Była głodna.
Była spragniona.
I cholernie wkurzona do takiego stopnia, że nie tylko próbowała powstrzymać się od rozklejenia ze złości, ale także powstrzymać się od wrzeszczenia na ten cholerny, irytujący, denerwująco radosny głosik w jej głowie, który śmiał się nazywać Wszechiskrą.
Wszystko to spadło na nią jak tona cegieł.
Albo tsunami na miasto.
Lepiej, jak Trent tego dnia, kiedy złamała mu nadgarstek.
Na samą tą myśl, jej humor nieco się poprawił i parsknęła śmiechem.
Tak, to był dzień do zapamię…tania…
Brooke spuściła wzrok.
Nie był to czasem dzień, w którym Barricade ją potrącił? Dzień, w którym skończyła kolejną klasę? Dzień, w którym…straciła swoje nudne, bolesne życie?
Potrząsnęła głową.
Tak. To ten.
Jej humor po raz kolejny zanikł.
Właśnie…
- Starscream chce cię znowu widzieć, Człowieku – warknął jeden z żołnierzy, sprawiając, że Lennox skrzywiła się niemiłosiernie, wstając o własnych siłach i mrużąc na niego oczy, kiedy brutalnie złapał ją i podniósł.
Bolało.
Bardzo.
Ale nie wydała z siebie ani jednego dźwięku, wiedząc, że przecież za chwilę i tak będzie żałośnie wrzeszczeć i niemal błagać o litość.
Kolejny dzień na Nemezis, a dziewczyna czuła się jakby była tutaj przez wieczność.
- Cóż, ależ ty w skowronkach – mruknął Jasper, kręcąc głową, kiedy zobaczył nikogo innego jak Galloway'a we własnej osobie – Woah – zmarszczył czoło.
Wtedy go to uderzyło.
To uczucie znajomości, jakby już kiedyś go zobaczył.
Ale nie potrafił jednak przyrównać go do nikogo, kogo znał.
- Nie byłeś czasem zwolniony? – spytał zirytowany William, spoglądając na niego z niemal takim samym morderczym wyrazem twarzy, co Epps w tamtej chwili – Za grożenie cywilowi w szczególności?
- Och, zamknij się – warknął mężczyzna – Jestem tu po swoje rzeczy – stwierdził.
Ale nadal, ten głos…
Szatyn przechylił głowę w bok, lustrując go wzrokiem, po czym pokręcił głową.
Może miał już teraz zwidy, albo halucynacje.
To na pewno nie byłoby mu obce.
- Grzeczniej – syknął ciemnoskóry – Nie jesteś tu już szefem, wiec trochę szacunku by się należało – stwierdził ostro.
- Myślisz, że będę się słuchać takich żałosnych żołnierzy jak wy? Jasne – prychnął z pogardą, niemal dorównując Sunstreaker'owi – Wy, co zdradziliście swój gatunek dla…dla tych wybryków natury – wskazał głowa na stojących w swoich prawdziwych formach Sideswipe'a i Sunny'ego.
Och, więc nie jest fanem kosmitów, pomyślał rozbawiony, patrząc jak mężczyzna robi się coraz to bardziej czerwony na twarzy.
- …więc uprzejmie proszę, żeby nie zwracał się pan do moich żołnierzy tym tonem, Panie Galloway – och, duży przemówił.
Lennox miał zamiar odwrócić się i wyjść z hangaru, kiedy mężczyzna w ostatniej chwili go zauważył, wskazując na niego palcem.
- Co to ma być? Kolejny cywil? – pokręcił głową, ignorując resztę – Hej! Ty!
Lennox, który stał w odległości kilku metrów, niechętnie do niego podszedł, specjalnie się ociągając i wkładając ręce do kieszeni.
- Tak?
Wyraźnie zaskoczony, Theodore nie dał po sobie tego poznać, zamiast tego zmrużył oczy i dłonią wskazał na pomieszczenie.
Jasper przejechał wzrokiem po podłodze.
- Widzę, błyszczy się – wzruszył ramionami – Coś jeszcze?
William uniósł do góry brew, Optimus po prostu siedział cicho, a bliźniaczy wymienili się spojrzeniami. Epps nie zmienił swojej miny.
- Co za totalny brak manier dla starszych – warknął oburzony.
Dlaczego to takie znajome?
To był kolejny gościu w czarnym garniturku, ten z wyższych sfer, dlaczego był taki znajomy, kiedy wiedział, że nie powinien?
- Co za totalny brak szacunku dla gości, którzy uratowali twój tyłek – uśmiechnął się złośliwie na jego wytrzeszczone oczy – Ale przecież nie mogę cię winić. Starsi ludzie mają tendencje do zapominania pewnych rzeczy – stwierdził, jakby to było nic.
- Słucham?! – niemal, że krzyknął.
- Czego?
Znowu ten cholerny uśmieszek.
Galloway musiał przyznać, że jeszcze nigdy nie chciał tak bardzo posunąć się do takiego stopnia, żeby właściwie go uderzyć.
- Masz pojęcie, do kogo mówisz? – spytał, ale tamten tylko ponownie wzruszył ramionami, nie widząc kompletnie, że stworzyli niezłą scenę, która przyciągnęła parę innych ludzi na miejsce zdarzenia.
- Ciebie, oczywiście – prychnął.
Czy było to w ogóle możliwe, żeby człowiek wyglądał jak pomidor?, zastanawiał się cicho w głębi siebie szatyn, patrząc na mężczyznę, nadal próbując się dowiedzieć, dlaczego był taki znajomy.
- Jestem jednym z ważniejszych osób w rządzie, pracuję u boku prezydenta we własnej osobie – oświadczył dumnie.
