Rozdział czternasty: Tajemniczy wspólnik


Katerina wodziła uważnie spojrzeniem po każdej znajdującej się tu osobie, dokładnie studiując mimikę ich twarzy, gesty, ruchy ciała… dosłownie wszystko.

Tak… jak nikt dzisiaj nie skończy z oberwanym łbem, to będzie można oficjalnie ogłosić ten dzień „Cudem w Beacon Hills".

W domu Noriko zgromadzili się wszyscy: Noriko i jej rodzina, Katerina i jej rodzeństwo, Jackson, Derek i Peter, Scott i jego paczka: Allison, Stiles, Lydia, Ethan, Aiden, Deaton… nawet Isaac się pojawił. Do czasu, gdy Katerina i pozostali zakończyli sprawę z Hachirou, Isaac zdołał się kompletnie wyleczyć. Teraz stał obok Allison i przyglądał się nieufnie siedzącemu z dala od nich ciemnowłosemu i ciemnookiemu mężczyźnie, który zachowywał się tak, jakby nie do końca zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele obecnych tu osób z najwyższą chęcią wybebeszyłoby go gołymi rękoma i jeszcze otrzymało za to pełne rozgrzeszenie i uniewinnienie.

- No to zacznij, Michail. – powiedziała Katerina, chcąc w jakiś sposób odciągnąć uwagę reszty od Hachirou choć na moment. – Udało się wam coś wychwycić?

- Nic dokładnego. – odpowiedział Michail. Tak jak reszta obserwował bacznie Hachirou, mrużąc przy tym jasne, zielone oczy. – Coś nam się udało wyczuć, ale byli zbyt daleko, albo jakimś cudem naprawdę dobrze się maskują. Ale fakt, Hachirou dobrze odczytał tę aurę; to szkodniki. Nie wiem w jakiej dokładnie liczbie są, ale zbliżają się do Beacon Hills. Powoli, ale sukcesywnie. Do jutra powinny się tu znaleźć, o ile nie wloką się w tempie ślimaka.

- Czym w ogóle są te szkodniki? – spytał się nagle Scott, przerywając Michailowi jego wywód. – Opisujecie je jak coś, co koniecznie trzeba zlikwidować. Większość z nas nie wie jednak nawet, jak te skurczybyki wyglądają, ani co mogą nam zrobić.

Katerina zerknęła znacząco na brata, który tylko skinął dłonią, dając jej znak, aby przejęła pałeczkę i poprowadziła dalej tę dyskusję.

Okej… no to czas na małą tyradę.

- Szkodniki to najsłabsze, najmniejsze, najmniej utalentowane… ogólnie najgorsze osobniki ze swoich ras. I nie mówię tu o przypadkach typu „wilkołaki omega". O nie, nie. – Katerina pokręciła głową, uśmiechając się gorzko. – Mówimy tu o naprawdę najsłabszych przedstawicielach danych gatunków. Są do tego stopnia słabe, że opuściły swoje stada, swoje terytoria, i kompletnie zapomniały o tym, czym właściwie są. Kierowane resztkami instynktu przetrwania docierają do innych słabych osobników, gdzie tworzą ostatecznie nowe stado – stado szkodników. W grupie są silniejsze, więc trzymają się tych innych szkodników. Wędrują ciągle z miejsca na miejsce, nie osiedlając się nigdzie na dłużej niż na miesiąc, góra dwa. Przy okazji powiększają swoje stada, rosnąc w siłę. W pojedynkę szkodnik jest niegroźny i łatwo go pokonać. W grupie są jednak diabelsko uciążliwe i trudne do pozbycia się; jak to na szkodniki przystało. W jakiś trudny do zrozumienia nawet dla nas sposób udało im się ewoluować i zmienić styl żywienia. Zamiast, dajmy na to, żywić się świeżym mięsem czy krwią, jak to jest w przypadku wilkołaków czy wampirów, szkodniki żywią się wyłącznie energią życiową napotkanych przez siebie istot. Wysysają je dosłownie do cna, nie oszczędzając nikogo. A uwierzcie mi… one są zawsze głodne.

- Uuu… jakież to okropne. – wyszeptał Peter, doskonale udając przerażenie. Katerina momentalnie zwróciła na niego swoje harde spojrzenie. Wiedziała bardzo dobrze, że Peter był w cały ten temat wtajemniczony. Jak zwykle w takich sytuacjach robił sobie z tego wszystkiego żarty. – Aż wstrząsnęło mną przerażenie.

