Autor: Pillster
Korekta: Kesseg
Rozdział XIII
Prawie jak w domu
Słońce jeszcze nie zdążyło wzejść, ale różowy blask już rozjaśniał niebo nad górami na wschodzie. Ciemna i poszarpana grań odcinała się wyraźnie na tle jaśniejącego nieba. Widok był oszałamiający. Flash wpatrywała się weń z otwartymi ustami, siedząc na swoim płaszczu. Drżała trochę.
Obserwowanie przyrody budzącej się do życia było niesamowitym doświadczeniem. Czuła się tak, jakby od zawsze była nieodłączną i doskonale pasującą częścią uśpionej natury wokół. To było dla niej piękne i jednocześnie obce uczucie. Może to kwestia tego, że w Dalanis zawsze panował gwar, miasto żyło własnym życiem i poranne hałasy nie pozwalały się w pełni skupić na prostych i pięknych naturalnych zjawiskach. A może chodziło również o niemal magiczne, spokojne piękno miejsca, w którym się znalazła. Ciemny, cichy las, podnosząca się mgła i mistyczna, pradawna kapliczka, wszystko to nadawało temu miejscu aurę tajemniczości. Klacz bała się nawet głośniej odetchnąć, nie chcąc naruszać atmosfery chwili.
- A co ty, muchy łapiesz? - Flash niemal podskoczyła na dźwięk głosu porucznika. Ten uśmiechnął się, patrząc na wschód. - Już dawno tego nie widziałem - powiedział, otulając się szczelniej płaszczem.
- To jest niesamowite - odparł jednorożec, patrząc jak różowy blask staje się coraz jaśniejszy. Wydawało się, że jeszcze chwila, kilka sekund, i zza grani wyłoni się Gwiazda Dnia w całej okazałości. Flash nie mogła przegapić tej chwili.
- Czekasz na słońce? - spytał nagle Rope. Jego towarzyszka skinęła głową, nie spuszczając wzroku z poszarpanych szczytów. - Zawsze śmieszyli mnie przyjezdni - dodał, odwracając się. - Taki zwykły widok a wy się podniecacie jakby to był tyłek Celestii.
- Ale przecież jest taki piękny - zaoponowała klacz. Porucznik parsknął śmiechem.
- Królewski zadek czy wschód słońca? - spytał zaczepnie.
- Wschód. Zdecydowenie - roześmiała się Flash.
- No cóż - mruknął Rope, zakrywając twarz przed blaskiem z nad gór. - Ja osobiście wolałbym to pierwsze. Ale to już kwestia gustu - mruknął. - Spróbuj się jeszcze przespać - dodał.
Flash zignorowała go, czekając aż zza gór wyłoni się słońce.
Pomarańczowa kula podnosiła się leniwie, niemal niezauważalnie. Z każdą chwilą jej promienie stawały się coraz cieplejsze. W pewnym momencie klacz dostrzegła jak cień gór zbliża się coraz bardziej do skalnych ścian. Po minucie był już daleko poza wzgórzem, na którym znajdowała się kapliczka.
Klacz ziewnęła szeroko. To oczekiwanie w napięciu trochę ją zmęczyło. Okręciła się płaszczem i zapadła w płytka drzemkę.
Wydało się jej, że tylko na chwilę zmrużyła oczy, a już musiała wstawać. Niechętnie podniosła się z zimnych kamieni. Rope właśnie kończył wciskać swój płaszcz do juk. Flash poszła w jego ślady i po chwili oba kucyki były gotowe do drogi.
Po zejściu ze wzgórza porucznik przez chwilę wpatrywał się w drogowskaz.
- Niech zgadnę - powiedziała klacz, podchodząc do niego. - Staddle nie, bo stamtąd przybyliśmy. Harf też odpada, a Harp's Rock to ojczyzna gryfów. Czyli pozostaje...
- Tak - Rope wszedł jej w słowo. - Przełęcz Upadłych.
- Nie brzmi zachęcająco.
- I słusznie - odparł porucznik, ruszając z miejsca. - To droga do Doliny Mroku.
- A my musimy przez nią przejść. Uroczo - skwitował jednorożec. Przewodnik splunął na ścieżkę.
- Tfu, niech cię Shint chroni! - powiedział poważnym tonem. - NIGDY tam nie chodź.
- Ale powiedziałeś...
- Arcurion znajduje się trzy kilometry przed przełęczą. Dalej znajduje się ta przeklęta dolina.
- Przeklęta? - spytała Flash. - Opowiedz mi o niej - poprosiła, zrównując swój krok z przewodnikiem. Ten westchnął ciężko.
- Przekażę ci to, co słyszałem - odparł w końcu z namysłem - oraz pewne informacje, o których mogą wiedzieć tylko członkowie wywiadu - na te słowa klacz gwizdnęła z uznaniem.
- Znaczy się "autoryzacja dostępu do zastrzeżonych danych wywiadowczych"?
- Czytasz za dużo książek szpiegowskich - odparł porucznik. - A teraz słuchaj.
Nie tylko rodzice, ale wszyscy w wiosce zawsze przestrzegali młodych przed tą doliną. Nikt nie wiedział dokładnie, co się tam znajduje, więc siłą rzeczy powstawały na ten temat legendy i opowieści. O tym, że każdy kto tam wszedł, już nigdy nie wrócił. O jakichś na pół zapomnianych śmiałkach, którym udało się wydostać, ale postradali zmysły. Nikt jednak nie wiedział, co było prawdą, a co nie. Młodzi oczywiście próbowali tam chodzić. Ciekawość i chęć zaimponowania grupie. Normalka.
I ja kiedyś spróbowałem. Po kryjomu ruszyłem razem z czterema kolegami na przełęcz. Z początku było fajnie, śmialiśmy się, żartowaliśmy. Snuliśmy wizje siebie jako dzielnych odkrywców tajemnicy Doliny Mroku. Za nic mieliśmy ostrzeżenia starszych. Wkrótce okazało się, że nie są takie całkiem bezpodstawne.
W miarę jak posuwaliśmy się coraz głębiej, zaczął mnie dręczyć niepokój. Nie potrafię wyjaśnić, co go spowodowało. Widziałem, że moi koledzy też to czują. Rozmowy ucichły, wszyscy z lękiem wpatrywali się w skalne ściany dookoła. W pewnej chwili trzech z nas, jak to się mówi... "spękało"... i postanowili wrócić. Zostałem ja i jeszcze jeden koleś. W milczeniu szliśmy dalej, próbując oprzeć się strachowi i dziwnemu wrażeniu, że ktoś nas obserwuje. Sam nie wiem, jakim cudem, ale parliśmy dalej. W końcu dotarliśmy do wylotu przełęczy.
Muszę powiedzieć, że widok był piękny. Zielone morze lasu, otoczone wysokimi ścianami skalnymi. Cień gór nie pozwalał słońcu oświetlić dna doliny... pewnie stąd wzięła swoją nazwę. Na jej środku stała wysoka wieża.
