Czysta krew
To był widok, na który warto było popatrzeć.
Eleganckie szaty wyjściowe zrobione z najwytworniejszego aksamitu i jedwabiu w najwspanialszych kolorach wirowały w sali balowej, która każdego innego dnia była ogromną salą wejściową rezydencji Malfoyów. Balony latały dookoła sali i ponad głowami wielu zachwycających par, które dryfowały przez parkiet jak płatki na powierzchni stawu, błyszcząc olśniewająco pod okazałymi żyrandolami. Żonglerzy i klowni wmieszali się w tłum, podczas gdy metamorfomagowie, ubrani w spektakularne stroje, tańczyli na małych platformach, zmieniając swój wygląd z każdą nową piosenką.
Przyjęcie urodzinowe Narcyzy Malfoy rozkręciło się w pełni.
Ożywione rozmowy zmieszały się z radosnymi dźwiękami skrzypiec muzyków grających na żywo i niosły się szerokimi marmurowymi schodami, które schodziły do sali z galerii, rozciągającej się na całym pierwszym piętrze. Tam, opierając się o jedną z kamiennych kolumn, stał chłopiec przyglądający się z góry przyjęciu. On również, Draco zdawał sobie z tego sprawę, wyglądał świetnie w swoich nowych, lśniących czarnych szatach wyjściowych, które pięknie akcentowały arystokratyczną bladość jego skóry i srebrnych blond włosów.
Patrzył jak jego matka, odziana w oszałamiającą, metaliczno – czerwoną suknię bez ramiączek, która pasowała do koloru jej warg, była teraz prowadzona na parkiet przez ojca Blaise'a Zabiniego. Kiedy Narcyza i pan Zabini zaczęli tańczyć, natychmiast stało się oczywiste, że tata Blaise'a nie był konkurencją dla Lucjusza na parkiecie. Ale wtedy Draco uświadomił sobie, że żaden mężczyzna tańczący kiedykolwiek z jego matką, nie mógłby jej stanowić.
Draco zawsze uwielbiał obserwować swoich rodziców w tańcu. Podziwiał, jak ich ciała wydawały się porozumiewać bez słów, jak wdzięcznie sunęli obok siebie, ramię w ramię i jak fantastycznie wyglądali razem. Właściwie nie mógł się doczekać, żeby zobaczyć ich tańczących dzisiejszego wieczora.
Pomijając fakt, że pan Zabini zdecydowanie lubił deptać partnerkom po palcach, Narcyza wydawała się miło spędzać czas, z łatwością namawiając swojego partnera na bardziej skomplikowane kroki i obroty w czasie tańca, śmiejąc się wesoło, kiedy jej wysiłki były bezowocne. Widząc, że Draco ich obserwuje, mrugnęła w górę do niego i pomachała mu lekko.
Draco uśmiechnął się do niej. Jego matka była najpiękniejszą kobietą na sali, myślał z dumą. Żadna z obecnych tu wiedźm nie mogłaby konkurować z Narcyzą… a Merlin wie, że wiele z nich próbowało naprawdę mocno.
Ślizgon był oczywiście świadom wielu zaproszonych młodych dziewczyn, które spoglądały w górę na niego z podziwem, próbując uchwycić jego spojrzenie. Jednakże Draco nie zwracał na nie uwagi. Zatroszczy się o panie później – och tak, zrobi to – ale teraz miał ważniejsze sprawy na głowie. Sprawy, które sprowadzały się do imienia Harry Potter, jeśli ma być dokładnym.
O ironio.
Spojrzenie Draco ciągle wędrowało w dół do dużych, dwuskrzydłowych drzwi sali wejściowej. Wzdrygał się wewnętrznie za każdym razem, gdy się otwierały (chociaż żaden z obecnych gości nie domyśliłby się tego z jego spokojnej, prawie znudzonej pozy), tylko po to, aby poczuć zawód, kiedy widział, że właśnie przybyły gość nie był tym, na którego czekał: Lucjuszem, wracającym w końcu z Ministerstwa Magii, z wiadomością o przesłuchaniu Harry'ego.
