Owa „chwila" się przedłużyła. Do Hellscreama zadzwonił jakiś znajomy, który grał w jakąś skradankę i potrzebował pomocy w przejściu jakiegoś etapu. Hellscream jako altruista zgodził się pomóc. Fergard był jedynie (albo aż, zależy jak patrzeć) pomocnikiem Hellscreama, więc zarządził 15 minut przerwy.
- No, panowie, za nasze zwycięstwa i próby zwycięstw. Do dna! – powiedział Genn, wychylając swoją butelkę Szajbimbru. King wlał w siebie zawartość kufla piwa, Kruger cedził whisky przez zęby, Szrama skropił ledwie gardło wódką, Hrontrig upił gdzieś ćwierć szklanki brandy. Ot, taka mała uroczystość przy stolikach chwilowo wystawionych na arenie. Kalt konwersował cicho z Thantem i Raijinem, Vokial i Nesdro naradzali się w oddalonym miejscu, gruby pandaren wydawał trunki, Yurnero siekał na części kolejnego manekina, Mroczny Żniwiarz grał w szachy z Tezzethem. Żywa zbroja i lisz w czarnym płaszczu grali w kenta przeciwko „kowbojowi" i kościstemu kapitanowi. Jakiś czarnoskóry mężczyzna z dredami bawił się licznymi przyrządami do mierzenia czasu, biały człowiek ze strzelbą stał obok niego i coś żuł. Czarny gnoll stał na stanowisku Perłojada i bacznie przyglądał się obecnym. Do czasu, gdy pewna zielona jaszczurka nie zepchnęła go z urwiska. Gnoll zaklął, spadł prosto na łeb Gennowi i zaklął jeszcze raz.
- Takie są skutki trzymania się cienia – wystękał bojownik o cokolwiek.
- Ano – potwierdził stojący obok gnolli gremlin w brązowym, połatanym płaszczu.
- Augustus, swoją drogą, gdzie zgubiłeś Silasa? – spytał się Kruger. Gremlin uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
- Mylisz kolejność. To ja uciekam, a on mnie szuka. Taka jest kolejność – odpowiedział, ciągle się uśmiechając. Mniej więcej w tym momencie w kabinie komentatorskiej pojawił się Hellscream. A zaraz po nim Fergard.
- Dziękujemy za cierpliwość! A teraz szorować mi z areny! Chen, zwijaj manatki! – krzyczał Hellscream. Był trochę poirytowany. Chyba jego znajomy opornie przyswajał wiedzę. W każdym razie arena szybko została opróżniona. Reptilion „zapędził" stoły do magazynu i zrobiło się naprawdę pusto. Nie ma to jak dobry psionik pod ręką.
Tymczasem na mniej zaludnionej części areny – sektor slaadów, przy którym mało kto siedział i mało kto miał tam ochotę wchodzić – siedziało kilka postaci. Był to pokonany niedawno Casper Stratoavis, brunet z paskudną blizną, azjata o srogim wyglądzie, Cervantes oraz nieznana postać płci nieokreślonej.
- Cholera, jak mogłem przegrać?! Jak mogłem?! To niedopuszczalne! To moja ostatnia porażka od... – mruczał sam do siebie chłopak, rwąc sobie włosy z głowy.
- Od czasu walki z Cassandrą, gnollicą o anielskim wnętrzu? – zagadnął go przeklęty, martwy i demoniczny zarazem pirat.
- Co do...skąd o tym wiesz?! – zakrzyknął ze zdumieniem.
- Powiedzmy, że mam swoje dojścia...Widzisz, mam wielu mniej lub bardziej wpływowych przyjaciół, choć nie polubiłbyś byś żadnego...Ale gdzie moje maniery. Kapitan Cervantes de Leon, przeklęty, martwy i demoniczny zarazem pirat, ścielę się do usług – odpowiedział mu kapitan, zdejmując kapelusz i kiwając głową.
- Kolejny przykład potęgi złych sił, co? – spytał Casper, patrząc krzywo na kapitana.
- Taak...wiem, że twoją ambicją jest wyplenienie wszelkiego zła, ale gdy to zrobisz, ciągle będzie jedno – ty. Tak, jestem zły – ale nie jestem szalony. Obaj wiemy, że prawdopodobnie masz szansę wygrać ten cały turniej. Yurnero...Yurnero był dość silną przeszkodą, ale nie dasz mu pokrzyżować swoich planów, co? – zapytał ze swym nieszczerym uśmiechem.