Nie wiem dlaczego, ale tamten widok prawie śmiertelnie mnie przeraził. W pewnej chwili gdzieś z boku spadł jakiś kamień. Tak nas stamtąd wymiotło, że w dwie minuty byliśmy z powrotem przy wejściu na przełęcz. Myślę, że w tamtej chwili obaj pobiliśmy rekord Equestrii w biegu na kilometr. Gnaliśmy na złamanie karku, próbując uciec przed... no właśnie, sam się nad tym zastanawiam. To był irracjonalny lęk. Strach zawieszony w powietrzu. Jakaś aura, która kazała nam uciekać i nie oglądać się za siebie. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej lub później bał się tak bardzo.
W miarę jak dolina zostawała z tyłu, nasz strach malał. Wciąż jednak gnaliśmy przed siebie. Kiedy dotarliśmy do wylotu przełęczy, obaj padliśmy z wyczerpania na ziemię. I teraz najlepsze: nasza wycieczka nie została niezauważona. Poza tym, że dostaliśmy kary, wszyscy pytali, co nas tak przeraziło. A my nie potrafiliśmy odpowiedzieć. Nikt nie wierzył w aurę strachu, ale nie był tez na tyle odwazny lub głupi, żeby iść to sprawdzić. Ja przysiągłem sobie, że nigdy tam nie wrócę. To było ponad moje siły.
Czasem mam koszmary. Znowu jestem na przełęczy. Idę naprzód, choć nie chcę. Nie mogę się odwrócić. Boję się coraz bardziej. Mimo to prę naprzód, popychany przez jakąś siłę. Widzę wieżę w oddali... i najczęściej wtedy się budzę.
- Aż mnie ciarki przechodzą - mruknęła klacz, dreszcz przebiegł jej po grzbiecie.
- To jeszcze nic - odparł porucznik. - Pewnego dnia, grzebiąc w aktach, natrafiłem na ślad operacji "Matrix". To nazwa tajnej ekspedycji, która miała za zadanie zbadać tajemnicę Doliny. Piętnastu naukowców w eskorcie czterdziestu żołnierzy. Plus tragarze. Wszystko odbyło się trzy lata po tym jak opuściłem Arcurion. Ponad sześćdziesiąt kucyków udało się na przełęcz. Tam jedna trzecia grupy nie wytrzymała i zawrócili. Reszta zignorowała śmiertelny lęk. Zeszli do Doliny. I słuch o nich zaginął.
Przez dwa miesiące nie było żadnych wieści. W końcu wszyscy stracili nadzieję i spisali ekspedycję na straty. I wtedy, całkiem niespodziewanie, nadeszła wiadomość z państwa gryfów. Tamtejsze służby porządkowe znalazły samotnego kucyka, błąkającego się po lesie. Był w strasznym stanie, pokryty mniejszymi i większymi ranami, brudny, wygłodzony. Wciąż miał ze sobą swoje torby.
Gryfy oczywiście próbowały go przesłuchać, podejrzewały że to szpieg. W końcu odesłały go do nas. Z raportów wynikało, że biedak postradał zmysły. Psycholodzy orzekli, że to trauma po ciężkim urazie psychicznym.
Wspominali, że był apatyczny, na próby kontaktu reagował uciszaniem wszystkich dookoła. Gadał bez ładu i składu, czasami szeptał o jakimś cieniu, strażniku i śmierci z sierpem - na te słowa błękitna klacz zaśmiała się mimowolnie.
- Przepraszam - powiedziała, przybierając poważny wyraz twarzy. - Ten sierp mnie rozbawił.
- W każdym razie śledczy niczego od niego nie wyciągnęli - kontynuował ogier, ignorując tą uwagę - ale w jego jukach, poza śmieciami i brudem, znaleziono jedną ze stronic dziennika. Czytałem ten raport tyle razy, że nauczyłem się jej zawartości na pamięć. Chcesz posłuchać? - W odpowiedzi klacz skinęła energicznie głową. Porucznik odchrząknął.
- Szesnasty dzień ekspedycji. Już ponad dwa tygodnie, jak zeszliśmy w tą cholerną dolinę. Kompasy szaleją, droga powrotna przestała istnieć. Nie wiemy, jak to wyjaśnić. Każdego dnia budzimy się w innym otoczeniu. Cyklu dobowego możemy się tylko domyślać, tu zawsze jest ciemno. Czasami tylko mrok jest ciut bardziej przejrzysty. Nie możemy nigdzie dostrzec tej pieprzonej wieży. I jeszcze ten cholerny strach. Muszę zacząć racjonować eliksiry odwagi, bo się nam skończą.
Dwudziesty dzień ekspedycji. Ta operacja to porażka. Ostatniej nocy z obozu zniknęło dziesięciu żołnierzy. Nie ma śladów walki, wygląda to tak, jakby wstali i sobie poszli. Nigdzie nie ma śladów kopyt. Nie wiemy, gdzie są i co się z nimi stało. Tyle dobrego, że mniej kucyków do podziału żywności i eliksirów. Wciąż próbujemy znaleźć drogę powrotną.
Dwudziesty drugi dzień ekspedycji. Zostało nas tylko sześciu. Ostatniej nocy obudziły nas krzyki, a kiedy wstaliśmy, nie było prawie nikogo. Ja, dwóch magów i czterech żołnierzy. Tylko tylu nas zostało. Podejmujemy ostatnią próbę wydostania się z tego dołu szaleństwa.
Dwudziesty czwarty dzień ekspedycji. Dzisiaj znowu obudził mnie głośny krzyk... to chyba był Probe. Wokół nie ma nikogo. Zostałem sam. Jadę na ostatnim eliksirze odwagi. Czuję, jak jego działanie słabnie. Wokół cisza. Widzę jakąś drogę. Nad jej końcem góruje ta wieża, co stała na środku doliny. To ostatnia szansa. Dowiem się, o co w tym wszystkim chodzi. Dotrę do tej cholernej budowli. I niech się dzieje co chce.
- O matko - mruknęła Flash, rozglądając się dookoła. - Przez ciebie też będę miała koszmary.
- Przynajmniej będziesz wiedzie
, że należy trzymać się z daleka od tego miejsca.
- Taa ... - odparła klacz, kopiąc jakiś kamyk. - Jak w mordę strzelił.
Przez następnych kilka godzin wędrowcy podążali górską ścieżką, przytuloną do stromej ściany. Po lewej stronie lita skała pięła sie kilkaset metrów w górę, po prawej niemal tak samo stromy stok opadał z podobnej wysokości ku rzece, huczącej w dole. Flash przełknęła głośno ślinę. Mimowolnie wyobraziła sobie, jak leci w dół, w przepaść.
- Wyluzuj trochę - rzucił Rope, idąc ścieżką bez cienia strachu. - Patrz pod nogi, nie w przepaść.
- Tu jest... dość wysoko... - wymamrotała, odsuwając się jak najdalej od krawędzi.