Nagle dwoje ramion owinęło się wokół niego, obejmując talię Draco od tyłu.
XXXXXXXXXX
– Cześć, przystojniaku! – ktoś szepnął do jego ucha.
– WYBRONIŁ SIĘ! WYBRONIŁ SIĘ! WYBRONIŁ SIĘ!
Ile sił w płucach George, Fred i Ginny wykrzykiwali te dwa słowa, które brzmiały jak błogosławieństwo dla uszu Harry'ego. Nie trzeba wspominać, że tych troje Weasleyów nie było jedynymi uszczęśliwionymi przez tę wiadomość. Hermiona wielokrotnie powtarzała Harry'emu „Wiedziałam, oni musieli cię oczyścić!", a pani Weasley, która właśnie wyciągała blachę upieczonego, parującego jabłecznika z piekarnika, nie przestawała wycierać swojej twarzy fartuchem, mamrocząc:
– Dzięki Merlinowi! Och, moje nerwy!
Nawet Ron zakrzyknął tryumfalnie:
– Ty zawsze wymykasz się karze, kumplu! Wiedziałem, że się wybronisz! – uśmiechnął się do Harry'ego, który szczęśliwy, odwzajemnił uśmiech. Ron i on nie mieli w tych dniach ze sobą najlepszego kontaktu. Ron nadal dąsał się z powodu, jak to nazywał, „tajemniczej skonfundowanej więzi" Harry'ego z Draco Malfoyem i profesorem Snape'em tak więc ten pokaz lojalności znaczył dla Pottera bardzo dużo.
Syriusz potrząsnął dłonią Harry'ego, po czym przyciągnął go do siebie ramieniem.
– Więc wracasz do Hogwartu, ta? – spytał.
Harry pokiwał entuzjastycznie głową.
– Tak! –wyszczerzył się do swojego ojca chrzestnego. – Tak! Czy to nie wspaniale?
Uśmiech Syriusza wyglądał raczej krzywo, kiedy potwierdził, że tak, to była naprawdę dobra wiadomość.
– Oczywiście, że nie mogli cię skazać, gdy Dumbledore wstawił się w twojej sprawie! – powiedział teraz Ron i Harry, który właśnie przyjmował talerz z plackiem od pani Weasley, pokiwał głową w zamyśleniu.
– Nie – powiedział wolno. – Domyślam się, że nie. Jednak był trochę dziwny. Myślę, że jest na mnie zły.
Hermiona i Ron zmarszczyli brwi z niedowierzaniem i Harry zauważył, że pan Weasley, Lupin i Tonks, młoda metamorfomag siedząca obok wilkołaka, podnieśli głowy, aby posłuchać.
– Po prostu, nawet na mnie nie spojrzał – wytłumaczył Harry, wzruszając ramionami, próbując brzmieć, jakby nic takiego się nie stało. Zobaczył, jak Lupin i jego ojciec chrzestny wymieniają bardzo przelotne spojrzenie i miał nadzieję, iż nie brzmiał zbyt niewdzięcznie (nie wspominając już, że dziecinnie). Mimo wszystko Ron miał rację. Dyrektor naprawdę wstawił się za nim! Ludzie w Ministerstwie nawet nie daliby mu wyjaśnić, co się stało, gdyby nie spokojne i opanowane zachowanie Dumbledore'a.
– Mniejsza z tym – powiedział Artur Weasley. – Lucjusz Malfoy był w Ministerstwie, Syriuszu. Czaił się przed salą sądową z Goylem.
– Co? – zapytał ostro Black. – Mówił coś?
– Cóż, chwalił Harry'ego za jeszcze jedną, ślizgońską ucieczkę.
Wszyscy sapnęli oburzeni i obrócili się, żeby spojrzeć na Harry'ego. Potter podejrzewał, że myśleli o jego nowej przyjaźni z synem Lucjusza.
Draco nie jest swoim ojcem, do jasnej cholery!
– I co odpowiedziałeś? – dopytywał się Syriusz, patrząc na Harry'ego.