- Fajnie – skwitował – Panie Ważniak, ale co to ma wspólnego ze mną? Nikt nie prosił cię o streszczenie swojego życia.
- Uważaj na słowa, dzieciaku – syknął.
- A co? Zanudzisz mnie na śmierć? – zakpił ze śmiechem.
- Możesz być pewien, że nikt cię nie zatrudni – warknął – Będziesz mieć wielką plamę na papierach do końca życia!
Nie jest to czasem nielegalne?, pomyślał.
Naprawdę, to było urocze.
On? Próbował grozić jemu? Hah! Żałosne.
- Nawet nie wiesz jak się nazywam – przypomniał, uśmiech na swoim miejscu, ten błysk w oku, o którym wspomniała zawsze Brooke pojawił się w chwili, kiedy Jasper skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
- To się dowiem – stwierdził twardo.
Jeśli chciał komuś zaimponować, to mu się nie udało.
Szatyn miał ochotę zaśmiać się na cały głos, ale utrzymał swoją posturę.
- Mocno w to wątpię – powiedział pewien siebie, patrząc jak mężczyzna, mimo, że starał się tego nie pokazać, lekko się zawahał.
- Ach, tak? Niby dlaczego?
Czy ten facet mógł się stać bardziej dziecinny?, zapytał się w duchu zażenowany.
- Chciałbyś wiedzieć, co nie?
Ugh, niech go ktoś zatka zanim dostanie w twarz.
- Pożałujesz tego – wysyczał w końcu, odwracając się w kierunku, który prowadził do jego starego biura, na co brązowooki wywrócił oczami.
- Przed czy po tym jak się stąd wyniesiesz? – zawołał, ale został zignorowany.
Jasper prychnął, kręcąc głową.
Ludzie byli tacy beznadziejni, stwierdził.
Ale w końcu on był jednym z nich, prawda?
Ech, życie. Zawsze takie skomplikowane.
Zdał sobie boleśnie sprawę z uwagi, jaką przykuli, kiedy rozejrzał się wokoło siebie. William mrugał, jakby nie wierząc w to, co widział, Epps…on jakoś się nie zmienił, Optimus patrzył na niego z jakimś dziwnym wyrazem twarzy, Sunstreaker i Sideswipe byli nieco oszołomieni.
I wtedy był Jazz. Ten mrużył oczy, patrząc na niego podejrzliwie, ale także z podziwem, aż w końcu zwrócił się do Ironhide'a, który mierzył go wzrokiem z niemal tym samym wyrazem twarzy, co Ratchet.
O reszcie już nie wspominał. Niektórzy zerkali na niego jak na bohatera.
Bardzo denerwujące, gdyby się go spytało.
- Co? – warknął.
- Totalnie wstawiłeś się za nimi – stwierdził Lennox.
Szatyn powstrzymał się od walnięcia się z otwartej dłoni w twarz.
- Nie – wycedził niechętnie – Stwierdziłem fakt.
- Wstawiłeś się za nimi – powtórzył głucho.
Jasper patrzył na niego jak na głupca, po czym wywrócił oczami.
- Nie – zaprzeczył ostro, w tym momencie połowa widowni wróciła do swoich obowiązków, widocznie wyczuwając, że nic więcej się nie stanie – Co…Co ja w ogóle tutaj z wami robię, co? Argumenty, ludzie, cholerny rząd i dupek, który próbuje mnie zniszczyć. Naprawdę – mamrotał, gotowy odejść, po czym potrząsnął głową, jakby chcąc się pozbyć tych myśli.
- Nieźle go urządziłeś – stwierdził sucho Sideswipe.
- Nie zrobiłem tego dla was. Rany – wywrócił oczami, zaczynając iść w drugą stronę – Zaczynam rozumieć, dlaczego Brooke podchodzi do was z dystansem – mruknął.
Nachalność. Tak.
Jedna rzecz, której Brooke nienawidziła bardziej niż jego ciągłych komentarzy.
Pokręcił głową, oddalając się.
~Więc…może jednak powinnaś odpocząć?~ - zaproponowała Wszechiskra, na co Brooke potrzasnęła słabo głową, owijając się ramionami i trzęsąc się na całym ciele, próbując chować się w cieniu swojej celi.
Po za rzadkim mdleniem, Lennox odmawiała zamykania oczu.
Ani Wszechiskra, ani jej wieczne zmęczenie i obietnica spokoju jej nie przekonała.
W pewnym momencie, dziewczyna stwierdziła, że jej nazwa jest o wiele za długa, a ona sama nie miała siły już wymawiać jej całej.
Ale jak miała nazwać irytujący głosik, który przez cały czas był wesoły?
Optymistka?
Długie.
Iskra?
Nudne.
Kostka?
Mało oryginalne.
Blondynka westchnęła i skrzywiła się, kiedy zmieniła swoją pozycję, sprawiając, ze jej obolałe ciało dało znać o jego obrażeniach, ale siedziała cicho.
Debatowała nad tym przez ostatnie godziny…albo może były to minuty? Sama nie wiedziała, ale nie mogła się zdecydować. Żadne nie pasowało.
~Może użyj jednego z ziemskich imion? ~ zaproponowała łagodnie.
Niebieskooka wywróciła oczami.
Łatwo było jej mówić, stwierdziła.
Ale szybko przeszukała pamięć w poszukiwaniu jakiś pasujących.
Janette…, Lucy…, Danielle…, Elisa…, Caroline…, All…
Brooke zmarszczyła czoło.
Allisa.
~ Idealne ~ skomentowała radośnie Wszechiskra.
