Nie czekając na Chejrona wybiegłem na korytarz i puściłem się pędem w stronę drzwi, zza których dało się słyszeć krzyk. Otworzyłem je, wpadłem do środka i zobaczyłem Annabeth, która siedziała skulona na łóżku, ubejmując ramionami kolana. Podbiegłem do niej, usiadłem obok i przytuliłem do piersi. Cała dygotała.

- Już wszystko dobrze. Jesteś bezpieczna... - szepnąłem, gdy przycisnęła głowę do mojego ramienia. Zauważyłem, że Chejron obserwuje nas zza drzwi, siedząc na swoim wózku inwalidzkim. Posłał mi blady uśmiech i zostawił nas samych.

- Annabeth... - powiedziałem, odgarniając jej z twarzy lśniące, blond włosy. Odsunęła się ode mnie i objęła ramiona rękami.

- Przepraszam. Ja... - szepnęła tak cicho, że ja ledwie to usłyszałem. Miałem wyrzuty sumienia. To ja ją zaatakowałem. To przeze mnie prawie nie zginęła. Jestem cholernym, niedoszłym mordercą.

- Nie, to ja przepraszam - odpowiedziałem.

Annabeth głośno westchnęła i przetarła twarz dłońmi. Nagle niespodziewanie wstała z łóżka i stanęła nade mną.

- Musimy szykować się na misję. Im szybciej na nią wyruszymy, tym szybciej będziemy spowrotem - na jej twarzy wykwitł słaby uśmiech, gdy podała mi rękę, a ja stanąłem obok niej.

- Jesteś niemożliwa - powiedziałem. Cieszyłem się, że nie obarcza mnie winą za to, co się stało, ale... czułem, że cała ta sytuacja mocno działa jej na nerwy. A zresztą... komu nie? Chciałem mieć tę misję już za sobą, jednak myśl, że któreś z nas może nie wrócić, nie dawała mi spokoju. A co, jeżeli to będzie Annabeth?


Kilka godzin później poinformowaliśmy już Chejrona o tym, że jesteśmy gotowi, aby wyruszyć na kolejne mega super niebezpieczne ratowanie tego zakichanego świata. Czyli normalny dzień z życia herosa. O siódmej zarządził zebranie grupowych. Miałem jeszcze godzinę, więc poprosiłem Nico, żeby ostatni raz spróbował mnie czegoś nauczyć.

- Nie sądzisz, że to wszystko jest trochę popaprane? - zapytał syn Hadesa, gdy po raz kolejny, bezskutecznie próbowałem ożywić szkielet szczura. Jak na razie udało mi się tylko sprawić, aby poruszył ogonem, więc szło mi dość marnie.

- Wszystko jest popaprane - odpowiedziałem, nie przerywając moich wysiłków.

- Ta cała sytuacja z Tyfonem. Najpierw bogowie mówią, że go pokonali. Poźniej on nasyła na ciebie potwory. Następnie próbuje cię kontrolować i do tego okazuje się, że twoja babka była moją siostrą.

- Jasne. Wszystko jest dziwne.

- Martwisz się?

- Misją?

- Yhy - Nico chyba znudził się patrzeniem na moje próby "ożywienia" szczura, ponieważ pstryknął palcami i kości zapadły się w ziemi.

- W zasadzie... wolałbym już iść na nią sam, niż możliwość tego, że przeze mnie Annabeth może zginąć. Sam słyszałeś przepowiednię. Najmądrzejsza z trójki jednak drogę im utrudni.

- Może... nie należy tego rozumieć dosłownie.

- Kończmy temat, nie ma ochoty o tym gadać. Mam tylko nadzieję, że tym razem nie nawalę.

Nico spojrzał na mnie nieobecnym wzrokiem i stanął na nogi. Ruchem ręki wziął do ręki swój przypięty do pasa miecz i stanął naprzeciwko mnie. Sam też chwyciłem za Orkan.

