Rozdział 14
Drugiego grudnia nad ranem przydarzył jej się Snape. Było wciąż ciemno, gdy usłyszała znajome chrząknięcie, które niegdyś zwykło wybijać ją z rytmu pracy na lekcjach eliksirów. Stawał koło jej kociołka i tak chrząkając, komentował jej wątpliwe według niego postępy.
Usiadła i przetarła dłońmi oczy, krzywiąc się od rażącego, zapalonego niespodziewanie światła. Była cholernie niewyspana.
– Wstawaj.
Zerknęła na niego spode łba, otwierając tylko jedno oko. Była nieco zdziwiona, że go widzi, w dodatku o tej porze.
– Nie słyszałaś?
Mruknęła jedynie coś pod nosem, zbierając się z łóżka i chcąc najwyraźniej poczłapać do łazienki. Powiódł za nią chłodnym, nieprzyjemnym spojrzeniem, które zatrzymało ją przy drzwiach. Spojrzała na niego pytająco.
– Najpierw siadaj.
– Ale…
– Chodź tu i siadaj. Muszę z tobą porozmawiać. Nie mam zbyt wiele czasu.
Uniosła wysoko brwi, wciąż stojąc w progu, wzruszając ramionami z rezygnacją.
– Skoro już nie śpię, mogę przy okazji coś przekąsić? – spytała głośno. – Nie jadłam kolacji… W sumie mnie ssie.
Skinął głową. Jej żołądek nie powinien być problemem, zwłaszcza, że chciał tylko porozmawiać.
– Jaina! – zawołała, a kiedy ta się zjawiła, kazała jej przynieść śniadanie, w tym dwie herbaty z mlekiem.
– Niech pan usiądzie – powiedziała, wskazując mu miejsce w fotelu naprzeciw niej. Pojawiła się skrzatka; dziękując wzięła od niej tacę.
Ziewnęła nieskrępowanie i przeczesała dłonią potargane włosy. Przesunęła w jego stronę herbatę, nawet na niego nie patrząc. On przyglądał jej się oceniająco, zadzierając swój ogromniasty nos do góry. Jego oczy były jak dwie groźne szparki, kiedy mrużył tak oczy.
– Więc, z czym masz problem, Granger? – spytał. Siedział z założonymi rękoma. Nie tykając swojej szklanki.
– Chyba ja powinnam zadać to pytanie. – Lekko potrząsając głową, spojrzała na niego, nieco zdezorientowanie, choć niezaprzeczalnie chłodno.
– Co cię gnębi? Obecnie.
– Nic?
Wyostrzyło mu się spojrzenie.
– Dlatego zjawił się tu pan o tej porze? – Pod wpływem jego niezmiennego wzroku postanowiła jednak odpowiedzieć – W porządku. – Jej głos nabrał cierpkiego tonu. – Co mnie gnębi… – zawiesiła się na chwilę. – A! – Podniosła palec do góry. – Może to, że coraz częściej łapię się na tym, że… się z nim zgadzam. Długo szukam argumentów przeciw, ale ich nie znajduję. A jestem absolutnie logiczna – oznajmiła jak gdyby nigdy nic, wracając do jedzenia. Skinął głową.
– Tak, oczywiście… – westchnął ze smutnym zrozumieniem, spodziewając się tego. – Granger, może mieć rację w wielu sprawach, ale w równie w wielu ich nie ma. Nie zapominaj o jego metodach. W jaki sposób dąży do tych swoich „światłych" celów. Ilu ludzi stając mu na drodze traci życie. W jaki sposób je traci.
Brzmi jakby recytował coś, co sobie wcześniej przygotował. A może jestem przeczulona. Spojrzała na niego na idiotę. Którym nie był.
– Zmienia metody – odparła, prowokując go, tak naprawdę mając tę całą dyskusję w nosie. Była śpiąca. Jaki był właściwy cel jego wizyty? Nie kłopotałby się, gdyby coś nie było na rzeczy.
– Może sobie zmieniać metody, taktyki, ale to nie wymaże tego, co zrobił do tej pory. Nie zmieni tego, że jest tyranem, że tak naprawdę nie liczy się z nikim i niczym.
I znowu to samo.
– Nie to mam na myśli – wtrąciła, kręcąc głową. Założyła ręce na siebie. Stwierdziła – niech mówi. Może się rozgada.
– Zrobi wszystko, absolutnie wszystko by osiągnąć swoje cele. Dobrze o tym wiesz.
Ziewnęła. Sennie przeżuwała swoją kromkę, patrząc na niego spod półprzymkniętych powiek.
– Tak, tyle że historia rozliczy nas potem nie z metod, a z osiągnięć.
– Historia? – spytał chłodno. – Spędzasz z nim zdecydowanie zbyt wiele czasu. Wiesz, że ma na ciebie wpływ, że zmienia twoje myślenie, prawda? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę choćby z tego, co ma miejsce dwie kondygnacje niżej? Czy wiesz na czym tak spokojnie śpisz?
– Zdaję sobie sprawę z jego bestialstwa…
– Zdajesz sobie sprawę. Ale nie zaprzątasz sobie tym głowy. Jak wygodnie.
– Nie ma pan prawa mnie osądzać. Ja pana nie osądzam. I nie wybrałam sobie tego.
– Ciąży na tobie pewna odpowiedzialność. Tak jak na mnie.
– Wiem. I znam swój cel. Nie mam zamiaru o nim zapominać. Choćby nie wiem co. Nie rozumiem, jaki ta rozmowa ma sens – warknęła zdecydowanie, urywając tę dyskusję. Opadła z powrotem na krzesło, wzięła kolejny, gwałtowny łyk herbaty.
Odchylił się w fotelu do tyłu. Jakimś cudem jeszcze bardziej zadzierając głowę. Czy ta poza miała mu dodać grozy? Powagi? Zdecydowanie była przeczulona. To był tylko Snape.