Na to dziewczyna prychnęła.
- Nie ma rzeczy idealnych – warknęła, powracając do poprzedniej pozycji na chłodnej podłodze – Nigdy nie było.
Mogła mentalnie wyczuć, że Allisa wywraca oczami.
~ Och, nie przesadzaj ~ zaśmiała się ~ Tak się mówi ~
Jakim cudem mogła to wiedzieć, Brooke nawet się nie pytała. Zamiast tego westchnęła, dochodząc do wniosku, że faktycznie nieco ją podniosło. Ale był głodna, wyziębiona, obolała i spragniona. Na szczycie tego była zirytowana i wściekła. Brzuch skręcał jej się niemiłosiernie, a na jej głowę, co kilka minut spadała choroba zwana migreną.
Czuła się do bani.
Zdawała sobie sprawę, że była sama i nie sama ta myśl, sprawiała, że było jej niedobrze.
Ale wiedziała, że musi jakoś stamtąd wyrwać.
Gdyby tylko nie fakt, że była taka cholernie słaba…
- Dlaczego wtedy uciekła? – spytał nagle William, kiedy po kilku minutach milczenia usiedli przy stole w stołówce, patrząc na Jasper'a, który prychnął pod nosem – Byłeś z nią wtedy, prawda?
Pokręcił głową.
- Jeśli nie wiesz, najwidoczniej nie mam ci mówić – stwierdził sucho, nagryzając jabłko, na co szatyn wywrócił oczami, patrząc na niego ostro.
- A my myśleliśmy, że z Brooke jest problem – stwierdził z niedowierzaniem – Jesteś nawet gorszy od niej. Nie możesz powiedzieć miłego?
Brązowooki łypnął na niego spod łba, wstając.
- Brooke została porwana przez bandę jakiś kosmitów, a ty się zastanawiasz nad tym, dlaczego zwiała z domu? – zapytał zirytowany – Lepiej byście coś zrobili, a nie siedzieli jak kopnięte szczenięta.
- Dobrze wiesz, że nic nie możemy zrobić – stwierdził ostro.
- A kogo to wina? Moja czy wasza? – syknął.
Obaj piorunowali się spojrzeniami przez dłuższą chwilę, kiedy Epps w końcu wydał z siebie niezadowolony odgłos i odepchnął mężczyznę na bok.
- Wasze kłótnie jej nie pomogą – stwierdził oschle – Weźcie się w garść.
Jasper zmrużył oczy, po czym z powrotem usiadł.
- Nic jej nie pomoże – odparł, nie patrząc na nich – Chyba, że jakiś cud.
Wyszło na to, że nieważne jak Brooke gorączkowo myślała, wniosek był taki sam.
Nie miała szansy na ucieczkę.
Była słaba, ledwo trzymała się na nogach, a co tu dopiero mówić o chodzeniu.
~Mogłabym pomóc ~ zaproponowała nagle Allisa, sprawiając, że Lennox uniosła do góry brew, widocznie zainteresowana, jednak pokręciła głową.
Cokolwiek by zrobiła Wszechiskra, była pewna, że wymęczyłoby ją do końca. Wolała nie ryzykować swojego życia dla jednej próby.
Więc blondynka zrezygnowana przełknęła ślinę, czując jak pali ją gardło. Powieki stawały się coraz to cięższe i cięższe, a brzuch skręcał ją teraz jeszcze mocniej niż na początku, sprawiając, że dziewczyna jęknęła cicho.
I wtedy strażnik wszedł do jej celi.
Brooke powstrzymała się od zwymiotowania.
- Po jakie licho mi strażnik? – warknął Jasper zirytowany, krzyżując ręce na klatce piersiowej i piorunując wzrokiem Lennox'a razem z Optimus'em, który zaskakująco był cicho, jakby rozumiejąc, że jego i tak nie posłucha.
- Słuchaj, młody – westchnął – Rozumiem, że możesz mieć problemy i w ogóle, ale ochrona jest wymagana, jeśli nie chcesz żeby twoim bliskim stała się krzywda, okay? Więc…
Nagle uciął. Szatyn dawał mu jakieś zdziwione spojrzenie, jakby powiedział coś…coś głupiego, może? Szokującego? Może powiedział coś źle? Ale pauzując i sprawdzając, nic takiego nie znalazł.
I wtedy brązowooki parsknął śmiechem.
- Nie rozumiem, co jest w tym śmiesznego – stwierdził sucho, jakoś niezadowolony, że nie wiedział, o co chodzi.
- Och, boże – pokręcił rozbawiony głową, po czym popatrzył na niego niemal poważnie – Nie mam bliskich, gościu.
William zamilkł, nieco oszołomiony.
- Nie masz…?
Jasper wzruszył ramionami.
- Nie – zaprzeczył – Nie mam.
Albo Will był zbyt oszołomiony żeby cokolwiek powiedzieć, albo po prostu zaczął tonąć w morzu współczucia na ton, jakim odezwał się chłopak.
Dlaczego każdy z nich musiał mówić o nich w taki sam sposób?
Taki jakby zupełnie nie obchodził ich fakt, że byli sami?
Pewnie, miał jakieś pojęcie o przemowy domowej u Brooke i mógł zrozumieć, chociaż troszeczkę, ale on? Co jemu zrobili jego rodzice, że wydawał się zadowolony z tego powodu?
- Mogę zapytać dlaczego?
Och, odważył się.
Widział u Optimus'a, że jego też ciekawiła odpowiedź na to pytanie.
Ale Jasper oprzytomniał, a jego wzrok stwardniał, a kolor jego oczu jakby się ściemnił, przypominając bardziej niebo w nocy niż czekoladę.