- Zaczynaj - rzucił. Nie lubiłem z nim walczyć, ale był to element jego treningów. Nie władałem jeszcze tak dobrze mocami dzieci Hadesa, za to on był ode mnie znacznie gorszy w szermierce, ale i tak zawsze wszystko spełzło na tym, że ja byłem wyczerpany po licznych krótkich unikach cieniem i staraniu się panować nad ziemią. Muszę przyznać, że jednak wolę panować nad wodą.

- O co ci dzisiaj chodziło? - zapytałem, wywołując małe trzęsienie ziemi, przez co Nico zachwiał się do tyłu.

- Nie ważne - odpowiedział kontratakując mieczem ze stygnijskiego żelaza.

- Ważne. Więc? - odparowałem jego cios i przeniosłem się cieniem tuż za jego plecy.

- Rozmawiałem z Bianką.

- To chyba dobrze - wywnioskowałem.

- Już nieważne. Trochę mnie rano poniosło. Przepraszam - powiedział, przywołując dwa kościotrupy, które w tempie natychmiastowym zaczęły mnie atakować.

- Wiesz, że nie odpuszczę, młody. O co chodziło?

- Tylko nie młody - żachnął się podcinając mi nogi. Wylądowałem, boleśnie obijając sobie kość ogonową. Spojrzałem na niego, unosząc brwi. Kościotrupy rozsypały się w pył, a Nico pojawił się obok mnie, próbując przystawić mi ostrze do gardła. Błyskawicznie wybiłem mu miecz z rąk.

- Mów - uśmiechnąłem się, dotykając końcem ostrza jego ramienia. Syn Hadesa przewrócił oczami i odsunął się kilka kroków.

- Bianka nie powiedziała ani jednego słowa o mnie. Ciągne tylko Percy, Percy i Percy. Jak tam Percy? Słyszałam, że to, tamto. Oszaleć można. Wściekłem się. To moja siostra.

- Ta... rozumiem - odpowiedziałem. Nie wiedziałem, co mam mu powiedzieć. Sam pewnie zachowałbym się podobnie, gdyby Tyson lub Brian... dostał bilet w jedną stronę do Hadesu.

- Było, minęło. Naprawdę cię przepraszam. Trochę za ostro cię potraktowałem.

- Nasz mały Nico dorósł. A jeszcze pamiętam, jak pierwszy raz przyszedłeś do obozu. Ale z ciebie był rozkoszny dzieciak - zaśmiałem się, żeby trochę rozluźnić atmosferę. Nie zdążyłem mrugnąć okiem, gdy łokieć Nico wbił mi się w żebra.

- Ej - pacnąłem go w odpowiedzi po głowie. Od dawna nie widziałem na jego twarzy szczerego uśmiechu. Sam też chyba na moment zapomniałem o tej całej misji.

- A może dla Nico podoba się jakaś dziewczyna, co? - założyłem ręce na piersi i spojrzałem z góry na bruneta.

- A nawet jeśli, to co? - odpowiedział, siadając pod drzewem.

- To może mi powiesz? Jeżeli nie wrócę z misji, to twoja tajemnica nie ujrzy światła dziennego... nocnego też nie.

- A jeżeli wrócisz?

- To się okaże. Mów.

Zauważyłem, że Nico zaczął nerwowo przekładać w palach materiał swojej czarnej kurtki. Sprawiał wrażenie, jakby bił się z myślami.

- Ale nikomu nie powiesz? Nawet Annabeth? - zapytał z lękiem w oczach. Jak powie, że jest gejem, to chyba sobie strzelę w łeb.

- Ta... Cindy z domku Demeter.

- Ta ruda? - uśmiechnąłem się. Odwrócił głowę i lekko pokiwał głową. Jednak coś go trapiło. Nagle poderwał się z miejsca, ponieważ w naszym kierunku, po zboczu wspinała się Annabeth. Pomachałem do niej ręką i sam również stanąłem na nogi.

- Chodź, musimy pogadać z Chejronem - powiedziała, stając obok mnie i biorąc za rękę.