Harry rozejrzał się po twarzach wszystkich zebranych wokół kuchennego stołu, po czym spojrzał wyzywająco na swojego ojca chrzestnego.
– Powiedziałem mu, aby złożył ode mnie życzenia urodzinowe swojej żonie.
XXXXXXXXXX
Draco uśmiechnął się z podziwem.
– Dobrze to ujęłaś – odparł z typową dla siebie skromnością i obrócił się w jej objęciach, żeby stanąć przodem do dziewczyny. Odchylił się w tył i przyjrzał się jej z uwagą (policzki dziewczyny cudownie się zarumieniły) zanim powiedział:
– Ty również nie wyglądasz źle, panno Pansy Parkinson!
Pochylił się, aby ją pocałować, ale wtedy wyobraził sobie zbiorowe westchnienie żalu, które bez wątpienia przetaczało się teraz przez tłum pod nimi i musiał szybko przerwać pocałunek, niezdolny ukryć łobuzerskiego, szerokiego uśmiechu.
– Co? – zapytała pewna siebie Ślizgonka.
– Nic – skłamał Draco, lekko chichocząc. – Cieszę się, że cię widzę, to wszystko.
Pansy przewróciła oczami.
– Tak, oczywiście! Jeżeli tak bardzo za mną tęskniłeś, dlaczego w ogóle do mnie nie zadzwoniłeś, hę? – Pokiwała palcem wskazujący między nosem Draco a swoją zmarszczoną brwią.
Hę? Och, prawda. Pansy była jego dziewczyną. Powinno się robić różne rzeczy ze swoją dziewczyną. Wiesz, Malfoy, te wszystkie romantyczne rzeczy, jak pozostawanie w kontakcie i cały ten nonsens.
Draco uniósł brwi.
– Zadzwonić do ciebie? – spytał kpiąco. – To znaczy jak jakiś chory z miłości mugol, tak?
Twarz Pansy przypominała kolorem dojrzałego pomidora.
– Przejęzyczenie – wymamrotała. – Jednak nie zmieniaj tematu, diabelnie dobrze wiesz o co mi chodzi! – warknęła, uderzając o jego klatkę piersiową. Wyrwała się z jego objęć, ale nie wyglądała na zbyt rozgniewaną, co Draco zauważył z ulgą.
Pansy była dość miłą dziewczyną, ale Draco nie był w niej zakochany. W porządku, lubił ją i miał szczerą nadzieję, że ten sentyment był odwzajemniony. I podejrzewał, że tak właśnie było.
Podczas gdy ich relacja nie była właściwie zaaranżowana przez ich ojców, Draco i tak postrzegał ją jako zaaranżowaną.
Pomimo iż wielu czarodziei nie chciało tego przyznać, prawdziwi czystokrwiści stawali się coraz rzadsi w czarodziejskim świecie i rodzice już szukali dobrych partii dla swoich dzieci.
Potomek Malfoyów był definicją dobrej partii, jeżeli takowa istniała – Draco dobrze o tym wiedział.
Był bogaty, a jego rodzice szanowani. Został świetnie wychowany, był przystojny i elegancki, i prawdopodobnie któregoś dnia skończy na jakimś wysokim stanowisku. Tak więc Draco dorastał do bycia postrzeganym jako „koń rozpłodowy na wystawie" (jak Pansy lubiła to obrazowo określać), zawsze pamiętając, że uwaga, którą poświęcały mu dziewczyny, a szczególnie ich rodzice, była głownie związana z nim jako „doskonałą, czystokrwistą partią do ożenku".
Te, które nie miały nadziei być pewnego dnia panią Draco Malfoyową, według Draco, prawdopodobnie były po prostu niezdolne oprzeć się jego zwierzęcemu magnetyzmowi, chociaż niezbyt często miał ochotę to sprawdzać. I tutaj wchodziła na scenę Pansy.
Jego „oficjalnie znikniecie z rynku" trzymało w ryzach wszystkie te chore z miłości, młode Ślizgonki w Hogwarcie. A Pansy, której również się nie spieszyło do ślubu, nie musiała tracić czasu, próbując zrobić wrażenie na innych chłopcach czystej krwi lub usiłując ich spławić.