- To są góry, skarbie - odparł porucznik, skręcając w lewo. Klacz poszła w jego ślady, z ulgą zostawiając przepaść z tyłu.
Wąska ścieżka biegła pomiędzy dwiema wysokimi ścinami skalnymi. W oddali unosiła się ledwie widoczna smużka dymu.
- Już prawie jesteśmy - rzucił Rope, przyspieszając kroku. Wkrótce oczom wędrowców ukazała się szeroka, porośnięta lasem dolina. Po lewej stronie obniżenia znajdowała się niewielka wioska. Z tej odległości ciężko było oszacować dokładnie ilość domów, ale miejsce na pewno było zamieszkane. Świadczyły o tym cienkie smużki dymu oraz ledwie widoczne postacie kucyków, krzątające się między domami. Flash gwizdnęła z uznaniem.
- Oż w mordę, ale zadupie - palnęła bez zastanowienia.
- Bacz na słowa - odparł porucznik poważnym tonem. - Wychowałem się tutaj.
- Ups, wybacz - powiedziała szybko klacz, uśmiechając się przepraszająco. - A to tam? - spytała, wskazując na drugi koniec doliny. Stało tam kilka domów i jakaś wieża.
- Dawno mnie tu nie było Pewnie zrobili druga dzielnicę - odparł przewodnik, drapiąc się w głowie. - My w każdym razie musimy iść na zachód.
- Ty stąd jesteś. Ty prowadzisz.
- Teraz słuchaj uważnie - powiedział porucznik, nie zwalniając kroku. - Przedstawię cię jako córkę mojego znajomego. Nikomu ani słowa o wywiadzie. Zakładam, że masz jakiś zawód poza szpiegostwem.
- Alchemia - padła odpowiedź.
- Świetnie - kontynuował Rope. - Powiem, że jesteś córką znajomego alchemika, która chce spędzić wakacje w górach, z dala od miejskiego zgiełku. Posiedzisz tutaj do czasu, aż nie uznamy, że wszystko się uspokoiło. Moja siostra na pewno cię przyjmie. Ma duży dom a jej dzieciaki są naprawdę fajne.
- Jak im było?
- Mówiłem ci przecież. Golden Gala i Stronghold - na dźwięk drugiego imienia klacz aż przystanęła.
- Celestio, to niemożliwe - mruknęła. - W jakim są wieku? - spytała głośniej. Rope zastanowił się.
- Golden Gala na pewno ma cztery lata, a młody chyba szesnaście... nie, czekaj! Siedemnaście - poprawił się szybko. - Przyjrzał się badawczo jednorożcowi. - Dlaczego pytasz?
- Ten... "młody"... to pegaz, tak? - spytała udając obojętność.
- Masz problemy z pamięcią? - zeźlił się porucznik. - Mówiłem ci to pierwszej nocy, kiedy wyruszyliśmy.
- A tak, pamiętam - odparła Flash, uśmiechając się słabo. - Kiedy musisliśmy przeczekać tą wielką burzę.
- Tak - przytaknął ogier. - Sześć dni temu.
- O cholera - zaklęła Flash. - A mam wrażenie, że lata minęły od tamtego czasu.
- Tja... niezbadane są koleje losu - mruknął przewodnik.
- A najlepsze jest to - ciągnęła Flash niezrażona - że pomimo niespełna tygodniowej znajomości mam wrażenie, że znam cię od lat.
- No to jest nas dwoje - odparł porucznik, skręcając na rozdrożu. - A wracając do tematu: pytałaś o Strongholda.
- Tak - przytaknęła klacz. - Czy to ciemnopomarańczowy kucyk o brązowej grzywie i złotych oczach? - spytała. Porucznik popatrzył na nią ze zdumieniem..
- Skąd wiesz?
- Bo ktoś o takim imieniu i wyglądzie zaczepił mnie, gdy czekałam w kapliczce.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?
- Wyleciało mi z głowy - rzuciła klacz.
- Jaki miał znaczek? - spytał porucznik, przyglądając się jej badawczo. Ta zamyśliła sie.
- Jakiś ciężarek czy coś - odparła niepewnie. Jej przewodnik zaśmiał się głośno.
- Ale numer! - zawołał z entuzjazmem. - Popatrz, góra z górą się nie zejdzie...
- Kim on właściwie jest?
- Ujmę to tak: żeby ci odpowiedzieć, będę musiał objaśnić ci sposób funkcjonowania tutejszej społeczności.
- Chwilowo i tak nie mam ciekawszych zajęć - mruknęła klacz, przeskakując ponad jakąś kałużą.
- No więc tak. Tutejsza ludność dzieli się na trzy podstawowe grupy. Arcurion to odizolowana od świata osada górnicza, nic więc dziwnego, że wszystko obraca się wokół wydobycia irydu. Samym kopaniem zajmują się ziemne kucyki. Kasta górników. W ich pracy nie potrzeba precyzji, ale siły. A muszę powiedzieć, że te góry wydają na świat silnych młodzieńców.
- Jak na ciebie patrzę, to jestem skłonna w to uwierzyć - wtrąciła klacz, uśmiechając się. Na twarz porucznika wypłynął lekki rumieniec.
- Wracając do tematu - dodał szybko - ziemne kucyki, tak jak wszędzie zresztą, zajmują się również uprawą niewielkich skrawków ziemi. Jest kilka gospodarstw, ale większość to małe, przydomowe ogródki. Wiesz, świeże warzywa i te sprawy.
Z kolei jednorożce zajmują się magiczną obróbką wydobytej rudy oraz rzemiosłem. Takie niewielkie roboty, plecionkarstwo, jakieś drewniane drobiazgi i tym podobne. Miejscowa produkcja, nastawiona głównie na tutejszą społeczność. Dzięki takim stosunkom kwitnie handel wymienny, w obiegu jest mało pieniędzy.
- A pegazy?
- Jest ich najmniej, ale pełnią bardzo ważną rolę. Pomimo że Arcurion jest do pewnego stopnia samowystarczalnne, to jednak są towary, których sami nie zrobimy. I tu wkraczają nasi skrzydlaci przyjaciele. Szkolą się w przenoszeniu dużych ładunków. Stworzyli stały most powietrzny pomiędzy Harf i Arcurion. Stali odbiorcy kupują od nich iryd, a pegazy otrzymują pieniądze, które trzymają na wypadek, gdyby kto chciał dostać jakiś towar z zewnątrz. Wtedy mówi przewoźnikom co kupić. Oni z kolei kupują to w mieście i dostarczają tutaj.
- I zawsze tak jest? Znaczy - poprawiła się szybko - każdy kucyk jest skazany na daną, jak to nazwałeś... kastę?
- Są wyjątki - odparł porucznik. - Dość rzadkie, ale są. Przede wszystkim ktoś musi zarządzać wioską. Tutaj zaskoczenia nie ma - sołtys i rada starszych, jak wszędzie. Co do kast, to zdarza się, że ziemski kucyk zostaje rzemieślnikiem, a pegaz rolnikiem lub idzie do kopalni.
- A kobiety?