Po chwili ja, Ann i Nico wchodziliśmy do Wielkiego Domu, gdzie zebrana była już cała reszta grupowych. Po dającym wytchnienie treningu z synem Hadesa, teraz znowu czułem się tak, jakby ktoś robił sobie z moich wnętrzności origami. Grupowi domków Demeter, Afrodyty, Apolla, Hefajstosa, Hekate i Hermesa obrzucili nas zdziwionymi spojrzeniami. Pewnie Chejron już wyjaśnił wszystkim całą sytuację. Super, teraz każdy będzie uważał mnie za potwora, który o mało nie zabił Annabeth. Centaur dał nam znak, żebyśmy zajęli miejsca i wrócił do swojej wypowiedzi.

- Jak już mówiłem, Percy i Annabeth wyruszają na misję - w tym momencie ścisnęło mi gardło. - Jednak przepowiednia jednoznacznie mówiła jeszcze o dziecku Aresa, które wyruszy razem z nimi. Crariss, wybór należy do ciebie. Ktoś z twojego rodzeństwa, lub ty, musi wyruszyć na wyprawę. Czekam na odpowiedź do końca dzisiejszego dnia, kiedy oficjalnie ogłoszę wyruszenie misji.

Nigdy nie lubiłem tej ceremonii, na której uczestnicy misji byli wybierani przed całym obozem w amfiteatrze. Potem składanie przysięgi, gratulacje, życzenia powrotu i takie tam. Ogólnie rzecz biorąc, nie jest to miłe przeżycie, a miałem już dwie takie ceremonie za sobą.

Clariss poruszyła się niespokojnie na krześle i skinęła niepewnie głową w stronę koordynatora obozu. Pewnie będzie musiała teraz wybrać między chęcią ratowania swojej skóry a pragnieniem uczestniczenia w misji. Chejron powiedział jeszcze kilka ogłoszeń niezwiązanych z naszą wyprawą i zarządził powrót wszystkich do swoich domków.

- Percy, zostań na chwilę - usłyszałem głos Chejrona. Spojrzałem z obawą na wychodzącą Annabeth, jednak ta tylko posłała mi uspokajający uśmiech i zamknęła drzwi. Zostałem sam na sam z koordynatorem obozu.

- O czym chce pan ze mną porozmawiać? - zapytałem.

- Nie sądzisz, że powinniśmy ustalić szczegóły waszej misji?

- Skoro sprawa dotyczy misji, to dlaczego nie rozmawiamy w czwórkę, tylko w cztery oczy? - coś w jego zachowaniu sprawiało, że miałem wrażenie, iż chce mi powiedzieć coś ważnego. Coś arcyważnego.

- Wiesz, że każdy heros, który trafia do obozu jest dla mnie jak własne dziecko - powiedział, wstając z wózka i podchodząc do mnie. Górował nade mną o jakieś kilkanaście centymetrów, więc musiałem trochę podnieść głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

- Annabeth szczególnie. Praktycznie od dziewięciu lat jest dla mnie jak rodzona córka - kontynuował centaur. Zdałem sobie sprawę z tego, co chce mi powiedzieć.

- Nie pozwolę, żeby stało się jej coś złego. To, co się ostatnio wydarzyło...

- To nie była twoja wina - przerwał mi i sięgnął ręką do szuflady szafki stojącej obok. Wyjął z niej czarny sznurek z zawieszoną na nim małą, srebrną monetą.

- Załóż. Trudniej będzie przejąć nad tobą kontrolę - dodał, podając mi wisiorek. Podziękowałem, założyłem go na szyję i schowałem pod koszulką.

- Jutro rano wyruszamy?

- Tak - odpowiedział krótko.

- A... nie powie mi pan jak powstrzymać Tyfona? Co będzie, jak nawalę?

- Przykro mi Percy, ale nie mogę ci nic więcej powiedzieć. Po pierwsze nie chcę wprowadzać cię w błąd. Po drugie i tak zrobiłbyś wszystko po swojemu - uśmiechnął się i położył mi rękę na ramieniu.