- Albo mi się wydaje, albo właśnie składasz mi pewną dziwną propozycję...kapitanie – odparł mu na to okularnik.
- Och tak. My – to znaczy ja i mój kolega z olbrzymim toporem – załatwimy ci jakoś wejście do kolejnej rundy. Wiemy bowiem, że nagroda ma się...zmienić na podobną do tej w tym feralnym dla ciebie turnieju... – mówił Cervantes zagadkami i półsłówkami.
- Hm...będę żałował tego przymierza. Ale czego chcecie w zamian? Tacy jak wy nic nie zwykli dawać za darmo – odpowiedział chłopak, poprawiając okulary.
- Taak...po prostu toruj sobie drogę, oczyść ten turniej ze słabych...W końcu, nieważne co zrobisz, staniesz się częścią rzeczy...Wszyscy przeminiemy, trafiając do kolekcji Zanthosa Psychomaga...do kolekcji rzeczy przeminionych... – zaczął filozofować pirat.
- Dość fatalistyczne podejście jak na złego, niepokonanego upiora-demona o pirackiej przeszłości – parsknął Stratoavis śmiechem.
- Może i tak...ale to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że należy czerpać całymi garściami z obecnego życia – roześmiał się Cervantes i odszedł do Żniwiarza. Po krótkim czasie azjata roześmiał się. Casper jednak nie zareagował...
- A więc na początku zadziwią nas swymi zdolnościami Carter Slade i kapitan Skell, dwaj Jeźdźcy Apokalipsy! – krzyczał Hellscream.
- Pierwszy z nich to dawny strażnik miejski, zwany też Jeźdźcem Dusz, pan morowego powietrza. Drugi swą dziedzinę ma w morskiej otchłani...Powitajmy dwóch panów! – krzyczał Fergard. Po burzy oklasków, na arenę wyszedł „kowboj". Odchrząknął lekko.
- Ustaliliśmy z Jimem, że jako przyjaciele nie będziemy walczyć. Po krótkim losowaniu wyszło na to, że Skell dobrowolnie się poddaje. Dziękuję – powiedział Carter i wyszedł tą samą drogą, którą przed chwila wszedł. Trybuny oniemiały. Hellscream, choleryk czasami straszny, zaklął szpetnie.
- To jest spisek! Cholerny spisek, związek i układ! Oni mnie chcą wykończyć nerwowo, złe kobiety ich matkami! – mruczał nienawistnie pod nosem.
- E...tak więc...przechodzimy do następnej walki? – zapytał po chwileczce półdemon.
- A co nam, do cholery, pozostało?! – krzyknął Grom.
- A więc Carter Slade przechodzi do następnej rundy. Za parę minut zaczniemy kolejną walkę – powiedział Fergard i odsunął mikrofon. Hellscream skupił się na rzucaniu „pannami lekkich obyczajów".
- Cholernie dużo tych walkowerów, zniknięć i innych. To się zaczyna robić podejrzane. Najpierw parę popleczników Żniwiarz rozczłonkowuje Behemotha, później Tricey nagle znika, a za chwilę jak sen złoty umykają cnoty...E...Znaczy Avink i Volcanos. A teraz jeszcze Skell się poddał – wyliczał sobie Genn.
- Te, szarak, nie myśl bo ci nie wychodzi – odezwał się nowy głos zza pleców. Gnoll obrócił się i spojrzał umięśnionego trolla owiniętego łańcuchami. Fioletowoskóry humanoid szczerzył się bezczelnie, trzymając na ramieniu zanpotou. Jego oczy skutecznie chowały się za czarnymi okularami.
- Hej, Dazzle, ty stary draniu...Dawno żem cię nie widział. Co u ciebie? – spytał trolla Genn, przybijając piątkę rozmówcy. Nazwany Dazzle'm przeskoczył przez rząd siedzeń i usadowił się między Gennem a Krugerem.