– Więc dlaczego w ogóle się nie pokazałeś w te wakacje ani nie napisałeś, ani...? – głos Pansy zamierał.
– Zadzwoniłeś? – uśmiechnął się złośliwie Draco.
– Tak! – Pansy kiwnęła głową buntowniczo, wykrzywiając się do niego. – A może byłeś zbyt zajęty działaniem na nerwy komuś innemu?
– Właściwie… byłem.
– Och? Dobrze i kim ona była? – spytała Pansy z udawaną irytacją.
– On – poprawił Draco.
– On?
Draco pokiwał głową.
– On.
– Oooooch! – powiedziała Pansy, udając rozumienie. – Więc teraz lubisz chłopców!
Draco uśmiechnął się rozbawiony i uniósł ręce w obronnym geście.
– Ja tylko rozprzestrzeniam miłość, kochana! Kim jestem, żeby odmawiać tej cudowności komukolwiek? – spytał, wskazując na siebie jedną ręką i porozumiewawczo do niej mrugając.
Pansy parsknęła z łagodnym oburzeniem.
– Więc kim on jest w takim razie? – spytała, szturchając Draco między żebra.
Ślizgon rozważał rozbawienie jej historyjką, jak to spędził ostatnie dwa tygodnie z Harrym Potterem i był teraz zakochany po uszy w Gryfonie (ta opowieść byłaby tak niewiarygodna, że Pansy nie uwierzyłaby nawet w półprawdę, która zostałaby w niej ukryta), kiedy ich uwagę przyciągnął narastający hałas.
Przybył Lucjusz Malfoy.
– Och, spójrz jak szczęśliwy jest teraz fanklub twojego ojca! Czyż oni nie są słodcy? – zaszydziła Pansy, gdy patrzyli jak Lucjusz natychmiast został otoczony przez małą grupę ludzi, próbujących uścisnąć jego rękę lub w taki czy inny sposób ściągnąć na siebie jego uwagę.
– Ci śmierciożercy są żałośni! – powiedziała pogardliwie i Draco pokiwał głową.
Lucjusz po prostu zignorował swoich „fanów" i torował sobie drogę przez tańczący tłum. Przed oczami miał tylko jedną osobę… i tą osobą była jego żona.
Dwoje nastolatków patrzyło, jak Lucjusz zbliżył się do matki Draco i pana Zabiniego i wtrącił się uprzejmie. Wziął rękę małżonki i pocałował ją lekko, kłaniając się grzecznie. Narcyzauśmiechnęła się, dygnęła wdzięcznie i wtedy para zaczęła tańczyć. Ludzie przerywali swój własny taniec i obracali głowy, aby oglądać Lucjusza i Narcyzę wirujących z doskonałą elegancją i spoglądających sobie głęboko w oczy.
Obok Draco Pansy westchnęła.
– Wiem – powiedział dumnie Draco, a następnie wziął ją pod rękę. – Chodźmy na dół.
XXXXXXXXXX
– Znaczy, szczerze, co miałem zrobić? Wołać aurorów?
Harry klęknął przed starym spleśniałym kredensem na trzecim piętrze, szorując dolną półkę z wielkim zapałem. Czuł się nadzwyczaj źle zrozumiany, rozgniewany i niewątpliwie sobie współczuł. Cokolwiek zrobił, zawsze było źle, prawda?
Syriusz powiedział Harry'emu, że musiał postradać zmysły, żeby wymieniać uprzejmości z Lucjuszem Malfoyem, śmierciożercą, który (nie tak dawno temu) bez mrugnięcia okiem obserwował go, gdy był torturowany przez Voldemorta, nawet jeśli nagle zaczął się zadawać z zepsutym potomkiem tegoż Malfoya, Remus Lupin poradził mu trzymanie spuszczonej głowy (prowokowanie śmierciożercy może się skończyć tylko katastrofą i nie inaczej), a Ron… po raz kolejny wybełkotał coś o Harrym będącym pod działaniem Confundusa… tak, poważnie!