- W sumie ma pan rację - odpowiedziałem. Coś w tym było. Miałem dziwne wrażenie, jakby bił się z myślami. Przypatrywał mi się dziwnie i wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mogło mu to przejść przez gardło.

- Chejronie? - powiedziałem.

- Co? A, tak, przepraszam. Zamyśliłem się. Wyśpij się dzisiaj dobrze, jutro wyruszacie. Pamiętaj o tym, co ci powiedziałem. Możesz już iść - rzucił pośpiesznie. Wychodząc z Wielkiego Domu czułem na sobie przenikliwy wzrok centaura. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że coś go wyprowadziło z równowagi. Tylko co?


- Mówiłem już, że to strata czasu - szepnąłem do Annabeth, gdy razem z tłumem śmiejących się obozowiczów szliśmy w kierunku areny.

- Nie marudź - odparła, popychając mnie na jeden ze stopni widowni. Naprawdę nie lubiłem tego typu imprez. To było coś w stylu "Uwaga, ci oto herosi idą się zabić! Dziękujmy im na kolanach!" Po prostu super. Podczas gdy wszyscy nawet nie zdążyli usiąść dało się słyszeć głos Chejrona próbujący przekrzyczeć dziesiątki zebranych tu półbogów.

- Ciisza! - wrzasnął, rozrywając bębenki słuchowe stojących bliżej niego. Wszyscy pośpiesznie usiedli na wolne miejsca. Spojrzałem z obawą na Annabeth, ale ona nie zaszczyciła mnie ani jednym spojrzeniem. Wzrok miała nieustannie wbity w Chejrona. Westchnąłem i zacząłem przygotowywać się na najgorszą część dzisiejszego dnia.

- Witam wszystkich zebranych obozowiczów! - rozbrzmiał dźwięczny, donośny głos Chejrona. - Jak już pewnie wiecie, sytuacja wygląda nieciekawie. Z naszego obozu wyruszy więc kolejna trójka herosów, aby na świecie zapanował ład i porządek.

Przewróciłem oczami i spojrzałem ukradkiem na Annabeth, która nadal była wpatrzona w centaura. Zawsze ta sama mowa. Chejrona chyba naprawdę nie obchodziło, że kilkadziesiąt półboskich mózgów siedzących na widowni nawet go nie słucha, bo zna całe przemówienie na pamięć. Sam też po chwili już odpłynąłem. Moje myśli uciekły gdzieś w tył głowy dopiero wtedy, gdy koordynator obozu wywołam moje nazwisko, a zaraz potem Annabeth. Razem zeszliśmy z widowni i stanęliśmy obok Chejrona. Naprawdę nie lubiłem być w centrum uwagi, więc świadomość, że kilkanaście par oczu świdruje mnie na wylot, nie napawała mnie optymizmem.

- Na misję wyruszy również jedno z dzieci boga wojny, Aresa. Proszę o wystąpienie osoby wyznaczonej przez grupowego domku!

Clariss wstała. No jakżeby inaczej. Uśmiechnąłem się lekko i trąciłem łokciem Annabeth. Ona również się zaśmiała. Co jak co, ale mógłbym się założyć, że córka Aresa nie odpuści sobie wyruszenia na tą misję. Podczas gdy Clariss stanęła po mojej lewej stronie, zauważyłem poruszenie wśród dzieci boga wojny. Charlie Danveld, starszy brat Clariss, zdawał się ciskać piorunami z oczu. Jego siostrzyczka, Maddie, też nie tryskała entuzjazmem.

Po kilkunastu minutach mogliśmy nareszcie opuścić amfiteatr. Odprowadziłem Annabeth do domku Ateny, a sam poszedłem do trójki. Kto wie, może to moja ostatnia noc we własnym łóżku? Dotknąłem srebrnej monety, którą dał mi Chejron. Oby przynajmniej to pomogło.


