A/N: Cierpliwość jest cnotą, moje Panie! :-P
14.
- To niemożliwe!- mruknęła z niedowierzaniem, kiedy rankiem, po przebudzeniu, udała się do łazienki, by zadośćuczynić codziennej higienie i spojrzała w lustro.- Przecież już przechodziłam ospę!- dodała, patrząc na tak znajome ciapki na buzi. Jakimś cudem Andy zdołał zarazić mamę (po raz wtóry najwyraźniej) i Sue jęknęła załamana.- No ładnie! Nie dość, że mały jest chory, to teraz jeszcze ja!
Jej synek od kilku już dni był marudny i prawie nie do zniesienia, że tej okropnej potrzeby drapania się nie warto było wspominać. Okręciła mu nawet rączki rękawicami kuchennymi, a on wciąż próbował i próbował rozdrapywać krostki, gdzie tylko się dało i… czym tylko się dało.
Z rezygnacją panna Thomas sięgnęła po buteleczkę środka odkażającego, tego samego, którym smarowała synka i przystąpiła do rutyny, starannie pokrywając każdy dostępny pęcherzyk. Miejsca, których nie dosięgła, miały poczekać na późniejszą kąpiel z odrobiną nadmanganianu potasu, identyczną, jaką od zachorowania dwa razy dziennie serwowała swemu aniołkowi. Za jej dziecięcych lat chore dzieci smarowano ohydnymi specyfikami i kiszono w domach pod kołdrami, aby czasem się nie zaziębiły. Dziś wystarczył zwykły Prontosan, wspomniana już kąpiel, czysta pościel, piżama i przewietrzone mieszkanie, by maluszek doszedł do siebie. Wiedziała jednak, że w jej przypadku może to nie wystarczyć. Dorośli nierzadko przechodzili komplikacje i miała nadzieję, że jej to nie spotka, inaczej kiepsko to wszystko widziała…
Kończąc toaletę, wróciła do sypialni, żeby się ubrać. Potrzebowała przewiewnych tkanin, więc wybrała bawełnianą bieliznę, bawełnianą podkoszulkę i flanelowe spodnie. Do tego cienkie skarpetki i „ukradziona" bratu, flanelowa koszula, której rękawy podwinęła (No co? Przecież nigdzie się nie wybierała, a i gości się nie spodziewała, więc równie dobrze mogła postawić na wygodę!) i była gotowa po raz kolejny stawić czoła codzienności a.k.a. swojemu (wszystko nadal na to wskazywało, zważywszy na wyraz twarzy) marudnemu dziecku.
- Dzień dobry, skarbie!- przywitała się z aniołkiem, całując go w czoło i mierzwiąc blond włoski.
Andy tylko się skrzywił, pocierając zarękawiczkowanymi piąstkami oczka, a po chwili spojrzał na rodzicielkę nieco uważniej.
- Masz kropki.- stwierdził rzeczowo.
- Doskonała dedukcja, Holmesie!- mrugnęła wesoło Sue, jednak żarcik pozostał bez odzewu. Zamiast tego, Andy znów zaczął narzekać:
- Wszystko swędzi! Główka boli! Jestem głodny! Mogę bajki?
Blondynka westchnęła ciężko.
- To będzie długi dzień!- pomyślała z bólem. Przechodziła przez to samo już od pięciu dni. Na dodatek wczoraj miała mieć ważne zaliczenie na uczelni i za żadne skarby nie mogła się wyrwać z domu, bo zwyczajnie nie miała z kim zostawić Andrew, musiała więc zadzwonić do swojego wykładowcy, by choć spróbować przesunąć datę egzaminu. Profesor Davenport nigdy za nią nie przepadał. Był do niej, jakby to ująć, nieco uprzedzony, ale z uwagi na jej nienaganną dotąd frekwencję oraz doskonałe wyniki w nauce musiał się zgodzić. Tym nie mniej teraz, gdy sama złapała wirusa, jej drugie podejście stanęło pod znakiem zapytania. Bóg jeden wiedział, jak długo miała chorować na tę przeklętą ospę, a wyrozumiałość tego akurat profesora miała swoje granice!