Dlaczego oni wszyscy nie mogliby go zostawić w spokoju … tak, poważnie?
Hermiona, która siedziała tuż obok, przerwała własne szorowanie, żeby spojrzeć na niego. Odsuwając pukiel włosów z czoła wierzchnią stroną dłoni, powiedziała:
– Osobiście myślę, że poradziłeś siebie naprawdę dobrze.
– Naprawdę?
Hermiona pokiwała głową.
– I wierzę, że Syriusz skrycie też tak uważa. Tylko nie może ci tego powiedzieć, bo jest twoim ojcem chrzestnym i musi wykazać odrobinę odpowiedzialności.
Harry parsknął dyskretnie do spleśniałego kredensu.
– Pomyśl o tym – mówiła dalej Hermiona. – Ty mówiący Lucjuszowi Malfoyowi, aby przekazał twoje życzenia swojej żonie, było mniej więcej sposobem kazania mu…
– Żeby się odpieprzył? – dopowiedział Harry, uśmiechając się.
Przez chwilę myślał, że przyjaciółka zruga go za jego język, ale ta tylko uśmiechnęła się psotnie.
– Właśnie! I to jest coś, co Syriusz zrobiłby sam, gdyby miał szansę, nie sądzisz?
Zanim Harry mógł się zgodzić, drzwi za nimi otworzyły się i bliźniacy weszli do środka, niosąc między sobą pudło, a za nimi pojawili się Syriusz, Ron i Ginny. Black wyglądał na wyraźnie rozbawionego, gdy zamykał drzwi za nimi wszystkimi.
– Hej! – zawołał George do Harry'ego i Hermiony. – Znaleźliśmy pudło ze starymi rzeczami Syriusza!
On i Fred upuścili karton na podłogę, a Weasleyowie i ojciec chrzestny Harry'ego zgromadzili się wokół niego. Hermiona i Harry dołączyli do nich szybko, szczęśliwi, że mają usprawiedliwienie, żeby zostawić śmierdzący kredens.
Siri podniósł przykrycie pudła i wszyscy zajrzeli do środka.
Stare podręczniki, rolki pergaminu, notatniki, kilka czasopism czarodziejskich i cały stos zdjęć wydawały się zajmować większą część pudła. Pomiędzy nimi było porozrzucanych kilka małych, metalowych żołnierzyków, którzy zajęczeli w proteście i zrzędliwie osłonili oczy przed nagle zwiększoną ilością światła.
– Sorry, koledzy! – powiedział Fred beztrosko i przesunął ich na bok jedną ręką. Spadli na dno pudła i kiedy George zaczął grzebać w jego zawartości, ich piszczące zniewagi szybko zostały stłumione.
Bliźniacy wyciągnęli jeden ze starych szkolnych notatników Syriusza i zaczęli go kartkować. Ron zanurkował po stary egzemplarz „Nastoletniego Czarodzieja", Hermiona po książkę do numerologii, która wyglądała na podejrzanie nieużywaną, a Ginny usiłowała uratować małych żołnierzy od uduszenia się.
Harry wyciągnął plik listów, które były związane razem pogniecioną, zieloną wstążką. Obejrzał je i zobaczył, że na każdej kopercie było napisane to samo: „Do Narcyzy od Lucjusza".
Harry popatrzył na Syriusza zaskoczony.
– Skąd je masz?
Kiedy jego ojciec chrzestny zobaczył listy, które trzymał Harry, wyrwał je z rąk swojego chrześniaka.
– Stworek! – wypluł. – Musiał je schować. Śmieci! – rzucił niedbale listy na bok.
Stworek był skrzatem domowym Blacków, ale lepiej było go nie mylić ze skrzatami takimi jak Zgredek czy Świąteczka. Stworek był tak podły jak zmarła matka Syriusza. I do tego był rasistą.
– Ale… dlaczego…?
– Wiesz jaki on jest – powiedział szorstko Siri. – Lubi pozostawiać rzeczy w rodzinie.