O dziwo w nocy spałem jak zabity. Nad ranem obudziło mnie dopiero skrzypnięcie drzwi domku Posejdona. Zerwałem się do pozycji siedzącej i zobaczyłem Annabeth stojącą w progu z lekkim uśmiechem na ustach.

- Wstawaj, niedługo wyruszamy - powiedziała na powitanie, zamykając drzwi. Cholera, a zapowiadał się taki piękny dzień.

- Im szybciej wyruszymy, tym szybciej wrócimy - powtórzyłem jej słowa i zacząłem szukać koszulki w mojej torbie. Wczoraj do plecaka spakowałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ubrałem się, a Annabeth siedziała na sąsiednim łóżku i bezczynnie mi się przyglądała.

- Nie martw się, będzie dobrze - powiedziałem, całując ją w czoło i biorąc za rękę.

Po chwili staliśmy już przed domkiem Aresa, czekając na Clariss. Ta jednak po dziesięciu minutach nie wyszła, ale raczej wypadła wściekła jak rozjuszony byk na rodeo.

- Clar... - zacząłem, jednak niedane mi było dokończenie zdania.

- Zamknij się Jackson! Idziemy na misję, a nie na pogaduchy - warknęła przedzierając się między mną a Annabeth i kierując się w stronę sosny Thalii, gdzie mieliśmy spotkać się z Chejronem.

- A tej co? - zapytałem córkę Ateny, gdy staraliśmy się dogonić trzeciego uczestnika naszej misji. Jednak ta w odpowiedzi tylko wzruszyła ramionami. Kilka minut później staliśmy już na wzgórzu i rzucaliśmy ostatnie spojrzenia na obóz.

- Clariss - odezwał się Chejron, tym samym skupiając naszą uwagę na sobie. Córka Aresa zrobiła krok do przodu, a ja zauważyłem, że Annabeth objęła ramiona dłońmi, jakby miała dreszcze. Objąłem ją lekko ramieniem i przyciągnąłem do siebie. Z przepowiedni wynikało, że córka Ateny utrudni nam misję. Nie dziwiłem się, że dziewczyna jest źle nastawiona do naszej wyprawy.

- Weź, to od twojego ojca - powiedział Chejron, podając Clariss małe zawiniątko. Ares rozdaje prezenty? Tego się nie spodziewałem.

- Annabeth, chodź tu dziecko - uśmiechnął się centaur. Annabeth podbiegła do niego i utonęła w uścisku jego muskularnych ramion. Nic dziwnego, że uważała go za najlepszego człow... stop, centaura na świecie.

- Uważaj na siebie - dodał, puszczając Annabeth, która stanęła obok nadal wściekłej na cały świat Clariss. Chejron spojrzał teraz prosto na mnie, a po moim ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz.

- Percy, przed tobą bardzo trudne zadanie. Misja, którą dowodzisz, będzie chyba najtrudniejszą ze wszystkich, jakie wyruszyły z Obozu Herosów w ostatnim stuleciu. Dasz radę i... pamiętaj o tym, co ci wcześniej powiedziałem - poklepał mnie pokrzepiająco po plecach i stanął obok sosny Thalii.

- Dziękujemy Chejronie - powiedziała Annabeth zerkając na obóz, który opuszczaliśmy.

- Dobra, ruszamy. Chejronie... wrócimy tu jeszcze - wysiliłem się na słaby uśmiech i kiwnąłem głową do dziewczyn, które zaczęły schodzić po drugiej stronie wzgórza.

- Mam nadzieję - usłyszałem cichy głos Centaura. Nie odwracając się już za siebie dogoniłem Annabeth i Clariss. Ratowanie świata po raz kolejny - uważam za otwarte!


Hmm.. dawno mnie tu nie było :( Jeżeli czytasz - daj znak! Krótki komenatrz = motywacja do pisania! Następny rozdział będzie ciekawszy :)

Opowiadanie jest również publikowane na Wattpadzie, więc czytajcie (jeżeli czytacie) gdzie Wam wygodniej :) Do zobaczenia!