- Nie – syknął ostro.
William podniósł do góry ręce.
- Spokojnie – zerknął na Prime – Jesteśmy ciekawi, to tyle.
Mężczyzna obok niego kiwnął głową.
- Nie musisz się czuć zmuszony do odpowiedzi – przypomniał, widząc jego nieufny wzrok na jego prawdziwej formie w oddali – Nie oczekujemy żadnej. Pułkownik Lennox tylko wyraził swoje zainteresowanie twoją sytuacją.
Jasper mrużył oczy, widocznie zastanawiając się czy mu wierzyć.
W końcu jednak, lekko się rozluźnił.
Lennox uznał to za znak, żeby kontynuował.
- Strażnik jest jednym z Bot'ów, w dzień służy dla ciebie, jako auto i w razie niebezpieczeństwa ma obowiązek zawieźć się do bezpiecznego miejsca. Musi wiedzieć, gdzie, kiedy i o której wychodzisz, gdzie mieszkasz, z kim się spotkasz, gdzie pracujesz i takie tam – wyjaśnił krótko i patrzył jak szatyn unosi do góry brew.
- A jeśli nie mam mieszkania ani pracy?
Pułkownik powstrzymał się od westchnięcia.
Po czym dał sobie sprawę z tego jak zabrzmiało.
- Czekaj, to ile ty masz lat? – spytał, po czym potrząsnął głową, zdając sobie sprawę, że nie wytrzymałby tej świadomości, kiedy tamten otworzył usta – Nie, nie odpowiadaj. Masz w ogóle, co jeść? Jakieś pieniądze?
Przez chwilę była cisza. Chłopak patrzył na niego podejrzliwie, kiedy wyczuł coś na wzór troski.
- Ostatnie wydałem na motel – stwierdził sucho.
- A jedzenie?
Wzruszył ramionami.
- Kiedy jestem głodny, coś znajduje – mruknął – Nie tak trudno przeszukać śmietnik, zapukać do czyjś drzwi lub znaleźć parę groszy.
William pacnął się z otwartej dłoni w twarz, nie mogąc po prostu znieść tego, co słyszał i zamiast tego uniósł jedną dłoń na znak, żeby dali mu minutę.
Bo chłopak nie mógł być starzy niż zaraz po osiemnastce. Teoretycznie był jeszcze dzieckiem.
Takie słowa wychodząc z jego usta były jak sztylety w jego ojcowskie serce.
Sama myśl o tym, że jego córka mogła skończyć tak samo gdyby…
Nie. Mężczyzna potrzasnął głową. Nie, nie, nie i nie.
- Jesteś teoretycznie bezdomny i bezrobotny – powiedział do siebie, na co Jasper i tak skinął głową, widocznie obojętny – Nie masz gdzie się podziać, zgadza się?
- To powiedziałem, tak? – syknął.
Nie lubił gdzie ta rozmowa się sprowadzała.
Wcale.
W końcu pułkownik wymienił spojrzenie z Optimus'em, który wydawał się rozumieć jego prośbę i skinął głowa.
Usatysfakcjonowany, odwrócił się z powrotem do niego.
- Świetnie. W taki razie możesz zostać w bazie – stwierdził jakby to było nic – Dostaniesz własną kwaterę z łazienką, będziesz mieć dostęp do stołówki i innych części bazy, a na dodatek będziesz mieć stały kontakt z Autobotami.
Lennox zaniemówił.
Nie był do końca pewny jak miał się czuć w takiej sytuacji, a ten cholerny…miły…uśmiech przywódcy Botów mu nie pomagał.
Z jednej strony miał zamiar odpowiedzieć stanowcze „nie" i koniec kropka, rzucając jakiś obrzydliwy komentarz i obelgę, bo wiedział, do czego takie coś prowadziło. Nie znał ich, nie przepadał za nimi, a na szczycie tego wszystko było to, że połowa z nich była z kosmosu.
Ale była też ta druga część, która krzyczała żeby się zgodził.
Potrafił sobie poradzić na ulicy, oczywiście. Ale nie mógł, absolutnie nie mógł nawet zasłaniając się nogami i rękoma zaprzeczyć, że oferta ciepłego łóżka, wody i jedzenia nie była kusząca.
Bo była.
Cholernie kusząca.
Ale nie znał ich.
Brooke tak, on nie.
Dlaczego miałby się zgodzić, jeśli byli mu obcy?
Ale z drugiej strony przecież oni jego także nie znali, był nie na swoim terytorium, był… Był jak owca w wybiegu T-Rex'a, niby miał tam być, ale za chwilę miał zniknąć.
W końcu zamrugał kilkakrotnie powiekami, potrząsając głową.
Katem oka zauważył, że teraz wyglądali niemal to zadowoleni z siebie, jakby wiedzieli, że się tego nie spodziewał, a jednocześnie tego nie planowali.
- Jeśli się zgodzę – zaczął podejrzliwie, wzrokiem jeżdżąc z jednego do drugiego, jakby bał się, że zaraz coś przeoczy i wejdzie w jakieś sidła – otrzymam to…wszystko?
Tak niemal się zawahał i był blisko zająknięcia się, ale kłamałby gdyby powiedział, że ta propozycja go nie zszokowała.
- Tak – potwierdził Optimus – Zostanie przydzielony do ciebie także strażnik…
- Ale ja…
- …w razie gdybyś chciał opuścić bazę lub w razie…innych rzeczy – kontynuował, jakby wcale mu nie przerwał, zupełnie do tego przyzwyczajony.
Jasper nie był głupcem.