- Ale ty mnie nudzisz - odparł Rope. - Jak w każdej wiosce. Siedzą w domu, gotują, dbają o przydomowy inwentarz, wychowują dzieci.
- A żadna nie próbuje pracować?
- Poza zielarką i miejscową pielęgniarką raczej nie.
- Zacofane społeczeństwo - mruknęła klacz.
- Słyszałem to - rzucił porucznik ostrzegawwczo. Flash uśmiechnęła się przepraszająco.
- Po prostu przyzwyczaiłam się do tego, że oboje rodziców może pracować i no wiesz, rozwijać się zawodowo - powiedziała, odrzucając grzywę.
- Chwilowo będziesz musiała stłumić swoje feministyczne poglądy - rzekł Rope, wpatrując się w ścieżkę przed nimi. - Tutaj utarł się schemat gospodyni podległej mężowi i nie ma sensu wciskać prostym kucykom nowinek z wielkiego świata, które mogłyby powodować chaos.
- Ale mimo wszystko... - chciała zaoponować Flash, ale przewodnik nie dał jej dojść do słowa.
- Przypominam ci też, że będziesz tu tymczasowo. Spróbuj przebiedować te parę tygodni bez robienia zamieszania. To jest rozkaz - dodał poważnym tonem. Flash zasalutowała.
- Yes, sir - powiedziała z udawana powagą.
- Już prawie jesteśmy na miejscu - mruknął Rope do siebie, rozglądając się dookoła. Wioska nie zmieniła się od jego ostatniej wizyty. Przybyło kilka domów, ale to wciąż było to stare, dobre i ciche Arcurion. I tak samo nudne.
Na jednym z ganków wygrzewała się postawna klacz ziemskiego kucyka. Jej jasnofioletowa sierść kontrastowała z blond grzywą. Na boku miała kilka gwiazdek.
Nie była stara, ale delikatne zmarszczki już zaczynały pojawiać się w kącikach oczu. Głowę miała przewiązaną błękitną chustką, związaną z tyłu głowy. Drzemała korzystając z chwili wytchnienia. Jej córeczka - dla odmiany - bawiła się opodal z innymi źrebakami, zamiast zasypywać ją lawiną pytań
- Mamusiu! - usłyszała nagle klacz. Skrzywiła się lekko.
"I diabli wzięli odpoczynek" - pomyślała, otwierając jedno oko.
- O co chodzi, skarbie? - spytała, szukając wzrokiem swojej pociechy.
- Ktoś do nas idzie! - krzyknęła fioletowa klaczka jednorożca, wskazując kopytkiem na drogę. Shiny Tail spojrzała w tamtym kierunku.
Na drodze prowadzącej od rynku do jej domu ukazały się dwie postacie: postawny ziemski kucyk o brązowej sierści i brudnoczerwonej grzywie oraz idąca obok niego młodziutka klacz jednorożca. Jej ciemnobłękitna sierść zdecydowanie nie pasowała do niemal białej grzywy.
- Siemasz, siostra! - zawołał przybysz. Lawendowa klacz niechętnie zwlekła się z ławki.
- Rope, nicponiu - rzuciła cierpko, podchodząc do niego. Przez chwilę stali naprzeciw siebie i nagle klacz chwyciła brata w objęcia. - Miło cię widzieć - dodała cieplej, ściskając porucznika. Obok podskakiwała kilkuletnia klaczka jednorożca.
- Wujek Rope! - pisnęła radośnie. Ogier wyswobodził się z objęć siostry i zwrócił się do małej.
- Witaj, Goldie - powiedział, przybijając z małą kopyto.
- Wujku, patrz, czego się nauczyłam! - zawołała klaczka, po czym rozświetliła swój róg.
- Ostrożnie, kochanie - powiedziała jej mama, przykazując bratu gestem, żeby się odsunął. W tej samej chwili z rogu małej wystrzeliła niewielka błyskawica. Ładunek przeskoczył na nogę porucznika, który mimowolnie odskoczył do tyłu.
- Cholera - zaklął, machając zdrętwiałym kopytem.
- Rope! - zganiła go Shiny Tail. - Nie przy dziecku!
- Wybacz - mruknął, ostrożnie stawiając porażoną kończynę na ziemi.
- Moja mała Lapiris1 - powiedziała pieszczotliwie, głaszcząc klaczkę po głowie. Na te słowa Flash parsknęła śmiechem. - No już. Idź się bawić - dodała gospodyni, popychając swoją córeczkę w stronę biegających opodal kucyków. - A ty jesteś? - spytała, wyciągając kopyto w stronę błękitnego jednorożca.
- Flash Forward - padła odpowiedź.
- Znacie się? - spytała, wskazując wymownie na swojego brata.
- To córka mojego bliskiego znajomego. Ma wakacje i pomyślałem, że przyda jej się kilka miesięcy odpoczynku od miejskiego zgiełku - odparł porucznik.
- I od razu pomyślałeś o mnie - odparła Shiny Tail, siadając na ławeczce. - Nie wiesz, od czego jest poczta? Mogłeś mnie zawiadomić.
- Wybacz, siostra. Trochę się pospieszyłem i...
- ... i pomyślałeś, że wpadniesz tu bez zapowiedzi i postawisz przed faktem dokonanym? - dokończyła za niego klacz.
- Cóż... w zasadzie tak - odparł porucznik z rozbrajająca szczerością. Jego siostra westchnęła.
- Masz szczęście, mały, że mam do ciebie słabość - rzekła, kładąc Rope'owi kopyto na łopatce. - Ostatnimi czasy dosyć rzadko wpadasz - dodała z nutką smutku w głosie - więc bardziej się cieszę, że znów cie widzę, niż martwię niespodziewanym gościem.
- Czyli że mogę tu zostać? - spytała Flash. Gospodyni skinęła głową.
- Bratu nie odmówię, zwłaszcza że widujemy się raz w roku. Wejdźcie do środka, porozmawiamy - dodała, otwierając drzwi. - Callie! - krzyknęła jeszcze, odwracając się. - Popilnuj dzieci! - W odpowiedzi młoda klacz, wieszająca pranie obok sąsiedniego domu, skinęła głową.
Dom Shiny Tail był bez wątpienia jednym z większych w wiosce. Na dole znajdowała się kuchnia i przestronny salon. Po lewej od wejścia schody prowadziły na piętro. Nad całym salonem biegło coś w rodzaju balkonu z rzeźbioną poręczą. Znajdowało się tam czworo drzwi: dwoje na wprost i po jednych na bokach. Ciemne, drewniane belki u sufitu były misternie zdobione, choć widać było na nich upływ czasu. Wszędzie unosiła się delikatna woń sosnowego drewna. Wędrowcy weszli i usiedli przy dużym, prostokątnym stole na środku sali. Rope odetchnął głęboko.
- Ah... - westchnął, rozglądając się dookoła - kocham ten zapach.
- Sam wiesz, że nie musisz go sobie odmawiać - odparła Shiny Tail, wchodząc do kuchni.