- Mhm. Ta. Chyba tektoniczne. – mruknęła Katerina. Dziewczyna odwróciła się następnie bokiem do Petera, ignorując jego przedrzeźniające miny. Nie miała teraz czasu na zabawy godne pięciolatków. – Te cholery nie są ani rozumne, ani łagodne. Kieruje nimi ten wiecznie niezaspokojony głód. Są trochę jak wendigo, tyle że jeszcze gorsze. – dodała Katerina, na moment tracąc wątek. – Podsumowując: jak spotkacie takiego skurczybyka, to nie radzę się z nim cackać. Nie drażnić, nie karmić, nie głaskać. Od razu zabić. Będzie mniej problemów w razie nadejścia kolejnej fali tych choler.

- Kolejnej fali? – zdziwił się Isaac. – To ile ich jest?

- Dużo. – odparła Katerina. – Jak to na szkodniki przystało.

W tej samej chwili rozdzwonił się jej telefon komórkowy. Katerina od razu sięgnęła do kieszeni i go wyjęła, odchodząc na bok, z dala od reszty. Podjęła rozmowę z rozmówcą po drugiej stronie, kierując się powoli w stronę głównego hallu, oddalając się jeszcze dalej.

Słychać było po jej tonie głosu oraz sposobie, w jaki zwracała się do tej osoby, że bardzo dobrze ją zna.

Rozmowa trwała dobrych kilka minut. Katerina starała się przez cały ten czas mówić półszeptem, tak żeby nie można było jej dokładnie usłyszeć. W końcu jednak zakończyła swoją rozmowę i wróciła do reszty, z trudem powstrzymując triumfalny uśmiech.

- Niech zgadnę… masz dla nas wspaniałe wieści. – mruknął z ironią Peter, rozsiadając się wygodniej w fotelu.

- Mhm. – Katerina była do tego stopnia zadowolona, że zignorowała ton głosu wilkołaka. – Bardzo, bardzo dobre wieści.

- No to może podziel się nimi z nami, złotko? – powiedział Hachirou. W jednej sekundzie spojrzenia wszystkich ponownie przeniosły się na niego. Większość z nich była co najmniej niemiła. – Dobra, dobra… już się zamykam. Buzia na kłódkę. – nogitsune wykonał gest przy ustach, jakby zamykał je na klucz. Następnie udał, że wyrzuca ten „klucz" daleko za siebie.

- Wiem już, gdzie są szkodniki. – zaczęła Katerina. Wręcz podskakiwała z radości. – Mój kontakt z okolicy odnalazł je niedaleko granicy miasteczka. Poruszają się bardzo wolno, ale tak jak Michail podejrzewał, wkrótce tu dotrą. Niedługo tu przyjedzie, żeby wszystko dokładnie opowiedzieć.

- Chwila, chwila… twój kontakt? – zdziwił się Derek, nachylając się nieco do przodu. – Sądziliśmy, że to Jackson jest twoim kontaktem w Beacon Hills.

- Niby jak mógłby nim być? – odparowała Katerina, rzucając mu pobłażliwe spojrzenie. – Cały czas był ze mną. Był co najwyżej moim kontaktem z Beacon Hills. – Katerina nagle ponownie się uśmiechnęła. Zadowolenie jak na razie jej nie opuszczało.

- No… to kto jest tym „kontaktem w Beacon Hills"? – spytał się po chwili niepewności Stiles.

- Och, dowiecie się, jak się tu zjawi. – odparła Katerina. – Będzie tu za parę minut. Wtedy na pewno wszystko się wyjaśni.

Czekali zatem – nie było innego wyjścia. Katerina w tym czasie podjęła krótką rozmowę z Michailem na temat zabezpieczeń odnośnie niektórych odmian szkodników, jakie powinni przedsięwziąć, tak żeby potem nie było dodatkowych problemów. Chryssa i Sofia zajęły się wysyłaniem wiadomości przez swoje telefony, a większość zebranych, niezorientowanych w sytuacji podjęła kilka prób rozmów, które spełzły jednak na niczym. Wszyscy chcieli bowiem dowiedzieć się, kogo za informatora miała tu Katerina. Wiele imion przychodziło im w tej chwili do głowy, ale większość z nich nie miała żadnego podparcia w dowodach. Mogli zatem tylko zgadywać w ciemno.

