A/N: I jedziemy dalej...
14.
To był bardzo długi dzień, pełen spotkań, raportów no i oczywiście planowania. Z chwilą bowiem, gdy Jack oficjalnie przyjął tytuł kanclerza, stało się jasne, że po powrocie na ojczystą planetę nie mógł już piastować urzędu szefa Homeworld Security. Po pierwsze: Komisja Nadzoru krzywo patrzyła na ogrom władzy i wpływów, jakie teraz posiadała dotychczasowa szara eminencja Pentagonu (tyle potęgi w jednym ręku?!), a po drugie: zabawnym byłoby, gdyby głowa najpotężniejszej organizacji, skupiającej w sobie trzy najbardziej liczące się w kosmosie rasy, odpowiadała przed „zwykłym" prezydentem USA i jakąś mierną, wewnątrzplanetarną komisyjką. Fro i Fru, z całym szacunkiem dla zebranych, ale też z równą mu stanowczością podkreślili, że KANCLERZ to nie tylko funkcja reprezentacyjna, a rzeczywisty urząd, jak najbardziej poważny, odpowiedzialny i szanowany, a jego głowa, to sensu stricto najpotężniejsza osoba w całym sojuszu i nie tylko, biorąc pod uwagę fakt, że alians roztaczał opiekę nad wieloma planetami i galaktykami. Należało więc zrobić coś, by każda ze stron była zadowolona i nikogo specjalnie nie zdziwiło, że to właśnie osoba, przez którą wszystko to się zaczęło, wpadła na rozwiązanie…
- Dajcie Hanka Landry'ego na moje miejsce w HWS.- zaproponował Jack, gdy dyskusja ciągnęła się w nieskończoność.- Ma już doświadczenie w SGC. Wie, z czym to się je, więc bez trudu poradzi sobie na tym stanowisku, szczególnie, że i tak miał więcej czasu na naukę niż ja!- dodał z humorem.
- No tak, ale to pozostawia nam wakat na dowódcę SGC.- zauważył członek Nadzoru, senator John Morton.- Może więc cywilny dowódca?- zaproponował przebiegle, licząc, że wciśnie tam jednego ze swoich popleczników, zyskując tym samym większą kontrolę nad podziemną bazą.- Mamy kilku ekspertów, którzy chętnie…
- Z całym szacunkiem, senatorze…- przerwał mu prezydent.- Nie wątpię w kompetencje waszych ludzi…- zaczął dyplomatycznie.-… ale teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, potrzebujemy wykwalifikowanego oficera na to stanowisko, dowódcy nie tylko z nazwy, ale kogoś posiadającego doświadczenie w SGC i prawdę mówiąc, nasuwa mi się tu tylko jedna kandydatura, co zresztą znów komplikuje nieco sprawy…- dorzucił tajemniczo.
- Kogo ma pan na myśli, panie prezydencie?- spytał kwaśno Morton, kiepsko usiłując zamaskować swe niezadowolenie. Raz jeszcze okazja na pełną kontrolę bazy przeszła mu koło nosa i był wściekły.
- Generał Samantha Carter to w tej chwili jedyny tak wysoce wykwalifikowany dowódca.- odparł spokojnie Henry, uśmiechając się przy tym nieznacznie. Och, jakże lubił grać temu zarozumiałemu bubkowi na nosie! Morton tak bardzo przypominał mu Kinsey'a, że Hayes nie raz patrząc na niego odczuwał niesmak pozostały mu po ex vice- prezydencie.
- J-ja?- zająknęła się zupełnie zaskoczona Sam.- Ale, sir… Miałam jechać do Nevady.- przypomniała, czerwieniąc się nieznacznie.
- To było zanim okoliczności uległy zmianie, pani generał.- odparł Henry.- Po tym, co tu usłyszeliśmy, nie widzę innego wyjścia, jak objęcie przez panią tej bazy. Wiem, co prawda, że pułkownicy Dixon i Reynolds są gotowi do awansu, ale ich doświadczenie nie równa się pani kwalifikacjom, generał Carter. Wszyscy wiemy, że lata spędzone pod dowództwem Jacka przygotowały panią do tego lepiej, niż ich własne komendy SG. Jeśli doliczyć rok na Atlantis i czas spędzony na dowodzeniu „Hammondem", to jednoznacznie widać, że jest pani najlepszą osobą na ten stołek. To pierwsza linia obrony Ziemi, generale. Rządzić nią mogą tylko najlepsi z najlepszych i chyba każdy się zgodzi z tą opinią?- powiedział, spojrzawszy na zebranych, z których większość pokiwała twierdząco głowami. Jack zrobił to nawet, można by rzec, nader entuzjastycznie, ale tego należało się spodziewać. Duma go rozpierała, gdy ktoś tak wysoko oceniał dorobek jego Sammie. Jakby nie patrzeć, zasłużyła na to jak cholera!- Hank wspominał…- kontynuował dalej prezydent.-… że pułkownik Reynolds myśli nad transferem w jakieś spokojniejsze miejsce z uwagi na sytuację rodzinną. Wyślijmy go więc do Strefy 51.- zaproponował.- Niech obejmie dowództwo bazy, a dotychczasowy cywilny dyrektor działu badań niech pozostanie na miejscu, chyba że macie lepszą kandydaturę…
- Jeśli można coś zasugerować, sir…- wtrąciła nieśmiało Samantha.
- Słucham, generale, jakieś pomysły?- powiedział.