Wiedział, co kryło się za tym wszystkim.
Że po jakimś czasie może zostać wykorzystany, gdyby dowiedzieli się o jego zdolnościach, gdyby wiedzieli o jego przeszłości. Wiedział, że to była tylko kwestia czasu i w końcu coś się stanie.
Ale znowu, skoro ceną za to wszystko był strażnik, to dlaczego nie spróbować?
- Mówisz, że dostanę to – zrobił ruch ręką jakby chciał coś pokazać – za darmo?
Trochę trudno było mu w to uwierzyć.
- Zostałeś w ciągnięty w tą wojnę nie ze swojej własnej woli – stwierdził w końcu – To jest coś, co możemy zrobić…
Ale Jasper nie słuchał, tylko pokręcił głową.
- Dostanę to za darmo?
Optimus przerwał, patrząc na niego dziwnie.
- Tak – powiedział z wahaniem za niego William.
Podjąć się tego czy nie podjąć?, pomyślał sobie.
W końcu wywrócił mentalnie oczami.
Pożałuję tego, stwierdził.
Ale na głos odparł:
- Co muszę podpisać?
Brooke oficjalnie stwierdziła, że był jeszcze gorzej niż wcześniej i nie była za bardzo z tego dumna.
Zdarła sobie mocno gardło całym tym krzykiem i tym razem nie zemdlała. Och, nie. Starscream w końcu stwierdził, że kiedy była nieprzytomna, odczyty się nie zgadzały z tymi, kiedy była świadoma swojego otoczenia, więc wstrzyknął jej coś, co sprawiło, że nieważne jak bardzo chciała, nie mogła stracić przytomności.
Cholernie długo zajęło mu odgadnięcie tego, jakby się ją spytało.
~Złości w tobie, dużo jest, padawanie~
Przez jeden moment Lennox miała wrażenie, że uderzy głową w ścianę.
Później dotarł do niej ten jeden, denerwujący fakt.
- Czy ty…czy ty właśnie nazwałaś mnie…? – blondynka z niedowierzaniem popatrzyła przed siebie – Skąd ty w ogóle wiesz o Star Wars'ach? – syknęła.
Och, nie miała siły na radzenie sobie z czymś takim.
Nawet głupia Wszechiskra była fanką Gwiezdnych Wojen.
Wszechiskra!
To był moment w którym Brooke zaczęła wątpić w swoje zdrowie psychiczne.
~Och, słyszałam jak rozmawiałaś z tym młodym człowiekiem ~ - wyjaśniła w końcu, ta irytująca radość z powrotem pojawiła się w jej głosie.
Brooke zrobiła sobie mentalną notkę, żeby zabić Jasper'a jak tylko wróci.
Dziewczyna westchnęła.
Jeśli. Jeśli wróci, a tego nie wiedziała.
Tym razem ból był nie do wytrzymania, nogi ugięły się pod nią w minucie, kiedy jej strażnik od celi rzucił – tak, rzucił – nią na ziemię. Była pewna, że był to jej najbardziej zawstydzający moment w jej życiu. Musiała się dosłownie czołgać do swojego miejsca w kącie, a i to przyszło jej z niemałym trudem.
Robiło jej się także niedobrze i była nawet wdzięczna, że nie miała, czym zwymiotować. Ale przynajmniej migreny ustąpiły…
~To by była moja zasługa~ - wtrąciła Allisa.
Została jednak zignorowana.
Siniaki, które wcześniej dostała od Skywarp'a zrobiły się żółte, ale bolały o wiele mniej. Także nieco zaskoczyły dziewczynę, ale i to zostało zignorowane.
Jednak nadal trzęsła się i miała wrażenie, że zaraz tam zamarznie.
Przynajmniej do momentu, kiedy jakiś trzask doszedł do jej uszu.
Chwilę potem jakby pisk metalu o metal.
Następnie Brooke mogła się tylko domyślać, kiedy usłyszała jęk bólu, a jej cela się niemal zatrzęsła.
~Hah, twój opiekun…~ Wszechiskra jeszcze coś mówiła, ale szczerze blondynka przestała słuchać.
Coś jej nie pasowało.
Pewnie, najpierw pomyślała, że może hej~! Cony się znowu biją i narzekają.
Ale było inaczej.
Bo jej strażnik poderwał się na równe nogi z niemal przerażonym wyrazem twarzy i zasalutował komuś, kogo z takiej odległości Brooke nie mogła rozpoznać.
Ale rozpoznała kolory. Biały i czarny, doskonale ze sobą kontrastujące, ale mimo to jakoś dziwnie odstawały. Jakby nie pasowały kompletnie do sytuacji. I jej uwagę przykuł ten napis, ledwo odczytany zmęczonym wzrokiem, na ramieniu.
„Police".
Blondynka wytrzeszczyła momentalnie oczy, sapnęła i wgapiała się w nowego Decepticon'a z czymś niewyraźnym na twarzy.
Była tylko jedna osoba, którą Brooke znała i wiedziała, że była z policji.
Pan Pączek.
Cholerny Barricade.
Gapił się na tą kartę przez już dobre pięć minut.
Albo dziesięć.
Szczerze sam już nie wiedział.
Ale nieważne jak na nią spojrzał, pisało na niej to samo.
„Jasper Lennox,
Członek N.E.S.T,
Strażnik Jazz"
Więc stał w miejscu, tępo wpatrywał się w tą…wizytówkę i zastanawiał się czy odebrało mu mózg, kiedy zgodził się na to wszystko. A winą obarczał jedzenie. Gdyby nie to, nie byłby w tym bagnie, nie musiałby robić z siebie idioty i…
Zaraz, czy Jazz nie był gościem, który piorunował go w tedy spojrzeniem?