– Jestem zmartwiony, Granger. – Zaczął syczeć, dźwięk jego słów jakoś dziwnie rozchodził się z treścią. – Możliwe, że nawet się boję myśleć o tym, co może się tu stać. Między wami. A stało się już wystarczająco wiele, jak sądzę. – Przewiercał ją swoimi chłodnymi, czarnymi oczyma. Coś w niej drgnęło, tak irytująco skręciło ją w żołądku. – Wiem, że jesteś cholernie inteligentną wiedźmą, nigdy nie chciałem ci tego przyznać, ale to głównie dlatego, że tak się z tym obnosiłaś. Wierzę w twój rozsądek i twoją inteligencję. Ale to nie zmienia faktu, że jesteś młoda i niedoświadczona. Wciąż buzują w tobie hormony i... – Chciała mu przerwać, udając, że nie widzi związku. – Nie, Granger, nie! Jesteś młoda i choćbyś chciała temu nie wiem jak zaprzeczyć – podatna na wpływy. Może ci się wydawać, że w jakiś sposób walczysz z nim, a tak naprawdę wciąż walczysz ze sobą. Z nową sobą. A Czarny Pan to doświadczony, diabelnie sprytny sukinsyn. Wie co, jak i którędy. Ma doświadczenie w manipulowaniu ludźmi, a nastolatka, choćby nie wiem jak inteligentna, to dla niego tylko zabawka, marionetka. Otóż, nie tylko na twojej inteligencji będzie grał... gra – poprawił się – a na emocjach, potrzebach. Zastanów się nad swoimi słabymi stronami, a potem przyznaj w duchu, że właśnie na nich żeruje.
Mówił dokładnie to, czego wolała sobie nie mówić... zbyt często. Głośno brzmiało to zupełnie inaczej. I stawało się prawdą.
Przełknęła to, z trudem, ale przełknęła, chcąc nie chcąc, czerwieniąc się przy tym lekko, zarówno ze złości jak i wstydu. Tylko jej oczy, które były teraz zupełnie inne, zdawały nie reagować tak jak reszta ciała.
– Więc, określa pan swoją stronę... Albo coś udaje. Może On powinien o tym wiedzieć? – spytała jadowicie.
– Z nas dwojga, to mnie by uwierzył, nie miej złudzeń, Granger.
– Jest pan pewien?
– Absolutnie.
Skinęła do siebie głową, prychając pod nosem, nie mając zamiaru kłócić się z nim w tej kwestii. Nie było sensu.
– A tak właściwie… Co pan tu robi, tak naprawdę? Bo nie uwierzę… – zaczęła cedzić powoli. Przerwał jej.
– Draco Malfoy może się dziś „przypadkowo" zjawić w twoich komnatach. Nie będzie w najlepszym stanie z tego, co wiem. Powiedz mu o sobie tyle, ile uznasz za stosowne. Zrób to, co uznasz za stosowne, ale postaraj się mu pomóc. Postaraj się zrozumieć… – zawahał się chwilę – że każdy z nas tu o coś walczy. W takim czy innym sensie. Sens osobistej walki Dracona, wbrew temu, co mogłabyś myśleć, może być bliski twojemu.
– Draco Malfoy? – odparła beznamiętnie, mrugając parę razy. – Mam pomóc temu snobistycznemu dzieciakowi, który prześladował mnie przez cały Hogwart? Tej tchórzliwej fretce?
– I to jest dokładnie to, co miałem na myśli – mruknął do siebie pod nosem, jakkolwiek tak, żeby dosłyszała. – Daruj sobie te gadki, Granger. Nic o nim nie wiesz. Nie masz pojęcia przez co przeszedł w swoim życiu. Dlaczego był taki, a nie inny. Nie masz też pojęcia, przez co przechodzi obecnie, a to mogłoby… powinno się zmienić.
– Nie ma mowy. Nie zasługuje na moją pomoc, litość ani nic z tych rzeczy. Niech pan nie myśli, że jestem jakoś dobrą samarytanką, która…
– Oboje moglibyście sobie pomóc. I pomożecie. Granger, on tu się dziś zjawi i wiedz, że musisz mu pomóc. Dla swojego dobra. Dla jego dobra. Dla dobra nas wszystkich.
– Z pewnością.
– Mówię poważnie, zadufana w sobie kretynko. To nie do wiary, jak się zmieniłaś. Co się stało z wierzącą w ludzi Hermioną Granger?
– Uwierzyła w siebie i przepadła? – Jej wargi wykrzywił fałszywy uśmiech.
– Nawet tak nie kpij. Zrób to, Granger. I wiedz, że ja ci nie rozkazuję, tylko dobrze radzę, proszę – jak członek Zakonu członkinię Zakonu.
Spojrzała na niego ostro, niemalże z wyrzutem, że śmiał poruszyć tę kwestię. Przez chwilę milczeli oboje. Westchnęła wreszcie, rozkładając ręce w teatralnym geście.
– Zobaczymy. Oczywiście, rozegram to po swojemu. Jeśli uznam za stosowne… i za sensowne, pomogę mu.
Skinął głową, nieco odetchnąwszy. Wciąż przyglądał jej się ponuro.
– Mam szczerą nadzieję, że tego nie spieprzysz, Granger. Nie myśl, że możesz podołać czemuś, czemu podołać naturalnie nie możesz. Dobrze waż swoje siły i szanse. I nie zmarnuj tego, co już zyskałaś.
– Pieprzenie. Puste słowa. Łatwo panu dawać mi nic nie dające rady? – odpowiedziała unosząc wysoko głowę.
Musieli śmiesznie tak wyglądać, oboje patrząc na siebie pod dość dziwnym kątem.
