagrożenie. Wiedziała, że na pewno ją wini.
- Przepraszam – jej słowa były ledwie słyszalnym szeptem. Nie chciała, żeby on czuł satysfakcję z tego, że przyznaje mu rację.
- Nie przepraszaj. Cieszę się, że ostatecznie nic się nam nie stało – spojrzenie, jakie jej posłał, było... dziwne. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że jest beznamiętne. Z drugiej strony można w nim było dostrzec ulgę i rzeczywistą radość. Oglądanie Riddle'a, który nie był ukryty pod maską braku emocji nie było czymś zwyczajnym. Rzadko pozwalał sobie na coś takiego. Sama nie była pewna, czy w ogóle na to pozwalał. Zawsze grał, ale był w tym dobry. Cieszył się, gdy ludzie nie wiedzieli, czego mogą się po nim spodziewać. Uwielbiał mieć tą władzę. Uwielbiał widzieć ten nieumiejętnie skrywany strach na twarzach... w zasadzie wszystkich. Bycie nieprzewidywalnym było jego naturą. Wyuczoną, czy nie, to była jego skóra. Jego prawdziwe ja. Chyba nie umiał już inaczej. Z resztą, kto by tego chciał? Na pewno nie on, a nikt inny się nie liczył. Dążył do celu po trupach, nigdy nie przejmował się zdaniem innych. Jego kółko wzajemnej adoracji też o tym wiedziało, a jednak mieli złudne wrażenie, że mają jakąś przewagę nad innymi, że są na uprzywilejowanej pozycji. Jedyną osobą, która zachowywała się tak, jakby naprawdę wiedziała, kim on jest i do czego jest zdolny, była Black. Jak zawsze, nikt inny – tylko ona. Ta zagadkowa wiedźma, która pojawiła się znikąd, a zachowywała się, jakby pozjadała wszystkie rozumy. Od jej pojawienia się, była w centrum wszystkich wydarzeń. Naruszała jego plany, wywracała je do góry nogami. Riddle nie należał do cierpliwych osób i naprawdę powoli tracił resztki swojej cierpliwości. Czasem chciał już posłać dziewczynę w cholerę, ale nie mógł. Nie wiedział, czemu, ale czuł, że ona może się przydać. Ta myśl powstrzymywała go, ale nie mogło to trwać wiecznie.
Trudno mu się było przed samym sobą przyznać, ale wiedział, że chce mieć tę dziewczynę przy sobie, choć działała mu na nerwy, jak nikt inny. Szła obok pogrążona we własnych myślach, z tym denerwującym wyrazem twarzy, który mówił o tym, że snuje jakiś plan. Jej twarz w ogóle go drażniła, bo w przeciwieństwie do innych, rzeczywiście dostrzegał w niej inteligencje. Wiedza dziewczyny była imponująca, jej zdolności magiczne również. Riddle'owi się to nie podobało. Dotychczas przewyższał wiedzą, przebiegłością i inteligencją wszystkich. Każdego potrafił omamić tak, że zrobiliby dla niego wszystko. Natomiast dziewczyna była zupełnie niepodatna na jego manipulację. Oczywiście wiedział, że jest jej słabym punktem, że dalej darzyła go uczuciami, ale mimo wszystko te uczucia nie pozbawiały ją zdrowego rozsądku. Właśnie to imponowało, a tym samym strasznie denerwowało dziedzica Slytherinu.
Na domiar złego dziewczyna posiadała nad nim przez moment swego rodzaju władzę i przewagę. Na samą myśl o tym było mu niedobrze i chciał coś zamienić w popiół. Więź zrobiła z niego mięczaka. Zaniechał swoich działań. Utracił swój cel. Niemal stracił szacunek swoich popleczników, a gdy już wyrwał się spod więzów, nie był w stanie zupełnie wyprzeć dziewczyny ze swojego życia. Męczyło go to do tego stopnia, że postanowił ją znowu do siebie przywiązać, ale na swoich warunkach. Myślał, że jeżeli sprowadzi ją do roli niemal swojego niewolnika to wszystko się zmieni, ale tak nie było. Mógł ją dręczyć, ale nie umiał skrzywdzić jej na dłuższą metę.
Nim się spostrzegł dotarli do skrzydła szpitalnego, gdzie czekała na nich rozgorączkowana i zmartwiona Madame Clukey.
- Och, kochanieńcy! Nareszcie! Szybko, szybko. Połóżcie się, zaraz się wami zajmę.
- Madame Clukey nie ma takiej potrzeby, wszystko z nami w porządku. – uniżony ton Riddle'a uświadomił Hermionie, dlaczego wszyscy nauczyciele go uwielbiali i widzieli w nim jedynie wcielenie anioła. Przecież zachowywał się tak, jakby nie istniała bardziej niewinna osoba od niego. Naprawdę była pod wrażeniem tego, jak wyrafinowanym graczem był. Dumbledore miał doskonałe oko, skoro udało mu się przejrzeć to idealnie dobrane przebranie.
- Tom, dziecko, co ty wygadujesz? Jak możecie być w porządku, skoro zaatakowało was stado dementorów i zniknęliście nam na trzy dni!
Trzy… dni?
toxicjolene pisze: Stało się. Po wielu, wielu miesiącach bez odzewu nagle pojawia się to. Jeżeli ktokolwiek jeszcze czyta te wypociny, to składam mu moje serdeczne gratulacje i podziękowania. Napiszę to jeszcze raz. Nie zapomniałam i skończę to opowiadanie. Może być to trudna, wyboista droga, ale to zrobię. Aktualnie muszę, jakoś spożytkować nadmiar natchnienia. Palce aż mnie świerzbią, a w głowie snują się coraz to nowe plany. Dawno nie czułam, czegoś tak intensywnego i muszę przyznać, że pierwszy raz od okropnie długiego czasu naprawdę mam wizję na tę historię. Jestem pewna, że nie będzie się ciągnęła w nieskończoność z powodu braku sensownego zakończenia. Także słowem podsumowania: wróciłam, mam się dobrze, mój mózg też, więc przyszłość opowiadania też powinna mieć się dobrze.