Nie, no, świetnie. Miał strażnika, który go nienawidził.
Życie go kochało, serio.
Więc z tego, co powiedział żołnierz, który mu to dał, kartę można było zamienić w każdej chwili, miała dostęp do jego pokoju i w razie potrzeby służyła także za przepustkę.
W końcu podniósł wzrok, słysząc, że ktoś za nim idzie w jego stronę.
- Jeśli chciałeś się podkraść, do ci się nie udało – stwierdził sucho, odwracając się i spoglądając na chłopaka przed nim.
Miał srebrne włosy, niebieskie oczy i grymas na twarzy, jakby próbował mu się przyjrzeć. Szczerze? W jakimś momencie wydawał mu się znajomy.
- Skąd wiedziałeś? – spytał, podchodząc bliżej, po czym potrząsnął głową – A w sumie, co mnie to obchodzi – mruknął, po czym rzucił mu jakąś torbę – Twoje rzeczy.
Jasper uniósł do góry brew.
Mógł teraz dodać ubrania do listy winnych tej sytuacji.
- Wspaniale – wymamrotał, patrząc na nie sceptycznie, po czym zerknął po raz kolejny na kartę, patrząc na numer swojego pokoju, po czym rozejrzał się przez chwilę – 312…czyli na końcu.
Westchnął.
To…było dość daleko z miejsca gdzie stał.
Popatrzył na chłopaka.
- Jeszcze jakiś powód, dla którego tu stoisz? – spytał grzecznie, chociaż był na skraju zirytowania.
- Taa, mam cię oprowadzić – stwierdził sucho – Chociaż wątpię żeby było to potrzebne, zważając na twoją wiedzę.
Lennox wywrócił oczami.
- Naprawdę? – prychnął – Więc powiedz proszę jak wielka jest ta moja rzekoma wiedza? – pokręcił głową na pytanie retoryczne i zaczął iść w stronę odpowiedniego korytarza, ignorując ciekawskie spojrzenia w jego stronę, kiedy dostrzegali jego legitymację, która wisiała na smyczy.
- Nazywam się Jazz, gdybyś chciał wiedzieć – odezwał się ze swojego miejsca obok, kiedy tamten szedł.
- Interesujące – skwitował, po czym zerkając na niego zauważył, że patrzył na niego wyczekująco – Co? – syknął.
Ten tylko uśmiechnął się, ale jakby zadowolony z siebie.
- Nic – zaśmiał się.
Jasper w końcu zatrzymał się i wtedy, kiedy stał przy drzwiach i przejechał kartą po czytniku, zawahał się, odwracając ją na drugą stronę.
„Strażnik Jazz".
Huh.
Pewnie dlatego się tak szatańsko wyszczerzał.
- Więc ty jesteś gościem, który robi za mojego ochroniarza – stwierdził, rzucając torbę na zaścielone łóżko i rozglądając się – Wow, większego nie było?
Gdyby miał byś szczery, pokój był większy nawet na standardy Nathalie, tej Wiedźmy od Williams'ów. Mała rozpuszczona suka miała tam nawet plazmowy telewizor.
Za to tutaj widział setki półek z płytami, radio, dwa łóżka, – jedno w kącie i drugie pod ścianą naprzeciwko drzwi – kilka szaf i jeszcze kilka rzeczy, a całe pomieszczenie było w kolorach srebra i niebieskiego.
- Zaraz… - odwrócił się, mrużąc oczy – Ktoś tu…?
I wtedy do niego dotarło.
Zacisnął zęby.
- Mieszkasz ze mną, prawda?
Tamten zaśmiał się i rzucił na łóżko, zaraz kolo jego torby.
- Poznaj swojego współlokatora – oświadczył dumnie, ale widząc jego grymas ciągnął – Och, weź się w garść. Połowę czasu w ciągu dnia spędzam w swojej drugiej formie, teoretycznie będziemy widzieć się tylko w nocy.
Świetnie, mruknął w myślach, stojąc jakby sparaliżowany.
Tylko, że jak zacznę mieć koszmary, już ci tak do śmiechu nie będzie, stwierdził sucho, ale popatrzył na łóżko w kącie. Nie miał zamiaru spać w otwartej przestrzeni.
Zabrał torbę i przeniósł się na drugą stronę, ignorując spojrzenie, które dostał od srebrnowłosego i zmarszczył czoło.
Jak miał teraz funkcjonować?
Były tu jakieś zasady?
- Nic ci nie jest? – spytał w końcu, nie wytrzymując chłopak – Wyglądasz jakbyś miął mi tu zaraz paść, a uwierz mi, że u Ratch'a wolałbym się zjawić jak najpóźniej.
Jasper prawie podskoczył.
Prawie.
Udało mu się tylko wzdrygnąć i odwrócić.
- Jakby cię to obchodziło – prychnął zamiast tego.
Z minuty na minuty musiał przyznać, że faktycznie nie czuł się dobrze.
Dzielił pokój z kimś, kogo nie znał.
Był na otwartym terenie.
Nie znał tu nikogo.
Brooke zaginęła.
Jeszcze do tego miał się spotkać…z medykiem.
W jednej chwili to wszystko po prostu na niego runęło.
To był prawdopodobnie cud i jego samokontrola, która w powstrzymała atak paniki, zostawiając go zdezorientowanego. Zwłaszcza, kiedy pokój zawirował.
- Woah – usłyszał i zdał sobie sprawę, że w pewnym momencie musiał najwyraźniej stracić władzę w nogach, bo siedział na łóżku – Weź głęboki wdech, okay?