– Nie, niełatwo. Zwłaszcza kiedy ma się tak niewdzięcznego adresata. Prawda jest taka, że sama powinnaś dojść do tego, co zrobić. Ma to związek z twoimi wadami. Nad którymi powinnaś zapanować bez jego wiedzy, a potem wykorzystać jego przekonanie, że wciąż je masz.
– Skąd pewność, że to już się nie stało?
– Doprawdy wątpię. Posłuchaj mnie – zamilkł na chwilę, chcąc zyskać jej absolutną uwagę. - Teraz zmodyfikuję twoją pamięć. Nie będziesz pamiętała tej rozmowy, jakkolwiek będziesz pamiętała to, co ci przekazałem, a co stanie się podświadomą wiedzą, którą w odpowiednim momencie, mam nadzieję, że wykorzystasz. I pamiętaj Granger, cokolwiek stanie się dzisiaj czy jutro, pamiętaj – powtórzył z naciskiem – że to nie jest koniec.
To tylko początek końca, przeleciało mu przez myśl, ale szybko sobą potrząsnął.
Przez chwilę przypatrywała mu się tępo, z kanapką w pół drogi do jej ust.
– Co? – wykrzyknęła nagle zdezorientowana, zrywając się i chwytając za swoją różdżkę. Ale Snape wiedział już, co chce zrobić. Był szybszy. Komnatę rozjaśnił błysk. Dziewczyna opadła bezwładnie w jego ramiona.
Kiedy zrobił już z jej pamięcią to, co chciał, przeniósł ją na łóżku i okrył kołdrą. Czekało ją najprawdopodobniej jeszcze parę godzin snu. I dobrze. Może przez sen w jej głowie poukłada się parę rzeczy.
Pospiesznie ogarnął pokój tak, by nie było żadnych śladów jego bytności tutaj, ani tego, że wstawała. Nawet wypłukał jej magicznie usta, klnąc, że nie znalazł szybko żadnej wymówki dla niej spożywającej śniadanie. Nie zjadła wiele i nie powinna po przebudzeniu zdawać sobie sprawy, że miała w żołądku coś od wczorajszego obiadu.
Kiedy skończył, stanął z boku łóżka i jeszcze przez chwilę przypatrywał się w zamyśleniu śpiącej Hermionie. Wiedząc, że nikt nie patrzy, pozwolił sobie na zrzucenie nieczułej maski ze swojej twarzy. I tak przepełzły przez nią kolejno troska, niepokój, w końcu złość – nie na nią.
Zgasił światło i miał już wyjść, ale nagle coś w nim drgnęło i zatrzymało przy drzwiach. Błyskawicznie odwracając się wokół własnej osi, dopadł z powrotem do jej łóżka i ponownie wymierzył w nią swoją różdżkę.
- Legilimency!
~o~o~o~
Rozum i przyzwyczajenie podpowiadały jej od rana, że zapewne gdzieś ją dziś pociągnie lub zaskoczy jakimś wyjątkowo mrocznym i paskudnym materiałem do przyswojenia, ale nic takiego się nie stało. Była trzecia po południu, zdążyła już zjeść śniadanie i lunch. Nikt się po nią nie zjawił. Tkwiła między lustrem, gdzie zgłębiała swoje rysy, a oknem. Na horyzoncie malowało się coś ponurego, a ciężkie, zimowe chmury przyćmiewały światło dnia.
Czuła się źle z wczorajszymi wydarzeniami, a rozmowa, którą zdaje się jednak przeprowadziła z Voldemortem, nie zlikwidowała napięcia, które w niej narosło. Wręcz przeciwnie. Coś wyraźnie było nie tak i dręczyło jej podświadomość.
Stała teraz znów przed lustrem i wpatrywała się ślepo przed siebie... czy w siebie, starannie rozczesując włosy, dużo mniej niesforne i wzburzone ostatnimi czasy. Tak, miał rację. Zmiany były nieznaczne, ale zauważalne. Mrugnęła i w oczach stanęła jej ona sama, zmagająca się ze swoim sianem z niesłabnącym nawet na chwilę zapałem, klnąca zwyczajowo pod nosem i rzucająca wreszcie szczotką w kąt. Mrugnęła ponownie i wróciła Hermiona powoli ciągnąca szczotkę przez brązowe fale, z miną niezdradzającą żadnych emocji, kiedy wewnątrz w niej coś tak ewidentnie się burzyło.
Po obiedzie uznając, że zapewne nie musi na niego czekać w swojej komnacie, opuściła ją, by spróbować go odnaleźć. Nie, żeby był jej niezbędny, żeby łaknęła towarzystwa Czarnego Pana. Sęk w tym, że nigdy nie była zostawiona samej sobie do tak późnej pory, bez żadnej wiadomości, niczego. Poza tym nie znosiła czekać, a pewne rzeczy zwyczajnie wolała mieć za sobą.
Przemierzyła korytarze, nie natykając się na nikogo.
– Czy jest tu jakiś Czarny Pan? – rzuciła zrezygnowanie w zakurzoną przestrzeń jego sanktuarium, wychylając się przez próg. Nic jej nie odpowiedziało. – Świetnie – mruknęła niecierpliwie. Zatrzasnęła drzwi biblioteki i nieco niepewnie ruszyła w stronę jego komnat.