- Mordy wy moje kudłate, ile to zim temu was widziałem! Musze częściej wpadać do Gildii po misje...Wpadłem na ten turniej zobaczyć jak poradzi sobie Ru – odpowiedział, rozpierając się w siedzeniu i rolując skręta. Chwilę później wyjął ładną, posrebrzaną zapalniczkę Zippo i zapalił swój twór.
- Jak widać, ciągle nie rzuciłeś nałogu – powiedział Szrama, uśmiechając się krzywo.
- Bliznowaty, odstawienie wszelkich używek tylko przedłuży moją żałosną wegetację, więc...zresztą sam potrafisz połączyć kropki, nie? – odparł mu na to troll, chowając się w chmurce dymu.
- Ta...byłeś takim dobrym materiałem na kolejnego Invokera, ale ten cały rap wypaczył ci mózg. Chcesz skończyć jak ta jaszczurka? – dołożył swoje trzy grosze Hrontrig, wskazując pazurem na Zanthosa, który – o dziwo – siedział spokojnie. Pewnie najadł się swoich psychotropów.
- Jako postrach wielu innych stworzonek, otoczony rzeszą zabijaków ślepo mi oddanych? Nie ma co, wizja jak malowane, ha! – roześmiał się fioletowoskóry. Wrzucił niedopałka do śmietnika, przerzucił zanpotou przez ramię, podniósł się i zaczerpnął powietrza w płuca. – No to yo, moje wy futrzane mordy! – krzyknął jeszcze na pożegnanie i zaczął schodzić w dół. Sposobem kozicy górskiej, jeśli wiecie o co chodzi...
Hellscream popijał napar z melisy, wpatrując się w małe lusterko. Na jego twarzy ciągle były ślady czerwieni.
- Nie jest dobrze. Jeszcze parę nerwowych momentów i to bydle się wyrwie – mruczał sam do siebie, siorbiąc głośno napar. Szybko mu się skończył, a kolor skóry wrócił do jedynego słusznego.
- Ołkej...Panie i panowie, chyba zaczniemy kolejną walkę! – krzyknął entuzjastycznie Fergard.
- Racja, racja! Już za chwilę powitamy Augustusa Brimstone'a i Ru zwanego Ciemnym Cierniem! – dołożył Hellscream.
- Powitajmy ich! Oto...Augustus! – zakrzyknął półdemon. Na arenę wyszedł gremlin, obleczony swym połatanym, brązowym płaszczem. Miał beżową skórę, był łysy i gładko ogolony. Wiatr grał w jego kolczykach, przebitych przez spore rozmiarem uszyska. Na pierwszy rzut oka nie miał żadnej broni poza dość dużą, w całości metalową snajperką.
- Augustus Brimstone, były agent TWS, terrorysta, miłośnik wybuchów i najwredniejsze bydle po tej stronie Khaz Modan! – opisał gremlina ork. Opisywany wywalił jęzor w kierunku Groma.
- A teraz...Ru Ciemny Cierń, troll z dżungli Yer'Haman, wojownik i obrońca natury! Oklaski proszę! – dodał krzykiem Fergard. Na arenie niewiadomo skąd pojawił się błękitnoskóry troll ubrany głównie w przepaskę biodrową i uprząż na klatce piersiowej. Miał w rękach dwa zębate, rdzawoczerwone ostrza, przez plecy zwisał garłacz i włócznia. Troll miał grzywę czerwonych niczym posoka włosów, dość dobrze zakrywających mu twarz. Odgarnął je do tyłu, imponując kłami i spojrzał na trybuny.
- Pomścić Zul'Jina! Chwała Imperium Amani! – wydarł się. Trolle i orkowie klaskały, buczały i wiwatowały.
- Hej, nie znam żadnego Zul'Jina... – wybąkał Augustus. Ru roześmiał się na te słowa.
- To tylko takie zawołanie bojowe – odrzekł, śmiejąc się szczerze.
- Wiem, tak tylko się zgrywam – odpowiedział mu Augustus, puszczając oko. Troll uśmiechnął się uprzejmie. Perłojad zaryczał i walka się zaczęła.
Ru wykonał krótkie salto do tyłu i znikł. Augustus jedynie pokręcił głową i stuknął długim paznokciem w swoje gogle. Wyjął coś zza pazuchy i powiódł wzrokiem wokół siebie. Po chwili nacisnął guzik na tajemniczym urządzeniu, a ono wyleciało mu z ręki i pomknęło w bliżej nieokreślony punkt. W pewnym momencie eksplodowało, wywołując burzę małych zawirowań elektrycznych i wzbudzając tuman kurzu. Zarysował się kształt trolla.