Oczywiście Harry wiedział, że Stworek miał zwyczaj zbierania i gromadzenia rzeczy, które profesor Lupin zwykł nazywać „pamiątkami czarnej przeszłości Syriusza", a które Syriusz lub ktoś inny wyrzucił do śmieci. Ale dlaczego Stworek trzymał coś, co najwyraźniej należało do Narcyzy Malfoy? Jak te listy się tu w ogóle dostały?
Sroga twarzSyriusza zmiękła na widok zaintrygowanej miny jego chrześniaka. Wstał z podłogi i podszedł do spleśniałego kredensu. Stając na krześle obok niego, zaczął poklepywać wierzch szafy, szukając czegoś jedną ręką.
Harry skorzystał ze sposobności, aby wsunąć paczkę listów za pasek dżinsów, bezpiecznie schowany pod o wiele za dużą koszulką, którą nosił. Odda je Draco, gdy tylko wrócą do Hogwartu. Nie wydawało się właściwe, żeby coś tak osobistego leżało bez celu w takim miejscu.
Kilka sekund później, Black wyciągnął z kredensu coś, co wyglądało jak zwinięty kawałek starego dywanu. Skrzywił się najwidoczniej z powodu okropnego zapachu i zeskoczył z krzesła. Wtedy rozwinął dywan obok Harry'ego, kaszląc głośno, kiedy w powietrze uniosły się chmury kurzu.
Harry zauważył, że dywan okazał się tak naprawdę gobelinem.
Widniał na nim napis „Szlachetny i Najbardziej Starożytny Dom Blacków – Toujours pur*". Pod dużymi złotymi literami wyhaftowano wielkie drzewo genealogiczne rodziny. Harry przyjrzał się mu.
– Nie ma cię tu! – powiedział w końcu.
Syriusz uśmiechnął się i wskazał na małą dziurę w gobelinie.
– Byłem tutaj – powiedział. – Zanim moja matka mnie wypaliła.
– Dlaczego to zrobiła? – spytała Hermiona, która dołączyła do nich przed gobelinem.
– Uciekłem z domu, kiedy miałem szesnaście lat – dumnie odpowiedział Syriusz. – Nie mogłem znieść już tego miejsca; moich rodziców i brata idioty, którzy ciągle rozmawiali o czystości krwi i jak to sprawia, że jesteśmy lepsi od tych… – uśmiechnął się przepraszająco do Hermiony – … wszystkich szlam. Więc odszedłem i zamieszkałem z rodziną twojego taty.
Harry patrzył na niego zaskoczony.
– Naprawdę?
Black uśmiechnął się.
– Oczywiście, że tak! Twoi dziadkowie tak jakby mnie adoptowali. Poza tym, chciałem ci pokazać…
Przeanalizował gobelin i po chwili dźgnął go palcem.
– Tutaj!
Harry spojrzał na imię wskazane palcem Syriusza. Widniało tam nazwisko „Narcyza Black". Podwójna linia łączyła jej imię z imieniem Lucjusza Malfoya, a pojedyncza kreska pionowa prowadziła do imienia Draco.
Harry gapił się na to.
– Jesteś spokrewniony z Malfoyami?
Spojrzał na Hermionę, która wyglądała na równie zszokowaną.
Syriusz pokiwał głową.
– Narcyza Malfoy jest moją kuzynką z pierwszej linii. Co sprawia, że Draco Malfoy jest moim… – zatrzymał się, by pomyśleć.
– Twoim ciotecznym siostrzeńcem – powiedziała cicho Hermiona i Syriusz znów kiwnął głową.
– Właśnie.
Harry nadal nie mógł w to uwierzyć.
– Draco jest twoim siostrzeńcem?
– Nie oczekuj tylko spotkania rodzinnego! – ostrzegł go Syriusz. – Wszyscy czystokrwiści są w jakiś sposób ze sobą spokrewnieni – parsknął pogardliwie. – Niewielu pozostało i jeżeli zamierzasz poślubić innego czystokrwistego, to masz bardzo ograniczony wybór.