Wyciągała już rękę, by zapukać do jego drzwi, kiedy coś mignęło jej przed oczyma, a następnie się z nią zderzyło. Jej twarz zanurzyła się z czymś miękkim i aksamitnym. Niedługo mogła się tym cieszyć. Jeden łapczywy oddech później dwie chłodne dłonie pochwyciły ją chcąc odepchnąć, ale ona odskoczyła pierwsza, tym samym zrywając z siebie przytrzymujące kleszcze. Otóż, Lucjusz Malfoy, z podkulonym ogonem i w wyraźnie nienajlepszym, bo z lekka zakrwawionym stanie, wypadł z komnaty swojego mistrza, by z impetem zderzyć się ze szlamą. Zanim ustąpiła mu miejsca pod wpływem jego nienawidzącego wzroku, jakiś dziwny odruch kazał jej posłać w jego stronę chamski uśmieszek. Widziała, jak pomknęła ku niej czysta nienawiść, ale powstrzymując się tylko i wyłącznie z wyższej konieczności, która stała niedaleko za nim, w głębi komnaty, ruszył ku swoim świeżo pilnym sprawom. Jej wzrok powędrował za oddalającym się pospiesznie Malfoyem.
Jednak na wprost niej coś wołało o jej uwagę. Drzwi, czy może wrota do jego komnat były wciąż otwarte. Coś gramoliło się w pobliżu jego stóp i nie była to Nagini, której zresztą nie widziała już od dawna. Człowiek.
– Nie mam na ciebie teraz czasu, Granger.
Ton jego głosu był wymowny, ale właśnie to coś u jego stóp, przykuło jej uwagę i powstrzymało wycofywanie się, kiedy to już miała dać zatrzasnąć sobie drzwi przed nosem.
– Czy to jest Draco Malfoy? – spytała z zainteresowaniem i niedowierzaniem, bez zastanowienia postępując parę kroków naprzód, próbując z bliska ocenić to, co widzi. A nie był to przyjemny widok.
Coś, co prawie nie przypominało człowieka, spojrzało na nią przez szparki, które były wcześniej jego szarymi oczyma.
Voldemort zastanawiał się przez chwilę czy nie uderzyła się w głowę. Widział to w niej. Była niespokojna i rozkojarzona. Podejrzliwa. Wyczuwał to w jej magicznej aurze, która była dla niego tak dobrze wyczuwalna, zwłaszcza teraz. Bez pozwolenia, znów ignorując bariery przeciw nieporządnym gościom, weszła do jego komnaty i poczęła zastanawiać się nad tożsamością młodego Malfoya. Zignorowała go. Jej ciekawość była faktycznie porażającą. Na tyle, że mogła stać się dla niej niebezpieczna, jako że potrafiła wyłączyć jej świadomość z tego, co się działo wokół niej. Pozostawał sam przedmiot zainteresowania.
– Granger – warknął. Ocuciło ją to, ale nie wywołało pożądanego strachu. To robiło się dla niego coraz trudniejsze. Okiełznać Hermionę Granger bez użycia siły.
– Panie – wypowiedziała znacząco, z nutą kpiny w głosie, podnosząc ku niemu swój wzrok, nagle uprzytomniając sobie co robi. - Mogę go mieć na dzisiejszy wieczór? – Czarny Pan uniósł niewidzialną brew, nie do końca wierząc w to, co właśnie powiedziała ta mała szlama. Nie będąc pewnym, co ma, na Kirke, na myśli. – O ile ty już z nim skończyłeś. Mamy pewne rachunki do wyrównania. – Dobra, ostatnie zdanie go nieco uświadomiło. Przecież się nienawidzą. Od zawsze. Dobrze pamiętał jak osobiście polecał młodemu Malfoyowi, nigdy nie mieć skrupułów wobec szlam, a zwłaszczatej jednej.
Jakkolwiek nieco zaskoczył go obecny obrót zdarzeń. Będzie musiał porozmawiać ze Snape'm.
– O, nie sądzę, Granger – odparł postępując parę kroków naprzód, przestępując z gracją nad chłopakiem. Ale nie cofnęła się. Co mogło jej się stać?
– Mogę spytać, czemu nie? – spytała jak gdyby nigdy nic, unosząc brwi.
– Legilimency! –wdarł się gwałtownie do jej umysłu, próbując znaleźć coś, co wskazywałoby na jej pobudki. Nie znalazł nic poza głęboką niechęcią. Więc chciała wykorzystać swoją pozornie wyższą pozycję do wyrównania rachunków? W zasadzie nie miałby nic przeciwko. Jego usta na chwilę wykrzywił złośliwy uśmieszek.
– Na kolana.
– Słucham?
Machnął różdżką. Jej kolana uderzyły o twardą posadzkę. Spojrzała na niego w wyraźnym szoku. Gdy tylko uderzyło w nią jego zaklęcie, jej własna magia zaczęła w niej żywo wirować. Dotarło do niej, że pierwszy raz trzasnął ją od… cholernie dawna.
Wtedy coś cię stało. Wyblakło, pociemniało wokół gwałtownie, mimo że obraz został, tyle że jakby wyprał się z kolorów. Pogrążyła się w niezbyt pewnym siebie, powoli rozmazującym się śnie.
Z ogromnym hukiem rozwarły się okna i do środka zmiatając ją błyskawicznie pod ścianę, wdarła się mroczna, potężna wichura. Voldemort, jakby zupełnie odporny na szalejący wokół żywioł, wyjęty z tej przestrzeni, którą ów objął, stał twardo i niewzruszenie. Widziała jego przepełnioną satysfakcję twarz tylko przez chwilę, bo sekundę później, żywioł cofnął się, zabierając ją ze sobą – przez okno i ku ciemnemu niebu. Huragan porwał ją wysoko, w czarne chmury i koszmar duszy. W tej sile, która ją uniosła i wzięła w posiadanie, poczuła smolistą otchłań piekła. Nie mogła nabrać oddechu, bo jej płuca wypełniał palący żar. Ale siła podmuchu zaczęła nagle słabnąć, co przyniosło jej przerażające zrozumienie.
Spadnie.
I kiedy tylko przeszło jej to przez myśl, runęła w dół, a dno otchłani poczęło zbliżać się z zatrważającą prędkością. Wiatr i gęsta, nienaturalna ciemność stłumiły jej krzyki. Gdy zostało jej niewiele czasu, zamknęła oczy. Nie chciała tego widzieć.