- Nie mów mi, co mam robić – syknął.
Dlaczego nagle nie mógł złapać wdechu?
Nie miał ataku paniki. Już dawno o nich zapomniał.
Dlaczego teraz, co...
- Po prostu oddychaj – polecił ignorując go zupełnie, z rękoma na jego ramionach.
Zaraz, kto to był?
Jasper zmarszczył lekko czoło.
J…J…
Jazz?
Dlaczego mu pomagał?
Dlaczego tam stał?
- Nic mi nie jest – wyrzucił z siebie mimo wszystko, nadal nie zwracając uwagi na to, co do niego mówił, zupełnie jakby słowa same wylatywały z jego ust bez jego wiedzy.
- Przestań zachowywać się jak dziecko – warknął nagle – Rób, co mówię.
- Nie rozkazuj mi – syknął w odpowiedzi.
Próbował się wydostać.
Czuł się jakby ktoś go wciągał pod wodę.
Jakby miał klaustrofobię, był w małym pomieszczeniu, które chciało go udusić.
Dlaczego?
Chciał się wydostać, dlaczego nie mógł?
- Primus – ktoś powiedział wściekły – Słuchaj, próbuję ci pomóc.
Jasper chciał się odsunąć, odejść od niego.
Dlaczego nie mógł?
Strach.
Nie mógł się ruszyć.
Dlaczego się bał?
- Co ty… - zaczął mówić, w końcu do niego coś dotarło, bo zmienił chyba pozycję i spróbował inaczej – Okay, musisz się uspokoić, dobrze? Nie zrobię ci krzywdy, ale musisz oddychać, w porządku?
Nie…nie skrzywdzi?
Coś w umyśle Lennox'a wpadło w swoje miejsce, bo chłopak zrozumiał jego słowa.
Nie skrzywdzi, nie skrzywdzi, nie skrzywdzi, tak jakby mantrę powtarzał jego mózg.
- Jeszcze raz. Właśnie, tak. Spokojnie – tym razem, wyglądało na to, że jego ton złagodniał to delikatnego mamrotu, jakby mówił do dziecka – Nic ci nie zrobię, okay? Po prostu oddychaj. Wszystko będzie dobrze.
Dlaczego mówił do niego jak do dziecka?
Nie był nim, nie był słaby.
Dotarło do niego, że powoli wdychał i wydychiwał powietrze.
Nawet nie wiedział, kiedy zaczął to robić.
- Wreszcie – ktoś odetchnął z ulgą.
Duszność zniknęła.
Jasper zamrugał kilkakrotnie oczami, zastanawiając się, co do cholery się stało, dlaczego siedział na łóżku, co…co Jazz robił nad nim i…
I chyba nie było bardziej upokarzającego momentu w jego całym życiu.
- Co…? – urwał, gorączkowo starając się oczyścić umysł.
Co się stało?
Co to wywołało?
Przecież nie mógł mieć ataku paniki.
Nie mógł.
Trenował, wiedział jak tego uniknąć.
Nie…mógł.
Prawda?
- W porządku – Jazz odetchnął po raz kolejny, widocznie zaskakując chłopaka, że nadal tam stał – Dałeś mi stracha, wiesz? Już wszystko okay?
Tamten wydał z siebie niezadowolony dźwięk.
Dlaczego nadal traktował go jak dziecko?
Chciał tylko o tym zapomnieć, przecież widział, że nic mu nie jest.
- Nic mi nie jest – warknął, odsuwając się od niego i strzepując z ramion jego dłonie – Nie wiem o czym mówisz.
Sabotażysta zmrużył oczy.
- To nie ja prawie pocałowałem podłogę – stwierdził sucho.
- Zamknij się – syknął – To było nic.
Jazz nadal patrzył na niego podejrzliwie.
- Chcesz mi powiedzieć, że przed chwilą nie panikowałeś, tak? – zakpił, kręcąc głową – Gościu, za kogo ty mnie uważasz? Ślepca?
- Nic mi nie jest – warknął zirytowany, wstając i ruszając do wyjścia – Daj mi spokój – syknął.
Srebrnowłosy wziął głęboki wdech, sfrustrowany.
Co…się do cholery działo w tym popapranym świecie?
Na to jednak nikt nie miał odpowiedzi, jakiej potrzebował.
~Mówiłam, mówiłam, mówiłam! ~
Brooke naprawdę zaczynała martwić się o jej zdrowie psychiczne i wiek.
Na logikę. Wszechiskra powinna być…poważniejsza, odpowiedzialna.
A tymczasem Lennox zdała sobie sprawę, że dzieliła głowę razem z pięciolatką.
~Widzisz? Mówiłam, że cię uratują! Mówiłam, że im zależy! ~
Och, Boże, pomyślała.
Dlaczego musiała być tak głośno? Głowa ją bolała.
~Ups, przepraszam~
Brooke wywróciła oczami.
Po za tym, to nie były Autoboty.
Tylko Decepticon.
To, co innego.
Czuła jak Allisa czuje się urażona, ale nie zareagowała.
Jej czujność skupiła się na dwójce przed jej celą. Przynajmniej do chwili, kiedy jej strażnik poleciał na przeciwległą ścianę. Robiąc w niej wygięcie. Huh, pomyśleć, że ściany z metalu są zrobione.
W następnej chwili, ktoś przeszedł przez próg.
Tym razem jednak Brooke, trzęsąca się na całym ciele, uśmiechnęła się do siebie.
- Heya – kiwnęła mu słabo dłonią, którą zaraz przytuliła do ciała – Tęskniłeś?