Harry i Hermiona ponownie wymienili przelotne spojrzenia. Dziewczyna zarumieniła się lekko.
Nagły, gromki śmiech dobiegający zza ich pleców przyciągnął ich uwagę, więc cała trójka obróciła się.
Ron i bliźniacy praktycznie toczyli się po podłodze, wyjąc i wskazując na otwartą książkę przed nimi. Jednakże Ginny wyglądała na raczej rozgniewaną.
– PRZESTAŃCIE! – wrzasnęła sfrustrowana. – Och, jesteście tacy niedojrzali!
– Co się dzieje? – uśmiechnął się Harry. Ginny spojrzała na niego żałośnie, ale nie odpowiedziała.
Syriusz wstał i podniósł książkę leżącą między śmiejącymi się nastolatkami.
– Stary rocznik Hogwartu – powiedział czule. – zobacz, Harry, tu jest zdjęcie twoich rodziców i mnie na balu. Och, spójrzciena mój…
Przerwał nagle, przyglądając się dokładnie jednemu ze zdjęć.
– Ale zakładam, że nie wyśmiewaliście się z mojej tragicznej fryzury – powiedział wolno do Weasleyów, którzy nadal na czworakach, wyli ze śmiechu. Przelotnie spojrzał na Harry'ego zanim znów popatrzył na książkę w swoich rękach.
– Nieeee! – zapłakał teraz Ron. – Śmiejemy się ze Snaaaape'a!
Harry nagle wstał.
– On… on… tańczy z… tańczy z chłoooopakiem! – wysapał Ron.
Hermiona również wstała i wzięła rocznik od Syriusza, patrząc na zdjęcie.
– Więc? – spytała gniewnie, patrząc na Rona i przekazując książkę Harry'emu, który stał obok niej. – Co w tym złego? Wiele tańców czarodziejów jest…
– Hermionaaaaaa! – zawył Fred. – On tańczy z chłopcem jako ze… swoim partnerem na balu. Ze swoją randką! CHŁOPAKIEM!
Ron uderzał pięścią w dywan, trzęsąc się ze śmiechu. Ginny mlasnęła językiem niecierpliwie.
Harry gapił się na poruszające się zdjęcie.
To była prawda. Młody Severus Snape tańczył z innym chłopcem (również Ślizgonem, sądząc po kolorze szat), jednakże Harry nie widział w tym powodu do jakiegoś ataku histerii. Osobiście uważał, że dwaj młodzi mężczyźni wyglądali przystojnie i raczej byli pełni wdzięku, gdy poruszali się po parkiecie wspaniałymi, eleganckimi krokami.
Coś zadrżało w jego klatce piersiowej.
W końcu śmiech osłabł.
– Więc chcesz nam powiedzieć, że stary Snape jest gejem? – spytał Syriusza George, brzmiąc na zachwyconego.
Harry zamarł.
– Nie wiem… – odpowiedział wymijająco Syriusz, nie patrząc Harry'emu w oczy.
– OCH, SYRIUSZU, DAJ SPOKÓJ! – zaprotestowali bliźniacy.
Siri uśmiechnął się lekko.
– Och, w porządku, najwyraźniej jest.
Bliźniacy i Ron krzyknęli entuzjastycznie.
Fred wstał, łapiąc kolkę od zbyt mocnego śmiechu.
– I ten facet… – wziął książkę od Harry'ego i spojrzał na nią jeszcze raz – … ten William Copley… był wtedy chłopakiem Snape'a?
Dwie dziewczyny były jedynymi osobami, które zauważyły, że twarz Harry'ego stała się woskowobiała.
Syriusz wzruszył ramionami.
– Prawdopodobnie – uśmiechnął się z lekką pogardą. – William Copley zdecydowanie był takim samym pedałem.
Nagle jego oczy rozszerzyły się w szoku i spojrzał na Harry'ego. Przełknął ślinę.
Harry wpatrywał się w niego.
Wtem obrócił się i wyszedł.
* Toujours pur – (fr.) zawsze czysty (odniesienie do czystokrwistości rodu Blacków – przyp. tłum.)