- Potrzeba czegoś więcej niźli znikania na widoku aby uciec przede mną – powiedział na jednym oddechu gremlin, mierząc w adwersarza z karabinu. Szybko nacisnął spust. W kierunku Ru pomknął pocisk. Troll jednak zareagował niezwykle szybko, odbijając pocisk płazem klingi. Poszybował on po paraboli i wybuchł w powietrzu.
- Tak jak myślałem. Augustus nie potrafi przezwyciężyć swego zamiłowania do wybuchów. To nie jest zwykła snajperka, tylko urządzenie do miotania ładunków wybuchowych wszelkiej maści – orzekł Grommash. Augustus mimowolnie pokiwał głową, przeładował szybko snajperkę i wystrzelił po raz kolejny. Ru odskoczył i przeszedł do ofensywy. Przymierzył chwilę i rzucił dzidą w gremlina. Ten przetoczył się w ostatnim momencie, wyjął coś spod płaszcza i rzucił w trolla. Dwa małe, czerwone przedmioty poszybowały w kierunku Ciemnego Ciernia, świszcząc złowrogo. Troll oberwał mniej więcej w okolice barku. Nic się nie działo...przez zbyt długi okres czasu. Po krótkiej chwili troll bez żadnego ruchu zwalił się na ziemię. Najwyraźniej był sparaliżowany. Augustus uśmiechnął się i zaczął majstrować przy dwóch małych buteleczkach.
- Niesamowite...wręcz bardzo niesamowite – mruczał do siebie ubrany w czarny płaszcz gremlin.
- O czym mówisz, Silasie? – spytał go wysoki, noszący bokobrody starszy człowiek. Palił fajkę, miał monokl w oku i bardzo dziwnie się uśmiechał – nie odsłaniał zębów.
- Mówię o wyczynach mojego brata, Flaviusie. Jestem pod wrażeniem, że umiał przezwyciężyć swoją...manię aby użyć tych swoich paraliżujących gwiazdek – objaśnił Silas swemu towarzyszowi.
- A, o tym mówisz...Mania wybuchów! – parsknął pod koniec Flavius, uśmiechając się z zaciśniętymi zębami.
- Z kolei teraz ja zapytam – o czym mówisz? – wyraził pytanie Brimstone. Był lekko skonsternowany.
- Wy, śmiertelni, macie tyle różnych podniet. Alkohol, tytoń, adrenalina, wybuchy, seks, inne cholerstwa...Podczas gdy nas obchodzi tylko krew...Albo i głównie krew, zależy jak patrzeć – wyjaśnił z tym samym krzywym uśmiechem Flavius.
- Taa...Nie ma to jak być starym wampirem, polującym na świeżą krew, którego głównym zajęciem jest palenie fajki, patrzenie na świat przez pryzmat monoklu i rozdawanie zleceń w TWS oraz Gildii – westchnął gremlin.
- Otóż to. Gremliny – inżynierzy. Sajkisi – szermierze. Wampiry – zabójcy. O tak, w naszym pięknym Tajnym Wywiadzie Starożytnych można spotkać wiele dziwnych stworzonek! – roześmiał się Flavius, tym razem prezentując kończyniaste kły. – Swoją drogą, czy mógłbyś używać mojego pseudonimu?
- Jasne, Slayer...Nawiasem mówić, miałbym do ciebie prośbę – powiedział po chwili gremlin. Wampir uprzejmie skłonił głowę. – Chciałbym, abyś...przypilnował trochę Vokiala i Nesdro. Mam dziwne przeczucia... – zakończył dość niemrawo gremlin.
- Hm...oczywiście, będę ci wisiał jedną przysługę mniej...Pytam tylko, po co? Bardziej bałbym się o Żniwiarza i jego machlojki, a nie o wampira nekromantę i jego wiernego lisza – odrzekł mu na to zdziwiony trochę Slayer, puszczając kółeczko dymu z fajki.