- Już o tym rozmawialiśmy - jęknął Rope.
- Tak, wiem - odparła gospodyni, kładąc na stole tacę z czajnikiem i kilkoma kubkami. - Ty jesteś stworzony do wyższych celów, za nudno tu dla ciebie i takie tam.
- Dokładnie - odparł porucznik. - Więc proszę, nie kłóćmy się i...
- A kto chce się kłócić? - Shiny Tail weszła mu w słowo. - Sam zaczynasz. Mówisz że tęsknisz za zapachem, ale do domu nie wrócisz, tylko tułasz się gdzieś po świecie...
- Shiny...
- A tymczasem tutaj mógłbyś zamieszkać jakiś czas z nami, wciąż mamy wolny pokój, no i Jilly wciąż jest sama. A swoją drogą, często wspomina o tobie, może poszedłbyś do niej i wiesz...
- SHINY! - krzyknął porucznik, czerwieniąc się. Gospodyni przerwała nalewanie herbaty do kubka.
- Ile razy ci chłopcze mówiłam, żebyś nie zachowywał się jak jakiś troll? - spytała, mierząc Rope'a groźnym spojrzeniem. Ten położył uszy po sobie.
- Wybacz, po prostu... nie chcę znów o tym mówić.
- Kim jest Jilly? - spytała nagle Flash.
- To... nikt taki - odparł Rope wymijająco. Jego siostra pokręciła głową z dezaprobatą.
- I to jest twój problem, mały - powiedziała, siadając przy stole. - Ona kocha się w tobie bez pamięci, ale ty, zamiast dać jej szansę, szukasz szczęścia gdzieś w świecie. - Na te słowa porucznik wzniósł oczy do nieba.
- Shine, mieliśmy o tym nie mówić...
- Może zaproszę ją do nas, spotkalibyście się, powspominali dawne czasy...
- NIE! - krzyknął porucznik z nagłym przestrachem w oczach. - Wszystko, tylko nie to!
- Nie wiem, co ci się w niej... - zaczęła klacz, ale Rope wszedł jej w słowo.
- To moja sprawa. I proszę, przestań o niej wspominać albo nie będę czekał na Strongholda i wyruszę już teraz.
- Dobra, już milczę - rzuciła klacz z lekkim westchnieniem, mieszając herbatę. - Synek powinien wrócić za dwie godziny.
- To świetnie - rzucił Rope, wstając. - Pójdę się walnąć na wyrko. Ta cała wspinaczka cholernie mnie wyczerpała - dodał kierując się w stronę schodów. - I nawet o tym nie myśl - rzucił jeszcze, otwierając drzwi na piętrze.
- O co ci chodzi? - spytała jego siostra, w jej głosie brzmiała uraza.
- Już ty dobrze wiesz - padła odpowiedź. - Ani się waż sprowadzać tu Jilly.
- Uparty jak zawsze - skwitowała gospodyni, siadając naprzeciw Flash.
- Kto to jest Jilly? - spytał jednorożec.
- Mieszka niedaleko. Kiedyś spotykała się z Rope'm, ale on wolał ruszyć świat. Nie wiem, o co im poszło. To miła dziewczyna i często o niego pyta. A on... szkoda gadać. Widziałaś zresztą.
- I tak jest zawsze? - spytała błękitna klacz, odstawiając kubek na stół. Gospodyni westchnęła ciężko.
- Tak. Ilekroć do nas zawita, kryje się przed nią jak przed świętą inkwizycją.
- Nigdy nie wspomniał, o co mu chodzi?
- Nie. Ona też nie wie, dlaczego on tak się zachowuje. Myślę, że chodzi o tą jego cholerną niezależność. Ubzdurał sobie, że nikt mu nie będzie ograniczał tej jego całej wolności i basta. Nie wie gówniarz co dla niego dobre.
- Słyszałem! - rozległ się przytłumiony głos z góry.
- Gęba w poduchę i nie podsłuchuj! - odkrzyknęła gospodyni.
- Może szuka tej jedynej? - podpowiedziała Flash. Starsza klacz spojrzała na nią z powątpiewaniem.
- Jak tak będzie do tego podchodził, to zostanie sam na starość. Ale dość już o nim - powiedziała nagle. - Opowiedz mi o sobie - poprosiła, opierając przednie kopyta na stole.
- Właściwie to nie ma zbyt wiele do opowiadana - odparła błękitna klacz wymijająco. - Mieszkam w Dalanis, na Wzgórzach Grzmiącego Kopyta.
- Kawał drogi - skomentowała gospodyni.
- Tak - przytaknęła Flash z uśmiechem. - Początkowo chciałam jechać do Canterlotu, ale Rope uparł się, że powinnam poznać trochę górskiego życia - zełgała na poczekaniu. - Tak bardzo chwalił tutejsze widoki i całą resztę, że w końcu się zgodziłam. I oto jestem - zakończyła.
- Wydajesz się być bardzo blisko z moim bratem - powiedziała starsza klacz, uciekajac wzrokiem w bok. Flash w mig pojęła, o co chodzi.
- Nie, nie jesteśmy w związku, jeśli o tym pani mówi - odparła Flash. - To po prostu bliski przyjaciel mojego ojca.
- Rope wspominał, że jest alchemikiem.
- Tak. Pani brat dużo podróżuje i często pomagał nam zdobyć rzadko spotykane towary i składniki.
- A ty też warzysz mikstury? - spytała Shiny.
- Coś niecoś wiem na ten temat - padła odpowiedź. - Ale wciąż się uczę.
- A ta cała alchemia... to takie jakby zielarstwo, prawda? - spytała ostrożnie gospodyni. Flash spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- To pani nie wie? - spytała zdumionym głosem. Przez twarz jej rozmówczyni przebiegł cień. Dopiero teraz Flash pojęła, jaką gafę właśnie strzeliła. - Znaczy... ja przepraszam, po prostu... - chciała się wytłumaczy
, ale starsza klacz machnęła kopytem.
- Nic nie szkodzi - powiedziała łagodnym tonem. - Pytam, bo nasza miejscowa zielarka może potrzebować pomocy. - Na te słowa Flash drgnęła.
- Co się stało? Jest chora? - spytała z troską.
- Gdzie tam - odparła Shiny Tail, po czym upiła łyk herbaty. - Jest w ciąży - dodała, odstawiając kubek na miejsce.
- Aaa, o to chodzi - mruknęła Flash, domyślając się do czego zmierza jej rozmówczyni. Pomimo poczucia obowiązku nie paliła się do pomocy miejscowej znachorce. - Który miesiąc? - spytała z grzeczności.
- Już końcówka. To kwestia najbliższych tygodni - rzuciła Shiny, mieszając zawartość kubka. - Martwię się o nią. Biedaczka, nie chce powiedzieć, czyje to dziecko.
- Nie wie?