Ocknęła się.
Natychmiast zrozumiała, co zaszło.
– Co teraz? – wyszeptała, nie patrząc na niego, dysząc ciężko, z trudem powstrzymując łzy. To był jej najgorszy koszmar.
– Częstuj się. – odparł, uśmiechając się podle, wskazując na leżącego już bez przytomności chłopaka.
~o~o~o~
– Gran-ger? – wyjąkał niepewnie młody Malfoy, próbując zidentyfikować osobę, która pochylała się nad nim z wyraźnym zainteresowaniem.
– Uleczyłam to, co mogłam. Leż, jesteś bardzo słaby. Przez jakiś czas jeszcze będziesz.
– Granger! Co tu do cholery robisz! Jesteś… szlamą… – wymamrotał, chcąc brzmieć w sposób oburzony, ale nie wyszło mu, nie miał siły. Jak na jej gust wciąż był w szoku.
– Jesteś… szlamą… – przedrzeźniła go.
Usiadła w fotelu z widokiem na łóżko. Założyła ręce na siebie. Przekrzywiła głowę. Westchnęła.
– Twój ojciec nie mógł ci wspomnieć o tym drobiazgu, jest pod przysięgą, jak wszyscy. Teraz ty też zapewne będziesz musiał ją złożyć. Wyobraź sobie, Draconie Malfoyu… – Blondyn kręcąc głową chciał się podnieść z łóżka, ale zareagowała wystarczająco szybko. – Rusz się! – zagroziła tak przekonywująco, że chłopak szybko opadł na swoje miejsce. Kontynuowała. – Wyobraź sobie, że dokładnie cztery miesiące temu spędzałam sobie beztrosko wakacje we Włoszech, kiedy nieświadoma niczego weszłam w interakcję z pewnym śmierciożercą. Oczywiście, nie wiedziałam wtedy, że to był śmierciożercą, miał twarz, która nie należała do niego, co więcej…
Ciągnęła swoją historię przez następną godzinę, wnikając w szczegóły.
– Nie mogę w to uwierzyć, a jednak jesteś tu, więc… to ma sens, a jednocześnie go nie ma. Na Salazara, jak on mógł dopuścić do siebie brudną szlamę – zaczął z obrzydzeniem i niedowierzaniem, wyrzucając z siebie słowo „szlama" tak, jakby chciał jak najszybciej pozbyć się go ze swoich ust.
Hermiona roześmiała się demonicznie, w jej oczach błyskało coś, czego nigdy tam nie widział. Jego twarz wykrzywił dość charakterystyczny dla niego grymas. Rozdziawił usta. Była inna, zdecydowanie nie była tą Hermioną Granger, którą pamiętał z Hogwartu. Żeby to stwierdzić nie potrzebował dnia czy godziny. Wystarczyło jedno spojrzenie. Jakiś typowo ślizgoński chłód zalągł się w jej oczach. Wciąż wygadana i wszechwiedząca, jasne, ale i pewna siebie, zimna, zdaje się, że wyrachowana. Nie spuszczała z niego wzroku, prześwietlała go spojrzeniem w podobny sposób jak zwykł to czynić Czarny Pan.
– Czy masz aż tyle złudzeń, Draconie Malfoyu, by myśleć, że on naprawdę, dosłownie, brzydzi się tak zwanych szlam? Czy uprawiałby ze mną seks, gdyby naprawdę tak było? Nie. Wybrałby wtedy zapewne bardziej brutalny sposób, by uzależnić mnie od siebie. Zrobił to, bo wolał zrobić to w ten sposób.
Draco rozwarł szerzej oczy. Albo jej się zdawało, albo się czerwienił. Kto wie – czy ze złości, czy ze wstydu.
– Chwila, chwila – uniósł rękę chcąc jej przerwać. – Chcesz mi powiedzieć, że podobało ci się? Do kurwy nędzy. - Przejechał dłonią przez włosy. – Nawet nie wiedziałem, że jest człowiekiem na tyle, by robić takie rzeczy!
– Jest najpotężniejszym, najbardziej niebezpiecznym czarodziejem od czasów Salazara. Musi mieć pewne umiejętności... – oznajmiła najzupełniej poważnie. Zresztą, nie żeby to był prawdziwy seks. To była kara, to była metoda. To miało pomieszać jej myśli i uczucia. Przychodziło jej na myśl tysiące określeń dla tego, co miało wtedy miejsce i seks tu jej zwyczajnie nie pasował.
To nie było prawdziwe.
Przy okazji ślepego wpatrywania się w ścianę zdała sobie sprawę, że czuje się dziwnie i że ostatnio czuła się tak w noc, kiedy przeszła przemianę i groziła Snape'owi. Silna i zdeterminowana. Mówili wtedy, że jest w szoku. Czy teraz też była? To byłoby ich dwoje. Ale dlaczego miałaby być w szoku? Czuła się trochę jak nagle olśniona, coś doszło do niej, nie wiadomo skąd i nagle w jej głowie pojawił się cały plan działania; była w pełni świadoma, dlaczego robi to, co robi.
Obruszyła się, podniosła z fotela i spojrzała drapieżnie na Malfoya z czymś, co pomyślała, że powinno go przerazić. I tak, instynktownie przesunął się po pościeli w stronę wezgłowia łóżka.
– Dlaczego mi to wszystko powiedziałaś? – wydusił z siebie nieudolnie próbując ukryć drżenie głosu. Draco Malfoy zawsze był tchórzem.
– Przecież chciałeś wiedzieć – odparła prosto.
Pokręcił głową.