- Nie powiedziałem ci czasem, że masz się trzymać z dala od kłopotów, Insekcie? – warknął, podchodząc do niej, po czym szybko, ale dziewczyna zanotowała to sobie w głowie, delikatnie podniósł ją z ziemi, tak, że siedziała na jego dłoni.
Słabo, ale wyraźnie, dziewczyna przycisnęła pieść do serca i westchnęła dramatycznie.
- Ależ one same do mnie przychodzą – stwierdziła.
Teraz dopiero zdała sobie sprawę z tego jak ochryple brzmiała,
Barricade najwyraźniej także, bo popatrzył na nią uważnie, idąc w stronę wyjścia, mijając powoli jej strażnika.
- Co ci się do cholery stało, Człowieku?
- Uh…Przed czy po tym jak Starscream postanowił zrobić ze mnie Frankenstein'a? Bo wiesz, mimo, że dużo było rażenia prądem, gościu jeszcze…
- Ugh, siedź cicho – syknął, na co zamilkła, wzruszając słabo ramionami – Czego od ciebie chciał? Z pewnością nie wiedzy, wy żałośni ludzie jesteście jednymi z najgłupszych ras, jakie przyszło mi oglądać.
- Och – mruknęła, zmęczenie próbowało przebić swoją drogę – Mówił coś o jakiejś kostce, a później o…o…emi…emito…
- Emitowaniu? – Barricade zerknął na dziewczynę, która mrugała szybko powiekami, próbując zwalczyć sen.
- Chyba – mrugnęła niewyraźnie.
Decepticon wpatrywał się w nią chwilę, patrząc i widząc, że jest blisko wyjścia, po czym szybko zeskanował ją.
Niemal się skrzywił.
Była odwodniona, głodna, poobijana…
Jak tylko będzie mieć szansę, skopie Starscream'a tak mocno, że poleci z powrotem na Cybertron.
Kiedy znaleźli się na zewnątrz, Lennox zauważyła, że było totalnie ciemno.
Nie rozpoznawała gdzie byli.
W pewnej chwili, Barricade się przetransformował. Dziewczyna nawet nie miała siły krzyknąć, kiedy pojawiła się na tylnych siedzeniach. Jego holoform zmaterializował się na miejscu kierowy, a auto włączyło swój silnik.
- Masz – rzucił jej jakąś paczkę, która zadziwiająco bardzo apetycznie pachniała – Zabrudź mi tapicerkę i urwę ci głowę.
Brooke niemal pobladła jeszcze bardziej na widok jedzenia. I chłopie, trochę go tam było, razem z jakimś piciem. Na sam widok blondynka czuła, że jej ślinka cieknie.
- Gdzie mnie zabierasz? – spytała, kiedy skończyła, pobijając powoli sok jabłkowy, kiedy zauważyła, że na niebie pojawiły się gwiazdy – I nie oberwie ci…
- Nie powinnaś spać, Człowieku? – przerwał jej ostro.
Prawda, ciepło z ogrzewania w mustangu sprawiało, że zamykały jej się oczy, ale desperacko chciała dowiedzieć się dlaczego zamiast Autobotów, Barricade zjawił się w jej celi. Po za tym, nie chciała jeszcze spać.
- Ale…co się z tobą stanie? – zapytała marszcząc czoło.
Według Screamer'a była ważna.
A on ją teoretycznie uprowadził ze statku.
Nie było czasem za taką niesubordynację u Con'ów śmierci?
- Umrę z nudów – odparł, po czym zmrużył oczy, spoglądając na nią znacząco, kiedy zobaczył cienie pod oczami – Idź spać, nie chcę żeby ktoś oskarżył mnie o coś, czego sam ci nie zrobiłem, Człowieku.
Brooke owinęła się kurtką, którą jej rzucił, ale nie położyła się.
Barricade powstrzymał się od uderzenia w coś.
- Czego? – warknął.
Blondynka nawet się nie wzdrygnęła.
- Jest za cicho – stwierdziła.
Czarnowłosy otworzył usta żeby jeszcze jakoś to skomentować, kiedy zauważył, że dziewczyna była niemal…przerażona tym faktem.
Więc…bała się ciszy?, zapytał się w duchu, niemal niedowierzając.
A tu już myślał, że dziwniejsza się nie stanie.
- Chcesz żebym włączył jakąś muzykę? Wtedy pójdziesz wreszcie spać? – jakimś cudem udało mu się powstrzymać irytację tak, żeby jej nie wykryła, stwierdzając, że i tak wycierpiała swoje, nawet jak na marnego człowieka.
Brooke kiwnęła głową.
Radio zostało włączone.
Przez chwilę wgapiała się w nie, po czym położyła.
Miał już zająć się innymi sprawami, kiedy znowu się odezwała.
- Barricade?
Wywrócił oczami.
- Co? – warknął.
- Jeszcze nigdy nie byłam tak cholernie szczęśliwa, że usłyszeć kogoś głos jak teraz, Candy – przyznała szczerze.
Mężczyzna warknął coś pod nosem i zaczął mruczeć coś o „kretyńskich ludziach" i „niepotrzebnych sentymentach" w tle Avicii, Wake me up, ale Brooke tylko wtuliła się bardziej w ciepło kurtki i westchnęła, czując znajomą wodę kolońską.
Może życie nie nienawidziło jej tak bardzo jak myślała na początku.
A/N: Okay, tylko mnie nie zabijajcie, co?
Brooke: Robisz z niego mięczaka.
Me: *wzrusza ramionami* Mogę z nim robić, co chcę.
XXShanter
PS: Tak, zmieniłam login. Tamten był dosyć stary i stracił swój urok.