- A gdzie tam - gospodyni machnęła kopytem. - Wciąż próbuje mi wmówić, że to niepokalane poczęcie, ale nie ze mną te numery - dodała. - Najgorsze że nie ma jej kto pomóc. Często ktoś ją wyręczy w jakichś cięższych pracach, narąbie drewna czy dostarczy żywności, ale i tak większość musi robić sama. A powinna się oszczędzać, zwłaszcza teraz. Lada dzień może urodzić, ale wciąż zbiera zioła i warzy mikstury dla nas. A musi jeszcze zadbać o inwentarz. Nie ma tego dużo, ale o gadzinę też dbać trzeba.
- Dobra, widzę do czego pani zmierza - powiedziała nagle Flash, zaglądając do pustego kubka. Dolała sobie herbaty. - A ja, jako ktoś kto ma teoretyczne pojęcie o ziołach i miksturach oraz nadmiar wolnego czasu, powinnam jej pomóc, czyż nie? - spytała. Shiny Tail uśmiechnęła się.
- Nie lubisz owijania w bawełnę?
- Dokładnie - padła odpowiedź. - Są sytuacje w których nie ma co chodzić naokoło - dodała z uśmiechem.
- To świetnie. Miło, ze zgodziłaś się jej pomóc. Sama chciałam to zrobić, ale dom, dzieci... sama rozumiesz. To znaczy - poprawiła się - nie mogę tak po prostu zostawić córki samej i iść szukać jakichś kwiatków, o których nie mam zielonego pojęcia.
- A jej rodzice? - spytał jednorożec. Gospodyni westchnęła ze smutkiem.
- Matka umarła miesiąc po porodzie. Ojciec... dobry był z niego ogier. Wychował córkę na porządną dziewczynę.
- Był? Co się z nim stało?
- Zginął w kopalni dwa lata temu.
- Ojej, tak mi przykro.
- Tak, wiem. Wszyscy go lubili. Pracowity, uczynny, nikomu nie odmówił pomocy, dla każdego miał dobre słowo - powiedziała cicho, jej oczy zaszkliły się. - Tak nie powinno być. Czterdzieści lat to za mało, żeby umierać. I jeszcze córkę samą zostawić na świecie. A teraz jeszcze to dziecko... nie wiem, jak sobie biedaczka poradzi - przerwała, emocje utrudniały jej mówienie. Flash ukradkiem otarła łzę. - Chodź - powiedziała nagle gospodyni, wstając. - Pokażę ci twój pokój. Moi chłopcy niedługo wrócą. Kiedy odpoczniesz, to zejdź na dół, poznasz ich bliżej.
- Z przyjemnością - rzuciła błękitna klacz, wspinając się po schodach. Gospodyni pokazała jej gestem drzwi po prawej stronie. Flash otwarła je, ale zatrzymała się w przejściu. Odwróciła głowę. - To miłe z pani strony. Przyjmować pod swój dach w zasadzie całkiem obcego kucyka... nie każdego stać na taki gest.
- Mój brat ci ufa. To mi wystarczy - odparła lawendowa klacz, schodząc na dół. Flash weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Z przyzwyczajenia sprawdziła, czy na pewno są zamknięte. Rozejrzała się dookoła.
Pomieszczenie nie różniło się zbytnio od jej lokum w bibliotece w Ponyville. Było nieco większe, jego wyposażenie było bardziej kunsztowne, ale poza tym nie było wielkich różnic. Łóżko po prawej, wystarczająco duże dla dwóch kucyków, rzeźbiona komoda naprzeciwko niego oraz szafa w kącie. Obok łoża stała niewielka nocna szafka.
Flash poukładała nieliczne drobiazgi na półkach. Poza żywnością podróżną nie było tego zbyt wiele. Płaszcz, manierka i wysłużone przybory toaletowe, dar Wywiadu. Kiedy juki wylądowały w szafie, klacz otworzyła okno. Przez chwilę podziwiała widok. Strome pasma górskie, na szczytach pokryte śniegiem, niżej błękitne jak jej sierść, o podnóżach zakrytych czarną kreska lasu. Flash westchnęła, po czym położyła się na łóżku. Leżąc w miękkiej pościeli zaczęła liczyć kreski na suficie.
Pomyślała o ostatnich wydarzeniach. Awantura ze świątynią, potem wyrok, czekanie na śmierć, wędrówka z Rope'm, niewola u bandytów... "Na Celestię, przecież to wszystko wydarzyło się w ciągu ostatniego tygodnia!" - pomyślała ze zdumieniem. Tu, w ciszy i spokoju najwięksi wrogowie wydawali się mglistym wspomnieniem, bezimiennym zagrożeniem, które zostało gdzieś hen w oddali, a wypadki sprzed paru dni jawiły się jako o lata odległe przygody w innym świecie.
Klacz czuła się tak, jakby wszystkie jej problemy zniknęły lub dotyczyły kogoś innego. Najprostsze w świecie poczucie bezpieczeństwa po miesiącu napięcia było dla niej trochę dziwne.
Z westchnieniem obróciła się na bok. Miękka pościel delikatnie ugięła się pod nią. W powietrzu unosił się delikatny zapach sosnowego drewna. Młoda klacz poczuła się niemal jak w domu. Ciepłym, przyjaznym, bezpiecznym miejscu, tak bliskiemu jej sercu.
Tęsknota za rodzicami znów dała o sobie znać, ale nie była tak dotkliwa i dojmująca jak w więzieniu bandytów. Mimo wszystko marzyła o zobaczeniu się z nimi.
Balansując bezwiednie na granicy snu Flash usłyszała delikatny kobiecy głos, podobny do jej matki. Postać śpiewała cicho, ale wyraźnie, jakąś pięknie brzmiącą pieśń w obcym języku.
Oddech klaczy zwolnił i pogłębił się. Po chwili zasnęła głęboko, wyczerpana długim marszem.
Było samo południe. Słońce w zenicie paliło niemiłosiernie. Księżniczka Celestia rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegokolwiek cienia. Wokół, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się zielone łąki. Nagle zerwał się lekki wiatr, łany traw zafalowały. Księżniczka przymknęła oczy i rozłożyła skrzydła, rozkoszując się chłodna bryzą, delikatnie pieszczącą jej smukłe ciało.
Nagle jej wzrok zatrzymał się na jedynym obiekcie, który przerywał monotonię zielonego krajobrazu. W odległości kilkuset metrów, na wzgórzu, stało rozłożyste drzewo. Celestia ruszyła w jego kierunku, zwabiona wizją chłodnego cienia. Szła wolnym krokiem, ciesząc się dotykiem traw, które muskały jej nogi. W pewnej chwili dojrzała na wzgórzu jakąś postać. Mimowolnie przyspieszyła kroku.
Na przystrzyżonej trawie, w leżał lawendowy jednorożec o prostej grzywie i ogonie z dwoma różowymi paskami. "Twilight" - pomyślała księżniczka, podchodząc bliżej. Dostrzegła, że jej wierna uczennica coś pisze. Stanęła za nią, słuchając, jak klaczka na głos odczytuje treść listu.