– Nie jestem idiotą, Granger. Nie powiedziałaś mi tego wszystkiego bez powodu. Liczysz na coś, prawda? – skrzywił się wyraźnie. – Nie będę wchodził z tobą w żadne układy, tym bardziej o niczym ci nie powiem. Mój ojciec…
– Nie pleć bzdur. Twój ojciec… – przerwała sama sobie. – Daj spokój. Obserwowałam go na spotkaniach. Dba tylko i wyłącznie o swój otulony jedwabiem tyłek – prychnęła. – I powiesz mi, Malfoy. Powiesz mi wszystko i zrobisz dokładnie to, co ci każę. – Klasnęła w dłonie. – Pytanie pierwsze: Czy Czarny Pan związał cię jakąkolwiek wieczystą przysięgą, która wciąż ma moc?
Chłopak uparcie milczał. Podniosła oczekująco brwi. Nic. Więc się nie zawahała.
–Crucio!
Zanim zdała sobie sprawę, co robi, jakiej metody używa, była w tym zbyt daleko, by nawet chcieć to przerwać.To był jej pierwszy Cruciatus w życiu i wyzwolił w niej energię, która sprawiła, że poczuła się ę wypełniły krzyk chłopaka, a ona miała wrażenie, że unosi się parę cali nad ziemią. Faktem jednak było to, że nie zdawała sobie w tej chwili do końca sprawy z tego, co robi. I co to znaczy. Poszła za jakiś dziwnym odruchem i teraz oto miała kontrolę nad sytuacją. Wreszcie.
Prawie.
Bo ten oto niewątpliwie fascynujący moment wybrał sobie Voldemort na swoje wtargnięcie. Otworzyły się drzwi i wpadł do komnaty, wtłaczając do niej jak welon swą ponurą aurę. Hermiona odwróciła głowę, zerwała klątwę, błyskawicznie rzuciła Silencio, ponowiła Cruciatusa. Nie odwróciła od niego wzroku, kiedy zatrzymał się dosłownie krok od niej. Górował nad nią, a ona z beznamiętną, nieco może fałszywie niewinną miną spoglądała na niego spod rzucających długi cień rzęs. Rozchyliła lekko wargi, chcąc nabrać więcej powietrza. Utrzymanie klątwy kosztowało ją w tym momencie wiele wysiłku.
– Chłopak ma wrócić rano do domu. Żywy – oznajmił, jego spojrzenie paliło ją. Podejrzewała, że jest zaskoczony jej nagłym, tak wiele znaczącym wybuchem, ale ukrył to starannie. – Ty natomiast… pamiętaj o tym, żeby się wyspać.
Zmarszczyła brwi. O czym on mówił?
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, nie zważając na zmagającego się z ogromnym bólem i krzyczącego bez głosu chłopaka. Dzielił ich niecały metr. Skinęła głową. Minęły kolejne sekundy, zanim się odezwał.
– Powinnaś to znieść za jakieś dwie minuty. Więcej może przypłacić życiem – oznajmił i odwracając się, wypadł z komnaty. I te jego majestatycznie powiewające czarne szaty, szaty skrywające nie lada ciało, pomyślała. Tak, zdecydowanie było dziś coś nie tak z jej nastrojem. Dopiero teraz dotarło do niej jak dwuznaczne były jego słowa. Pamiętaj, żeby się wyspać.
Merlinie.
Wtedy przypomniała sobie o magii wciąż wypływającej z jej różdżki. Przerwała klątwę. Oboje nabrali głośno powietrza niemal w tym samym momencie.
– Więc jak sam widzisz, powiesz mi wszystko, Malfoy. A ja już postaram się o to, by Czarny Pan się o tym nie dowiedział. Więc co z tą wieczystą przysięgą?
– Nie… – wyjęczał dysząc. – Tylko to – poklepał się po przedramieniu, które nosiło Mroczny Znak. Unikał jednak jej wzroku. Nigdy nie był dobry w ukrywaniu swoich kłamstw.
– Pomyślmy, bo jest parę opcji do rozważenia, prawda? Opcja pierwsza: Jest coś, o czym nie mogę się dowiedzieć, ponieważ Czarny Pan zabezpieczył się przed moją wiedzą czymś więcej niż groźbami. Opcja druga: Nie chcesz mi czegoś powiedzieć, ale Czarny Pan zdaje sobie sprawę, że mogę to z ciebie wydusić i znaczy to tyle, że pozwolił mi to z ciebie wydusić, chyba, że sam mi powiesz, co oszczędzi czasu i krzyku. Jakkolwiek – oznacza to wtedy tyle, że te informacje są nic nie warte, mają wprowadzić mnie w błąd lub być spustem przyczyniającym się do jakiejś mojej porażki. Opcja numer trzy jest najciekawsza, bo łączy w sobie dwie wcześniejsze opcje. Jest coś o czym mogę się dowiedzieć i ma mnie wprowadzić w błąd, i jednocześnie istnieje coś, czego wiedzieć nie mogę. Pewnym jest to, że coś zdecydowanie jest na rzeczy. Mam takie uczucie, że twoja obecność tu i teraz, nie wynika tylko i wyłącznie z mojego czy jego widzimisię. I ty przemilczasz coś, co nie jest dobrym posunięciem, Malfoy. Powiedz mi, bo doprawdy wątpię w opcję numer jeden. Opcja trzecia najpewniej.
Ostatnie zdanie wypowiedziała bardziej do siebie niż do niego.
Patrzył na nią, jakby się obraził, wyraźnie niezadowolony, ponieważ Hermiona Granger miała w tym momencie całkowitą rację.
– Więc, powtórzę pytanie, ten jeden jedyny raz… Co jest obecnie na rzeczy między Czarnym Panem a Malfoyami?
– Nie wiem wszystkiego, ale… - zaczął ociągając się, przerwał mu wybuch śmiechu.