- Dr Jean Miller.
- Siostra McKay'a?- upewnił się O'Neill.
- Ta sama.- przytaknęła blondynka.- Równie genialna, co jej brat, ale mniej zarozumiała i konfliktowa. Ma już odpowiednią wiedzę o tym, co robimy i doskonale zastąpiłaby doktora Ogdena, które nareszcie mógłby przejść na emeryturę, jak to było planowane.
- Ale to Kanadyjka!- zawołał Morton.
- A co ma piernik do wiatraka?- rzucił Jack.- Od kilku lat program skupia międzynarodową ekipę ekspertów. McKay służy na Atlantis, więc czemu jego siostra nie miałaby pracować w Nevadzie?
- Dobre pytanie i warte rozważenia.- zgodził się Hayes.- Tylko czy dr Miller da się do tego przekonać? Była raczej niechętna do współpracy za pierwszym razem, o ile dobrze sobie przypominam…
- Dopóki nie poznała całej prawdy.- odparła sam.- Jestem niemal pewna, że zechce przenieść się do USA, jeśli zaproponujemy jej to stanowisko.
- Zatem, jeśli się zgodzi, ma tę robotę.- wyszczerzył się Henry.- Davis, zajmiesz się tym?- spytał byłego majora, a teraz pułkownika i oficera łącznikowego między swoim gabinetem, SGC, a HWS.
- Natychmiast, panie prezydencie!- potwierdził i jak tylko dostał zezwolenie, opuścił salę narad, by wziąć się do rzeczy z właściwą sobie precyzją i kompetencją.
- Co do pułkownika Dixon'a…- zaczął znowu Hayes.- Może pozostać zastępcą dowódcy Stargate Command, albo wziąć awans i przejąć po gen. Arnoldzie bazę Peterson. Stary Bill też chce iść na emeryturę, a Kerrigan woli swój stołek w Akademii. Gdyby Dixon przyjął promocję, to mamy tam kogoś od podszewki obeznanego w temacie, kogoś, kogo nie trzeba bez potrzeby wtajemniczać w program i tłumaczyć, dlaczego czasami w tej bazie lądują Alkesh'e i inne wehikuły, jakich teoretycznie nie powinno być na tej planecie.
- Popieram tę kandydaturę.- odezwał się Jack.- Dave to świetny oficer, doświadczony dowódca i pilot, który już dawno powinien awansować. Poza tym, jego żona się ucieszy, jeśli przejdzie za biurko. Margie znudziło się już nieco oglądanie jego siniaków, blizn i połamanych nóg!- zachichotał na wspomnienie rozmowy z panią Dixon.
- A więc, postanowione.- padło z ust prezydenta.- Generał Carter, w pani gestii pozostawiam wyznaczenie swojego zastępcy. Wiem, że wybierze pani mądrze.- zwrócił się do Sam.
- Ppłk. Cameron Mitchell, lider SG-1, sir.- odpowiedziała.- Myślę, że się nada. Nabierze dodatkowego doświadczenia, co mu się może kiedyś przydać. Jest szanowany i lubiany w SGC. Ma zmysł taktyczny i choć czasem myśli nieortodoksyjnie, to dobry oficer.- argumentowała.
- Skąd ja to znam!- zachichotał Henry, patrząc wymownie na Jacka. Ten tylko nonszalancko wzruszył ramionami, wywołując ogólne rozbawienie.
- Mogę tylko zapewnić, że nie jesteśmy spokrewnieni, sir.- powiedział.
- I chwała Bogu! Nie wiem, czy planeta jest gotowa na dwóch takich O'Neill'ów, że galaktyki nie wspomnę.- stwierdził wesoło prezydent.- Może jeszcze uda się nawrócić Mitchella na książkowego żołnierza.- dodał.
- I zepsuć taki potencjał? Szkoda by było, sir!- mrugnął kanclerz, wywołując więcej śmiechu na sali.
W każdym razie, dyskusja ta trwała jeszcze długo, zanim wreszcie ustalono wszystkie szczegóły.
Ku uciesze Jacka, Henry nareszcie przyjął jego prośbę o emeryturę ze skutkiem natychmiastowym. Dyplomata tej rangi, co kanclerz sojuszu, nie mógł bowiem być członkiem ziemskich sił militarnych i odpowiadać przed kimkolwiek poza radą samego sojuszu. O'Neill został więc generałem emerytowanym, rezydującym na co dzień z Colorado (blisko Wrót, ma się rozumieć, bo i z jakiegoż innego powodu, eh?), co otwierało przed nim szereg interesujących możliwości, zwłaszcza, że pewna pani generał, tak się dobrze złożyło, miała mieszkać od niego dosłownie o rzut beretem…
- To jak, Sam?- rzucił szelmowsko, gdy już znaleźli się sami w jego domu w D.C.- Gotowa na tę randkę, którą mi obiecałaś?
- Sir, tak jest, sir!- zasalutowała perfekcyjnie, choć jej oczy się śmiały, po czym odwróciwszy się na pięcie, zalotnie pobujała biodrami i mrugnąwszy, szepnęła kusicielsko:- A jak się dobrze postarasz, to może…
- Jesteś złą, złą kobietą!- mruknął, gdy uciekła z chichotem do swego pokoju, nie dokończywszy zdania.
- Ale i tak mnie kochasz!- zawołała z głębi domu.
Nie mógł i prawdę mówiąc już nie musiał zaprzeczać. Już nie.
TBC