- Kochana Księżniczko Celestio - zaczęła Twilight. - Z radością donoszę, że udało mi się dokonać nowego odkrycia w dziedzinie Magii Przyjaźni. - Na te słowa Pani Dnia nadstawiła uszu. - Niedawno przekonałam się, jak to jest zostać zdradzonym. Poznałam największy ból, jaki może zadać bliska ci osoba. Gdy ktoś, komu bezgranicznie ufasz, postanawia się ciebie pozbyć, aby tylko pozostać u władzy. Gdy poczucie zagrożenia czyni z ciebie najzacieklejszego wroga osoby, którą ubóstwiałaś - słyszac to Celestia drgnęła, do jej oczu napłynęły łzy.
- Co się stało? - spytała, kładąc kopyto na łopatce Twilight. Ta odwróciła się. Nie, to nie była Twilight. Klacz przed nią miała ciemnobłękitną sierść i alabastrową grzywę, rozpacz w jej spojrzeniu poraziła serce księżniczki.
- Przecież wykonałam zadanie - szepnęła agentka, do jej oczu napłynęły łzy. Władczyni wbiła wzrok w ziemię. Nie wiedziała, co powiedzieć. Że jej przykro? Że tak musiało być? Że poświęciła jej życie dla dobra kraju?
- Kraju czy twojego? - usłyszała nagle. Podniosła wzrok.
Nie była już na zielonej łące. Wokół rozciągała się spalona równina, przez chmury na niebie przebijał się blask ognia. Na wzgórzu zamiast drzewa stała wysoka, czarna szubienica. Na napiętej linie kołysało się ciało kucyka. Po chwili obróciło się twarzą w jej stronę.
To była Twilight.
Wisząc na pętli patrzyła z bólem i wyrzutem na Celestię.
- Wykonałam zadanie. Dlaczego mnie zabiłaś? - spytała. Księżniczka spostrzegła, że to nie jej uczennica, ale ta agentka. Nie... to była Twilight i Flash jednocześnie.
- MORDERCA! - rozległ się oskarżycielski głos obu klaczy. Celestia chciała zatkać uszy, ale była niezdolna do wykonania jakiegokolwiek gestu.
- MORDERCA! - rozległo się znowu. Biała klacz zorientowała się, że jest otoczona przez setki kucyków. Twilight, Flash, rebelianci Luny, zwykli obywatele, wszyscy patrzyli na władczynię oskarżycielskim wzrokiem. Klacz chciała uciekać, ale jakaś siła zatrzymała ją w miejscu. Z ust każdego padało jedno jedyne słowo: "MORDERCA". Nagle usłyszała słowa Twilight.
- Jesteś potworem - powiedziała drżącym głosem. W tym momencie Celestia obudziła się z krzykiem.
Wszystko zniknęło, wokół panował półmrok i cisza. Klacz rozejrzała się dookoła. Leżała we własnym łóżku, w miękkiej pościeli, w dobrze znanej sypialni. Blask księżyca rozświetlał pomieszczenie i odbijał się od spoczywającego na szafce nocnej Arclighta. Obok na drążku spała Filomina.
Nagle drzwi do pokoju otwarły się. W przejściu pokazał się strażnik. W jego spojrzeniu widać było zaniepokojenie.
- Wasza Wysokość, czy coś się stało? - spytał. Władczyni spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.
- Nie... nic - odparła, siląc się na swój zwykły uśmiech. - Odmaszerować - dodała, siadając na krawędzi łoża. Żołnierz zasalutował, po czym zamknął drzwi. Księżniczka schowała twarz w kopytach. Ten... koszmar był niesamowicie realny. Nie wiedziała, dlaczego akurat teraz. Tyle razy skazywała kogoś na śmierć i nagle teraz, po tysiącu lat, pojawiają się jakieś koszmary. Ale to nie były tylko złe sny. To było również coś innego, z dawna zapomniane, lecz znane uczucie. Głos, który milczał już od kilku tysięcy lat.
Sumienie
- Co się ze mną dzieje? - szepnęła do siebie. Poczuła się wrednie. "Jesteś potworem" - pomyślała. Twilight miała rację.
Nagle podniosła się z łóżka. Koszmar całkowicie wytrącił ją z równowagi. Mimo wszystko nie mogła sobie pozwolić na rozchwianie emocjonalne. Jest władczynią. Musi dbać o kraj. A te uczucia na pewno jej w tym nie pomogą. "Muszę je zagłuszyć. Choć na chwilę. Na tą jedną noc" - pomyślała. Zapaliła magiczną lampę, po czym podeszła do jednej z rzeźbionych szafek. Przez chwilę walczyła ze sobą, ale w końcu otworzyła zdobione drzwiczki i wyjęła ze środka wysoka butelkę. Na etykietce widniał napis "Applejack Daniels, rocznik 980. 70%".
- Na czarną godzinę. Taką, jak ta - mruknęła księżniczka. Miotały nią sprzeczne uczucia. Z jednej strony w zakorkowanej butelce czekało płynne zapomnienie. Chwilowe co prawda, ale na ten jeden raz wystarczy. Z drugiej... księżniczce nie wypada się upijać.
W ślad za butelką z szafki wyleciał pękaty kieliszek. Celestia zawahała się, po czym napełniła go czerwonym płynem. Uniosła go w swojej magii, przez chwilę przyglądając się zawartości. Skrzywiła się lekko na samą myśl o przełknięciu płynnego ognia. Nagle zamknęła oczy i wypiła wszystko duszkiem. Poczuła palący ból w gardle. Zakrztusiła się, ale już po chwili przyjemne ciepło alkoholu rozlało się po jej ciele. Przymknęła oczy i oblizała wargi..
- To jest to - szepnęła.
Nie piła od dawna, ale czuła, że tym razem nie da rady zasnąć bez porządnego znieczulenia. Po chwili opróżniła kolejny kieliszek, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. AJ Daniels może i był mocny, ale smakował niezbyt dobrze. Celestia chuchnęła, próbując pozbyć się palącego uczucia w pysku. Pieczenie szybko ustało. Zakręciło jej się w głowie. "Za szybko wypiłam"2 - pomyślała, starając się utrzymać racjonalny tok myślenia.
Księżniczka napełniła kieliszek po raz trzeci. Naczynie chwiało się nieco w jej magii, ale wkrótce znów było puste. Już po chwili alkohol przyjemnie stępił zmysły i pozwolił zapomnieć o koszmarze oraz zagłuszył pojawiające się wyrzuty sumienia..
Klacz rozejrzała się dookoła. Jej wzrok zatrzymał się na obrazie, przedstawiającym jej siostrę.
- Luna - szepnęła z czułością, wodząc kopytem po płótnie. - Tak bardzo cię skrzywdziłam, a ty wciąż przy mnie jesteś. Moja kochana siostrzyczko - dodała z rozrzewnieniem, łzy napłynęły jej do oczu. Pomimo tego całego bajzlu Luna wciąż ją wspiera. Zawsze jest przy niej. Na dobre i na złe.