– Nikt tu nie wie wszystkiego, Malfoy. Nawet ja, a może zwłaszcza ja – mruknęła do siebie pod nosem. - Nie mam pojęcia co tu się do cholery dzieje. – Zachichotała upiornie.
Jedyne, co przyszło mu do głowy to, że Granger ma nie po kolei w głowie. I że jej nie zna. I że jest niebezpiecznie wnerwiająca. Albo na odwrót – wnerwiająco niebezpieczna. A on nie mógł związku z tym nic zrobić, nie w tej chwili, może później… Zacisnął w złości pięści.
– Dasz mi powiedzieć, do kurwy nędzy? – warknął przerywając jej opętańczy chichot.
Uśmiechając się wymuszenie, wciąż dziwnie rozbawiona, wykonała miękki gest ręką sugerujący, że może mówić.
– Czarny Pan nalegał od jakiegoś czasu, by mój ojciec zdradził mu położenie Wyrm Inn. To posiadłość, która należy do naszego rodu od niemal dwóch tysiącleci. Prawdopodobnie jedna z najstarszych budowli kamiennych w Anglii. Kto wie, co w sobie skrywa i dlaczego Czarny Pan tak bardzo chce ją „zwiedzić". Z pewnością ma swoje powody.
– Wyrm Inn, Malfoy? – prychnęła. – Żartujesz, tak nazywa się wasza pradawna rodowa rezydencja? – Spoważniała. – Od jak dawna próbuje to wydusić z twojego ojca? – spytała rzeczowo.
– Od miesiąca.
– I jakim cudem wciąż mu się to nie udało?
Stała z założonymi rękoma, opierając się o kolumnę łóżka. Jej różdżka zwisała niemal bezwładnie z jej dłoni. Coś podpowiadało mu, że tylko pozornie. Bardzo mu w tym momencie kogoś przypominała.
– Wyrm Inn jest czymś w rodzaju naszej pustelni, ostatniej deski ratunku. Zawdzięczamy temu miejscu przetrwanie rodu. Znajdowaliśmy tam schronienie podczas licznych wojen i niebezpieczeństw...
– Jak na tchórzy przystało – wtrąciła ponownie.
Chłopak przewrócił oczyma. Z minuty na minutę nabierał sił, co znaczyło jednocześnie tyle, że stawał się coraz mniej obojętny wobec jej irytującego zachowania. Nigdy jej nie znosił, ale teraz przechodziła samą siebie. Co gorsza – chwilowo był na nią skazany. Nie wiadomo z jakim skutkiem. Sam nie wiedział, czemu kontynuował tę rozmowę w ten sposób, ale wiedział przecież, że to powinien właśnie robić – dzielić się swojąwiedzą.
– Informacji tej nie można zdradzić nikomu spoza rodziny, o ile naszemu rodowi nie zagrozi – nagłe wymarcie. Czarny Pan próbował Legilimencji, kazał nawet mojemu ojcu aportować się tam razem z nim. Wszystko na nic. Z początku myślał też, że wystarczy zwyczajnie iść za słowami, które przekazał mu mój ojciec i trochę poznęcać się nade mną, ale to starożytna magia. Tak jakby ta klątwa, czy może wręcz przeciwnie, czymkolwiek to jest… jakby to wiedziało, że wcale nie chce mnie zabić, a jedynie doprowadzić na skraj. Mój ojciec całkiem dosłownie nie mógł z siebie tego wydusić. To, że nie chciał, to zupełnie inna sprawa – ściszył głos i spojrzał jej w oczy. – Wyobraź sobie, że to dziś było jedynie niewinną zabawą w porównaniu z tym, co miało miejsce dwa tygodnie temu.
– Ale przecież twój ojciec zawsze mógłby spłodzić kolejną fretkę.
– Ty brudna… – urwał, przypominając sobie z kim ma teraz do czynienia. – Mój ojciec jest bezpłodny. Dzięki Niemu. Jednak Czarny Pan nie zaryzykuje przerwania linii naszego rodu. Jesteśmy mu wierni od początku. Choćby chciał temu zaprzeczyć, potrzebuje nas, kto wie, może nas nawet w jakimś sensie szanuje. – W to nie uwierzę, pomyślała, patrząc na chłopaka z wyraźnym pobłażaniem. – Zresztą Malfoyowie zawsze przystawali z potomkami Slyterina. Barbeusami, Gauntami, Donehillami… – Coś irytująco dumnego błysnęło w jego oczach.
– Pozazdrościć.
Malfoy pokręcił głową.
– Dzięki majątkowi mojego ojca Czarny Pan może realizować wiele swoich celów. Całe życie posługuje się pieniędzmi innych. Nawet ten dom nie należy do niego, jest wywłaszczony.
Uśmiechnęła się do siebie w duchu, krzywo. Ależ oczywiście, że tak. Dumbledore podobno wspomniał coś kiedyś Harry'emu na ten temat. Kiedy Riddle był małą sierotką miał taką małą kolekcję…
– Ojciec sporo ci opowiada, hę? Aż tak ci ufa?
Nie odpowiedział.
– Więc szuka innego sposobu na uzyskanie tej informacji – mruknęła do siebie. – Ciekawe czy to, że tu jesteś, ma z związek z tą sprawą, a może to zupełnie inny kawałek zabawy. Mam takie dziwne przeczucie… nie, pewność, że mieliśmy się dziś spotkać, że moje wtargnięcie do jego komnat i rozpoznanie ciebie w tej krwawej papce nie było kwestią mojej niecierpliwości czy ciekawości…
Draco spuścił wzrok.
– Jakkolwiek, przyjdzie się nam dowiedzieć po fakcie, zapewne, czymkolwiek miałby nie być.
Hermiona podeszła bliżej do chłopaka, marszcząc brwi.
– Wiesz, że odbywamy chyba pierwszą normalną rozmowę w naszej historii?