Nie miała pojęcia, dlaczego jej nie lubił. Nie była jedyną niepełnosprawną w grupie, a jednak inni nie mieli z nim tak ciężko. ZAWSZE rozpoczynał odpytywanie od niej i zawsze z pomocą najtrudniejszych zagadnień. Dobrze, że tak sumiennie się uczyła, bo byłoby z nią krucho. Na szczęście jednak Jackowi nie przeszkadzało, że czasem w pracy czytała swoje studenckie notatki. Właściwie, to nawet ją do tego zachęcał wiedząc, że w domu miała mało czasu na naukę z tak energicznym i wymagającym uwagi brzdącem u boku. Czasem wręcz jej pomagał, gdy czegoś nie zrozumiała i czuła się prawdziwą szczęściarą, że trafił się jej taki szef oraz przyjaciel.
Prawdę powiedziawszy, brakowało jej go przez te kilka ostatnich dni. Kiedy dzwoniła do niego prosząc o wolne obiecał, że ich odwiedzi, ale wynikła ciężka sprawa i znów siedział po uszy w aktach, a jego tymczasowa sekretarka z agencji nie bardzo paliła się do dodatkowych zadań. Najchętniej robiłaby tylko to, co przewiduje jej kontrakt, czyli odbieranie telefonów, ustalanie terminarza i przepisywanie listów w trakcie oczekiwania na przepisową, dwudziestominutową przerwę na kawę oraz lunch.
Jack był z niej bardzo niezadowolony, czego nie krył w trakcie telefonicznych rozmów z panną Thomas, ale nie było nikogo, kto by ją zastąpił. Podobno w mieście była jakaś konferencja biznesowa i wszystkie agencje sekretarek były zabukowane. Tak więc Hudsonowi trafiła się nie tylko leniwa, ale też skupiona na wyglądzie lala, którą dzień wcześniej skarcił za malowanie paznokci w pracy i obciążył finansowo, bo najwyraźniej upaćkała przy tym mahoniowe biurko Sue i zmywaczem uszkodziła lakier. Nienajlepszą laurkę wystawiała sekretarskiej profesji…
Tak czy owak, brakowało jej go. Brakowało jej żartów, codziennych lunchów i tego, w jaki sposób uzupełniali się w pracy. Tęskniła też za kawą, którą ostatnimi czasy przynosił jej na początek dnia- za idealnie przyrządzonym latte. Oddałaby wszystko, no prawie wszystko, za kubek!
- Mamusiu! Głodny!- Andy wyrwał ją z chwilowego zamyślenia, ciągnąc ją za rękaw i zmuszając do skupienia się na jego skromnej osobie.
- A tak…- odparła.- Zaraz ci coś zrobię. Tymczasem, może szybko cię wykąpiemy, przebierzemy w świeżą piżamkę, a potem pójdziemy do salonu i włączę ci bajki, co?- zaproponowała.
- Wszystko jedno.- wymruczał, wstrząsając ramionami w geście znudzenia, choć niedawno sam się ich domagał. Tak to już jednak bywało z chorymi szkrabami, że szybko zmieniały zdanie.
Przygotowując mu kąpiel, modliła się o cierpliwość i wytrzymałość. Pięć ostatnich dni już dało jej w kość, a teraz, gdy sama była chora, mogło być tylko gorzej.
- Daj mi siłę, Panie!- dodała w myślach, po czym skupiła się na synku.
Następne dwanaście godzin tylko potwierdziło jej obawy, kiedy to kładła się do łóżka ledwie żywa po to tylko, aby następnego dnia zupełnie nie mieć siły się z niego zwlec. Była zmęczona, wszystko ją bolało, NAPRAWDĘ CHCIAŁA SIĘ PODRAPAĆ i w dodatku było jej za gorąco! Levi ujadał, bo chciał wyjść na dwór (nadszedł czas, by wezwać zawodowego „wyprowadzacza", bo nie było mowy, żeby go sama zabrała!), Andy w nocy przeniósł się do jej łóżka i zajął jego centralną część, spychając Sue na obrzeże, a do tego wszystkiego, po prostu czuła się do kitu.
Chyba gorzej już być nie mogło…
TBC