- Żniwiarz to nie nasza liga, kolego po fachu. Swoją drogą...czytałeś dokładnie regulamin turnieju? Wszystkie jego klauzule drobne maczki? – spytał po chwili gremlin.
- Szczerze? Nie za bardzo, nie biorę w tym turnieju udziału... – odpowiedział powoli wampir.
- Żałuj, bo to bardzo ciekawa lektura. Hellscream pieje o to, żeby się nie zabijać, gdyż nie możemy stracić takiej ilości świetnych zawodników...Ale w regulaminie nikt nie poruszył kwestii śmiertelności – oznajmił Flaviusowi Silas. Wampir przez chwilę robił wielkie oczy.
- Czyli wszyscy ci zabijacy mogą się zabijać...Cóż, takie życie – jakby nie patrzyć, duży zjada małego – wzruszył brodacz ramionami.
- Tak...teraz już nie mam problemu ze zrozumieniem, czemu pojawili się tu Jeźdźcy Apokalipsy, Nehr'zul i przyjaciele, Żniwiarz czy Cervantes – westchnął ciężko gremlin.
- Chwila...Cervantes tu jest a ty każesz mi pilnować jakiegoś wampira?! – oburzył się nagle Slayer.
- Ty też? Po jaką cholerę przejmujesz się Cervantesem? – zapytał z odrobiną jadu w głosie Silas.
- Szukaj zagrożenia tam, gdzie go się nie spodziewasz. Ja tak robiłem i mam swoje zasłużone siedemset lat na karku – odfuknął Flavius.
- Z czego czterysta przespałeś...Ale dobra, jak chcesz, pilnujta kogo chceta – westchnął gremlin.
- Hm...może uda mi się przypilnować całej trójki...Chociaż fakt, że Cervantes jest chyba na trybunie slaadów, a Vokial i Nesdro nieumarłych, nie ułatwi mi żywota – powiedział po chwili namysłu wampir, zamykając oczy i puszczając kolejne kółka dymu.
- Wierzę w ciebie – rzekł gremlin, posyłając Slayerowi szeroki uśmiech. Wampir pokiwał powoli głową, rzucił za siebie jakąś czerwoną szmatkę, która rozwinęła się w pokaźnych rozmiarów czarną pelerynę. Slayer wszedł w jej mrok i...znikli.
Ru ciągle leżał sparaliżowany, a Augustus chyba właśnie zrobił z tymi swoimi buteleczkami to, co zrobić chciał. Otrzymał bulgoczącą, bordową esencję, którą przelał do jakiejś małej strzykawki, którą z kolei zamocował w jakimś dziwnym pocisku. Wystawała sama igła.
- Jak to mówią nasi orkowi bracia z kosmosu, mający problemy z naszym trudnym wspólnym...Shlapentime! – wykrzyknął gremlin terrorysta, posyłając pocisk w kierunku gardła Ru. Igła gładko się wbiła, dało się usłyszeć krótkie cyknięcie...i troll zwalił się na ziemię.
- Kogo jak kogo, ale Augustusa to ja żem nie podejrzewał o stosowanie środków usypiających – powiedział Hellscream po chwili. Gremlin najwyraźniej usłyszał te słowa, gdyż odwrócił się do ork i lekko się ukłonił.
- Aby tradycji stało się zadość... – mruknął, wyjmując jakąś owalną kulkę z kieszeni i rzucając ją przez ramię w Ru. Ładunek wybuchł po chwili, zostawiając po sobie chmurę fioletowawego pyłu. Duszący pył jednak nie działał na śpiące istoty, bo nie mogły go one wdychać. Augustus skłonił się jeszcze w stronę trybun, które zresztą zaczynały wiwatować, i zszedł z areny.
- A więc po jej dość krótkiej, lecz wypełnionej wartką akcją walce wygrywa Augustus Brimstone! Brawa dla obu przeciwników! – krzyczał Fergard. Trybuny ciągle wiwatowały.
- Ale nie kończcie wiwatów! Zaraz wyjdzie kolejny gremlin i ktoś, o kim, przyznam się, sam nic nie wiem! – dołożył Grommash. Trybuny w jednej chwili ucichły. Ktoś, kogo nie znał Hellscream mógł być albo nikim, albo kimś, kto dopiero ukaże swą moc światu...Następna walka wyjaśni wszystko. A przynajmniej większość.