– Pieprz się, szlamo – odparł automatycznie, a jego usta wykrzywił typowy, malfoyowy uśmieszek. Nawet ona uśmiechnęła się lekko na tę odpowiedź, by zaraz jednak szybko spoważnieć.
– Jak wielką wolnością osobistą cieszysz się dzisiejszymi dniami?
– Ostatnimi czasy niewielką. Jestem nieco na smyczy. Rodzice mi nie ufają, Czarny Pan oczywiście też nie… tak naprawdę dziwię się, że jeszcze żyję, ale jak mówiłem, zdaje się istnieć jakiś powód.
– Mhmmmm, zdaje się – mruknęła pod nosem. – Myślę, że jakoś sobie z tym wszystkim poradzimy. Snape zostawił mi trochę Eliksiru Wielosokowego jakiś czas temu. Plus parę sprytnych zaklęć i do przodu.
– Co masz właściwie na myśli, Granger?
– Czy to nie oczywiste? Zmieniasz strony, Malfoy. Nie na taką szansę czekałeś? Nie jesteś głupi, zdążyłeś się już przekonać jak wygląda bycie śmierciożercą.
– Zwariowałaś. Nie jestem też głupi na tyle, by nie wiedzieć, która strona wygra.
– Moja – odparła.
– Tak, a co masz przez to na myśli?
– Och, proszę cię!
Zaczęła chodzić w tę i we w tę, zastanawiać się. Widział jak krzywi się, jak walczy ze swoimi argumentami, jak wymachuje rękoma w trakcie tych swoich mentalnych zmagań.
– I myślisz, że on na to pozwoli, ba! Że już o tym nie wie? – wodził za nią wzrokiem.
– Jeśli nawet tak jest, cóż, myślę, że tak – pozwoli mi na to. Może jesteś pułapką, przynętą czy czymś w tym rodzaju, ale nie dbam o to. Zrobimy to po mojemu i mówiąc kolokwialnie – wykiwamy go. Nie może przewidzieć każdego mojego ruchu. Nie jest wróżką.
– A czy bierzesz pod uwagę swoje wcześniejsze teorie? Że on cię podpuszcza? Że być może robisz dokładnie to, co chce, żebyś robiła?
– Biorę.
– Jesteś pewna? Jesteś tego całkowicie pewna? Myślisz, że nie jesteśmy w tej chwili dwójką nastolatków, która snuje swoje naiwne i żałosne plany przeciw najpotężniejszemu czarnoksiężnikowi w historii. On jest genialny, Granger. A my? To zapewne przekracza nasze pojmowanie.
Zmarszczyła brwi. W sumie to miał racje, ale…
– Malfoy, on nie jest bogiem. Seksu – może... – wtrąciła niewinnie, prychając do siebie pod nosem. Malfoy tym samym złapał się za głowę. Ta dziewczyna była chora. Cho-ra! – Ale nie jest nieomylny, wszechmocny ani wszechwiedzący. Chce, żebyśmy to wierzyli i patrz, udaje mu się to, ale tak nie jest.
Zaśmiał się nagle, nieco nerwowo i sam nie wiedząc czemu, rozpogodził na chwilę. Być może pierwszy raz od dawna. Tak, Granger miała jakąśrację, może na to właśnie czekał. Na cokolwiek. Była czymś czego mógłby się teraz chwycić. I bez względu na to, ile niebezpieczeństwa miałoby to ze sobą nie nieść, wreszcie mógłby o coś powalczyć. Mogło być warto.
Hermiona natomiast utrzymała przekonywująca fasadę, chcąc dać chłopakowi poczucie, że ma do czynienia z kimś, kto wie, co robi.
Owszem, poczuła przypływ nadziei, patrząc w chwilowo i niepewnie rozjaśnioną twarz Malfoya, którego faktycznie nie potrafiła nienawidzić jak kiedyś. Tego typu uczucia zniknęły z niej wraz z tymi szarymi dniami tutaj. Wyciszyła je przedzierając się przez kolejne czarnomagiczne księgi, patrząc w Jego chłodne, pozbawione śladu emocji oczy.
I zobaczywszy Dracona w tym stanie, parę godzin wcześniej, nie poczuła radości, że widzi swojego dawnego, szkolnego wroga. Nie poczuła też złości. Pojawiło się natomiast jakieś dziwne poczucie obowiązku. Coś chyba do niej dotarło. Choć to nie było najbardziej istotna sprawa. Podejrzewała, że o ile Draco Malfoy naprawdę chcę zmienić swoją sytuację, jego szanse są niewielkie. Ale powiedzmy sobie – zawsze były małe. Ten chłopak nigdy nie nadawał się do bycia śmierciożercą. W Hogwarcie starał się udawać zimnego drania, ale w głębi chował się wrażliwy i cóż, zastraszony chłopak. Rozumiała to, patrząc w jego twarz, słuchając tego, co mówi i jak mówi. Jego podłość była tylko pozorna. Nie miał w sobie tej zimnej krwi i wyrachowania, co jego ojciec. Nie był doszczętnie zły, a słaby, nieodporny na złe wpływy. Zresztą, nic dziwnego. Miał tak od dziecka, więc od zawsze.
Teraz być może przyszła więc jego szansa, by się zrehabilitować. Być może dorósł już do tego i mógł jej pomóc, naprawdę pomóc. Tak jak i ona jemu. Być może.
Tym samym nie była pewna, czy posłucha dziwnej rady Voldemorta. Wyspać się? Miała Malfoyowi zbyt wiele do powiedzenia i mogło nie starczyć jej nocy.
Nie wiedziała też, czy rozmawiając z nim, nie wydaje na niego wyroku. Czy go jeszcze po tym zobaczy? Musiała mieć nadzieję.
Skrzywiła się.
Nadzieję? Raczej naprawdę dobry plan.