W końcu ktoś podjechał pod dom. Stiles, tak jak parę innych osób, z trudem powstrzymał się od podbiegnięcia do okna przy drzwiach frontowych i wyjrzenia przez nie. Ciekawość zżerała go niesamowicie.

Następnie rozległ się dzwonek do drzwi. Noriko ruszyła, aby je otworzyć.

Kto to będzie, kto to będzie… - myślał gorączkowo Stiles, próbując spamiętać imiona wszystkich osób, o jakich pomyślał przez ostatnie kilka minut. Na tym etapie podejrzewał już nawet własnego tatę, tatę Scotta, a także nowo przybyłego do Beacon Hills zastępcę swojego taty, Henry'ego Parrisha.

Gdy jednak owa osoba w końcu weszła do salonu, niemalże wszyscy zamarli, wpatrując się w niego ze zdumieniem.

- No… nie mogę. – wydukał Stiles, czując, jak grunt z wrażenia usuwa mu się spod nóg. Aż musiał się złapać oparcia kanapy, żeby nie upaść. – Nie… no wolne żarty. No ja już nie wiem, w co wierzyć. To jakiś obłęd.

- Chyba sobie żartujesz? – spytał się Scott, który jako drugi po Stilesie odzyskał zdolność mowy. – On? Na poważnie?

Katerina tylko uśmiechała się szeroko, wyraźnie zadowolona z efektu, jaki osiągnęła. Udało się jej zszokować tymi wieściami nawet Dereka i Petera. Nikt z obecnych tu rezydentów Beacon Hills nie podejrzewałby tej osoby o jakiekolwiek powiązania ze światem nadprzyrodzonym.

A jednak.

W końcu wszyscy zdołali otrząsnąć się ze wstępnego szoku. Wtedy w jednym czasie z gardeł większości wydobyło się tylko jedno słowo.

- Danny?! – wykrzyknęli naraz, mrużąc oczy z niedowierzania.

Nastolatek pomachał im niepewnie, wyraźnie skrępowany całą tą sytuacją.

- Cześć wszystkim. – powiedział, uśmiechając się niewinnie. – Niespodzianka.

- To już normalnie zakrawa o surrealizm. – powiedział Derek, który dalej nie chciał w to uwierzyć. – Danny jest twoim informatorem? Jakim niby cudem?

- Proste, Derek. – odparła Katerina spokojnym tonem głosu. – Jego rodzina to łowcy.

Oj, cieszcie się, że teraz nic nie piliście. – pomyślała z triumfem Katerina, przyglądając się ich minom, gdy to usłyszeli. – Bo byście formalnie wszystko z siebie wypluli.

- Ł… łowcy. – wymamrotała Allison. – Jakim cudem? Dlaczego moja rodzina o tym nie wie?

- Bo moja rodzina nie poluje na wilkołaki. – odpowiedział jej Danny. – Głównie na szkodniki, wendigo i wampiry. Od kiedy moi rodzice rozprawili się z jedną familią wendigo w Beacon Hills w 1994 roku, postanowili się tu osiedlić na stałe. Rok później urodziłem się ja.

- Jego rodzina od wieków współpracowała z moim klanem. – dodała Katerina. – Jego rodzice, jego dziadkowie, pradziadkowie… linia tych łowców ciągnie się przez pokolenia. I zawsze byli wierni mojej rodzinie. Polowali tylko na to, co naprawdę zagrażało życiu niewinnych ludzi. Wilkołaki i innych zmiennokształtnych zostawiali w spokoju, o ile nie naruszali oni praw koegzystencji nadprzyrodzonych z ludźmi.

- Czy jest w Beacon Hills jeszcze ktoś, kto cię zna, i o kim powinniśmy wiedzieć? – spytał się po chwili ciszy Deaton.

Katerina uśmiechnęła się niewinnie, po czym wzruszyła beztrosko ramionami.

- Jedna czy dwie osoby. – powiedziała. – Ale o tym w swoim czasie. Teraz, moi mili… teraz mamy inne zadanie. Wytłuc wszystkie szkodniki, nim dotrą do centrum Beacon Hills.