"A ja nigdy jej nie podziękowałam" - pomyślała, wstając. Podeszła do drzwi balkonowych i zaczęła mocować się z zamkiem. Chwilę to trwało, ale w końcu szklane wrota stanęły otworem. Chłodne, nocne powietrze trochę otrzeźwiło klacz. Spojrzała przed siebie, w kierunku wieży, w której znajdowała się sypialnia Luny.
- To niedaleko - mruknęła, rozkładając skrzydła. Po chwili była już w powietrzu. Z tyłu dobiegło ją wołanie strażnika.
Księżniczka Luna czytała właśnie powieść kryminalną, zatytułowaną "Sherlock Colts i Pies Casterville'ów". Zbliżała się właśnie do momentu, w którym miała zostać ujawniona tożsamość mordercy. Napięcie sięgnęło zenitu.
W tym momencie rumor na balkonie prawie przyprawił ją o zawał. Atramentowa klacz zerwała się na równe nogi i przez chwilę próbowała uspokoić kołaczące serce. Odruchowo podniosła stojące obok krzesło i ostrożnie podeszła do oszklonych drzwi.
Kiedy tylko je otwarła, do komnaty chwiejnym krokiem wtoczyła się jej siostra, wpadając przy okazji na stojący obok drzwi stolik. Luna zacisnęła szczęki. "Jeszcze tu cię nie było" - pomyślała, odkładając trzymany mebel ma miejsce. - Co cię do mnie sprowadza w środku nocy, siostrzyczko? - spytała, siląc się na spokojny ton. Coś jej nie pasowało w zachowaniu Celestii. Ta spojrzała na nią zamglonym wzrokiem, po czym... rzuciła jej się na szyję.
- Prze... przepra... szam, Lu... na... wybełkotała, przyciskając do siebie granatową klacz. Ta poczuła wyraźny zapach alkoholu. Wyrwała się z uścisku siostry.
- Jesteś kompletnie pijana! - krzyknęła, mierząc Celestię pełnym dezaprobaty wzrokiem. Ta uśmiechnęła się głupkowato.
- Tyl... ko trzy... ko... kolejki na... za... śnięcie - powiedziała z głupim uśmiechem, próbując ponownie przytulić Lunę. Ta cofnęła się z obrzydzeniem. - Nie rób... mi te... go, siostraaa... - jęknęła władczyni z udawanym żalem. Po chwili zarechotała głośno.
- Powinnaś się położyć - odparła zimno Luna, popychając opierającego się białego alicorna w stronę kanapy. Drgnęła, słysząc skrzypnięcie drzwi.
- Pani, czy coś się... - zaczął strażnik. - Księżniczko, co tu robi Jej Wysokość? - spytał, wskazując wymownie na Celestię, zataczającą się na środku pokoju.
- Nie twój interes - warknęła atramantowa klacz, próbując unikać nachalnych przyjacielskich zapędów ze strony siostry. Żołnierz cofnął się z lękiem w oczach. "Spokój" - upomniała się w myślach Luna.
- Idź i zamelduj we wschodnim skrzydle, że Księżniczka Celestia nocuje dzisiaj u mnie - powiedziała łagodnie, acz stanowczo. Strażnik zasalutował, po czym zamknął drzwi. Pani Nocy rozejrzała się po komnacie. Ta chwila nieuwagi drogo ją kosztowała.
Nim zdążyła się uchylić, już leżała na podłodze, przygnieciona ciężarem siostry. Owionął ją ohydny zapach alkoholu.
- Dzie... kuję ci... sio... strzy... czkoooo... - powiedziała z trudem Celestia, przyciskając do siebie atramentową klacz. - Tak bardzo... cię... ko... chaaam - wybełkotała jej wprost do ucha. Luna poczuła mdłości.
- Złaź ze mnie! - krzyknęła, próbując zrzucić z siebie władczynię. Ta zaśmiała się lekko, ani na chwilę nie luzując uścisku. Atramentowa klacz kątem oka dojrzała cienką smugę światła w uchylonych drzwiach.
- WON! - wrzasnęła w tamtym kierunku, mocując się jednocześnie z nachalną siostrą. Wrota natychmiast się zatrzasnęły. Luna odepchnęła Celestię i zdzieliła ją w twarz, ale to nie poskutkowało. W akcie desperacji postanowiła użyć magii. Fala ciemnej energii odrzuciła białą klacz na drugi koniec pokoju. Ta ledwie dała radę się podnieść.
- Kiedy ja ty... lko chcia... łam... - powiedziała z trudem, ledwie mogąc utrzymać pion. - Bo ty za... wsze... jesteś... przy... przy mnie... na do... bre i... na złe... - wybełkotała, zbliżając się chwiejnym krokiem do siostry. Ta patrzyła na nią z pogardą. "Żałosne" - pomyślała, skupiając swoją magię. Celestia potrząsnęła głową, resztkami sił próbując oprzeć się usypiającemu czarowi siostry, ale wypity alkohol uniemożliwiał skupienie się. Po chwili przechyliła się niebezpiecznie, ale granatowa klacz w ostatniej chwili uchroniła ją przed upadkiem. Nagle ciemna energia księżniczki zniknęła, a bezwładne ciało władczyni spadło na podłogę.
- Dobra, to było specjalnie - mruknęła mściwie, podnosząc białą klacz. Niedbale rzuciła ją na kanapę. Ta odwróciła się i zachrapała głośno. Luna westchnęła, po czym utworzyła na środku pokoju dźwiękoszczelną bańkę. Nastała upragniona cisza.
- Idiotka - mruknęła, patrząc na zegar. Dochodziła trzecia w nocy. - Teraz ci się, suko, zebrało na przeprosiny - dodała mściwie, szukając wzrokiem książki. Nastawiła magicznie zegar, żeby wiedzieć, kiedy wznieść słońce. Lubiła to robić, ale miała na to mało okazji. Jej siostra zawsze zazdrośnie strzegła wszelkich przejawów władzy.
- Na co mi przyszło... - mruknęła, kartkując książkę. - Żebym w środku nocy musiała się użerać z jej zalotami - westchnęła. W końcu znalazła odpowiednią stronę i na powrót zagłębiła się w lekturze.
Po chwili podniosła wzrok na śpiąca siostrę, a następnie zerknęła na zegar. Zamknęła książkę, wstała i bezszelestnie otwarła drzwi na balkon. Rzuciła ostatnie spojrzenie na Celestię, po czym zmieniła się w chmurę i poleciała w kierunku dzielnicy mieszkalnej Canterlotu.
Poziom ukończony!
Otrzymano tytuł: "Alpinista"
Rozdzial 12 Rozdział 14
1 Legendarna bohaterka Equestrii, mityczna pani wiatru, lodu i błyskawic.
2 Opinia niezależnego eksperta: zbyt szybkie wypicie nawet umiarkowanych ilości mocnego trunku już po kilku minutach zwala z nóg. Ponieważ mamy do czynienia z alicornem, efektem jest niemal natychmiastowe, silne upojenie alkoholowe.
283
